wtorek, 31 grudnia 2013

Podsumowanie roku 2013 + kilka ciepłych słów dla Was :)





Kochani! Kolejny rok dobiega końca. Kolejny rok mojego blogowego życia, w którym znów się dużo działo. Rok, w którym znów dużo przeczytałam i udało mi się znacznie poprawić wynik przeczytanych książek z poprzedniego roku, choć moja radość z tego faktu nie oznacza, że czytam na akord. Czytam dla przyjemności - bo lubię, bo chcę... Chyba nikomu nie muszę tego wyjaśniać. :)

W mijającym roku 2013 przeczytałam dokładnie:
84 książki, czyli dokładnie o 20 więcej niż w roku 2012.

Łącznie dało to liczbę 31 215 przeczytanych stron. 

Koniec roku 2013 to także czas przełomowy w stosunku do mojego podejścia do e-booków. Nie czytałam ich nigdy zbyt wiele, dlatego że nie posiadałam czytnika, a męczenie oczu monitorem komputera dodatkowo po pracy działało na mnie zniechęcająco. Jednak wczoraj za sprawą lubego (i tu miliony uścisków, buziaków połączonych z ukłonami ;) dla niego) stałam się szczęśliwą posiadaczką Kindla. :)



Pod względem mojego osobistego wyznacznika jakości przeczytanych książek rok ten wypadł bardzo dobrze - w szczególności jego druga połowa. I tak:

Miano najlepszej książki przeczytanej w 2013 roku otrzymują ex aequo:


"Dziewczyna, która igrała z ogniem" (recenzja niebawem)


Najwięcej wzruszeń dostarczyły mi:



Najwięcej mocnych wrażeń dostarczyły mi:





Największe rozczarowanie roku 2013:

(spodziewałam się bardziej spektakularnego zwieńczenia tej trylogii)

Czarna Seria znów dała mi poznać jeden ze słabszych tytułów. Tak bezpłciowych postaci dawno nie miałam okazji poznać.


I tak to u mnie wygląda w ogromnym skrócie - nie rozpisywałam się zbytnio, by was nie zanudzić. Tymczasem czekam na wasze podsumowania - wiem, że kilka już się pojawiło. :) I jeszcze jedno! Jeśli kuferkowe losowanie nie pojawi się 1-ego stycznia to na pewno pojawi się 2. :)

EDIT: 31.12.2013

Kochani! wszystkiego dobrego w Nowym Roku! Niech Was szczęście i książki nie opuszczają. :) Niech fundusze pozwalają Wam ich dużo kupować. :D I by wpadały Wam do koszyka same najlepsze tytuły. :) Do tego dużo zdrowia, miłości, przyjemności. Samych życzliwych i przyjaznych osób wokół. Jeśli robicie postanowienia to niechaj się spełnią (ja nie robię). :) I bądźcie przyjaźni i dobrzy dla innych, bo to co dajecie wraca do Was ze zdwojoną siłą. :)



piątek, 27 grudnia 2013

"Alex" Pierre Lemaitre





tłumaczenie: Joanna Polachowska
seria/cykl wydawniczy: Platforma strachu
wydawnictwo: Muza S.A.
data wydania: 13 listopada 2013
ISBN: 9788377583388
liczba stron: 352


W tej powieści pewne jest tylko to, że… nic tu nie jest pewne


Piszę tylko takie książki, które chciałby sfilmować Alfred Hitchcock.

Taka oto rewelacja przywitała mnie już na początku lektury, po którą sięgnęłam ostatnio, czyli powieści jednego z francuskich pisarzy, Pierre’a Lemaitre’a, pt. „Alex”. Wcale nie byłam tym stwierdzeniem zachwycona i duma nie rozpierała mnie na myśl, że za chwilę będę mogła poznać dzieło doskonałe, którym sam mistrz kina by nie pogardził. Pierwsze, o czym pomyślałam, to to, że autor jest pewnie nadętym bufonem, próbującym się wybić przy pomocy czczych przechwałek i powoływania na znany autorytet. Cóż… nie pozostało mi nic innego, jak sprawdzić, jak jest w rzeczywistości.

Początek powieści nie był specjalnie emocjonujący, ale potem... Pewnego dnia na oczach przypadkowego świadka zostaje porwana młoda kobieta. Świadek wiele nie widział, zauważył tylko, że ofiara to kobieta, napastnikiem jest mężczyzna solidnej postury, który posługiwał się bliżej niezidentyfikowaną furgonetką. Porywacz wywozi kobietę do opuszczonego budynku, gdzie czeka na nią specjalnie skonstruowana pułapka. Drewniana, ażurowa skrzynia (w zamyśle przypominająca „norymberską dziewicę” – narzędzie tortur rodem ze średniowiecza – ale nie będąca jej idealnym odwzorowaniem), w której z ledwością mieścił się człowiek skazany na tylko jedną pozycję – niewielkie rozmiary uniemożliwiały jakikolwiek ruch wewnątrz. Ofiara umieszczona w środku takiej konstrukcji stopniowo traci sprawność mięśni, czucie, a w końcu popada w obłęd. Taki los spotkał Alex z rąk psychopaty… Zamknięta w skrzyni, bez możliwości ruchu, z każdą chwilą coraz bardziej głodna, zmuszona do załatwiania potrzeb fizjologicznych pod siebie i w towarzystwie wygłodniałych i czyhających na jej śmierć szczurów.

Czym Alex zasłużyła sobie na to, co ją spotkało? Może niczym? Może padła ofiarą chorego psychicznie zwyrodnialca? Tego spróbuje się dowiedzieć inspektor Camille – dobry w swoim fachu policjant, ale nadal przeżywający przedwczesną śmierć żony. W zasadzie nie chce zajmować się śledztwem, ale gdy wreszcie ma możliwość wycofania się z niego, wie już, że nie odpuści tak po prostu… Camille jest wyjątkowo ostry, uparty i skuteczny jak na człowieka, który mierzy zaledwie sto czterdzieści pięć centymetrów wzrostu.

Odpowiedź na te (i kolejne) pytania nie nadejdzie szybko, zwłaszcza że policja nawet nie zna personaliów ofiary porywacza – wiadomo tylko, że jest ona piękną kobietą. Cóż, przekleństwo urodziwych osób – zapamiętuje się ogólnie ich wygląd, a nie szczegóły…

Alex – będąca kluczową postacią w powieści – jest nie tylko piękną kobietą, ale też bardzo przebiegłą i szalenie inteligentną (intryguje czytelnika od początku). Działa w sposób przemyślany i wyrafinowany. Jest uparta i konsekwentnie dąży do raz obranego celu. Camille jest również charakterystyczny i to nie tylko z uwagi na swój niski wzrost – z jednej strony jest już starym wyjadaczem, jeśli chodzi o uprawiany zawód, a z drugiej – to szalenie wrażliwy i kruchy mężczyzna, który nie może sobie poradzić z utratą bliskiej osoby. Tak, Lemaitre świetnie konstruuje swoje postaci, ale to nie koniec plusów tej książki.

Pierre Lemaitre
źródło: www.lubimyczytac.pl
Suspens goni tutaj suspens, akcja z początku miarowa z czasem przyśpiesza. Nieprzewidywalność i element zaskoczenia to dwa największe atuty „Alex” – gdy wszystko zdaje się być już dla czytelnika oczywiste, autor tak manewruje opisywanymi wydarzeniami, że z otwartymi ze zdziwienia ustami śledzimy dalsze losy bohaterów, które przybierają już zupełnie inny obrót.

W tej powieści pewne jest tylko to, że… nic tu nie jest pewne. Nawet to, kto tu tak naprawdę jest ofiarą, a kto złoczyńcą – granice między jednym a drugim zacierają się tym bardziej, im bliżej jest do końca tego znakomitego thrillera.

Pozostaje mi więc już tylko bić się w piersi, że – rozpoczynając tę lekturę – śmiałam mieć o autorze tak niepochlebne zdanie. Lemaitre nie cierpi na przerost ambicji, nie przechwala się. On po prostu „niestety” ma talent… A ja poznałam kolejnego francuskiego pisarza (zaraz po Chattamie), który ujął mnie swym stylem i zyskał moją absolutną aprobatę. Polecam, szczerze polecam!

Ocena: 6/6


Recenzja dla Lubimy Czytać: LINK.


czwartek, 26 grudnia 2013

Święta według książkoholiczki - Książkówki :)





Na pomysł fajnej i świątecznej zabawy wpadła Esa. Pomyślałam, że w ramach świątecznego przerywnika w recenzjach i ja się do niej przyłączę. Należy jedynie odpowiedzieć na kilka pytań.


1. Który bohater literacki mógłby zająć puste miejsce przy Twoim wigilijnym stole?

Mało prawdopodobne, by ona chciała się w ogóle na tego typu "imprezie" pojawić, ale... Lisbeth Salander z trylogii Millennium Larssona. :)

2. Jaką książkę zamierzasz czytać podczas tegorocznych świąt Bożego Narodzenia?

Cały czas czytam drugi tom wyżej wspomnianej trylogii. :)

3. Jaką książkę podarowałbyś/abyś najbliższej Twojemu sercu osobie?

Zaiste jakąś o mrówkach. :)

4. Najchętniej zjadłbyś/abyś kolację wigilijną przygotowaną przez którą bohaterkę/bohatera literackiego?

Może przez Anię z Zielonego Wzgórza?:)

5. Jaką książkę chciałbyś/abyś dostać pod choinkę?

Brakłoby mi tu miejsca na wymienienie wszystkich. ;)

6. Jaką książkę o prawdziwie świątecznym klimacie mógłbyś/abyś polecić?

Raczej takich nie czytuję, więc nie polecę.

7. Z rodziną z której książki chciałbyś/abyś spędzić święta?

W większości czytam kryminały i thrillery, więc ciężko powiedzieć, bym chciała spędzić ten czas z rodziną, któregoś z psychopatów. ;)

8. Co najbardziej lubisz w świętach?

Spokój i gdy siostrzyczka zjeżdża z Niemiec, choć ostatnio rzadko się jej to zdarza. 

9. Twój ulubiony świąteczny film to...

Kevin! I teraz możecie mnie ukamienować. ;) Lubię też "Ekspres polarny". :)

10. Co typowo świątecznego towarzyszy Ci podczas czytania?

Na ogół ciasta i cukierki z choinki. ;)

Święta jeszcze trwają, więc może i wy się skusicie na zabawę? :)

wtorek, 24 grudnia 2013

Świątecznie... :)





Kochani, miałam składać Wam życzenia dopiero jutro, ale przecież w Wigilię pewnie większość z nas będzie zaganiana, więc jednak zrobię to dziś.

Czego może życzyć Wam Ewa vel Książkówka?

Wspaniałych Świąt Bożego Narodzenia, cudownej i rodzinnej atmosfery w domu, dopisującego zdrowia, pyszności na stołach (kalorie spalicie po wszystkim ;)), wspaniałych prezentów (by choć jedna książka się wśród nich znalazła) i tego...czego sobie wymarzycie. :)

By ten Nowy Rok był jeszcze lepszy niż właśnie mijający. By udało Wam się osiągnąć wszystko to, czego nie udało Wam się w tym roku i jeszcze więcej. Miejcie duże wymagania przede wszystkim wobec siebie samych, a innym częściej okazujcie wyrozumiałość (tego i samej sobie życzę).

Czytajcie, czytajcie i jeszcze raz czytajcie, bo kto zna książkowy świat, ten wie jak jest piękny, jak zbawiennie wpływa na nasze dusze i umysły, jak koi nerwy, jak wiele daje...

Osobom nieobchodzącym Świąt również życzę wszystkiego dobrego - odpocznijcie w wolny czas tak, jak lubicie i w gronie tych, których kochacie.

Wesołych Świąt!

niedziela, 22 grudnia 2013

A TY JAK SPĘDZASZ ŚWIĘTA? - kampania społeczna





"W Polsce w wyniku samobójstw umiera rocznie więcej osób niż w wypadkach drogowych. Statystycznie na jedno samobójstwo kobiet przypada aż pięć  mężczyzn. Zdaniem prof. Jarosz, socjolog z Instytutu Studiów Politycznych PAN samobójstwa są wyznacznikiem kondycji społeczeństwa. Nasza jest najwyraźniej fatalna."

Święta to czas, w którym cieplej myślimy o rodzinie. Nawet jeśli przez rok zdarzają się jakieś nieprzyjemne sprawy, nieporozumienia, to w klimacie zbliżających świąt odpuszczamy sobie urazy, dzielimy się opłatkiem ze szczerością i przepełnieni uczuciem. Ale czy dla wszystkich ludzi okres zbliżających się świąt jest jednakowo łaskawy? Co dzieje się z ludźmi samotnymi, opuszczonymi, żyjącymi z boku, czującymi odtrącenie? Dla nich okres zbliżających się świąt jest szczególnie przykry... Paradoksalnie ta promowana w mediach i podkreślana na każdym kroku rodzinna atmosfera może wtrącić ich w depresję... Czas to zmienić!

Właśnie ruszyła kampania Stowarzyszenia Sztukater, która ma w jakimś sensie wypełnić pustkę osobom czującym swoje wyobcowanie i stać się lekarstwem na bezbrzeżną samotność. 

Od dnia 24 do 26 grudnia każda osoba, która będzie czuła się samotna, otrzyma szansę rozmowy... 

Od godziny 16.00, w dzień wigilijny rusza gorąca linia. Każdy, kto poczuje potrzebę rozmowy może zgłosić się TU:

- Artie Sztuk - Profil na FB (dyżur 24 ha)
- GG: 4768328 (dyżur 24 ha)


Gwarantujemy anonimowość, miłą atmosferę, dużo ciepła i zrozumienia... 

Dla tych, którzy zamierzają spędzić święta w sieci, Stowarzyszenie Sztukater przygotowało wirtualny stół wigilijny, pełny rozmów i życzeń, pełny serdeczności... 


"Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą" - ks. J. Twardowski

"Sprawmy, by te święta dla wielu osób nie były ostatnimi, zaprośmy samotnych do naszych stołów, podzielmy się naszym szczęściem, podzielmy się sobą! Nauczmy się dzielić sobą z innymi... To największy dar, jedyny w swoim rodzaju..." - Stowarzyszenie Sztukater

Nie musisz spędzić tych świąt samotnie! Po prostu zgłoś się pod wskazany adres i pozwól sobie pomóc... Wesołych Świąt!

piątek, 20 grudnia 2013

"Mag" Jeffery Deaver





tłumaczenie: Krzysztof Sokołowski
tytuł oryginału: The Vanished Man. A Lincoln Rhyme novel
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: marzec 2009
ISBN: 9788376480794
liczba stron: 448


Czego oczekujecie od kryminałów i thrillerów? Jeśli o mnie chodzi, to jednym z najważniejszych ich aspektów, na który zwracam szczególną uwagę, jest realizm. Im bardziej wiarygodna zbrodnia i prawdopodobny morderca, tym lepiej, bo wtedy zaczynam się bać. Boję się i wierzę, że dana historia mogłaby się wydarzyć naprawdę, a to działa na wyobraźnię najmocniej. Od thrillera psychologicznego, który czytałam w ostatnich dniach, też tego oczekiwałam, mimo że już sam tytuł dawał odczuć, że może być nieco inaczej.

„Mag” Jeffery’a Deavera była pierwszą książką tego pisarza, jaką miałam okazję przeczytać. Bardzo chciałam zakosztować prozy tego autora i zasugerowałam się przy wyborze oceną punktową na jednej z internetowych biblioteczek. Ocena była bardzo wysoka, więc wkrótce do mojego domu wprowadził się… iluzjonista.

Nie byle jaki to prestidigitator, bo ze skłonnościami do morderstw. Co ciekawe – do morderstw, które traktuje każdorazowo jak występ przed publicznością. Tyle że rekwizytami scenicznymi są ofiary, a publicznością – policja i społeczeństwo. A wszystko zaczęło się od nietypowej zbrodni w szkole muzycznej w Nowym Jorku. Policja, docierając na miejsce przestępstwa na czas, jest przekonana, że ma psychopatę w garści, gdy ten zamyka się w jednym ze szkolnych pomieszczeń. Po otwarciu drzwi okazuje się, że pokój jest pusty, po mordercy nie ma prawie żadnego śladu, a to, co jest, niewiele wnosi do prowadzonego śledztwa.

Poszukiwaniem mordercy zajmuje się ambitna funkcjonariuszka Amelia Sachs wraz z niepełnosprawnym Lincolnem Rhymem, który jest pomocny dzięki swojemu doświadczeniu. Ich współpraca szybko przynosi efekty, bowiem okazuje się, że poszukiwany zabójca jest mistrzem w dziedzinie iluzji. Jednak cała sprawa, choć z pozoru nieskomplikowana, okazuje się być bardzo zagmatwana i nie taka oczywista, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. Tak jak w świecie iluzji – nic nie jest tym, czym wydaje się być…

Jeffery Deaver
źródło: www.lubimyczytac.pl
I niby wszystko z tą powieścią jest w porządku – nawet bardzo. Od strony technicznej niczego jej nie brak, naprawdę nie jestem w stanie do niczego się przyczepić. Jest wartka akcja i jej liczne zwroty, jest też dbałość autora o szczegóły w relacjonowanym śledztwie. Żeby było jeszcze ciekawiej, to w toku dochodzenia poznajemy też tajniki pracy iluzjonistów (!). Ale… jest coś, co całość powieści troszkę mi „oszpeciła”. Chodzi o coś, co dla większości jest największym plusem tej powieści, a o czym wspomniałam na początku. Fabuła opiera się na magii, a raczej sztuce iluzji, i co za tym idzie, główny podejrzany w sprawie właśnie tym się zajmuje. I co mam powiedzieć? Że podejrzany uciekający przed policją dzięki petardom i zasłonie dymnej zrobił na mnie mrożące krew w żyłach wrażenie? Że się go bałam? Absolutnie nie. Tego wątku powieści niestety nie „kupiłam” – jak to się mówi. Zabrakło mi realizmu i prawdopodobieństwa, które najbardziej cenię w tym gatunku.

Ostatecznie całość wypada bardzo dobrze, ale nie przemawia do mnie wątek iluzjonistyczny. Oczywiście jest to moje wrażenie, wybitnie subiektywny wniosek, dlatego wy nie musicie się nim kierować przy wyborze tej lektury. Wiedzcie, że technicznie powieść jest bardzo dobra, dopracowana i szczegółowa – to niech przemawia na jej zdecydowaną korzyść i zachęca was do sięgnięcia po „Maga” Deavera.

Ocena: 4/6

Wyzwania: "Czytamy Polecane Książki" z polecenia Marty"Kryminalne wyzwanie".

poniedziałek, 16 grudnia 2013

"Nowy drapieżnik" Zbigniew Zborowski





wydawnictwo: Zysk i S-ka
data wydania: 18 listopada 2013
ISBN: 9788377853160
liczba stron: 488


Po konkretne tytuły sięgamy z różnych powodów. Najczęściej kusi nas intrygujący blurb na okładce albo fakt, że książkę napisał nasz ulubiony pisarz. A czytaliście kiedykolwiek jakąś powieść zaintrygowani samą osobą jej twórcy? Mnie zdarzyło się to ostatnio i przyczyniła się do tego Paulina (link). To u niej przeczytałam o książce nieznanego mi wcześniej autora, którego życiorys niejedną osobę mógłby przyprawić o zawrót głowy…

Zbigniew Zborowski – bo o nim mowa – to człowiek orkiestra, chciałoby się rzec. Łatwiej chyba powiedzieć, czego w życiu nie robił, niż wymienić to, co jest już mu dobrze znane od strony praktycznej – tyle tego jest. Co my tu mamy? Popatrzmy… Pracował jako robotnik leśny w Bieszczadach, zwiedzał świat (m.in. Chiny, Indie, Nepal) a także przemycał to i owo z Berlina Zachodniego. W 1991 roku zadebiutował w roli dziennikarza w „Życiu Warszawy” i tak wiódł sobie emocjonujące życie, tworząc reportaże, po drodze zahaczył o telewizję, a obecnie – i tu proszę o wzmożoną uwagę – jest redaktorem naczelnym „Pani Domu”. Przyznam szczerze, że ta ostatnia informacja – w połączeniu z całokształtem drogi życiowej autora – przeczołgała mnie po podłodze pokoju, walnęła kilka razy w twarz i na koniec bezlitośnie połaskotała, wzbudzając solidną dawkę śmiechu.

Już na starcie byłam pewna, że zapoznając się z debiutem Zborowskiego pt. „Nowy drapieżnik”, będę miała do czynienia z powieścią nietuzinkową i barwną jak sam autor. Nie pomyliłam się przy tym ani trochę, bo powieść jest i oryginalna, i barwna (mimo że na swój pokręcony sposób). Ja tu o wrażeniach, a Wy pewnie chcielibyście się dowiedzieć, co w fabule piszczy, prawda? Już nadrabiam moje haniebne niedociągnięcie.

Zakładam, że większość z was wie, co to jest, albo gdzieś tam „kątem ucha” usłyszała kiedyś o ewolucji. Większość z was wie też pewnie, że na szarym jej końcu stoi człowiek – takie tam stworzenie, najczęściej mięsożerne, żądne władzy i krwi. W skrócie – drapieżnik. Ponad nami nic już nie ma – jesteśmy najgroźniejsi dla innych, dla zwierząt i w ogóle dla świata. A co by było, gdyby… pojawił się ktoś groźniejszy? I do tego mieszkał w Polsce?

Zbigniew Zborowski
źródło: okładka ksiażki
Warszawska Praga to jego ojczyzna, pokój jest całym światem, główną rozrywką – widok ptaków za oknem. Tylko tyle i aż tyle, bo ten młody mężczyzna od urodzenia poważnie choruje – nie jest w stanie wstać z łóżka, usiąść czy samodzielnie skorzystać z toalety. Rodzice z bezsilności rozważają możliwość oddania go do hospicjum. Jednak nagle dzieje się coś, co jest dla niego nie tyle traumatycznym przeżyciem, co wyzwoleniem. Mężczyzna z dnia na dzień nabiera coraz większej sprawności. Nawet lekarze mówią o cudzie…

Tymczasem w tej samej części stolicy dochodzi do zabójstwa, które łudząco przypomina inne, sprzed dwudziestu lat. Zauważa to policjant Madejski, jednak jego nowy przełożony oczekuje rychłego umorzenia śledztwa. Madejski jako szczwany glina z długim stażem nie zamierza tak łatwo odpuścić – jego upór, bezczelność i gburowatość zaprowadzi go w rejony, których tak naprawdę nie chciał poznawać, i do ludzi, których lepiej nie mieć za wrogów.

W całej tej zagmatwanej historii nie zabraknie też żeńskiego akcentu w postaci dociekliwej i łasej na karierę w telewizji dziennikarki. Są też gangsterzy, choć określenie ich takim mianem to duże pochlebstwo. Zdecydowanie lepiej pasuje do nich: napompowane na siłce mięśniaki, karki z dwoma telewizorami pod pachami i śladową – bo minimalizm przecież jest w modzie – inteligencją.

Skoro mamy w fabule złych chłopców i zatwardziałych gliniarzy, to raczej oczywisty jest fakt, że nie należy się tu spodziewać poetyckiego języka – kwiecista to jest tu jedynie łacina podwórkowa, dlatego wrażliwych czytelników pragnę na ten fakt mocno uczulić. Dodam jednak, że w przypadku tej książki wulgaryzmy są w pełni uzasadnione i idealnie komponują się z fabułą. Gdyby ich nie było, to tę powieść można by sobie śmiało o kant… budy potłuc.

Świetni bohaterowie to kolejny atut debiutu pisarza. Każdy jest charakterystyczny i zapada mocno w pamięć. Każdy z nich też na swój sposób potrafi rozbawić – szczególnie „zbiry spod siłki”, których powiedzonka czy zwroty rozkładały mnie wielokrotnie na łopatki. Sporo cytatów z książki miałam ochotę wynotować i zwyczajnie je zapamiętać – dla hecy!

Sama idea nowego drapieżnika to kolejny walor powieści. Nie dość, że jest dobrze i szczegółowo nakreślona, to autor stara się ją czytelnikowi „naukowo” wytłumaczyć. Co tu kryć, życzyłabym sobie, by choć jeden taki naddrapieżnik po Ziemi hasał – może by wreszcie jakiś porządek zapanował, może by się człowiek zaczął czegoś bać i przestał pozwalać sobie na wszystko co najgorsze. Może… Ach, rozmarzyłam się.

Dobrze, kończę już te moje peany na temat powieści Zborowskiego… Debiuty mają to do siebie, że w wyśmienity sposób ukazują talent, polot i potencjał twórcy, a jednocześnie bezlitośnie obnażają braki warsztatowe. Wyobraźcie sobie, że ja w powieści tego początkującego pisarza tych braków nie widzę. Może to zasługa jego sporego doświadczenia wyniesionego z pisania reportaży A może to już kurczę, nadpisarz?? Kim by nie był pan Zborowski, to ja i tak z utęsknieniem czekam na jego następna książkę!

Ocena: 5/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


niedziela, 15 grudnia 2013

Książkówka na Twitterze i takie tam :)






Niniejszym informuję, że zaistniałam także na Twitterze. Uprasza się o liczne obserwowanie mojego profilu. ;) W przeciwnym wypadku uznam pomysł twitterowy za niewypał i porzucę go. ;)

Ponieważ ten post ma charakter czysto informacyjny to w komentarzach dopuszczam rozmowy o: 
- wszystkim i niczym, 
- tzw. pupie Maryni (Marynie/Maryny - jak kto woli), 
- pogodzie, 
- urodzie M. Chattama, 
- urodzie S. Kinga i J. Ketchuma, 
- najnowszych trendach w garncarstwie oraz hafciarstwie, 
- seksie (ale w sposób smaczny i z głową, wszak wczesna młodzież tu też zagląda), 
- sytuacji gospodarczej UE, 
- sytuacji na Ukrainie (w tym: czy Kliczko ogarnie cały ten ambaras?) a także na każdy inny wybrany przez Was temat. :) 

Spamerom pięknie dziękuję za wzmożoną aktywność na moim blogu od czasu przejścia na własną domenę - nadal was nie lubię i z radością kasuję wasze komentarze (tak, mam świadomość, że w większości robią to teraz boty).

czwartek, 12 grudnia 2013

"Szare śniegi Syberii" Ruta Sepetys





tłumaczenie: Juraszek Dawid, Bogunia Joanna
tytuł oryginału: Between Shades of Gray
wydawnictwo: Nasza Księgarnia
data wydania: 6 kwietnia 2011
ISBN: 9788310119834
liczba stron: 328


W życiu każdego mola książkowego pojawia się ogrom książek. Niektóre z nich są wyjątkowe i zapisują się w pamięci na długo, jeśli nie na zawsze. Są też takie, które wzruszają, ale to przecież nie dziwi w przypadku czytelnika o wrażliwym, wielkim sercu i delikatnej duszy. Inaczej jest, gdy książka poruszy kogoś, komu wzruszenia przy lekturze zdarzają się rzadko albo wcale – wtedy siła danego tytułu jest bezsporna…

Ja należę do osób, które nie płaczą podczas seansu „Titanica” czy w trakcie poznawania historii bohaterów „Love Story”. W ogóle bardzo rzadko zdarza mi się uronić łezkę z powodu przeczytanej historii. Ale – jak to w życiu bywa – wszystko jest normą do czasu…
W ostatnich dniach doczekałam się w końcu własnego egzemplarza książki pt. „Szare śniegi Syberii” Ruty Sepetys, tak dobrze ocenianej przez czytelników, wychwalanej przez blogerów. I to właśnie przez tę książkę pewnego śnieżnego poranka (godzina szósta z minutami) zaczęłam dzień od łez…

Cóż w niej takiego jest? – zapytacie. Wszystko! Poruszająca do granic historia, wspaniali bohaterowie, będący ludźmi, których chciałoby się mieć wśród bliskich, ogromny ładunek emocjonalny wylewający się z kart książki, dobry styl, jakim jest napisana, i prosty – acz ujmujący – język.

Mamy czerwiec roku 1941 i jesteśmy na Litwie w domu jednej z tamtejszych rodzin. Do drzwi Vilkasów łomocze NKWD. Elena jest w domu sama z dziećmi: piętnastoletnią córką Liną i młodszym od niej Jonasem. Męża Eleny, Kotasa, już nie ma… Enkawudziści nakazują rodzinie szybko się spakować i natychmiast wyjść z mieszkania. Trójka bohaterów po chwili znajduje się w jednym z bydlęcych wagonów, tak jak tysiące innych osób wygnanych z własnych domów i skazanych na…? Nikt tak naprawdę nie wie, na co i za jakie grzechy… Wiadomo jedynie, że w pociągu opatrzonym hasłem „prostytutki i złodzieje” zmierzają do piekła skutego lodem…

Po morderczej, kilkutygodniowej podróży w cuchnącym wagonie, bez dostępu do powietrza, jedzenia i picia (często w towarzystwie zmarłych współtowarzyszy niedoli), docierają do ałtajskiego obozu pracy, gdzie za głodowe racje żywnościowe pracują ponad siły. Choć wydaje im się, że to najgorsze, co mogło ich spotkać, los okazuje się być bardziej okrutny – to, co najgorsze, czeka na nich dopiero pod samym kołem podbiegunowym, w Trofimowsku, gdzie ze wszystkich sił starają się przeżyć w skrajnie niskich temperaturach, brodząc w śniegu i mieszkając w lepiankach. A wszystko to widzimy oczami nastoletniej wtedy Liny – utalentowanej dziewczyny, której wojna odebrała najpiękniejsze lata życia i ograniczyła możliwość rozwijania talentu, jakim było rysowanie…

Taka syberyjska rzeczywistość to nie miejsce dla dzieci, ale one tam były i często musiały patrzeć na śmierć innych (także najbliższych). Nie powinno tam być chorych, a byli i jako niezdolni do pracy umierali w powolnej agonii. Tam nie powinno być nikogo, a jednak zesłano tam Bogu ducha winnych ludzi, by w znoju i trudzie odkupili swoje winy, których nie popełnili nigdy…

Ruta Sepetys
źródło: www.squealermusic.com
„Szare śniegi Syberii” to nie literatura faktu, chociaż odwołuje się do historycznych realiów przedstawianej rzeczywistości. Ruta Sepetys (jej dziadkiem był litewski oficer) przed napisaniem książki spotkała się z wieloma osobami, które osobiście przeżyły dramat pobytu w gułagach, rozmawiała także z historykami, psychologami, urzędnikami… Jak zaznaczono na okładce:

Bohaterką tej powieści równie dobrze mogłaby być polska nastolatka, która mieszkała przed 1939 rokiem w którymś ze wschodnich polskich województw. Polskie dzieci spotkały takie same dramatyczne przeżycia co Linę i jej brata Jonasa: łomotanie o świcie do drzwi, nerwowe pakowanie, straszne warunki transportu, a później praca ponad siły.

Kto wie, czy ta tragiczna historia – opowiedziana przez Sepetys – nie wydarzyła się naprawdę w życiu jakiejś konkretnej rodziny, może tylko z niewielkimi różnicami… Kto wie? Może gdzieś taka rodzina istnieje i skrywa mroczne, bolesne doświadczenie z odległych czasów pobytu na wrogiej dla człowieka Syberii? Może strach (nietracący na sile po dziś dzień) przed tym, o czym zabroniono im mówić, skutecznie zamyka takim ludziom usta? „Szare śniegi Syberii” pokazują, że prawda jest najważniejsza i nie powinno się jej ukrywać, że ludzkość musi wiedzieć, do czego zdolny jest człowiek w imię realizacji chorej wizji świata i zdobycia absolutnej władzy.

Ocena: 6/6

Wyzwania: "Czytamy Polecane Książki". Z polecenia AnnRK.

wtorek, 10 grudnia 2013

"Plugawy spisek" Maxime Chattam



tłumaczenie: Marta Olszewska
tytuł oryginału: La Conjuration Primitive
wydawnictwo: Sonia Draga
data wydania: 23 października 2013
ISBN: 9788375087611
liczba stron: 416


Maxime Chattam – pisarz, który „czuje” zbrodnię


Spójrz proszę w lustro. Kogo widzisz? Powiesz: zwykłego, niczym szczególnym niewyróżniającego się człowieka, który żyje z dnia na dzień, ma rodzinę, pracę, swoje problemy. Może nawet pasje? A jeśli powiem ci, że właśnie w tobie, w twoich oczach i twojej duszy drzemie bestia zdolna do zabijania? Nie, to nie jest ponury żart. To prawda, której korzenie sięgają pierwotnych instynktów każdego z nas…

Przemierzanie mrocznych czeluści sprawia, że prędzej czy później otwieramy drzwi do własnych otchłani. Wyciąga się je na zewnątrz. Każda istota ludzka ma w sobie odrobinę ciemności. Światło nie może istnieć bez mroku.[1]

Bohaterowie najnowszej powieści znakomitego francuskiego autora kryminałów i thrillerów Maxime’a Chattama – „Plugawy spisek” – przekonali się o tym na własnej skórze. I mimo że praca w policji, którą wykonywali na co dzień, przypominała im o tym fakcie często, to jeden, niepozorny znak graficzny sprawił, że otworzyli oni drzwi do centrum piekła, do umysłów psychopatycznych morderców ze skrajnie perwersyjnymi upodobaniami.

*e

Ten znak stał się elementem charakterystycznym, łączącym kilka morderstw popełnionych na terenie Francji, Szkocji i… Polski. Zaczęło się od martwej kobiety znalezionej u brzegu rzeki Marny. Psychopata najprawdopodobniej przelał na ofiarę całą swoją nienawiść do świata i ludzi, torturując ją bezlitośnie, wielokrotnie gwałcąc, doprowadzając do stanu przedśmiertnego po to, by ją natychmiast reanimować i znów móc się nad nią pastwić… Całość przypieczętował – niczym autografem – za pomocą litery „e” poprzedzonej gwiazdą.
Niedługo potem na jednym z peronów nastolatek rysuje na ścianie za pomocą farby w spray’u ten sam znak, a następnie wpycha pod pędzący pociąg kilkoro ludzi (w tym matkę z dzieckiem) – sam też rzuca się pod koła maszyny. Te dwa przykłady to zaledwie początek istnej fali zbrodni czy też epidemii, jak wskazuje fabuła.

Francuska żandarmeria robi wszystko, co w jej mocy, by dotrzeć do psychopatycznego zabójcy, jednak śledztwo utyka w martwym punkcie, nie ma żadnych śladów, poszlak – zupełnie nic. Zdaje się, że jedynym kołem ratunkowym, jakim można by dysponować, jest Richard Mikelis – emerytowany kryminolog, prawdziwy mistrz w swej dziedzinie. Wkrótce wraz z Alexisem Timée, Ludivine Vancker i potężnej postury czarnoskórym Segnonem przystępuje do żmudnego dochodzenia, którego finał zaskoczy każdego…

Tak, każdego – nawet mnie. Gdy wydaje mi się, że Chattam już nie jest w stanie niczym mnie zaszokować, bo tak wiele się dzieje w jego powieściach, on jednak to robi. I to w jakim stylu! Czym tym razem mnie ujął? Na pewno samą budową powieści, która podzielona jest na trzy części. W pierwszej wypadki przedstawione są z perspektywy adiutanta Alexisa, w kolejnej – oglądane oczyma kobiety Ludivine, a w trzeciej… oczyma zbrodni. Autor naprawdę potrafi zaskoczyć czytelnika – już po zakończeniu pierwszej części powieści dzieje się coś, czego nigdy byśmy się nie spodziewali. Nie na darmo nazywa się Chattama „złotym dzieckiem suspensu” – bardzo umiejętnie potrafi żonglować zwrotami akcji, nie pozwalając nam się nudzić.

Na szczególną uwagę zasługuje także sam pomysł na wątek kryminalny – powód wszystkich tragicznych wydarzeń, podłoże brutalnych morderstw jest bardzo interesujący i niebanalny. Sięga czasów II wojny światowej!

Maxime Chattam
źródło: pl.wikipedia.org
Ważne jest też, że akcja nie zamyka się w obrębie jednego miasta. Ba! Nie ogranicza się nawet do terenu jednego państwa! Mamy ich tu kilka, w tym… Polskę oraz Kraków z jego piękną Wieliczką. Pisarz, chcąc wyrazić swoją fascynację tym urokliwym dla wielu miejscem, w bardzo sympatyczny sposób (choć nie dotyczy to samych wydarzeń z fabuły!) pozdrawia polskich czytelników.

Cóż mogę rzec na koniec? Chyba tylko tyle, że Chattam znów mnie zafascynował – nie tyle samą relacją zdarzeń, akcją czy klimatem opowieści, ale swoim talentem, który ujawnia się coraz mocniej z powieści na powieść. Chattam to nie tylko twórca piszący o zbrodniach, to przede wszystkim autor, który je „czuje” i wie, jak opowiedzieć o nich czytelnikom.

Ocena: 5/6




[1] M. Chattam, Plugawy spisek, Sonia Draga, Katowice 2013, s. 272.


Recenzja dla Lubimy Czytać: LINK


niedziela, 8 grudnia 2013

Rozwiązanie konkursu - "Dom tajemnic" powędruje do... :)



Witam Was niedzielnie! Jak się miewacie po odwiedzinach Ksawerego? Mój dom stoi, dach na miejscu, Internet działa, czyli wygląda na to, że  wszystko jest w porządku i mogę zdradzić Wam, kto będzie cieszył niebawem oczy "Domem tajemnic" Neda Vizziniego i Chrisa Columbusa



Po kilkukrotnym przestudiowaniu Waszych zgłoszeń, 1659-krotnej zmianie decyzji wybrałam zwycięzcę a raczej zwyciężczynię i jest nią:

Oczarowana Książkami

Serdecznie gratuluję! Za kilka chwil dostaniesz ode mnie e-mail z prośbą o dane adresowe. Pozostałym pięknie dziękuję za udział - jesteście niesamowici. :) Zapraszam Was do udziału w innych moich konkursach (których na pewno u mnie nie zabraknie) i do Kuferka Książkówki. :)

Na koniec zostawiam Was ze zwycięską odpowiedzią, która zabrała mnie do innego, fascynującego świata i... przyprawiła o skoki ciśnienia przy zakończeniu. ;)

Dom tajemnic to taki, w którym… straszy (a właściwie – który straszy). 

Jesteś już prawie na miejscu – przed sobą widzisz wzgórze. Nie da się nie zwrócić na nie uwagi, bo pośród pełnego barw i gwaru miasteczka, wydaje się ponure i pozbawione życia. Wiesz, że musisz dotrzeć na szczyt i kiedy podchodzisz bliżej, zdajesz sobie sprawę, że nie będzie to łatwe zadanie. Ścieżka prowadząca na górę jest stoma i kręta, ale nie masz wyjścia i z zapałem podążasz wyznaczonym szlakiem.

Po ogromnym wysiłku docierasz na górę i odczuwasz ulgę… ale tylko na moment, bowiem widzisz przed sobą wysoki mur z zamkniętą na klucz żelazną bramą. Chociaż masz pewność, że jesteś we właściwym miejscu, to wyciągasz z kieszeni sfatygowaną mapę i upewniasz się – tak, to musi być tutaj. Zniechęcona podchodzi do furtki, aby przyjrzeć się kłódce i kiedy bierzesz ją do ręki, to sama się otwiera! A właściwie rozpada, tak bardzo jest już zardzewiała…

Wchodzisz na teren posiadłości i nagle stajesz oniemiała – rezydencja jest ogromna! Spodziewałaś się czegoś o połowę mniejszego. Dom jest bardzo stary, otoczony dużym ogrodem, który teraz zaniedbany, kiedyś musiał prezentować się imponująco. Wszędzie widać uschnięte klomby i osuszone oczka wodne, a kiedy postanawiasz obejść dom (co zajmuje Ci dobrych kilka minut!), to na jego tyłach odkrywasz ogród różany oraz labirynt. Kusi Cię, żeby wejść w tę gmatwaninę krzewów, ale przekonujesz się, że wszędzie są pajęczyny, więc postanawiasz odłożyć to na później.

Sam budynek posiada trzy piętra i prawdopodobnie posiada patio, gdyż widzisz górujące nad czerwonymi zniszczonymi dachówkami gałęzie ogołoconych z liści drzew. Na pierwszy rzut oka widać, że od dawna nikt tu nie mieszkał. Niegdyś biały budynek jest poszarzały, a w wielu miejscach na ścianach widać ubytki i zacieki. Większość z okien jest szczelnie zasłonięta, a niektóre na parterze są wybite i zabezpieczone jedynie spróchniałymi deskami. Aż żal Ci patrzeć, jak to z pewnością niegdyś przepiękne miejsce zostało tak zaniedbane!

W pewnym momencie ogarnia Cię chłód i zrywa się wiatr. Patrzysz w niebo i widzisz, że zbliża się deszczowa chmura. Aby schronić się przed nadciągającą ulewą, postanawiasz wejść do środka. Pierwsze, na co zwracasz uwagę przy masywnych dębowych drzwiach, to kołatka przypominająca głowę smoka o rubinowych oczach. Przyprawia Cię ona o dreszcze, ponieważ masz wrażenie, jakby Cię obserwowała. Wiesz jednak, że to niemożliwe, więc uspokajasz się trochę i zastanawiasz, jak wejść do środka. Nie masz klucza, a niemożliwe, żeby drzwi były otwarte. Już myślisz, że jednak przymusowa kąpiel Cię nie ominie, ale przypominasz sobie sytuację z kłódką i z nadzieją naciskasz na klamkę. Ku Twojemu zaskoczeniu drzwi otwierają się – nie możesz pojąć, jak ktoś mógł dopuścić do takiej sytuacji. Z jednej strony odczuwasz ulgę, ale z drugiej strony nie wiesz, co możesz znaleźć wewnątrz. Ponieważ nie masz zbyt wielu wyjść, ostrożnie wchodzisz do środka.

Nie jesteś zdziwiona, kiedy okazuje się, że światło nie działa. Byłaś na to przygotowana, więc wyciągasz z plecaka latarkę i zaczynasz się rozglądać. Z przedpokoju wchodzisz do salonu, potem do jadalni i kuchni, zaglądasz też do łazienki. Postanawiasz jednak nie zagłębiać się dalej, ponieważ w tym domu można się zgubić, zwłaszcza po ciemku. Pomieszczenia urządzone są w staromodnym stylu, a właściwie stylach. Dochodzisz do wniosku, że albo ostatni właściciel był kolekcjonerem-maniakiem, albo kryje się tu wiele pamiątek i wspomnień po wielopokoleniowej rodzinie. Gdy wchodzisz na pierwsze piętro, przekonujesz się, że jednak celna była ta druga myśl. Na ścianach znajduje się wiele naturalnej wielkości portretów, a pod większością znajduje się to samo nazwisko.

Zaczyna Cię boleć głowa, więc myślisz, że to od przyglądania się detalom obrazów bez odpowiedniego oświetlenia oraz braku świeżego powietrza. Podchodzisz do okna z zamiarem otworzenia go, jednak kiedy odsuwasz grube i ciężkie kotary okazuje się, że… szyby zamalowane zostały czarną farbą. Już to wydaje Ci się co najmniej dziwne, a do tego okiennice są pozabijane gwoździami uniemożliwiając ich otworzenie. 

Prawie przechodzisz przez próg któregoś z pomieszczeń, kiedy słyszysz za sobą szmer. Wzdrygasz się i o mało nie upuszczasz latarki, ale w ostatniej chwili kierujesz ją na miejsce źródła dźwięku. Wzdychasz z ulgą, kiedy okazuje się, że to tylko mysz. Ponieważ masz już dość przygód na tym piętrze, postanawiasz zobaczyć, co jest wyżej. 

Wchodzisz po zakurzonych, drewnianych schodach, które mniej więcej w połowie długości zaczynają niemiłosiernie skrzypieć. W tym ogromnym i cichym domu wydawane przez nie odgłosy tworzą piorunujący efekt. Ponieważ przez echo masz wrażenie, jakby ktoś za tobą szedł, a głośne dźwięki przyprawiają Cię o palpitacje serca, dalsze stopnie starasz się pokonać bez pośpiechu i z namysłem. I całe szczęście, ponieważ brakuje jednego stopnia! A właściwie nie tyle brakuje, co jest tak zniszczony, że mogłabyś na nim co najmniej skręcić kostkę. Wzdychasz i cieszysz się, że Twoje paranoiczne lęki na coś się przydały. Zostałaś w końcu poinformowana, że podczas ostatniej inspekcji domu nic niepokojącego tutaj nie znaleziono. Przystajesz na moment i zaczynasz się zastanawiać, skąd ta pewność – przecież w tak olbrzymim domu łatwo się ukryć, zwłaszcza że wydaje się być bardziej zagmatwany niż labirynt w ogrodzie. Postanawiasz jednak zaufać zapewnieniom i z duszą na ramieniu podążasz korytarzem w stronę bogato rzeźbionych dwuskrzydłowych drzwi, które znajdują się na jego końcu.

Pociągasz za ciężkie mosiężne klamki i dostajesz się do środka. Nagle oślepia Cię światło, a kiedy po chwili Twój wzrok się przyzwyczaja, okazuje się, że jest to po prostu jedyne pomieszczenie, w którym nie ma zasłoniętego niczym okna. Na początku nie zauważasz niczego innego, ponieważ masz już dość stęchłego powietrza, więc szybko uchylasz okiennice, a świeże powiew wiatru pomaga wypełnić Twoje płuca. Co za ulga! Tak jak się spodziewałaś, mniej więcej pośrodku rezydencji znajduje się patio. Jest tam nawet opleciona bluszczem altanka, w której dostrzegasz… mrugające światło? Myślisz, że już chyba naprawdę masz urojenia – na pewno w altance znajdują się jakieś lustra, które odbijają słoneczny blask. Aby odgonić nieprzyjemne myśli, odwracasz się w stronę pokoju i aż opierasz się o parapet z wrażenia.

Jesteś w bibliotece! I to jakiej! Wielkimi jak spodki, roziskrzonymi oczami rozglądasz się dookoła. Książki są dosłownie wszędzie – zapełniają stylizowane regały od podłogi aż po sufit, leżą na stolikach, stosy rozciągają się na podłodze, a pojedyncze woluminy znajdują się nawet na stopniach drabinki bibliotecznej! Do tego nie są to zwykłe książki, jest to jakaś specjalna kolekcja, ponieważ wszystkie zakurzone egzemplarze oprawione są w purpurową skórę ze złoconymi literami. Czujesz się, jakbyś znalazła się w niebie dla bibliofilów! Podchodzisz do najbliższego regału i z namaszczeniem bierzesz do ręki jeden z egzemplarzy. Okazuje się, że na okładce została wytłoczona głowa smoka. Dochodzisz do wniosku, że musi być to herb rodu, ponieważ podczas swojej krótkiej wycieczki po domu już nieraz natrafiłaś na ten symbol. Przeglądasz książkę z należytą dbałością, ponieważ strony wydają się delikatniejsze niż skrzydła motyla. Tak jak się spodziewałaś napisana jest niestety w nieznanym Ci języku. Odkładasz ją na miejsce i przechadzasz się po pokoju z nadzieją na znalezienie jakiegoś znajomego tytułu.

Nie udaje Ci się rozpoznać żadnej książki, ale w końcu trafiasz na coś dziwnego. Jedna z pozycji nie wyróżnia się spośród pozostałych, a jednak zwracasz na nią uwagę, ponieważ… na grubej warstwie kurzu dostrzegasz odciski palców. Po plecach przebiega Ci dreszcz – jesteś pewna, że poza książką w pobliżu okna nie dotykałaś innej. Pochylasz się, jednocześnie z przestrachem i ciekawością, aby się jej przyjrzeć. Dostrzegasz jeszcze jeden szczegół, który wyróżnia ją spośród pozostałych – pierwsza litera tytułu nie jest złota, tylko srebrna. Sięgasz po nią, ale książki nie da się podnieść, a jedynie wychylić. W tym samym momencie podłoga zaczyna się trząść, jakby nadeszło trzęsienie ziemi!

Masz zamiar jak najszybciej uciekać, kiedy zauważasz, że jeden z regałów zniknął, a zamiast niego pojawiły się drzwi. Dzisiejszego dnia spotkało Cię już tyle niespodzianek, że nie wiesz, co o tym wszystkim myśleć. Postanawiasz zobaczyć, co jest za drzwiami i znajdujesz tam schody. Ze zdziwieniem odkrywasz, że z dołu bije ciepło i gdy schodzisz, znajdujesz niewielkie pomieszczenie. Jest tam niewiarygodnie gorąco i umieszczono tam tylko jedną rzecz. Na wysokim, bogato zdobionym postumencie ze szklaną kopułą, została ułożona purpurowa poduszka z jajkiem. Dokładniej rzecz ujmując – jajem. Początkowo myślisz, że należy do strusia, ale jest zdecydowanie za duże i ma lawendowe zabarwienie. Zbliżasz się, aby przyjrzeć mu się dokładniej i nagle ze szczytu schodów słyszysz krzyk:

- Nie zbliżaj się!

Z przestrachem odwracasz się, oświetlasz tajemniczą postać i okazuje się, że to…


piątek, 6 grudnia 2013

"Kłamstwa" Diane Chamberlain




tłumaczenie: Maciejka Mazan
tytuł oryginału: The Lies We Told
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 6 września 2011
ISBN: 978-83-7648-907-0
liczba stron: 352


Każda rodzina ma swoją historię. Najpiękniejsze jest to, że te historie są nakreślone na piasku, nie wykute w granicie. To cudowne – ponieważ możemy je zmieniać. Możemy uwolnić się od kłamstw i spojrzeć w oczy prawdzie. I żyć dalej.[1]

Jednak czy zawsze tak jest? Czy każde kłamstwo jesteśmy w stanie wepchnąć w najciemniejszy i najodleglejszy kąt naszej pamięci? Czy wszystko jesteśmy w stanie wybaczyć? Zdaje się, że to rzecz bardzo indywidualna – ile ludzi, tyle odpowiedzi na te pytania. Nic więc dziwnego, że niedawno poznana przeze mnie pisarka, Diane Chamberlain, postanowiła osobiście przyjrzeć się zjawisku kłamstwa i zbadać jego siłę rażenia przy pomocy wykreowanej przez siebie historii. A wszystko zaczęło się tak…

Karolina Północna w USA. Wybrzeże nawiedza wyjątkowo silny huragan, który sieje spustoszenie i niszczy wszystko, co spotka na swojej drodze. Niektórych ludzi pozbawia nie tylko dorobku, ale także życia, a w najlepszym przypadku wywołuje znaczący uszczerbek na zdrowiu. Pomoc lekarska jest na wagę złota, dlatego Rebecca Ward – ceniona i utalentowana lekarka – nie zastanawia się zbyt długo z podjęciem decyzji o wyjeździe w rejony kataklizmu. Namawia do tego również swoją młodszą siostrę Mayę (także lekarkę). Jednak Maya – tak skrajnie odmienna od swojej siostry: krucha, delikatna i lękliwa – bardzo obawia się wyjazdu w tak niebezpieczne miejsce; nie chce też porzucać pracy, która jest dla niej ostoją. Ostatecznie Rebecca wyjeżdża w towarzystwie męża siostry – Adama.

Na miejscu zastają wszystko, czego się spodziewali, jednak na znacznie większą skalę – ogromne rozmiary zniszczeń, ludzkie cierpienie, śmierć… Pomimo to podejmują starania, by uratować każde istnienie ludzkie. W tym czasie Maya ponownie rozważa możliwość wyjazdu do Karoliny Północnej, aż pewnego dnia podejmuje decyzję.

Zdaje się, że podświadoma niechęć Mayi do przedsięwzięcia nie wzięła się znikąd, bo już na początku pobytu młodej lekarki w rejonie dotkniętym klęską żywiołową rozgrywa się tragedia. Helikopter, którym podróżowała (wraz z pacjentami), wpada do rwącej rzeki. I od tej pory siostry wiodą osobne życie. Rebecca – przekonana, że jej siostra nie żyje – stopniowo zbliża się do Adama. Pomiędzy nimi rodzi się uczucie, na jaw wychodzą nieznane im wcześniej fakty z życia siostry, które skrzętnie ukrywała pod osłoną kłamstw. Z kolei Maya stara się odnaleźć w nowej rzeczywistości, w której przyszło jej żyć, i planuje wydostać się z początkowo przyjaznego miejsca, odsłaniającego z czasem swoje mroczne oblicze…

Choć powyższy opis fabuły pewnie wyda się Wam bardzo obszerny (a może nawet nazbyt?), to wierzcie mi – jest to zaledwie mały wycinek z całości akcji. Dzieje się tu szalenie dużo! To nie jest kolejna słaba opowiastka o zakazanym uczuciu i kłamstwach, choć i jedno, i drugie jest fundamentem tej historii. Na bazie uczuć i tego, co jest nam tak dobrze znane, autorka stworzyła niebanalną opowieść z naprawdę interesującą otoczką.

Diane Chamberlain
źródło: www.proszynski.pl
Sama konstrukcja przedstawionej relacji też nie jest banalna – o tym, co dzieje się u Rebecki, dowiadujemy się za pośrednictwem narracji trzecioosobowej, kolei Maya sama opowiada nam o swoich losach. Początkowo obawiałam się, że pisarka użyła takiego chwytu, aby czytelnik od razu i nieświadomie bardziej przywiązał się do Mayi. Okazało się, że na szczęście obie bohaterki stały mi się bardzo bliskie; także Rebecca zyskała moją sympatię, mimo że jej zachowanie niejednokrotnie wydawało mi się niewłaściwe.

A co mogę powiedzieć o zakończeniu? Moim zdaniem to chyba największy i jedyny minus tej książki. Jest zbyt nierealne i chyba trochę za „słodkie”, ale… to tylko moja własna, subiektywna ocena. Dla Was, drodzy, może być ono jednym z najlepszych zakończeń, jakie w życiu czytaliście.

Co dodać na koniec? Chyba tylko to, że pani Chamberlain po raz kolejny mnie nie zawiodła. Znów jej książkę czytało mi się wyśmienicie i sama nie wiem, kiedy ją skończyłam, wprost pochłonęłam jednym tchem. Myślę, że Diane Chamberlain ma szansę zostać jedną z moich ulubionych powieściopisarek – niechaj tylko wezmę do ręki jej kolejną powieść i znów się nią zachwycę.

Ocena: 4/6




[1] D. Chamberlain, Kłamstwa, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011, s. 348.


Już tylko do północy macie szansę na wygranie książki Neda Vizziniego i Chrisa Columbusa pt. "Dom tajemnic"! KLIK

wtorek, 3 grudnia 2013

"Trzy pogrzeby Melquiadesa Estrady" reż. Tommy Lee Jones




gatunek: Dramat, Western
produkcja: Francja, USA
premiera: 6 stycznia 2006 (Polska), 20 maja 2005 (świat)
reżyseria: Tommy Lee Jones
scenariusz: Guillermo Arriaga


Ładnych parę lat temu oglądałam końcówkę pewnego filmu. W zasadzie jednym okiem patrzyłam, a drugie już spało. Nie zmienia to jednak faktu, że film bardzo mnie zainteresował i ogromnie żałowałam, że natknęłam się na niego w TV o wiele za późno. Cóż mnie w nim tak zaintrygowało? Tych, którzy znają moje upodobania, pewnie nie zdziwi zbytnio fakt, że chodzi o trupa. A konkretnie o faceta, który wiózł tego trupa na koniu przez pustynne połacie.

http://www.filmweb.pl
Potem o filmie zapomniałam, bo życie mnie pochłonęło, ale ostatnio postawiłam sobie za cel dotarcie do niego i prześledzenie całości. Sprawa do najłatwiejszych nie należała, bo nie dość, że nie pamiętałam tytułu (wiedziałam tylko, że jest długi), to jeszcze nie kojarzyłam odtwórcy głównej roli. Jednak od czego jest niemal wszechwiedzący Internet? Wyszukiwarka potrafi zdziałać cuda, wierzcie mi…

Po chwili poszukiwań już wiedziałam, że chodziło mi o „Trzy pogrzeby Melquiadesa Estrady” w reżyserii znanego aktora Tommy'ego Lee Jonesa, będącego także odtwórcą głównej roli. Pete Perkins (T.L. Jones) pewnego dnia dowiaduje się o śmierci swojego przyjaciela, Melquiadesa Estrady (Julio Cedillo), który został zamordowany. Kiedyś Estrada w rozmowie z Perkinsem zobowiązał go, aby ten – na wypadek śmierci przyjaciela – pochował go w jego ukochanym miejscu – tam gdzie woda czysta, bliskie sercu góry, gdzie rodzinny dom i żona. Pete prośby wysłuchał, ale nie brał jej na poważnie – w końcu przyjaciel był od niego znacznie młodszy. Dlaczego miałby umrzeć wcześniej? Czarny scenariusz jednak ziścił się. Perkinsowi nie pozostało nic innego, jak spełnić wolę Estrady i dotrzeć do jego rodzinnego Meksyku. A że podróż na koniu z nieboszczykiem do najłatwiejszych nie należy, wziął sobie pomocnika – Mike’a Nortona (Barry Pepper). Mike, będący pracownikiem straży granicznej, nie bez powodu staje się towarzyszem specyficznej wędrówki Pete’a i bez wątpienia zapamięta ją do końca życia…

I co powiecie? Że szału nie ma, bo brak tu wartkiej akcji i sensacyjnego wątku? O ile to drugie w jakimś stopniu występuje, to zawrotnego tempa akcji faktycznie tu nie znajdziecie, ale nie w tym tkwi sekret sukcesu tego nagrodzonego w 2005 roku w Cannes filmu. Jego piękno tkwi w wartościach, jakie uwypukla, a mianowicie: szacunku do drugiego człowieka, jego woli oraz sile przyjaźni. Moralne wartości, jakimi kieruje się Perkins, są niezwykle silne i wyraziste. Perkinsowi niestraszny widok zwłok ani woń rozkładającego się ciała – zobowiązanie wobec przyjaciela ma dla niego pierwszorzędne znaczenie. Kluczowa jest też dla niego kwestia odnalezienia mordercy i pomszczenie ofiary. I nawet w tym momencie główny bohater zaskakuje nas swoim realizmem i ludzkimi, nieprzerysowanymi odruchami (mimo że sam wątek podróży z truchłem przyjaciela taki właśnie się wydaje).

http://www.filmweb.pl
Do plusów filmu zdecydowanie trzeba też zaliczyć naprawdę dobre zdjęcia oraz ujęcia. Nie wiem, co Teksas oraz Meksyk takiego w sobie mają, ale uwielbiam oglądać te rejony świata w filmach. Ich duszny, gorący klimat, przestrzenie wypełnione po brzegi pyłem i piaskiem – to właśnie robi na mnie od zawsze silne wrażenie.

„Trzy pogrzeby Melquiadesa Estrady” to debiut reżyserski Tommy’ego Lee Jonesa, ale wiele obiecujący. Wiem na pewno, że na nim nie poprzestanę i będę śledzić karierę tego filmowego twórcy. Teraz pora na „Sunset Limited” – o wrażeniach z seansu na pewno was poinformuję.

Aha! I jeszcze jedno. „Trzy pogrzeby Melquiadesa Estrady” to obraz zaliczany do gatunku westernu – kogo to odstrasza, niech wie, że jest go w tym filmie tyle, co kot napłakał, i nie warto spisywać go na straty tylko z tego powodu. Gdyby było inaczej, ja na pewno nie obejrzałabym go do końca.

Ocena: 5/6


Przypominam o moim KONKURSIE, w którym wygrać możecie "Dom tajemnic" Neda Vizziniego i Chrisa Columbusa. Macie czas do najbliższego piątku godz. 23:59. :)