Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura faktu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura faktu. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 lipca 2014

Snowden. Nigdzie się nie ukryjesz - Glenn Greenwald





tłumaczenie: Barbara Gadomska
tytuł oryginału: No Place to Hide. Edward Snowden, the NSA, and the U.S. Surveillance State
wydawnictwo: Agora
data wydania: 16 maja 2014
ISBN: 9788326813405
liczba stron: 320


Internet – dobrodziejstwo naszych czasów, potężne narzędzie ułatwiające nam życie. Za jego pośrednictwem zapłacimy rachunki, zrobimy zakupy, porozmawiamy ze znajomymi, znajdziemy miłość, pochwalimy się, gdzie spędziliśmy wakacje, wejdziemy na strony, o których odwiedzanie nikt by nas nigdy nie podejrzewał, zupełnie anonimowo zmieszamy kogoś z błotem… Zaraz, zaraz! Czy aby na pewno anonimowo? Otóż nie! Anonimowość i prywatność w sieci – to największa ułuda funkcjonująca w przekonaniu wielu z nas.

Jak bardzo mylą się ci, którzy przekonani byli o stuprocentowej intymności podczas serfowania po Internecie, pokazały wydarzenia z zeszłego roku. Świat obiegła informacja o inwigilacji, której na ogromną skalę dopuszcza się rząd amerykański, a źródłem tych newsów okazał się młody, dwudziestodziewięcioletni wówczas współpracownik NSA i CSI – Edward Snowden.

Nim cała sprawa ujrzała światło dzienne, Snowden bardzo skrupulatnie i rzeczowo przygotował się do jej ujawnienia. Wszystko dokładnie przemyślał, a przede wszystkim uświadomił sobie, jak poważne konsekwencje czekają go z tego tytułu (amerykańskie władze najpewniej posądzą go o szpiegostwo, co wg niektórych źródeł już się stało), dlatego w porę wyjechał z kraju i tymczasowo ulokował się w jednym z hoteli w Hongkongu. Stamtąd też zaczął nawiązywać kontakty z wybranymi dziennikarzami, w tym z Glennem Greenwaldem. Ten dziennikarz wkrótce stał się autorem głośnej książki pt. Snowden. Nigdzie się nie ukryjesz. Greenwald opisał w niej, jak doszło do jego spotkania ze Snowdenem, szczegółowo omówił, co zawierały wykradzione tajne dokumenty. Nakreślił także w jednym z rozdziałów jak wielka jest potęga mediów.

Lektura wstrząsnęła mną niczym dobrej klasy thriller polityczny, który przeniesiony na ekran kinowy mógłby konkurować z fikcyjnymi opowieściami o tajnych działaniach rządu, narzędziach informatycznych, którymi dysponuje i zastosowaniu ich w praktyce. To, co dotąd zdawało nam się być tylko dziełem fantazji twórców filmów czy książek z dreszczykiem, teraz jest rzeczywistością. Okazuje się, że dla rządu amerykańskiego podsłuchiwanie rozmów głów państw, ważnych person świata polityki a nawet zwykłych, szarych obywateli, uzyskiwanie tą drogą informacji gospodarczych, dyplomatycznych czy związanych z bezpieczeństwem – to chleb powszedni. Na zlecenie władz odpowiednie programy komputerowe codziennie zliczają, ile Amerykanie przeprowadzili rozmów telefonicznych (regionalnych i zagranicznych), ile wysłali e-maili, z kim rozmawiali na chatach wideo i głosowych na Facebooku, jakie pliki wysyłali, jakie udostępniali zdjęcia itd. Ponadto rząd amerykański jest w stanie w każdej chwili zdalnie aktywować dowolny telefon komórkowy i posłużyć się nim jako urządzeniem nasłuchowym, dlatego Snowden zalecał wyjątkowe środki ostrożności podczas rozmów i nakazywał wyjmowanie baterii z telefonów oraz… umieszczanie aparatów w zamrażalniku – miało to zdecydowanie utrudnić podsłuch.

Zaskoczył mnie sam Edward Snowden a właściwie charakterystyka jego życia. Mogłoby się zdawać, że na tak odważny, bohaterski (niektórzy powiedzieliby, że głupi) czyn mógłby odważyć się tylko człowiek samotny, wyalienowany, któremu konsekwencje takiej decyzji nie zaszkodziłyby aż nadto. Tymczasem Snowden okazuje się młodym człowiekiem, początkowo niewykształconym (nie skończył nawet szkoły średniej), ale z zacięciem informatycznym, który prowadzi bardzo normalne życie, tzn. ma kochającą rodzinę, dziewczynę i obietnicę dostatku do końca swych dni, a mimo to postanawia, ryzykując swoją wolność oraz los jego bliskich, obwieścić światu, w posiadaniu jakich informacji się znajduje. Jednak nie to budzi w nim największy lęk. To, co najbardziej przerażało Snowdena, to realna możliwość, że ludzie nie przywiążą do kwestii inwigilacji szczególnej uwagi, że z góry założą, iż ten temat ich nie dotyczy. Na szczęście tak się nie stało, a burza, która wywiązała się wokół sensacyjnych informacji, jest obecna na ustach wielu po dziś dzień.

I dobrze, bo naprawdę powinniśmy przyłożyć większą wagę do kwestii prywatności w Internecie (mamy w książce kilka rad w tym temacie). Podstawą według mnie jest umiar w tym, co decydujemy się umieszczać w sieci i gdzie to robimy, większa uwaga wobec tego, na jakie strony wchodzimy i co po sobie zostawiamy. Wszak fakt, że na przykład usuniemy swój profil na Facebooku nie gwarantuje nam prywatności – co raz zostaje umieszczone w sieci, tak naprawdę nigdy nie ginie.

Myślę, że z dużo większą dawką ostrożności powinniśmy podchodzić do świata wirtualnego i próbować zabezpieczać się na wszelkie możliwe sposoby, zaczynając od włączenia we własnych umysłach opcji rozwagi i umiaru. Książka Greenwalda otwarła mi oczy, dała mocno do myślenia i na pewno czegoś nauczyła, czego i Wam życzę po zakończeniu tej lektury, która powinna stać się obowiązkowa dla każdego użytkownika Internetu.

Ocena: 5/6




Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Agora.

piątek, 30 maja 2014

Polskie morderczynie - Katarzyna Bonda





wydawnictwo: Muza
data wydania: 5 lutego 2013
ISBN: 9788377583678
liczba stron: 400


Jeśli wierzyć statystykom, to liczba zabójstw dokonywanych przez Polaków (na terenie kraju i poza nim) sukcesywnie spada. Jak podaje Rocznik Statystyczny GUS wydany w zeszłym roku, w 2005 morderstw dokonało ponad sześćset pięćdziesiąt osób, w 2010 ‒ już lekko ponad pięćset, a w 2012 ‒ czterysta dziewięćdziesiąt trzy (nieco więcej niż w 2011), z czego ponad pięćdziesiąt osób to kobiety. Pytanie brzmi: czy aż ponad pięćdziesiąt?

Kierując się tylko i wyłącznie liczbami, śmiało można powiedzieć, że to niewiele, ale kiedy dotrze do nas, że cały czas mowa o kobietach, to zapewne szybko zmienimy zdanie i stwierdzimy, że kobiet, które dopuściły się jednego z najcięższych przestępstw, jest dużo – o wiele za dużo. Skąd takie podejście? Dlaczego kobiety, które mordują, wywołują takie poruszenie? Dlaczego, kiedy ich sprawy przedostają się do mediów, z miejsca wywołują tyle szumu? Wydaje mi się, że odpowiedź na to pytanie nie jest zbyt skomplikowana. Bo z czym kojarzy się kobieta? Z domem, rodziną, dziećmi, ciepłem domowego ogniska, empatią, troskliwością, opiekuńczością… W samym słowie „kobieta” zawiera się to, co rozumiemy pod pojęciem dobra – tak od zarania dziejów jesteśmy nauczeni postrzegać płeć piękną. Zatem, gdy właśnie ta, teoretycznie, niestworzona do czynienia zła istota dopuści się tak makabrycznego czynu jak morderstwo, to nie ma siły, by nie mówiono o niej na forum publicznym, nie oceniano jej na podstawie tego, co zrobiła i by społeczeństwo nie skazywało jej zaocznie na karę śmierci czy – w najlepszym razie – dożywocie. O tych kobietach myślimy często w jak najgorszych kategoriach, zupełnie zapominając o tym, że to nadal tacy sami ludzie jak my, którzy do momentu popełnienia przestępstwa często wiedli życie bardzo zbliżone do naszych: uczyły się lub pracowały, miały rodzinę, mężów i dzieci. Aż w końcu nadchodziła ta czarna chwila, w której to, co tak naprawdę siedzi w każdym z nas, budziło się ze snu, by zaatakować.

O takich właśnie kobietach opowiada książka Katarzyny Bondy pt. Polskie morderczynie. Chociaż „opowiada” to nie najlepsze słowo, ponieważ to same kobiety opowiadają o sobie – to, co chcą i tyle, ile chcą. Ich opowieści konfrontowane są następnie z aktami spraw. Zadziwiające, jak te kobiety potrafią kłamać i stawiać siebie w lepszym świetle…

Jedna z nich poprosiła autorkę, by nie publikować jej prawdziwego imienia oraz nazwy miejscowości, z której pochodzi, jednocześnie zarzekając się, że dalsza część historii jej życia będzie już w stu procentach prawdziwa. Czytając akta jej sprawy przekonujemy się, jak umiejętnie kłamie: z bezwzględnej morderczyni, której motywem był rabunek, przeistacza się, za sprawą swojej opowieści, w ofiarę, która „przecież tylko się broniła”. Inna, posiadająca niesamowity dar manipulowania ludźmi, również twierdzi, że zmuszona była bronić się, co zaowocowało śmiercią napastnika, tymczasem akta pokazują, że to ona pierwsza wyciągnęła nóż.

Wiele z tych kobiet targnęła się na życie swoich partnerów/konkubentów/mężów, którzy latami znęcali się nad nimi (a często też ich dziećmi). Znosiły z trudem lata upokorzeń, by pewnego dnia zakończyć ten koszmar w najgorszy z możliwych sposobów. Zabijając swojego oprawcę, jednocześnie zabijały swoje życie. Pobyt w więzieniu zmienia ‒ a nierzadko niszczy ‒ wszystko.

W książce znajdujemy też przykłady kobiet, które nijak nie pasują do schematu kobiet wyjętych spod prawa: nie pochodzą z rodzin patologicznych, rozbitych czy niepełnych – były kochane i dobrze traktowane przez rodziców, w szkole uczyły się bardzo dobrze, by potem bez problemu zdać na studia. To scenariusz życia pewnej młodej lekarki, która złamała je sobie niedługo po rozpoczęciu pracy, jako lekarz asystent w kieleckim pogotowiu. Popchnęła ją do zbrodni chora miłość ‒ uczucie do żonatego mężczyzny, który nie chciał odejść od matki swojego dziecka.

Jest też przypadek zupełnie przeciwny: kobiety o – jak orzekli psychiatrzy – lekkim stopniu upośledzenia umysłowego, która czynnie uczestniczyła w morderstwie znajomego swojej matki, a następnie spożywała alkohol w tym samym pomieszczeniu, w którym leżały zwłoki ofiary. Jej zaburzenia psychiczne sprawiały, że przebywając w zakładzie karnym, widziała wokół siebie duchy i rozmawiała z nimi. Ostatecznie kobieta zmarła.

Wszystkie te przykłady, które przybliża czytelnikowi Bonda, pokazują, że nie ma jakiegoś wzoru, według którego można by było rozpoznać ewentualną morderczynię. Jedyne, co często je łączy, to emocjonalne pobudki zbrodni: zdrada, zazdrość, samotność, zemsta… Dlatego wydaje mi się, że nie wszystkie z tych kobiet powinniśmy z góry oceniać poprzez pryzmat zbrodni, której się dopuściły. Nie znaczy to, że powinniśmy udzielać im jakiejś taryfy ulgowej z racji trudnych doświadczeń życiowych. Problemy da się rozwiązać na szereg różnych sposobów, a morderstwo nie powinno być dla nikogo żadną opcją. Mimo to nie powinniśmy zapominać o tym, że te kobiety ‒ mimo całego zła, które wyrządziły sobie i  rodzinom swoim i ofiar ‒ nadal są ludźmi.

Szalenie ciężko opowiadać mi o tym, co wyniosłam z tej lektury i o niej samej w ogóle. Jest niebywale trudna i niesie ze sobą ogromny ładunek emocjonalny, często w skrajnie różnych odmianach. Natłok myśli po zamknięciu książki jest ogromny, dlatego nie chcę jej oceniać i nie zrobię tego. Spróbuję ją jedynie przetrawić. Was do lektury nie zamierzam namawiać ani od niej odciągać – sami oceńcie, czy jesteście na nią gotowi.



*****

Przypominam Wam o konkursie, w którym wygrać możecie "Troje" Sarah Lotz.

piątek, 2 maja 2014

Syberia. Moje miejsce na ziemi - Theodor Kröger




tłumaczenie: Bronisław Pionke
tytuł oryginału: Das vergessene Dorf
wydawnictwo: Replika
data wydania: 20 maja 2014 recenzja przedpremierowa


Gdyby ktoś zapytał mnie, który region świata wypada wyjątkowo wyraziście w odsłonie literackiej, to bez wahania wskazałabym Syberię. Skrajności klimatyczne: gorące lata obfitujące w gwałtowne burze i ulewne deszcze oraz srogie zimy, w których mróz, śnieżyce i przenikliwy wiatr utrudniają nawet myślenie, nie mówiąc o w miarę normalnym funkcjonowaniu – jest to region szalenie trudny do życia dla ludzi, jednak nawet tam znajdują się osady, w których mieszkańcy starają się dostosować do warunków, jakie serwuje im przyroda. Przekonał się o tym Theodor Kröger – autor autobiograficznej powieści pt. Syberia. Moje miejsce na ziemi, w której opowiada nie tyle o całym swoim życiu, co o tej jego części, w której przyszło mu wieść trudny żywot właśnie na Syberii, w miejscowości Nikitino.

Autor rozpoczyna swoją opowieść w okresie początków I wojny światowej. Jako Niemiec mieszkający w Petersburgu uznawany był przez władze rosyjskie za wroga numer jeden –posądzony o szpiegostwo z marszu skazany został na karę śmierci. Ostatecznie jednak wyrok zmieniono na dożywotnie zesłanie na Syberię i życie pod czujnym okiem strażników.

Początkowo wydaje się, że życie w takim miejscu jest gorsze niż nawet najdłuższa kara w murach więziennych. Oprócz niesprzyjających warunków pogodowych Kröger musiał przywyknąć do fatalnych warunków mieszkaniowych, w których robactwo wyzierało niemal z każdego kąta, do biedy oraz do społeczności Nikitino, której specyfika polegała na tym, że brak regularnego spożywania alkoholu skutkował wykluczeniem. Sprawę asymilacji w nowym otoczeniu mocno utrudniła również niemiecka narodowość autora. Mimo wszystko przypływ gotówki, jakże pożądany, odmienił jego życie – w ciągu kilku dni stał się poważany wśród ludności, a policja nie pilnowała go już tak gorliwie jak na początku. Renoma, jakiej się dorobił, pozwoliła mu z czasem na wprowadzanie stopniowych zmian w miasteczku – pojawił się pomysł otworzenia szkoły a nawet kina. Sam Kröger zaś wkrótce zakochał się z wzajemnością i nawet rozkręcił własny biznes. Mimo to jeszcze wiele kłód rzucono mu pod nogi – jego opowieść to nie jest bajka o sielskim życiu na łonie przyrody…

Trzeba przyznać, że w czasie zsyłki na Syberię autor naprawdę wiele przeszedł. O wszystkich tych przeżyciach opowiada bardzo szczegółowo i bardzo wyraziście. Przechodziły mnie ciarki po plecach, kiedy opowiadał o pobycie w kazamatach, w twierdzy Schlisselburg, kiedy z przerażającą dokładnością opisywał, jak był o krok od szaleństwa, będąc zamkniętym w ciasnej, ciemnej i wilgotnej celi, broniąc się przez wygłodniałymi szczurami i wszędobylskimi pająkami.

Moimi największymi wrogami są szczury(…). Od czasu, kiedy w misce znalazłem kawałek szkła, przecinam im gardła i ciepłą krwią ogrzewam sobie ręce[1].

Nie inaczej opisuje swoje losy w Nikitino – surowość, bezwzględność i majestat Syberii oddał wręcz po mistrzowsku. Świetnie poradził sobie z charakterystyką tamtejszej społeczności, obnażając jej wady, nieustające ciągoty do kieliszka, ale także i zalety, w szczególności ludności tatarskiej. Styl autora jest dość specyficzny, ale myślę, że dobrze oddaje ducha tamtych czasów, choć jego język chwilami zdawał mi się nazbyt oficjalny.

Byłabym gotowa uznać tę powieść za wolną od wszelakich wad, jednak jest coś, na czym książka ta nieco traci. O ile początek jest szalenie intrygujący i porywający, to środkowa część (z akcją w miasteczku) w pewnym momencie zaczyna się dłużyć, przeżycia autora stają się monotonne i związane są właściwie wyłącznie z codziennością życia w Nikitino. Mimo to warto dotrwać do końca, bo epilog nie daje chwili wytchnienia, zostawiając nas z bardzo trudnym emocjonalnie zakończeniem.

Zatem komu polecam Syberię...? Osobom lubującym się w opowieściach życiowych, które nie są jedynie wytworem fantazji autora, fanom szczegółowych opisów miejsc, zdarzeń oraz uczuć bohaterów, czytelnikom zainteresowanym historią Syberii oraz zaintrygowanym jej surowością, fanom powieści, których akcja osadzona jest właśnie tam. Mimo niewielkiego mankamentu powieść Theodora Krögera jest naprawdę warta poznania.

Ocena: 4.5/6




[1] T. Kröger, Syberia. Moje miejsce na ziemi, Replika, Zakrzewo 2014, s. 23.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Replika.

wtorek, 8 kwietnia 2014

Przetrwałam. Życie ofiary Josefa Mengele - Eva Mozes Kor, Lisa Rojany Buccieri





tłumaczenie: Teresa Komłosz
tytuł oryginału: Surviving the Angel of Death. The Story of a Mengele Twin in Auschwitz
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 6 lutego 2014
ISBN: 9788378397045
liczba stron: 160



Josef Mengele – nazwisko to odbija się szerokim i głębokim echem w świadomości każdego, kto choć w minimalnym stopniu interesuje się poczynaniami nazistów na terenach obozów koncentracyjnych. Znany również jako Anioł Śmierci, kat skryty w ciele wyjątkowo przystojnego i sympatycznego z wyglądu mężczyzny. Jak bardzo ta delikatna uroda była niewspółmierna do tego, czego się dopuszczał, najlepiej wiedzą ci, którzy wyszli cało ze spotkania z nim – więźniowie obozów zagłady.

Oczkiem w głowie tego niemieckiego lekarza były bliźnięta – nie bez powodu. Wiadomo, że naziści pragnęli stworzyć nową „rasę panów”, która miała składać się z jedynie najczystszej krwi Aryjczyków. W tym celu powstała instytucja Lebensborn, która stworzyła sieć ośrodków, w których na świat przychodziło nowe pokolenie „nadludzi”. Jednym z największych zmartwień nazistów było to, że jedna ciąża zasilała szeregi aryjskie tylko o jedno dziecko, tymczasem oni chcieli, by nowa potęga świata rozrastała się możliwie jak najszybciej. Stąd zainteresowanie lekarzy nazistowskich bliźniętami i ciążami mnogimi. Próbowano więc odkryć, co sprawia, że kobieta zachodzi w ciążę mnogą. Mengele był kimś na kształt prekursora tych badań. „Materiał” potrzebny do ich przeprowadzenia był niezwykle łatwo dostępny podczas przesiedleń ludności do obozów. Niejednokrotnie sam nadzorował selekcję więźniów po ich transporcie do Auschwitz, wskazując pałką, z którą się nie rozstawał, kto od razu ma trafić do komory gazowej, a kto ma żyć dalej, wykonując katorżniczą pracę.

Szczególnymi względami (choć w gruncie rzeczy ciężko tak to nazywać) cieszyły się bliźnięta, o czym przekonały się siostry Eva i Miriam – dwójka z czwórki dzieci żydowskiego małżeństwa żyjącego przed wojną w Portz (Rumunia). Wedle relacji Evy – spisanej przy pomocy Lisy Rojany Buccieri w książce pt. Przetrwałam. Życie ofiary Josefa Mengele – do obozu w Auschwitz trafiły w 1944 roku, mając zaledwie dziesięć lat. Bardzo szybko trafiły do grupy innych bliźniąt poddawanym najróżniejszym, najwymyślniejszym i przede wszystkim najokrutniejszym eksperymentom pseudomedycznym, nad którymi pieczę objął sam Anioł Śmierci. To, czego dopuszczał się na tych Bogu ducha winnych dzieciach, przechodzi ludzkie pojęcie… Próby zmiany koloru tęczówek (czego częstym następstwem była ślepota), amputacje, wstrzykiwanie tyfusu (i innych chorób) i inne bolesne eksperymenty przeprowadzane często bez żadnego znieczulenia…

Przebywanie w Auschwitz było jak uczestniczenie każdego dnia w wypadku drogowym. Codziennie działo się coś przerażającego[1].

Również Evie i Miriam wstrzyknięto jakieś substancje. Eva cudem wybroniła się z następstw zastrzyku, ocierając się o śmierć i unikając jej dzięki silnemu organizmowi oraz heroicznej pomocy siostry (sama nie jadła, by móc odłożyć dla Evy odrobinę chleba). Gorzej było z Miriam, bo po wstrzyknięciu jej tajemniczej substancji, po której mocno podupadła na zdrowiu i po dłuższej rozłące z siostrą (Eva przebywała w szpitalu obozowym) stała się jednym z wielu obozowych muzułmanów (więźniowie, którzy poddali się, nie mając sił do walki z codziennością, którzy osłabli nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie). Jak się potem okazało, eksperymenty, które na niej przeprowadzono, przyczyniły się do zatrzymania rozwoju jej nerek – na poziomie dziesięcioletniego dziecka.

Dziewczynki cudem przetrwały pobyt w tym ziemskim piekle i po wyzwoleniu udało im się wrócić do Rumunii, gdzie miały nadzieję spotkać rodziców oraz siostry. Na miejscu okazało się, że z najbliższej rodziny prawie nikt nie przeżył, oprócz ciotki, u której mieszkały przez kilka lat. Potem wyjechały do Palestyny, spełniając prośbę ojca, który gorąco ich do tego namawiał, jeszcze zanim rozpoczął się cały ten koszmar. Eva ostatecznie osiadła w Stanach Zjednoczonych, gdzie założyła rodzinę i mieszka do dziś. Miriam zmarła w 1993 roku.

Tyle o ich życiu. Sama książka napisana jest bardzo lekkim i przystępnym językiem, by z łatwością mogła trafić do młodzieży – autorka chce, by młodzi ludzie mieli świadomość tego, czego dopuszczali się naziści – ku przestrodze. Odnośnie samych eksperymentów, nie ma tu zbyt wielu szczegółów. Wspomnienia Evy Kor są dość ogólne i pobieżne, czemu chyba trudno się dziwić, biorąc pod uwagę jej ówczesny wiek. Najmocniejszy jest tu wydźwięk emocjonalny, choć Eva w żaden sposób nie gra na emocjach czytelnika, niczego nie uwypukla, nie chwyta się dramatycznych opisów. Zresztą, nie musi tego robić – jej historia sama w sobie jest wystarczająco przerażająca.

W relacji Kor wyjątkowo mocno poraziło mnie jednak to, że była w stanie wybaczyć samemu Mengele. Nie wyobrażam sobie, jak wiele trzeba mieć w sobie siły, by móc powiedzieć „wybaczam” takiemu potworowi, jakim był Anioł Śmierci… Podziwiam ją za to całą sobą, a Was zostawiam z fragmentem jej Deklaracji Amnestii odczytanej w Auschwitz podczas obchodów pięćdziesiątej rocznicy wyzwolenia obozu, który sam w sobie jest wyjątkowym morałem tego tytułu:

Mam nadzieję, że swoim skromnym głosem kieruję do świata przesłanie wybaczenia, przesłanie pokoju, przesłanie nadziei, przesłanie ukojenia. Nigdy więcej wojen, nigdy więcej doświadczeń bez świadomej zgody tych, na których są przeprowadzane, nigdy więcej komór gazowych, nigdy więcej bomb, nigdy więcej nienawiści, nigdy więcej zabijania, nigdy więcej obozów takich jak Auschwitz[2].





[1] E. M. Kor, L. R. Buccieri, Przetrwałam. Życie ofiary Josefa Mengele, Prószyński i S-ka, Warszawa 2014, s. 57.
[2] Tamże, s. 153.


Oficjalna recenzja dla Lubimy Czytać - LINK.
Wyzwania: z uwagi na pochodzenie jednej z autorek - Czytam literaturę amerykańską.

wtorek, 18 marca 2014

Chłopiec z Listy Schindlera - Leon Leyson





tłumaczenie: Jarosław Skowroński
tytuł oryginału: The Boy on the Wooden Box
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 14 stycznia 2014
ISBN: 9788378396826
liczba stron: 256


Oskar Schindler – chyba każdy zna albo chociaż kojarzy to nazwisko. Jeśli nie z książki Thomasa Keneally’ego pt. „Lista Schindlera”, opowiadającej o jego godnych podziwu działaniach, to bez wątpienia zna je z głośnej ekranizacji w reżyserii Stevena Spielberga o tym samym tytule. Ten właśnie człowiek, niemiecki przedsiębiorca należący w latach II wojny światowej do partii nazistowskiej, uchronił przed pewną śmiercią 1200 ludzi pochodzenia żydowskiego.


Jedną z tych osób był nieżyjący już Leon Leyson (właśc. Lejb Lejzon), którego wspomnienia zostały zapisane oraz wydane pod czujnym okiem Marilyn J. Harran oraz Elizabeth B. Leyson (jego córki). Historia jego życia jest niezwykle przejmująca i dramatyczna. Relacja autora rozpoczyna się, gdy jest małym chłopcem i wraz z rodzicami oraz czwórką rodzeństwa skromnie, ale szczęśliwie żyje w północno-wschodniej Polsce, w miejscowości Narewka (obecnie nieopodal granicy z Białorusią). Ojciec Lejby nie ustaje w staraniach, by jego rodzina miała godne warunki do życia, dlatego wkrótce wyjeżdża z rodzinnej wsi i rozpoczyna pracę w Krakowie. Dopiero po kilku latach to, co zarobił, umożliwia mu ściągnięcie żony wraz z dziećmi do tego samego miasta.

Niedługo potem groźba wybuchu wojny z dnia na dzień staje się coraz bardziej realna, choć wielu nie do końca zdaje sobie z tego sprawę albo nie przyjmuje tego do wiadomości. Jednak wrzesień 1939 roku pokazuje, że naziści pod wodzą Adolfa Hitlera nie cofną się przed niczym, by zdobyć władzę i stworzyć nową, „czystą” rasę. By tego dokonać, w pierwszej kolejności należy pozbyć się „kłód” na drodze do realizacji tego koszmarnego planu, czyli m.in. Żydów. Rozpoczyna się masowe przesiedlanie ludności żydowskiej do gett. Rodzina Lejzonów z małego, ale przytulnego mieszkania przenosi się do ciasnego pokoju w krakowskim getcie, które przyszło im dzielić z inną rodziną. Nie trzeba długo czekać na pojawienie się głodu i chorób – naziści celowo nie zapewniają mieszkańcom getta należytych racji żywnościowych, a zapasy szybko się kończą. Skupienie tak dużej liczby ludzi na zamkniętym terenie, gdzie trudno o zachowanie higieny, szybko owocuje rozpowszechnianiem się chorób (tyfus, szkorbut itd.).

Z dnia na dzień jest coraz gorzej, jednak szczęśliwy przypadek sprawia, że ojciec Lejby trafia do Niemieckiej Fabryki Wyrobów Emaliowanych, gdzie – dzięki temu, że potrafi otworzyć zamknięty sejf – zostaje zatrudniony na stałe. Naturalnie jest to praca bez zapłaty w tradycyjnej formie, jednak sam fakt, że pracownicy mają zaświadczenie o zatrudnieniu ratuje im życie. To jednak również trwa tylko do czasu. Gdy kapitulacja nazistowskich Niemiec jest już tylko kwestią czasu, zapada decyzja o likwidacji gett i masowej wywózce ich mieszkańców do obozów koncentracyjnych. Oskar Schindler, drogą przekupstwa i układów, przekonuje komendanta KL Plaszow, Amona Goetha, że dotychczasowi pracownicy są niezbędni do prawidłowego funkcjonowania fabryki. Tym sposobem ratuje ponad tysiąc osób pochodzenia żydowskiego, w tym małego Lejzona.

Był to godny podziwu wyczyn z jego strony. Schindler niejednokrotnie ryzykował życie, by ratować swoich pracowników (jak relacjonuje Leyson), jednak nie można zapominać o fakcie, że przyjechał do Polski, by dorobić się na wojnie tanim kosztem (Żydzi byli darmową siłą roboczą). Wiedział, w jakich warunkach buduje swój biznes i jacy ludzie będą u niego pracować – robił to świadomie. Dlatego dla mnie jego postać będzie zawsze zawierała odrobinę… hmm… kontrowersji.

http://www.filmweb.pl/

Co do samej relacji z pobytu Leona Leysona w getcie czy obozie, nie doszukałam się w niej niczego, czego nie znałabym już z opowieści innych ocalonych. Na uwagę natomiast zasługuje to, jak autor wspomnień postrzega antysemityzm w Polsce. Jak pisze, przed wojną nienawiść do Żydów przejawiała się głównie w określonych momentach, jak np. w Wielki Tydzień i miała wydźwięk czysto religijny. Po wojnie zaś był to już ten sam antysemityzm, który funkcjonuje do dziś i dotyczy Żydów jako narodu. Leyson przytacza też kilka sytuacji, w których ta antypatia była szczególnie dotkliwa, jak np. w czasie pobytu w akademiku już po kapitulacji Niemiec (jako tymczasowym miejscu zamieszkania), gdy Polacy oskarżali Żydów o dokonywanie transfuzji krwi polskich dzieci, aby wzmacniać swoje organizmy.

Przejawy antysemityzmu ze strony Polaków to oczywiście rzecz bezsporna, bo każdy wie, że miały one miejsce często i gęsto, jednakże autor chyba zapomniał, że nie tylko Żydzi byli ofiarami II wojny światowej i nie tylko oni cierpieli. Choć wśród Polaków było wiele wrogo nastawionych do Żydów osób, to nie brakowało wśród nich także tych, którzy im pomagali i tych, którzy ginęli w obozach.

W ogólnym rozrachunku „Chłopiec z listy Schindlera” to emocjonująca i poruszająca książka jak każda z tego gatunku, jednak dla mnie niepozbawiona nutki kontrowersji.


Oficjalna recenzja dla Lubimy Czytać - LINK.

piątek, 14 marca 2014

Usteczka - Pola Kinski





tłumaczenie: Katarzyna Weintraub
tytuł oryginału: Kindermund
wydawnictwo: Black Publishing
data wydania: 5 marca 2014
ISBN: 9788375366945
liczba stron: 264


Ktoś z Was kojarzy nazwisko Kinski? Podejrzewam, że wielu obiło o uszy się raz czy dwa. Być może dzięki aktorce, Nastassji Kinski, której rozgłos przyniosła rola w filmie Romana Polańskiego Tess. Nieco starszemu pokoleniu nazwisko to może przywodzić na myśl jej ojca, Klausa Kinskiego (właśc. Klausa Nakszynskiego) – niezwykle ekscentrycznego aktora, znanego z ról w Doktorze Żywago, Za kilka dolarów więcej czy monologu Jezus Chrystus Zbawiciel.

To, co było (zmarł 23 listopada 1991 roku) w nim charakterystyczne – to bez wątpienia wybuchowy charakter, przekonanie o własnym geniuszu aktorskim i skrajny despotyzm. Wszystko musiało być tak, jak on sobie tego życzył, nawet we własnym domu. Dla swojej rodziny stał się nieobliczalnym tyranem. Właśnie taki jego obraz – prawdziwy, niezabarwiony tym, co serwowały wówczas media – kreśli przed czytelnikiem jego córka, Pola Kinski, w swojej poruszającej autobiografii pt. Usteczka.

Gdy był jeszcze młokosem, chyba mało kto spodziewał się, do czego jest zdolny. Zresztą wówczas nic poza miłością do Gislinde (matki Poli) nie liczyło się. Szybko zamieszkał z Gisi oraz jej rodzicami, piątką rodzeństwa i gosposią. Matka Poli, będąc jeszcze w ciąży, miała już okazję przekonać się, jaki naprawdę jest jej ukochany. Mimo to zdecydowała się na wspólne życie z nim. To jednak trwało tylko do czasu. Kiedy mała Pola miała zaledwie trzy lata, rodzice rozwiedli się i tym samym rozpoczęło się jej tułacze życie: między matką, która związała się z innym mężczyzną, a ojcem, który niczym wicher gnał po świecie w poszukiwaniu godnych swojego geniuszu ról.

To właśnie podczas jednego z takich wyjazdów Klaus pokazał swoją prawdziwą twarz –  człowieka chorego, zmagającego się z zaburzeniami na tle seksualnym. Pola miała zaledwie pięć lat, gdy ojciec zaczął ją molestować, a dziewięć, gdy zaczął dopuszczać się na niej gwałtów. Jak pisze Pola:

W ciągu dnia ojciec gra w „Doktorze Żywago” rewolucjonistę, który walczy o wolność i prawa człowieka, a wieczorem gwałci swoje dziecko[1].

Z jednej strony darzył ją ogromną miłością, nazywał swym aniołkiem, obsypywał prezentami, kupował najdroższe ubrania, zapewniał wystawne życie, a z drugiej traktował jak własność, jak rzecz, której można użyć, gdy tylko ma się na to ochotę. Po lekturze odniosłam wrażenie, jakoby Klaus usiłował zrekompensować Poli krzywdę, którą jej wyrządzał, za pomocą drogich podarunków. Może nawet usiłował zagłuszyć w ten sposób własne sumienie? To tylko moje przypuszczenia, choć nie wiem czy w przypadku pedofilii można mówić o sumieniu jako takim…

To, czego Klaus dopuszczał się na swojej małoletniej córce było i jest dramatem, którego większość z nas nie jest w stanie sobie wyobrazić ani pojąć, choćbyśmy nie wiem jak wiele poświęcili czasu na studiowanie tego tematu. Jest jednak coś jeszcze, coś równie, a może nawet bardziej, dramatycznego, mianowicie poczucie winy samej Poli. To przerażające, że już wtedy, będąc małą dziewczynką, była wręcz przekonana, że to, co robi z nią ojciec to tylko i wyłącznie jej wina, że sama zapracowała na ten grzech, którym jest kalana. Razów, w których jako dziecko rozmyślała o śmierci i pragnęła jej, nie da się zliczyć.

Na szynach kolejowych leży Pola. Trup. Obok niej klęczy Pola i zatroskana pochyla się nisko nad nią, nad jej twarzą. Koło nich przechodzi Pola, patrzy na nie poważnie i spokojnie. Potem znika[2].

To wszystko przeraża bardziej niż najkrwawszy horror, dlatego niewiele osób zdecyduje się na lekturę tak szczerych wyznań. Są nawet tacy, którzy są przeciwni powstawaniu takich biografii. Sama uważam, że mimo iż są one szalenie trudne w odbiorze pod względem emocjonalnym (Usteczka czytałam przez kilka dni, rozkładając książkę na raty), to jednak są potrzebne. Po pierwsze, osobom, które ten dramat przeżyły, bo są dla nich swego rodzaju środkiem terapeutycznym. Po drugie, są ważne dla nas, byśmy mieli szansę rozpoznać problem i w porę reagować, gdyby kiedykolwiek zaszła taka potrzeba (czego nikomu ani sobie nie życzę). Najgorszym wyjściem, niestety często wybieranym, jest obojętność i bierność. Często słyszy się, że najbliższe osoby z otoczenia molestowanego dziecka wiedziały o wszystkim, a nie zrobiły nic, by to przerwać (matka Poli też coś podejrzewała).

Mocnego wydźwięku wspomnieniom Poli Kinski dodaje styl, w jakim książka jest utrzymana – szalenie obrazowy, pełen mocnych, nierzadko dosadnych metafor, które uderzają z impetem w umysł. Następnie szybko torują sobie krótką drogę do serca, które prawie staje w płomieniach z żalu nad dzieciństwem autorki. Jej i wielu innych, krzywdzonych dzieci, których dramaty rozgrywają się każdego dnia w ich domach, a ich niemymi świadkami są cztery ściany ich własnych pokojów. Często są nimi także najbliżsi, którzy udają, że nie widzą i nie słyszą…

Życzyłabym sobie, by tę książkę przeczytał każdy, ale wiem, że ze względu na jej emocjonalny ciężar nie każdy się na nią zdecyduje. Warto jednak podjąć to wyzwanie.





[1] P. Kinski, Usteczka, Black Publishing, Wołowiec 2014, s. 109.
[2] Tamże, s. 62.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Black Publishing.

czwartek, 30 stycznia 2014

Urodzony w obozie nr 14 - Blaine Harden





tytuł oryginału: Escape from Camp 14
wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 20 listopada 2013
ISBN: 9788379432387
liczba stron: 256


Ten koszmar się jeszcze nie skończył…


Północnokoreańskie obozy dla więźniów politycznych istnieją dwa razy dłużej niż stalinowskie łagry i dwanaście razy dłużej niż hitlerowskie obozy koncentracyjne.

Jeszcze kilka lat temu ta informacja zamieszczona na okładce ostatnio przeczytanej przeze mnie książki najpewniej wzbudziłaby we mnie ogromny szok i przerażenie, bo stosunkowo niedawno dotarło do mnie, że to, czego dopuszczali się m.in. naziści nie zakończyło się wraz z okresem ich panowania. Ten koszmar trwa po dziś dzień i chyba tak naprawdę niewiele da się z tym zrobić, póki rząd Korei Północnej pod wodzą dynastii Kimów nie opamięta się (co mało prawdopodobne) lub zwyczajnie nie upadnie.

O obozach tych zrobiło się bardzo głośno mniej więcej na początku roku 2013, kiedy to znana dobrze wszystkim korporacja Google opublikowała zdjęcia satelitarne, na których można zobaczyć te miejsca. Skupiają one więźniów politycznych, stanowiących według władz Korei zagrożenie dla państwa. Znaleźć się może w nim każdy, także ten, kto np. nie uczcił urodzin wielkiego władcy w odpowiedni sposób (obecnie „Wielkiego następcy” Kim Dong II, czyli Kim Dzong Una) lub zwyczajnie chciał wyjechać z kraju (ci uznawani są najczęściej za szpiegów). Czary goryczy dopełnia fakt, że w Korei Północnej obowiązuje system odpowiedzialności zbiorowej, czyli wraz z głównym „przestępcą” karę ponosi cała jego rodzina – wszyscy trafiają do obozu, a niektórzy właśnie w nim się rodzą, tak jak Shin Dong-hyuk, o którym opowiada książka Blaine Ardena „Urodzony w obozie nr 14”.

Ten młody, bo zaledwie trzydziestodwuletni mężczyzna, przeszedł w swoim życiu więcej niż niejeden człowiek. Można powiedzieć, że przeszedł prawie tyle, co wielu więźniów obozów koncentracyjnych za panowania nazistów w Europie. Tyle samo, co oni, albo mniej, albo więcej – zależy jak na to spojrzeć. Do obozów stworzonych przez nazistów trafiali ludzie czujący, kochający, niezapominający o człowieczeństwie, przeżywający emocje – Shin, w odróżnieniu od nich, tego wszystkiego był pozbawiony. Urodził się bowiem w Obozie nr 14 (do istnienia którego władze Korei się nie przyznają – oficjalnie taki nie istnieje) w Kaeczon, jako „człowiek maszyna”, któremu obce są uczucia (m.in. miłość do rodziny), a najważniejsza jest lojalność wobec strażników i trzymanie się obozowego kodeksu:

1. Nie próbuj uciekać.
Jeśli spróbujesz i zostaniesz na tym przyłapany – będziesz rozstrzelany (tak jak każdy inny świadek tego zajścia, który nie powiadomi o tym władz obozu).
2. Zgromadzenia więcej niż dwóch więźniów są zabronione.
3. Nie kradnij.
Shin przytacza w swoich wspomnieniach historię dziewczynki, która została zakatowana na śmierć za kradzież pięciu ziaren zboża.
4. Strażników należy bezwarunkowo słuchać.
5. Każdy, kto zobaczy zbiega lub podejrzaną osobę, musi o tym natychmiast zameldować.
6. Więźniowie muszą obserwować się nawzajem i natychmiast meldować o wszelkich podejrzanych zachowaniach.
7. Więźniowie muszą przekraczać normy pracy wyznaczone na dany dzień.
8. Poza miejscem pracy nie może być kontaktów pomiędzy płciami w celach osobistych. 
Jakiekolwiek kontakty seksualne pomiędzy więźniami groziły rozstrzelaniem (choć
w niektórych przypadkach kontakty były dozwolone, np. między więźniarkami
a strażnikami).
9. Więźniowie muszą szczerze żałować swoich błędów.
10. Więźniowie, którzy naruszają obozowe zasady i reguły, zostaną natychmiast rozstrzelani.[1]


Shin znał te zasady od małego i sumiennie ich przestrzegał, dlatego nie wahał się przed podjęciem decyzji o poinformowaniu strażnika o zamyśle ucieczki swojego brata. Zrobił to z zazdrości o porcję ryżu, jaką matka wydała jego bratu w ramach „wyprawki” na drogę, oraz mając nadzieję na nagrodę za donos do władz obozu. Nagrody nie było, a „w podzięce” za brak lojalności wobec rodziny obejrzał brutalny spektakl, w którym matka oraz brat zostali straceni.

Przyznaję, że historia ta zrobiła na mnie piorunujące wrażenie, jednak daleka jestem od oceniania podejmowanych przez Shina decyzji. W jaki sposób i według jakiej miary może człowiek w stu procentach wolny, któremu w zasadzie niczego nie brakuje, oceniać tego, kto z konieczności jada szczury? Tego, kto nigdy nie widział szczoteczki do zębów i nie wie, jak się jej używa? Którego torturowano – w celu wyciągnięcia odpowiednich informacji wieszano pod sufitem, przypalano i obcięto palec u ręki? Ciężko to wszystko sobie nawet wyobrazić, a co dopiero pokusić się o ocenę postępowania takiej osoby…

Na szczęście dla Shina udało mu się uciec. Gdy osiedlił się w jednym miejscu, przyszedł czas na nauczenie się normalnego życia: poznanie aktualnych zdobyczy techniki, nowego i nieznanego wcześniej jedzenia, przyzwyczajenie się do zdrowych relacji międzyludzkich, gdy wreszcie nie ma przymusu donoszenia na kogokolwiek i można komuś zaufać. Coś, co dla nas jest tak zwyczajne i codzienne, dla niego było najtrudniejsze – stawanie się człowiekiem.

Blaine Harden
źródło: www.npr.org
Shin jest młodym mężczyzną i wierzę, że z czasem uda mu się pokonać wszystkie lęki, wyzbyć się koszmarów i oswoić z własnymi emocjami (np. nauczyć się płakać). Tak wiele przed nim… Martwi mnie jednak sytuacja tych, którzy nadal przebywają w obozach rozsianych po Korei Północnej – czy im też się uda? Czy nadejdzie dzień, w którym staną się wolni? Czy świat znajdzie sposób na to, by im pomóc? Czy brutalne rządy Kimów kiedyś w końcu upadną?

Chcę wierzyć, że tak się stanie. Że ten koszmar, tak skwapliwie pielęgnowany przez nazistów w latach drugiej wojny światowej, jednak kiedyś się skończy. Pełna rozterek rozstaję się z tą trudną lekturą… Pod względem literackim nie mam jej nic do zarzucenia, ale oceniać jej nie zamierzam. Nie o to w przypadku tej książki przecież chodzi.




[1] B. Harden, Urodzony w obozie nr 14, Świat Książki, Warszawa 2013, s. 241-244.

Recenzja dla Lubimy Czytać: LINK.

środa, 30 października 2013

"Kapitan. Na służbie" Stephan Talty, Richard Phillips + konkurs na FB


Chcielibyście przeczytać tę książkę? Możecie zapolować na nią na fanpage'u Książkówki! Zapraszam. :) KLIK


tłumaczenie: Piotr Grzegorzewski , Marcin Wróbel
tytuł oryginału: A Captain’s Duty: Somali Pirates, Navy SEALs, and Dangerous Days at Sea
wydawnictwo: Otwarte
data wydania: 6 listopada 2013, recenzja przedpremierowa
ISBN: 9788375152777
liczba stron: 312


Pirat – morski rozbójnik z klapką na jednym oku, w fikuśnym kapeluszu na głowie i ze starannie wyhodowaną próchnicą na zębach. Tak chyba większość z nas wyobraża sobie tę postać. Niektórym kobietom wizja pirata może wizualizować się pod zdecydowanie przyjemniejszą dla oka postacią – kapitana Jacka Sparrowa z serii filmów „Piraci z Karaibów” (w tej roli nieoceniony Johnny Deep). Jakby sobie jednak nie wyobrażać pirata, to nadal jest on postacią wyjętą z książek przygodowych i filmowych hitów. A co, jeśli powiem wam, że piraci istnieją naprawdę?

Szczerze przyznam, że długo żyłam w przekonaniu, że piraci panowali na bezkresnych wodach naszego świata wiele lat temu, a legendy o ich napaściach funkcjonują do dziś dzięki literackim opowieściom, które co i rusz przypominają fikcyjne przygody nieustraszonych korsarzy. Jednak gdy 8 kwietnia 2009 roku świat obiegła zatrważająca informacja, że jeden z kontenerowców został zaatakowany przez piratów u wybrzeży Somalii, przekonałam się, że fabuła tych książek może mieć swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości i to we współczesnym świecie.

Kapitan Richard Phillips nie spodziewał się niczego nadzwyczajnego po rejsie, który rozpoczął się w Salali w Omanie, a zakończyć się miał w Republice Dżibuti oraz Mombasy w Kenii – ot, jedna z wielu morskich wypraw. Podszedł do niego standardowo, wykonując wszystkie rutynowe czynności, poznając załogę, ucząc ją podstaw zasad bezpieczeństwa na statku. Nie pominął także przygotowania na wypadek ewentualnego ataku piratów. Każdy kapitan statku dobrze wiedział, że w tym rejonie zagrożenie ze strony morskich bandytów było realne (choć nie wszystkie napady były nagłaśniane), dlatego odpowiednie przeszkolenie załogi było obowiązkowe.

Wkrótce po wypłynięciu kontenerowca Maersk Alabama, wydarzenia zaczęły rozgrywać się według czarnego scenariusza – radary wykryły obecność bardzo szybko płynących w jego kierunku jednostek. Niedługo potem czterech uzbrojonych bandytów wtargnęło na pokład. Ich plan był prosty – wziąć zakładników w celu uzyskania okupu za ich życie.

Maersk Alabama
źródło: de.wikipedia.org
Od tej chwili rozpoczęła się trudna gra kapitana o życie jego oraz członków załogi. Gra chwilami przypominała zabawę w kotka i myszkę albo rywalizację o miano głupiego i głupszego (choć tu kapitan Phillips starał się tylko takiego udawać). Atutami załogi i kapitana był spryt, inteligencja i znajomość statku, na który wtargnęli piraci, jednak o sile napastników decydowała bezwzględność, upór i uzbrojenie. W pewnym momencie wydawało się nawet, że sprawa jest przesądzona, że kapitan Richard Phillips nigdy nie wróci do domu i nie spotka się z żoną i dziećmi. W myślach już się z nimi żegnał i życzył im szczęścia… Niemal w ostatniej chwili sytuacja zmieniła się na korzyść porwanych dzięki interwencji komandosów Navy SEALs.

Opisane przeze mnie zdarzenie zrelacjonowane zostało w pasjonującej książce pt.„Kapitan. Na służbie”, autorstwa Richarda Phillipsa i Stephana Talty. W zamieszczonym na okładce zdaniu, rekomendującym ją jako świetny thriller, nie ma przesady, choć okazuje się, że to, co najbardziej emocjonujące, następuje dopiero w drugiej połowie książki. Wcześniej Phillips zapoznaje nas z kolejami swojego życia, czyli z jakiej rodziny się wywodzi, jak trafił do szkoły morskiej, jak wyglądały jego pierwsze rejsy i jak poznał żonę Andreę. Całość jest utrzymana w lekkim, ale też dość dosadnym stylu, jak przystało na rasowego pana mórz i oceanów. Nie brak w niej też humoru.

Tom Hanks i kapitan Richard Phillips
źródło: film.onet.pl
Sam Richard Phillips mocno zaimponował mi swoją postawą jako kapitan. Postąpił w myśl starego powiedzenia, że kapitan ostatni opuszcza pokład. Na pierwszym miejscu postawił zdrowie oraz życie całej załogi, to dla niej się poświęcił i w związku z tym przeżywał dramat (co mocno kontrastuje z postawą kapitana statku wycieczkowego Costa Concordia, który opuścił go chyba jako jeden z pierwszych…).
Niezwykłą siłą i wytrwałością wykazała się także Andrea, żona Phillipsa. Podziwiam ją za to, że będąc oddalona wiele kilometrów od męża i nie wiedząc, co się z nim dzieje, zdołała zachować spokój i być ostoją dla dzieci i reszty rodziny. Ta historia dowodzi, że prawdziwa i silna miłość przetrwa nawet najgorsze chwile…

Kończąc już moje wynurzenia na temat tej emocjonującej książki, powiem wam, że dała mi ona do myślenia… Jakże małe i błahe bywają nasze codzienne problemy przy tych, które mają inni. Doceniajmy ten spokój, który nas na co dzień otacza, bowiem w życiu jest on najważniejszy (tuż obok zdrowia i miłości).

Ocena: 5/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Otwarte.

Niedługo po premierze książki, bo 8 listopada na ekrany kin wejdzie jej ekranizacja z Tomem Hanksem w roli głównej.


czwartek, 8 sierpnia 2013

"Seryjni mordercy XX wieku. Prawdziwe historie" Anna Poppek




wydawnictwo: G+J
data wydania: 2013 
ISBN: 9788377784013
liczba stron: 288


„Ponieważ w moim życiu nie ma miłości, zastąpiłem ją nienawiścią”


Widzisz go codziennie, to twój sąsiad. Niemal każdego ranka wymieniacie uśmiechy i mówicie sobie „dzień dobry”. Rzadko rozmawiacie, ale gdy zachodzi taka potrzeba, on ochoczo ci pomaga. Dziwisz się, że taki sympatyczny i uczynny człowiek jest w życiu sam. W zasadzie nigdy nie widziałeś, by odwiedzał go ktoś regularnie – jakiś znajomy czy ktoś z rodziny. Może to dlatego, że o siebie nie dba? Przez ten natarczywy i odstręczający zapach, który uporczywie trzyma się jego drzwi wejściowych? Na tym jednak kończą się twoje rozważania na ten temat. Mijają kolejne dni. Pod koniec jednego z nich wracasz po trudach pracy do domu i widzisz, jak twój przemiły sąsiad zakuty w kajdanki jest odprowadzany w asyście policji do radiowozu – nie możesz się temu nadziwić! Po paru godzinach, gdy – uporawszy się z obowiązkami – w końcu włączasz wieczorne wiadomości, słyszysz: „Po wielu dniach nieustających poszukiwań zatrzymano dziś seryjnego mordercę, który w wyjątkowo brutalny sposób pozbawiał życia młode kobiety. Wstępnie mówi się o kilkudziesięciu ofiarach…” Potem mętnym wzrokiem patrzysz na pozbawiające złudzeń zdjęcia ulicy, przy której mieszkasz, oraz tych charakterystycznych drzwi wejściowych, które widzisz codziennie naprzeciwko swoich…

Choć powyższy scenariusz to tylko mój wymysł, nie jest on tak całkiem pozbawiony realizmu. Ba, on ma go więcej, niż mogłoby się komukolwiek wydawać… Seryjni zabójcy, bo to o nich chcę dzisiaj mówić a propos książki Anny Poppek pt. „Seryjni mordercy XX wieku. Prawdziwe historie”, są bardzo charakterystyczni pod względem społecznym. Często to samotnicy, bardzo grzeczni i uczynni, kryjący pod tą maską potworów w ludzkiej skórze.

Jestem prawdopodobnie najbardziej samotnym człowiekiem na świecie. Ponieważ w moim życiu nie ma miłości, zastąpiłem ją nienawiścią.[1] (Richard Kukliński)

zdjęcie pochodzi z książki


Ile historia zna już takich przypadków? To trudno zliczyć, jednak przybliżenia sylwetek tych morderców, którzy zapadli w pamięć milionów ludzi na całym świecie, podjęła się dziennikarka, publicystka i redaktorka, Anna Poppek. Zanim jednak autorka przeszła do przedstawiania tych niechlubnych biografii, pokusiła się o bardzo interesujący i świetnie uzupełniający całość wywiad z profesorem Brunonem Hołtysem – prawnikiem specjalizującym się m.in. w kryminalistyce, kryminologii i wiktymologii. Profesor przybliża nam w teorii, kim są seryjni mordercy, z jakich środowisk się wywodzą, czym się kierują, wybierając ofiary, oraz odpowiada na wiele wnikliwych (a nawet w niektórych przypadkach, nieco kontrowersyjnych) pytań. Po takim wstępie jesteśmy już przygotowani do zmierzenia się z najsłynniejszymi mordercami XX wieku…

zdjęcie pochodzi z książki
Pojawia się wśród nich Charles Manson – postać, która urosła do rangi legendy, bowiem w tym przypadku mamy do czynienia z mordercą, który… nie zabijał. Jako przywódca sekty i człowiek o silnej osobowości potrafił nakłonić jej członków do popełnienia najokrutniejszych czynów. To oni pozbawili życia żonę Romana Polańskiego – Sharon Tate. Manson nadal żyje i odsiaduje swój wyrok.
Poznajemy także historię życia Teda Bundy’ego, który zwabiał swoje przyszłe ofiary – kobiety w różnym wieku – wzbudzając w nich litość.
Co ciekawe, publikacja ta nie traktuje tylko o zabójcach z odległych krajów. Anna Poppek przypomina, że także na naszym polskim podwórku nie brak było psychopatów, przed którymi wieczorami drżał cały kraj.
Jednym z najbardziej przerażających, opisanych tu morderców był Bogdan Arnold, zwany „Władcą much” z Katowic. Informacje o tym, do czego był zdolny, na pewno są w stanie poruszyć, co więcej – przerazić każdego… Jest też Zdzisław Marchwicki, który bezwiednie pomógł w awansie społecznym kilku ważnym osobom. Oprócz tych postaci w książce mowa jest o wielu innych, które na przemian fascynują pod względem psychologicznym i przerażają stopniem swojego okrucieństwa.

Podczas lektury wielokrotnie łapałam się za głowę – dosłownie. Głównie z dwóch powodów. Po pierwsze, to, do czego zdolni byli mordercy, przechodzi ludzkie pojęcie. Najbardziej wymyślne i przerażające horrory nie umywają się do scenariuszy z życia tych mężczyzn. Jest w nich wszystko: brutalność, skrajny sadyzm, wyuzdane praktyki seksualne, najgorsze perwersje, jakie znała ludzkość, pedofilia, kanibalizm…
Po drugie, błędy organów ścigania i sądów w niektórych przywołanych sprawach wprost porażają – jak się okazuje, wiele ofiar nie straciłoby życia, gdyby nie popełniono kardynalnych błędów. Prawda, to tylko ludzie i też się czasem mylą, ale w takich przypadkach oczekujemy jednak stuprocentowej skuteczności. Jak tu o niej mówić, gdy motywacją do działania jest dla stróżów prawa przede wszystkim chęć awansu i zaspokojenia opinii publicznej? Oto jak skazano Marchwickiego:

Sąd: Czy oskarżony jest mordercą?Marchwicki: No, z tego co słyszałem, co się dowiedziałem, no to chyba tak…[2]

To oczywiście nie jedyne wnioski, jakie się nasuwają po lekturze „Seryjnych morderców XX wieku”. Bardzo dużo myślałam o cechach łączących tych zbrodniarzy, o okolicznościach, które sprawiły, że stawali się bestiami. Wiele różnych myśli kotłuje się w mojej głowie do tej pory, ale to już temat na wywód dłuższy niż ta recenzja…

Zakończę ją fragmentem pamiętnika pisanego przez jednego z katów, dającym pewną dozę  nadziei (styl i oryginalna pisownia zachowane):

(…) wszyscy ci kturzy będą czytali ten pamiętnik niech wiedzą że nie warto jest zabijać te cierpienia które ja przechodze uniknie jedynie ten kto będzie przestrzegał piątego przykazania Bożego.[3]


Ocena: 5.5/6





[1] A. Poppek, Seryjni mordercy XX wieku. Prawdziwe historie, G+J, Warszawa 2013, s. 193.
[2] Tamże, s. 230.

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

"Zakład pogrzebowy przedstawia! Dobrze, że do nas trafiłeś" Wilhelm Peter



tłumaczenie: Marcin Ościłowski
tytuł oryginału: Gestatten, Bestatter! Bei uns liegen Sie richtig.
wydawnictwo: ACADEMICUS
data wydania: 22 lipca 2013
ISBN: 9788393697502
liczba stron: 258


Śmierć przez długi czas była tematem tabu. Czy nadal jest? W pewnych rejonach świata tak, a w innych wręcz przeciwnie. Jedni nie mają oporów przed rozmowami na ten temat, a drudzy mają ich dużo. W pewnych kulturach traktuje się ją „na wesoło”, w innych zaś – z dużą dozą powagi, zadumy i wyciszenia. Do mnie – ze względu na naszą tradycję – przemawia tylko ta druga opcja. Dlatego z dużym zaciekawieniem podchodziłam do książki, która miała  w ostatnich dniach wypełnić część mojego wolnego czasu. O czym mowa?

Jest to rzecz autorstwa Wilhelma Petera – „starego wyjadacza” z branży funeralnej, który zebrał swoje opowieści umieszczone wcześniej na blogu http://bestatterweblog.de i wydał w formie osobnej pozycji. Nadał jej chwytliwy tytuł: „Zakład pogrzebowy przedstawia! Dobrze, że do nas trafiłeś” (w oryginale: „Gestatten, Bestatter! Bei uns liegen Sie richtig”). Skąd pomysł na taką książkę? Autor sam przyznaje, że wielu ludzi zadaje mu mnóstwo pytań dotyczących jego pracy: a to o „dziwne” przypadki zgonów, a to jak ubiera się nieboszczyka albo czy po trzydziestu latach pracy w tej branży zdarza mu się jeszcze płakać na pogrzebach. Zamiast odpowiadać każdemu z osobna, postanowił po prostu opowiedzieć w książce i na blogu o tym, jak funkcjonuje na co dzień zakład pogrzebowy (robiąc to oczywiście na przykładzie własnej firmy).

Najpierw wspomiona o tym, jak i kiedy to wszystko się zaczęło. Potem kolejno, w kilku zdaniach przedstawia swoich współpracowników, którzy wbrew pozorom wcale nie są wiecznie przygnębionymi smutasami, co potwierdza m.in. zachowanie zwariowanej, ale bardzo sumiennej w pracy, Sandy. Jak czytamy:

Zatrudnienie Sandy po okresie próbnym było więc czystą formalnością. Muszę jednak tolerować kilka jej „złych nawyków”, jak drzemka pod stołem w czasie, kiedy nie ma dużo do pracy, albo to, że w ostatnim magazynie czasami czuć palone zioło.[1]

Autor, przywołując przykłady prawdziwych historii, odpowiada na te pytania, które każdy z nas chciałby zadać przedsiębiorcy pogrzebowemu, ale nie ma ku temu okazji albo wstydziłby się zapytać. Czyli? Co dzieje się z człowiekiem, kiedy umrze? Co robi ów przedsiębiorca z ciałem? Czy zdarzają się nie do końca jasne okoliczności śmierci i zakład musi powiadomić o tym odpowiednie służby? Na ostatnie pytanie odpowiedź brzmi niestety: tak, a opowiedziana historia jest tym smutniejsza, że dotyczy malutkiego dziecka.

Bardzo obawiałam się, zaczynając tę lekturę, że w pewnym momencie zwyczajnie mnie przygniecie ogromem tak smutnych historii, jak już wspomniana. Na szczęście tak się nie stało, wpływ na to ma duże poczucie humoru autora (choć przyznam, że chwilami specyficzne) oraz opisywanie spontanicznie rodzących się, zabawnych sytuacji. Przyznam też, że jestem pod wrażeniem stylu autora, który w pewnych momentach potrafi zachować totalną powagę i nawet kącik ust mu nie drgnie, by wyrazić rozbawienie jakąś kuriozalną sytuacją. Wyobraźcie sobie, że pewnego dnia do waszego biura przychodzi dwóch potężnych facetów w skórach i jeden z nich mówi:

Pepiego zmieliło[2]

po czym oświadczają, że szukają dla swojego nieżyjącego już kumpla motocyklisty „porządnego pudła” (tak, tak – cały czas chodzi o trumnę).

Zatem mamy na co dzień w zakładzie pogrzebowym ogrom smutku i wzruszeń, jest praca w prawdziwie spartańskich warunkach, np. gdy trzeba wynieść denata z ciasnej, zatęchłej piwnicy, wypełnionej niemal po brzegi robactwem, ale ma także miejsce wiele zabawnych zdarzeń.

Zakładów pogrzebowych raczej nie zauważamy lub nie zwracamy na nie uwagi. Zmienia się to, gdy umiera ktoś nam bliski. Jednak nawet wtedy nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak trudna praca jest tam wykonywana. Faktycznie, jest to – brzydko mówiąc – biznes jak wiele innych, ale trzeba przyznać, że chyba jeden z najtrudniejszych. Przekonałam się o tym właśnie po tej lekturze i nabrałam więcej – niż dotychczas miałam – szacunku do tego rodzaju działalności.

Wracając jeszcze do samej książki, to śmiało mogę każdego zapewnić, że nie przytłoczy was ona swoją tematyką – tego nie musicie się obawiać. Nie obfituje też w jakieś drastyczne szczegóły z przygotowywania zwłok do pogrzebu czy z opisu miejsc wypadków. Wrażliwe osoby spokojnie mogą tę książkę czytać i nic im się złego z tego powodu nie stanie.

Komu ją polecam? Oczywiście zainteresowanym tematem, ale także tym, którzy szukają odskoczni od zwykle wybieranych przez siebie lektur. Nie rozczarują się również czytelnicy lubujący się w ciekawostkach z dziedzin, które z rzadka odkrywają przed nami swoje tajemnice.

Ocena: 4/6




[1] W. Peter, Zakład pogrzebowy przedstawia! Dobrze, że do nas trafiłeś, Academicus, Warszawa 2013, s. 11.
[2] Tamże, s. 92.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Academicus.