Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Akurat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Akurat. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 marca 2015

Wiem o tobie wszystko - Claire Kendal





tłumaczenie: Piotr Lewiński
tytuł oryginału: The Book of You
wydawnictwo: Akurat
data wydania: 18 lutego 2015
ISBN: 9788377588062
liczba stron: 416


Jedną z najgorszych możliwych kar obowiązujących we współczesnym świecie jest bez wątpienia kara pozbawienia wolności. Niemożność robienia tego, na co ma się w danej chwili ochotę, niemożność podejmowania samodzielnych decyzji, niemożność odczuwania radości z samego faktu, że żyjemy jako wolni ludzie… Stwierdzisz pewnie, że nic gorszego nie mogłoby Ci się przytrafić, tak? To wyobraź sobie, że choć fizycznie jesteś w pełni wolny, żyjesz w więzieniu, w którym codziennie zamyka cię wciąż ten sam człowiek. Twoja cela nie ma krat z żelaza, ale z twojego własnego lęku. Każdego kolejnego dnia ta cela staje się mniejsza, mniejsza i mniejsza… Aż zaczynasz się dusić, rozpaczliwie szukając dostępu do tlenu.

To zaledwie mała cząstka tego, co przeżywa główna bohaterka thrillera psychologicznego Claire Kendal pt. „Wiem o tobie wszystko”. Clarissa jest młodą kobietą, której największym życiowym błędem było zaufanie pewnemu z pozoru miłemu i intrygującemu mężczyźnie, Rafe’owi. Nim zdążyła się zorientować w sytuacji, w której się znalazła, dopadł ją koszmar znany dotychczas tylko z filmów i książek. Rafe pod pozorem płomiennego uczucia zaczął sukcesywnie niszczyć jej życie, sprawiać, by przynosiło jej możliwie najgorsze doznania.

Przywłaszczył sobie jej życie. Odebrał jej prywatność[1].

Śledzenie, włamywanie do domu, grzebanie w jej śmieciach, nachodzenie, wysyłanie przyprawiających o gęsią skórkę SMS-ów czy e-maili, wreszcie szantaż i groźby… To wszystko stało się chlebem powszednim kobiety.

Clarissa padła ofiarą stalkera, a ta sytuacja doprowadziła ją do równie destrukcyjnej w skutkach obsesji na punkcie swojego prześladowcy. Czy wracając do domu, znów się na niego natknie? Czy zdoła się od niego wtedy uwolnić? Czy znajdzie się ktoś, kto zechce jej pomóc? Czy pod drzwiami znajdzie kolejny list lub niechciany prezent, który ma utwierdzić ją w przekonaniu, że stała się jego własnością? Czy on kiedykolwiek zniknie z jej życia, a jej codzienność stanie się na powrót normalna?

Mnóstwo pytań, na które tak trudno znaleźć odpowiedzi. Fabuła książki też nie udziela ich zbyt szybko, wręcz przeciwnie. Ostateczne rozstrzygnięcie losów Clarissy pojawia się na samym końcu powieści Kendal. Czy finisz zaskakuje? Nie, a jeśli już, to nieco negatywnie, ponieważ spodziewałam się większego dreszczyku emocji na do widzenia. Na szczęście momenty podnoszące ciśnienie następują wcześniej. Jednak uczulam osoby spodziewające się zawrotnego tempa akcji: tego tu nie znajdziecie. „Wiem o tobie wszystko” to przede wszystkim powieść psychologiczna, co potwierdza nie tylko sam wątek główny, lecz także budowa powieści.

Całą historię śledzimy z trzech perspektyw. Pierwsza, którą autorka podaje w narracji pierwszoosobowej, pokazuje nam stan emocjonalny bohaterki, jej codzienność z wciąż obecnym w jej życiu stalkerem. W drugiej (już z narracją trzecioosobową) widzimy życie Clarissy z poziomu obserwatora: to, jak mimo trudności próbuje żyć normalnie. Kolejna perspektywa, również trzecioosobowa, ukazuje życie zawodowe kobiety oraz jej wpływ na wydarzenia natury osobistej (i odwrotnie).

Czy książka Kendal to literatura z dreszczykiem? Zdecydowanie tak – z uwagi na temat główny. Czy to typowy thriller? Zdecydowanie nie, dlatego czytelników żądnych nagłych zwrotów akcji i jej pędzącego na oślep tempa uprzedzam, że to nie tego typu opowieść. „Wiem o tobie wszystko” poraża realizmem i idealnie wpasowuje się w obecne czasy, w których z problemem stalkingu styka się tak wielu z nas, często nie zdając sobie z tego sprawy (wszak hejterzy internetowi często balansują na granicy tego zjawiska w swoich niezdrowych poczynaniach).

Jeśli miałabym podać wam jakiś konkretny powód, dla którego warto po tę powieść sięgnąć, powiedziałabym, że warto to zrobić ku przestrodze. Czasem, złaknieni bliskości i zwykłej możliwości zaufania komuś, tracimy czujność, zagrażając własnemu bezpieczeństwu, a – jak się okazuje – stąd już tylko mały krok do koszmaru, który może zniszczyć nam całe życie…


[1] C. Kendal, Wiem o tobie wszystko, Wydawnictwo Akurat, Warszawa 2015, s. 279.

Ocena: 4/6

Oficjalna recenzja dla portalu Lubimy Czytać - LINK.

Zwiastun książki


wtorek, 27 stycznia 2015

Carnivia. Herezja - Jonathan Holt





tytuł oryginału: The Abduction
wydawnictwo: Akurat
data wydania: 19 listopada 2014
ISBN: 9788377588246
liczba stron: 432


Gdy na początku tego roku natknęłam się na jedną z pierwszych zapowiedzi debiutu Jonathana Holta pt. Bluźnierstwo, będącym pierwszą częścią trylogii Carnivia, już na wejściu byłam nim mocno zaintrygowana. Książka zapowiadała się naprawdę nieźle, szczególnie z uwagi na wykreowaną przez autora wirtualną Wenecję, która to jest solidnym fundamentem dla wszystkich tomów. Niestety, po zakończonej lekturze przyszło delikatne rozczarowanie, bowiem tego, czego oczekiwałam po tej powieści najbardziej, było najmniej – akcji toczącej się właśnie w wirtualnym świecie Carnivii. Liczyłam też po cichu, że sprawa będzie się miała zgoła inaczej w przypadku drugiego tomu – Herezji.

Jednak, nie licząc samej fabuły, drugi tom trylogii nie różnił się znacząco od poprzednika. Holt ponownie zadbał o to, by czytelnik śledził tok wydarzeń z kilku perspektyw. Już na początku wraz z pułkownikiem Aldo Piolą staramy się odkryć, kto i jak podrzucił ludzkie szczątki na plac budowy nowej amerykańskiej bazy wojskowej we Włoszech. Nie mamy jednak zbyt wiele czasu na zaangażowanie się w sprawę, bowiem do włoskiej policji wpływa zawiadomienie o zaginięciu nieletniej córki amerykańskiego żołnierza. Sprawę bada pani kapitan Kat Kapo oraz powiązana z amerykańskim wywiadem Holly Boland. Dość szybko na jaw wychodzi, że pozornie spokojna i nad wyraz grzeczna córka wojskowego miała swoją drugą, głęboko skrywaną przed otoczeniem, niespokojną naturę. Jeden z tropów w sprawie zaginięcia nastolatki prowadzi w dobrze znane kapitan Kat miejsce – do Carnivii oraz jej założyciela, Daniele’a Barba.

Gdyby tego wszystkiego było Wam jeszcze mało, to nic się nie martwcie – by fabuła nabrała pikanterii, mamy tu jeszcze kontrowersyjny wątek religijny. I faktycznie, pikanterii odmówić się jej nie da, tak jak autorowi pomysłowości na opisywane zdarzenia. Jednak co nam po intrygujących pomysłach na perypetie bohaterów, skoro oni sami nie robią na nas zbyt wielkiego wrażenia? Są niczym aktorzy, którym zlecono odegranie roli, a których osobowości tak naprawdę nie znamy. Niby swoją pracę wykonują dobrze i bez zarzutu, ale nie są charakterystyczni, niczym szczególnym nie wyróżniają się.

Podobnie jest z tempem akcji, które raz postawione na pewnym poziomie w żaden sposób nie chce wspiąć się wyżej. Od Herezji wieje monotonią. Co prawda autor raczy nas scenami, w których śledzimy losy porwanej nastolatki, co zdecydowanie powinno działać na plus powieści, ale rozdziały te są bardzo krótkie i zdecydowanie brakuje im odpowiedniego do sytuacji dramatyzmu. Czy w tym tomie lepiej poznałam wirtualny świat Carnivii? Niekoniecznie. Owszem, jest nieco więcej akcji toczącej się właśnie tam, ale to specyficzne miejsce nadal nie odkrywa przed czytelnikiem swojej magii.

Chwilę nadziei przyniosło mi za to jedno ze zdań opisujących stan znalezionych szczątków ludzkich, bowiem liczyłam, że ta naprawdę zabawna pomyłka redakcyjna może się jeszcze powtórzy i rozbawi mnie równie mocno jak ta pierwsza. Zagwarantowałoby mi to solidną dawkę rozrywki podczas lektury. Niestety, na więcej tego typu kwiatków nie trafiłam, co nie zmienia jednak faktu, że mimo monotonni wypływającej z kart powieści, ta i tak zapisze się w mojej pamięci na dłużej, jeśli nie na zawsze. Doskonale zadba o to jakże brawurowe zdanie:

W pobliżu, ale osobno, leżała noga, wciąż ze stopą[1].

Ach! I na koniec jeszcze słowo komentarza odnośnie stwierdzenia, które padło na okładce książki, jakoby dzieło Holta łączyło w sobie najlepsze cechy powieści Dana Browna i Stiega Larssona. O ile Browna można by tu doszukać się w wątku religijnym, o tyle Larssona tu nie uświadczycie – jest to prosty chwyt marketingowy, który z rzeczywistością wiele wspólnego nie ma.

Moje jakże subiektywne zdanie nie znaczy jednak, że drugi tom Carnivii Holta nie znajdzie swoich fanów. Znajdzie ich wśród entuzjastów nieśpiesznego tempa akcji, wątków religijnych i wybranych wydarzeń z dziejów Włoch.

Ocena: 3/6





[1] J. Holt, Carnivia. Herezja, Wydawnictwo Akurat, Warszawa 2014, s. 15.


Pierwszy tom: Bluźnierstwo.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Akurat.

wtorek, 6 stycznia 2015

Psychoanioł w Dublinie - Łukasz Stec





wydawnictwo: Akurat
data wydania: 25 czerwca 2014
ISBN: 9788377587201
liczba stron: 304


Mężczyzna otwiera oczy. Jest ranek. Pogoda iście irlandzka – za oknem tylko deszcz niesiony podmuchami wiatru. Wie, że jeśli chwilę dłużej poleży w łóżku, to na pewno spóźni się do pracy, ale i tak wyleguje się w najlepsze. I w zasadzie nic nie jest w stanie zaburzyć jego porannej sielanki, nie licząc natarczywego głosu, który niemal krzyczy: „Nakarm mnie!” Po dokładnych oględzinach jest już pewien, że ów głos nie wydobywa się z jego pustego brzucha – więc skąd?

Co za życiowa beznadzieja! Nie ma śniadania, nie było kolacji, do tego poddano mnie kastracji[1].

No tak, to tylko kot… Kot?!

Co się głupio gapisz? Dałbyś szyneczki[2].

Życie Wowy (właściwie Wawrzyńca), bohatera książki Łukasza Steca pt. Psychoanioł w Dublinie, do najłatwiejszych nie należy. Nie dość, że notorycznie spóźnia się do pracy w firmie, która zajmuje się produkcją oraz sprzedażą pierogów, a jego kot, Borys, ma depresję i już kilkakrotnie podejmował się prób samobójczych, to został mu raptem tydzień życia. Tydzień, w którym Wowa ma jedyną w swoim rodzaju szansę na odwrócenie biegu swojego losu i wymknięcie się z rąk śmierci. Naturalnie, jeśli można wierzyć zapewnieniom faceta w białym fartuchu oraz indiańskim pióropuszu na głowie, który to przybywa z Niebios jako osobisty psychoanioł Wawrzyńca i obwieszcza, że czeka go nagła śmierć.

Sprawa prosta nie jest, bo nie dość, że bohater ma niewiele czasu na ratowanie własnego życia, to nie ma też pojęcia, z czyich rąk ewentualnie mógłby zginąć. Któregoś ze współlokatorów? Byłej żony Dezyderii? Może to jej ojciec, urażony, że Wowa śmiał porzucić jego ukochaną córeczkę? Wszak:

Wielokrotnie grozili ci śmiercią, kastracją, trepanacją czaszki, a nawet trwałą ondulacją[3].

Bez względu na to jak potoczą się losy bohatera, musicie wiedzieć, że podczas ich śledzenia czeka Was niewyobrażalna dawka śmiechu, takiego aż do bólu twarzy. Postacie wykreowane przez Steca są obłędne: beztroski Wowa o duszy niespełnionego i niedocenionego artysty, zdołowany kot Borys, przytłoczony swoją egzystencją w roli kastrata, psychoanioł Alfred, który przypomina Jima Carrey’a w wersji indiańskiej i inne poboczne, ale równie udane osobistości. Lekki i zabawny styl autora dopełnia dzieła.

Fani miksów gatunkowych również będą powieścią Steca usatysfakcjonowani, bowiem mamy tu nieco kryminału, sporo fantastyki, wątki romantyczne (z tymi w kociej wersji włącznie) i groteskę. Wszystko to razem podane jest w humorystycznej formie, która idealnie to wszystko łączy i sprawia, że żal rozstać się z książką.

Cieszę się ogromnie, że to właśnie z Psychoaniołem w Dublinie mogłam zacząć nowy, czytelniczy rok i tak świetnie przy tym bawić się, choć po tej powieści zupełnie tego nie spodziewałam się. Opowieść Łukasza Steca – to dla mnie duża i bardzo pozytywna niespodzianka, która sprawiła, że chcę więcej. Gwarantuję też, że i Wy zakończycie tę lekturę z tym samym odczuciem. Bierzcie i bawcie się przy niej wszyscy! Ataki niekontrolowanego śmiechu gwarantowane!

Ocena: 6/6




[1] Ł. Stec, Psychoanioł w Dublinie, Wydawnictwo Akurat, Warszawa 2014, s. 55.
[2] Tamże.
[3] Tamże, s. 114.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję jej Autorowi.
Wyzwania: Polacy nie gęsi.

piątek, 27 czerwca 2014

Troje - Sarah Lotz




tłumaczenie: Arkadiusz Nakoniecznik
tytuł oryginału: The Three
wydawnictwo: Akurat
data wydania: 22 maja 2014
ISBN: 9788377587010
liczba stron: 480


Jeden dzień.

Cztery katastrofy.

Troje ocalonych.

Przesłanie, które zmieni losy świata.

Tak prezentuje się opis na tylnej okładce bestsellera Sarah Lotz pt. Troje. Jeszcze przed premierą książka stała się w Polsce sławna, intrygując krótkim blurbem i szatą graficzną. Dodatkowo ciekawość czytelników podsycał wydawca, rozsyłając chętnym pierwszy rozdział powieści, który na wielu – w tym na mnie – okazał się skutecznym wabikiem.

Ów rozdział opisuje moment felernego lotu do Tokio, w którym uczestniczy Pamela May Donald. Śledzimy relację z katastrofy, jak do uszu pasażerów docierają pierwsze dźwięki oznaczające, że dzieje się coś niedobrego. Jeden huk, drugi, a potem już tylko płomienie, porozrzucane części samolotu wokół i szczątki tragicznie zmarłych pasażerów. I na koniec szokujące nagranie z chwili przed śmiercią Pameli… A to nie jedyny dramat, który wydarzył się tego tragicznego dnia…

W dniu 12 stycznia 2012 roku, w tzw. Czarny Czwartek, na świecie dochodzi do trzech innych katastrof lotniczych: na Florydzie, w Wielkiej Brytanii oraz w Afryce. Na skutek tych wypadków łącznie ginie ponad tysiąc osób. Cudem z życiem uchodzą trzy, co stanowi zagadkę dla specjalistów badających katastrofę, dla mediów i dla ogółu ludzkości. Szybko tworzą się różnorakie teorie spiskowe na temat Czarnego Czwartku. Niektórzy wierzą, że to Bóg daje ludziom znaki, inni zaś widzą w tym oznakę działalności istot pozaziemskich. Świat ogarnia istne szaleństwo na punkcie katastrof, a finisz tej ogólnoświatowej paranoi przechodzi najśmielsze oczekiwania.

To, co mocno wyróżnia tę opowieść wśród innych – to forma, w jakiej jest podana. Nie ma tu typowej historii ze wstępem, rozwinięciem i zakończeniem. Wszystkie wydarzenia relacjonuje nam niejaka Elspeth Martin za pomocą przeprowadzanych przez siebie wywiadów z rodzinami ofiar, za pomocą poszczególnych biografii, zapisów z rozmów internetowych czy stenogramów. Sporadycznie sięga po cytaty z gazet i czasopism. Wszystko to razem sprawia, że książkę Lotz czyta się jakby była najprawdziwszym dokumentem a nie fikcją literacką. Autorce w fenomenalny sposób udało się wymyślonej historii nadać bardzo realistyczne cechy.

Bez wątpienia za plus należy też uznać szatę graficzną książki: czarna okładka, czarny blok, a nawet czarna koperta, w której do mnie dotarła. Wszystko razem robi naprawdę duże wrażenie.

A minusy? Czy są? Tak, w moim odczuciu to, co jest jej zaletą, co zresztą nieco wyżej wymieniłam, w pewnym momencie staje się wadą. O ile przez znaczną część książki forma, którą posługuje się autorka, intryguje i sprawia, że wyróżnia się na tle innych, w pewnym momencie zaczyna bardzo męczyć, nużyć i sprawiać, że już nie czyta się z takim zapałem jak na początku.

W samym wątku głównym (czyli wspomnianych katastrof lotniczych) też nie widzę oryginalnego pomysłu, zwłaszcza że jest to temat bardzo chwytliwy po ostatnich wydarzeniach, które miały miejsce na świecie (choćby po katastrofie samolotu malezyjskich linii lotniczych). Wygląda to troszkę tak, jakby autorka tanim chwytem chciała stworzyć bestseller, ale to tylko moje subiektywne odczucia.

Reasumując, forma i oprawa graficzna, w jakiej książka jest podana, sprawiają, że jest wokół niej tak wiele szumu. Za resztę tytuł Lotz na taki rozgłos, według mnie, już nie zasługuje. Powiedziałabym nawet, że książka jest odrobinę przereklamowana. To jednak nie zmienia faktu, że Troje – to ciekawostka na rynku wydawniczym i powiew świeżości, dlatego fanom nowości gorąco ją polecam.

Ocena: 4/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Akurat.

wtorek, 4 marca 2014

Easylog - Mariusz Zielke




wydawnictwo: Akurat
data wydania: 15 stycznia 2014
ISBN: 9788377585870
liczba stron: 352


O Mariuszu Zielke słyszałam już a propos jego wcześniejszych książek, tj. Formacji trójkąta, Wyroku czy Księgi kłamców, jednak ich opisy nie kusiły mnie na tyle, by po którąś z nich sięgnąć – nie czułam do nich tzw. mięty. Nie tak dawno temu na naszym rynku ukazała się kolejna powieść pisarza, mianowicie Easylog. W tym przypadku opis fabuły również specjalnie mnie nie kusił, ale jednak w pewnym stopniu intrygował. Dzieła dopełniły liczne pozytywne opinie jak i bezpośrednie zachęty („Przeczytaj Easylog! No naprawdę warto… No weź przeczytaj…”). Zatem wzięłam i przeczytałam. I nie żałuję, ale o wrażeniach jeszcze opowiem. Najpierw co nieco o fabule.

Postacią pierwszoplanową jest tutaj niejaki Ben Stiller, którego, poza nazwiskiem, nic nie łączy z popularnym komikiem, a w zasadzie więcej różni: Stiller-komik to gwiazdor z dużym poczuciem humoru, zaś Stiller z powieści to umysł ścisły, któremu niezbyt często jest do śmiechu. Za ten stan rzeczy odpowiada jego jakże burzliwe życie. Nie dość, że stracił możliwość pracy w jednej z najsłynniejszych firm świata, która stworzyła najnowsze, technologiczne cudo komunikacyjno-organizacyjne pod nazwą Wally (w przenośnym urządzeniu „więzimy” swojego osobistego awatara, który ma nam ułatwiać życie), to na domiar złego stracił swoją ukochaną ‒ Sally. Co prawda tragedia związana z jej zaginięciem i domniemaną śmiercią (ciała nigdy nie odnaleziono) miała miejsce ponad dziesięć lat temu, jednak ból po stracie bliskiej osoby jest w Benie wciąż żywy i nie daje o sobie zapomnieć, zupełnie jakby powiedzenie „czas leczy rany” nie odnosiło się do jego przypadku. Sytuację zaognia fakt, że Ben zaczyna widzieć Sally. Początkowo zdaje się, że to tylko majaki szaleńczo zakochanego człowieka, który nie uporał się ze stratą, ale w miarę przybywania wizji Ben zastanawia się, czy Sally aby nagle nie wróciła, a jej śmierć to nie mistyfikacja. Tymczasem jego były wspólnik, który obecnie sprawuje pieczę nad Wallym, mocno niepokoi się przekonaniem Bena, że jego była narzeczona jednak żyje.

Nie cofnie się przed niczym, by ostudzić zapał Stillera do poszukiwania prawdy. Trzeba użyć przemocy? Nie ma sprawy. Potrzebna broń, strzelanina i trupy? Się robi! Trzeba zapłacić za to górę pieniędzy? Dla tak bogatego człowieka ‒ to żaden problem.  Możecie być pewni, że akcji nie zabraknie. Dzieje się tu naprawdę dużo i nie sposób się nudzić. Konstrukcja postaci nie sprawia, że są szalenie intrygujące czy wzbudzające emocje (żadnej nie obdarzyłam szczególną sympatią czy nienawiścią), ale tok wydarzeń wszystko rekompensuje. Ogromnym plusem autora jest jego umiejętność bezbłędnego manipulowania czytelnikiem i wyprowadzania go w pole. Robi to nagle, bez ostrzeżenia i w godnym pochwały stylu. W trakcie lektury pomyślałam w pewnym momencie: „Panie Zielke, czy pan ma swoich czytelników za idiotów? Przecież na to nikt się nie nabierze ‒ tu brakuje logiki!” Potem, gdy już wszystko stało się jasne, przekonałam się, że jednak jest ktoś, kto może się nabrać – ja. Pisarz zdołał kilkakrotnie zrobić mnie w balona i sprawić, że pod koniec lektury uśmiechałam się do książki jak głupi do sera.

Mariusz Zielke
(źródło: www.lubimyczytac.pl)
Całość poprowadzona jest w przystępnym stylu i w większości za pomocą narracji pierwszoosobowej, którą ja osobiście bardzo lubię (niektórzy twierdzą, że w przypadku tej powieści jest to błąd, z czym ja się nie zgadzam). Jedyne, co mnie uwierało podczas lektury, to chwilowe odskocznie w czasie akcji z teraźniejszego na przeszły ‒ łatwo się pogubić. Na szczęście nie jest ich zbyt wiele, więc można przymknąć oko. Nie ja jedna zauważyłam też, że zakończenie jest dość mocno oderwane od rzeczywistości, ale w gruncie rzeczy tego również nie poczytuję za jakiś ogromny minus.

W ostatecznym rozrachunku powieść wypada bardzo dobrze jako literatura, która ma nam dostarczyć przede wszystkim rozrywki. Jako thriller, jak reklamuje książkę okładka, nie prezentuje się już tak dobrze, bo jak wiadomo dreszczowiec powinien wzbudzać w czytelniku mniejszą lub większą dozę napięcia – w Easylog nie ma go ani grama. Ot, lekka i łatwa literatura rozrywkowa z sensacją w tle i ciekawą wizją przyszłości pod względem technologicznym.

Nie trzeba zapominać o przesłaniu, które powieść skrywa, a właściwie nie tyle przesłaniu, co ogromie pytań, które nasuwają się po skończonej lekturze. Czy ciągły postęp technologiczny jest dobry? Czy urządzenia/programy/portale, które magazynują nasze dane, nie staną pewnego dnia przeciwko nam ‒ ich użytkownikom? Czy przypadkiem już się to nie dzieje? Pomyślcie o tym, gdy zachwycicie się Wallym…

Ocena: 4/6


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Akurat oraz Business & Culture.


wtorek, 18 lutego 2014

Carnivia. Bluźnierstwo - Jonathan Holt




tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
tytuł oryginału: The Abomination
seria/cykl wydawniczy: Carnivia tom 1
wydawnictwo: Akurat
data wydania: 6 listopada 2013
ISBN: 9788377584958
liczba stron: 400



Mam ostatnio szczęście do powieści z wątkiem religijnym. Ledwie zamknęłam Krew, pot i łzy Carli Mori, a tu znów przyszło mi czytać o mrożących krew w żyłach wydarzeniach, dla których mocno zaakcentowanym tłem jest Kościół. Jeśli dodać do tego okultyzm i łamanie sztywnych zasad katolicyzmu, otrzymamy wysokie prawdopodobieństwo, że powieść wzbudzi podobne kontrowersje jak książka Mori. A jednak w tym przypadku tak się nie stało, bo to nie Polak książkę napisał, zaś akcji nie umiejscowił w Częstochowie ani w Watykanie, dzięki czemu nie naraził się fanatykom. Przynajmniej nie w naszym kraju, nie wiem jak za granicą…

O kim mowa? O Jonathanie Holcie – dyrektorze jednej z firm reklamowych, pasjonacie literatury (swego czasu wykładał literaturę na Oksfordzie) mieszkającym w Londynie. Jego miłość do książek świetnie ukazuje pierwszy tom trylogii Carnivia, pt. Bluźnierstwo. Tylko ktoś, kto kocha literaturę maści wszelakiej i obcuje z nią na co dzień, może mieć tak silnie rozwiniętą wyobraźnię, aby być w stanie zmieścić tak wiele wątków, postaci, miejsc i zdarzeń na ledwie czterystu stronach, ale do tego jeszcze wrócę. Po kolei…

Wenecja – miasto romantyków położone na północy Włoch. Wszechobecna woda, gondole, rybacy a także magiczny karnawał, którego znakiem rozpoznawczym są przepiękne maski zakładane przez uczestników. Miejsce magiczne, owiane eterycznym klimatem… Jednak nie dla kapitan Kateriny Tapo, a przynajmniej nie w tegoroczne święto La Befana. U podnóży kościoła Santa Maria dokonuje się profanacja najgorsza z możliwych: z Wielkiego Kanału wyłowione zostają zwłoki. Początkowo wydaje się, że należą do mężczyzny, w dodatku katolickiego księdza z racji charakterystycznego ubioru, jednak szybko okazuje się, że przybyli na miejsce Karabinierzy są w błędzie. Denatką jest kobieta-ksiądz.

Dla pani kapitan, która po raz pierwszy przejmuje dowodzenie nad sprawą morderstwa, nie będzie to łatwe śledztwo. Giną kolejne osoby, które o sprawie wiedzą zbyt dużo i niewykluczone, że życie Kat również wisi na włosku w związku z posiadanymi przez nią informacjami. Jednak nawet zagrożenie życia nie jest w stanie zniechęcić Tapo do uczestnictwa w sprawie, zwłaszcza, że im bardziej zagłębia się w jej meandry, tym ciekawszych i nieprawdopodobnych odkryć dokonuje. Śledztwo prowadzi ją do bazy wojskowej, szpitala psychiatrycznego, klasztoru i – co mnie najbardziej zaintrygowało – do twórcy legendarnej strony internetowej Carnivia.com – lustrzanego odbicia Wenecji w świecie wirtualnym. Każdy, kto tylko zechce, może założyć sobie konto, wybrać dla siebie maskę (jak nakazuje wenecka tradycja) i przemierzać wirtualną krainę do złudzenia przypominającą prawdziwe miasto, odwzorowane w niej w najdrobniejszych detalach.

Uff, strasznie dużo tego wszystkiego. Po pierwsze, akcję śledzimy z kilku perspektyw, tj. kapitan Tapo, podporucznik Holly (tu zaznajamiamy się z realiami wojskowymi) czy Daniele Barbo (twórcy Carnivii.com). Po drugie, w wydarzenia ze świata rzeczywistego wpleciony jest świat wirtualny, choć według mnie w zdecydowanie za małym natężeniu. Po trzecie, nie śledzimy tylko i wyłącznie samego śledztwa, ale mamy też wątki poboczne z życia osobistego bohaterów (także romans). Po czwarte, Holt zrywa z grzecznym, romantycznym wizerunkiem Wenecji i pokazuje nam jej drugie, mroczne, a przede wszystkim brudne oblicze – to miasto pełne zanieczyszczeń, gnijące od środka.

Jonathan Holt
(źródło: www.goodreads.com)
W związku z tym wszystkim trudno odmówić autorowi polotu, pomysłowości i szalenie rozwiniętej wyobraźni – nie sposób nudzić się podczas lektury Bluźnierstwa. Mimo to, w moim odczuciu, autor troszkę się zapędził w puszczaniu wodzy fantazji: fabuła jest przeładowana dość wyszukanymi wątkami, którymi spokojnie można by obdzielić ze dwie powieści. Po skończonej lekturze nie opuszcza mnie też wrażenie, jakoby Holt za wszelką cenę chciał napisać bestseller i stąd ten natłok zdarzeń i wątków. Zastanawiam się też, czy autor dzięki temu nie strzelił sobie w stopę, bo jeśli w pierwszym tomie dzieje się aż tyle, to co będzie w kolejnych? Obstawiam dwie opcje: albo nie wymyśli już nic więcej i z tomu na tom będzie coraz nudniej albo przeciwnie – stworzy jeszcze bardziej wymyślne historie, które z realizmem będą miały coraz mniej wspólnego.

A może się mylę? Może w kolejnych częściach trylogii skupi się bardziej na wirtualnym świecie Carnivii i nadrobi to, czego według mnie zabrakło w części pierwszej? Mam nadzieję i jakoś nie wątpię w to, że Jonathan Holt jeszcze mnie zaskoczy. Pytanie tylko, czy pozytywnie? O tym dowiem się zapewne niebawem.

Debiut pisarza polecam miłośnikom thrillerów, którzy mają dość monotonnych przedstawicieli gatunku, w których poza jednym morderstwem nic się nie dzieje, a śledztwo wlecze się w nieskończoność. Carnivia nie da Wam chwili wytchnienia!

Ocena: 4/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Akurat oraz Business & Culture.