Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 6/6. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 6/6. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 lipca 2015

Sherlock Holmes. Tom 3 - Arthur Conan Doyle





tłumaczenie: Jerzy Łoziński
tytuł oryginału: The Return of Sherlock Holmes. His Last Bow. The Case-Book of Sherlock Holmes
data wydania: 2015
ISBN: 9788377855751
liczba stron: 896


Czułam, wręcz wiedziałam, że ten dzień nadejdzie. Że pewnego dnia znów usłyszę pukanie do drzwi w najmniej sprzyjającej witaniu gości porze. Że tym razem spotkać się mi przyjdzie z personą wielkiego formatu. Że będzie to ktoś znakomitszy niż doktor Watson, a nawet sir Arthur Conan Doyle. Wiedziałam, że wkrótce poznam kogoś, bez kogo klasyka literatury detektywistycznej byłaby uboższa o przygody człowieka specyficznego, wyróżniającego się, ale też władającego ogromną siłą dedukcji i intelektu.

I oto moje podejrzenia nabrały realnych kształtów i przyjęły postać Sherlocka Holmesa, który właśnie niedawno postanowił uraczyć mnie swoją wizytą. Jak wyglądał? Opisy Arthura Conana Doyle’a okazały się być w stu procentach prawdziwe – był to szczupły, wysoki mężczyzna z orlim nosem i nieodłączną fajką. Gdy już spoczął na moim fotelu i pokręcił z niezadowoleniem głową, gdy powiedziałam mu, że nie posiadam w domu kokainy, morfiny a nawet tytoniu, szybko przeszłam do zadawania pytań.

Najważniejszym pytaniem było to, co on właściwie u mnie robi. Jak to możliwe, że… jest? Wszak zakończenie poprzedniego tomu (Sherlock Holmes. Tom 2) jego przygód, które zreferował mi doktor Watson, pozbawiło mnie złudzeń. A tymczasem sam Holmes, we własnej osobie, mościł się na mym fotelu. Detektyw, jak to miał w zwyczaju, opowiedział mi historię mrożącą krew w żyłach z najdrobniejszymi detalami. Okazało się, że pamiętne spotkanie z profesorem Moriatym nie zakończyło się tak, jak spodziewali się tego wszyscy. Na Boga! Sam Watson żył w nieświadomości!

Pomyślałam, że po tak ekstremalnych przygodach Sherlock powie mi, że zamarzyły mu się emerytura i błogi (oraz w pełni zasłużony) odpoczynek, ale nic z tego. Usłyszałam kolejne opowieści, które zapierały mi dech w piersi. A to o gorączce sumatrzańskiej, a to o poszukiwaniu pewnego klejnotu, a nawet padła historia z wampirycznym wątkiem.

Sherlock, zmęczony swoim długim, ale dla mnie szalenie intrygującym wywodem, zapytał mnie, jak na kartach książki prezentuje się jego detektywistyczna działalność. Szybciutko przyniosłam pozostałe dwa tomy (SherlockHolmes. Tom 1 i 3) i pokazałam mu całość. Jak ja docenił ich piękne i solidne wydanie, z dobrej jakości papierem i cieszącą oko czcionką. Studiując w ciszy po rozdziale z każdego tomu, stwierdził, że i treści niczego nie brakuje – wszystko opisane jest tak, jakby tego sobie życzył, z należycie oddanym stylem językowym i klimatem miejsc zdarzeń. Naprawdę widać było zadowolenie wypisane na jego twarzy.

Podobnie moja twarz zdradzała ogromną radość. Oczywiście, nie tylko z faktu posiadania tak pięknego wydania przygód mojego gościa, co z faktu tej osobliwej wizyty, którą bez wątpienia zapamiętam do końca swoich dni. Holmes, wychodząc, powiedział, że bardzo cieszy go fakt, że mimo upływu tylu lat polscy czytelnicy nadal o nim pamiętają. Z lekka zdziwiona wyznaniem odparłam, że pamiętają i nie zanosi się na to, by mieli zapomnieć kiedykolwiek. Wszak przed nami kolejne pokolenia książkożerców, którzy właśnie dzięki zapisom Arthura Conana Doyle’a będą pielęgnować w sobie miłość do lektur. Dzięki tak oryginalnym i wyjątkowym postaciom jak Sherlock i jego przyjaciel, doktor Watson. Dzięki pięknemu i barwnemu językowi, który coraz to mocniej odróżnia się od współczesnej paplaniny.

Wspaniale panie Holmes, że był pan z nami, i że jest. Zapewniam, że będzie pan już zawsze bez względu na okoliczności. Wszak, o drugą tak charakterystyczną, intrygującą i biegłą w dziedzinie dedukcji postać ciężko we współczesnej literaturze. Do miłego zobaczenia, do przeczytania!

Ocena: 6/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


środa, 22 kwietnia 2015

Sherlock Holmes t.II - Arthur Conan Doyle





cykl: Sherlock Holmes (tom 4-6)
tłumaczenie: Jerzy Łoziński
tytuł oryginału: The Valley of Fear. The Adventures of Sherlock Holmes. The Memoirs of Sherlock Holmes
wydawnictwo: Zysk i S-ka
data wydania: 20 października 2014
ISBN: 9788377855751
liczba stron: 842


Pewnego wieczoru, gdy już zmierzchało, a słońce postanowiło udać się na swój zasłużony odpoczynek, spokój mego ducha zakłóciło donośne łomotanie w drzwi. A kogóż to niesie o tak późnej porze?, pomyślałam. Nie każąc jednak gościowi zbyt długo czekać, powiedziałam z nutką irytacji w głosie: Proszę wejść. Na widok osoby, która zagościła w mych skromnych progach, zdziwione me usta otwarły się z prawie możliwym do usłyszenia skrzypnięciem. Oto w pokoju stanął dr John H. Watson, powiernik, współpracownik i przyjaciel samego Sherlocka Holmesa.

Gdy swego czasu gościłam u siebie Arthura Conana Doyle’a (przy okazji śledzenia przygód rzeczonego detektywa, spisanych w pierwszym tomie Sherlocka Holmesa), nie sądziłam, że czekają mnie odwiedziny równie osobliwe. A jednak! Doktor Watson nie chciał od razu przejść do rzeczy i wyjaśnić mi powodu swego rzucającego się w oczy wzburzenia. Zamiast tego zaczął opowiadać o perypetiach swego przyjaciela. Okazuje się, że od mojego ostatniego spotkania z nim zagadek do rozwiązania jeszcze mu przybyło.

Musiał wyjaśnić zatrważającą kwestię morderstwa, które… dopiero miało nastąpić. Tak, dobrze czytacie. Któregoś dnia Holmes otrzymał informację, jakoby życie pewnego jegomościa miało być zagrożone. Nim detektyw zdążył się dobrze rozeznać w sprawie, już musiał badać okoliczności śmierci mężczyzny. Śledztwo, którego podjął się wraz z moim gościem doktorem Watsonem, skierowało ich wzrok w kierunku cieszącego się złą sławą stowarzyszenia.

Pojawiła się też nietypowa sprawa z rudym kolorem włosów w tle. Razu pewnego w lokalnej prasie ukazało się ogłoszenie o dobrze płatnej pracy w Stowarzyszeniu Rudowłosych. Odpowiedział na nie kolejny klient Holmesa, który tym samym dostarczył mu jednej z najdziwniejszych zagadek detektywistycznych, jaką w życiu przyszło mu rozwiązywać.

I choć pan Watson tego wieczoru opowiedział mi całe mnóstwo perypetii Sherlocka Holmesa, to najmocniej w pamięć zapadła mi jedna z nich. Nie jest tajemnicą, że ten wybitny detektyw nigdy nie garnął się do kobiecego towarzystwa, wręcz stronił od niego. Gdyby ktoś inny powiedział mi, że jednak w jego życiu pojawi się taka przedstawicielka płci pięknej, która nie tyle lekko zmieniła jego zapatrywanie na tę płeć, ile zwyczajnie go przechytrzyła, to w życiu bym w to nie uwierzyła. Jednak Watson podczas opowiadania tej historii nie wyglądał na takiego, który kłamał lub żartował. Ta kobieta istniała naprawdę!

Wiele z tych niesamowitych opowieści wręcz zapierało mi dech w piersi. Jeśli coś do tej pory wydawało się niemożliwe, w życiu Holmesa stawało się w stu procentach realne. Zawsze byłam pod wrażeniem ogromnego geniuszu detektywa, jego niesamowitych zdolności dedukcyjnych, ale tym razem poziom obydwu przerósł moje najśmielsze oczekiwania, choć nie jest on człowiekiem nieomylnym.

Doktor Watson nie zapomniał podczas swoich opowieści o należytym nakreśleniu tła geograficznego, historycznego i o użyciu odpowiedniego do zastanych czasów języka, który urzekł i rozkochał w sobie. Byłam pod wrażeniem jego niesamowitej skrupulatności: nie pomijał niczego, drobiazgowo opisywał fizjonomię bohaterów, klimat miejsc, w których się aktualnie znajdowali, czy nawet obecnie panującej aury. Dzięki temu czułam się, jakbym sama uczestniczyła w tych przygodach.

Całe szczęście, że wszystko to, co usłyszałam, wy także możecie poznać. Wystarczy sięgnąć po drugi tom przygód detektywa opatrzony jego imieniem i nazwiskiem, Sherlock Holmes, który spisał mój poprzedni gość – sir Arthur Conan Doyle. Choć jest to tom naprawdę pokaźnych rozmiarów, liczący niespełna 850 stron i niewpływający zbawiennie na kondycję rąk po dłuższym okresie zaznajamiania się z jego treścią, to jednak po stokroć warto go mieć w swoich zbiorach. Nie tylko dla samych historii weń zawartych, ale też dla pięknego wydania w dużym formacie, dobrej jakości papieru i dla miłego dla oka kroju pisma. Doprawdy – to prawdziwa perełka!

Mój gość już się ze mną żegnał, mówiąc, jak bardzo się spieszy. Widać było, że ta długa rozmowa pozwoliła mu się wyciszyć i ukoić skołatane nerwy, więc zaryzykowałam i zapytałam o powód jego wzburzenia na początku wizyty. Watson w tym momencie opowiedział mi jeszcze jedną historię – jej treść możecie poznać podczas lektury tomu, o którym chwilę temu wspomniałam, a która jest mocnym i przyprawiającym o szybsze bicie serca zwieńczeniem. Okazało się bowiem, że pan Sherlock Holmes niczego się nie boi i nie ma sprawy, której nie stawiłby czoła. Nawet gdyby przyszło mu zapłacić za to najwyższą cenę…

Do zobaczenia wkrótce, panie Watson!

Ocena: 6/6

Sherlock Holmes - TOM I

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.

sobota, 11 kwietnia 2015

Miasto cieni - Ransom Riggs





cykl: Pani Peregrine (tom 2)
tłumaczenie: Małgorzata Hesko-Kołodzińska
tytuł oryginału: Hollow city
wydawnictwo: Media Rodzina
data wydania: 30 października 2014
ISBN: 9788380080102
liczba stron: 460


Jaki ten dzień szary, bury i… zwyczajny. Jeszcze wczoraj płynęłam łodzią poruszaną w takt spienionych morskich fal, dziś moje ciało stabilnie trzyma się fotela. Jeszcze wczoraj przemierzałam mroczne zakamarki szumiących gęstwin lasu, wypatrując wroga tuż za moim ramieniem, dziś beznamiętnie spoglądam w monitor komputera. Jeszcze wczoraj chowałam się przed ścigającymi mnie sterowcami i żądnymi mojej krwi upiorami, a dziś… Już wiem! Dziś Wam o tym wszystkim opowiem i przeżyję to wszystko ponownie!

W ostatnich dniach miałam ogromną przyjemność spędzić czas ze starym (choć wiekowo młodziutkim) znajomym Jacobem, bohaterem powieści Ransoma Riggsa pt. „Osobliwy dom pani Peregrine” oraz jej kontynuacji – „Miasto cieni”. Gdy w roku 2012 dopiero zawiązywała się między nami ta specyficzna przyjaźń, nie sądziłam, że będzie tak trwała i że wywrze na mnie tak silne wrażenie. Bo Jacob to nie jest zwykły chłopiec, to chłopiec o s o b l i w y.

Z Jacobem poznaliśmy się w trudnym dla niego momencie: gdy jego ukochany dziadek umierał. Zanim jednak odszedł z ziemskiego padołu, zostawił w jego pamięci wiele niesamowitych opowieści, które odciskały na nim piętno. Zatroskani rodzice chłopca posłali go nawet na psychoterapię, jednak terapeuta – zamiast przepisać mu garść tabletek i odesłać do domu – zasugerował długą i daleką podróż… Podróż śladami opowieści seniora rodu, której meta znajdowała w tajemniczym i mrocznym sierocińcu na pewnej odległej wyspie.

Od tamtych wydarzeń minęło już trochę czasu, ale przygody Jacoba na tym się nie zakończyły. Wręcz przeciwnie: jeszcze ich przybyło! Wraz z gromadką bogato obdarzonych w różne niesamowite zdolności przyjaciół chłopiec musi ratować panią Peregrine (dyrektorkę wspomnianego już sierocińca), której życie wisi na włosku. Zadanie łatwe nie jest, zwłaszcza że po ratunek młodzi bohaterowie muszą udać się aż do ogarniętego wojną Londynu – a ty, drogi Czytelniku, wraz z nim.

Tak jak on i ja, będziesz uciekać przed wrogiem, który osaczy cię ze wszelkich możliwych stron, z lądu i z powietrza. Poznasz nowe miejsca i nieznane ci wcześniej istoty – emurafy (będące krzyżówką osła i żyrafy), mówiącego psa z wyższych sfer, którego maniery, obycie oraz fajka w pysku przywodzą na myśl samego Sherlocka Holmesa, czy kury armagedońskie znoszące wybuchające jaja. Będziesz ryzykować własne życie, uciekając przed świstem kul pędzącym pociągiem i walcząc z głęboką wodą. Poznasz Londyn, ale nie ten spokojny, senny i deszczowy: Londyn opustoszały, schowany pod gruzami, gdzie nadal spadają niemieckie bomby. Zmierzysz się także z całym złem i okrucieństwem wojny z perspektywy dziecka. Nie myśl jednak, że czeka cię tylko to, co najgorsze. Doświadczysz też życzliwości, poznasz smak pierwszej miłości oraz podejmiesz pierwsze poważne decyzje, które zaważą na twoim losie…Wszystko to w towarzystwie Jacoba i jego osobliwych przyjaciół.

O to, by nikt nie nudził się podczas lektury „Miasta cieni”, zatroszczył się w wyśmienity sposób jej autor – Ransom Riggs. Nie mogę wyjść z podziwu dla jego talentu i niebywałej wyobraźni. Pisarz stworzył wspaniałą i porywającą historię, wykreował szalenie barwne postacie, które prześcigają się w oryginalności, osadził całość w różnych miejscach (z czego kluczowym jest zniszczony wojną Londyn) i opisał to plastycznym, choć nadal przystępnym językiem. Umiejętności budowania klimatu oraz napięcia mogliby się uczyć od niego nawet najlepsi twórcy powieści: gdy trzeba, jest zabawnie, czasem gorzko i smutno, kiedy indziej słodko i romantycznie, a nierzadko też strrrraszno! Na wyróżnienie zasługuje też bardzo wyrazisty obraz wojny (albo raczej ich następstw) widzianej oczyma dziecka: ta dziecięca wrażliwość na zło, brak akceptacji dla wojennych realiów, brak zrozumienia dla postępowania dorosłych…

Doprawdy, kontynuacja „Osobliwego domu pani Peregrine” to istne mistrzostwo! Jestem nią zwyczajnie zachwycona i pokuszę się nawet o stwierdzenie, że w moim odczuciu druga część jest lepsza od pierwszej. Jedyne, co nie daje mi spokoju, to fakt, że twórczość Riggsa jest w Polsce chyba stosunkowo mało znana. Owszem, to dopiero dwie książki, ale są to powieści tak dobre i godne rozgłosu, że dziwię się, iż nikt z moich znajomych o nim wcześniej nie słyszał, a na blogach recenzenckich jest go naprawdę mało. Gdyby tak młodzież rzuciła w kąt te kiczowate, zmierzchopodobne historie i sięgnęła po przygody Jacoba…

Mam nadzieję, że przyszłoroczna ekranizacja „Osobliwego domu…” dużo w tej materii zmieni. A skoro za reżyserię filmu bierze się sam Tim Burton, to znak, że książka musi być dobra – niech to będzie zachęta dla wciąż nieprzekonanych. Sama zaś czekam z niecierpliwością zarówno na obraz Burtona, jak i… trzecią część przygód Jacoba, która już się pisze!

Ocena: 6+/6


Oficjalna recenzja dla portalu Lubimy Czytać - LINK.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Dom tęsknot - Piotr Adamczyk





wydawnictwo: Agora
data wydania: 12 września 2014
ISBN: 9788326813528
liczba stron: 510


Długo czytałam tę książkę, naprawdę długo – ponad tydzień, co w moim przypadku jest czymś niemal niespotykanym. Nie dlatego, że była koszmarnie zła. Nie dlatego, że nie podobała mi się. Nie dlatego, że raził mnie styl autora albo dlatego, że postacie i fabuła były do niczego. Było wręcz przeciwnie. Czytałam ją ta długo, bo niczego tak mocno nie pragnęłam, jak spędzić z nią możliwie jak najwięcej czasu. By wryła się w moją pamięć, zapadła w serce i niczym charakterystyczne zapachy z lat dzieciństwa wsiąkła w mury mojego domu.

Biorę ją do ręki, dotykam, wertuję strony i chcę o niej opowiedzieć. Opowiedzieć w piękny sposób, bo i książka piękna... Tylko jakich słów użyć? Wiem! Posłużę się cytatami! Nie, to niemożliwe, wszak jej drobne papierowe ciało upstrzone jest kolorowymi zakładkami indeksującymi – na tylu stronach tyle słów godnych zacytowania, bijących się o palmę pierwszeństwa. Może umieścić je wszystkie w moim tekście? Zrezygnować z moich wynurzeń i pozwolić, by opowieść zareklamowała się sama? Ale kto widział opinię zbudowaną z samych cytatów? Nikt, ja też nie, więc pozwólcie, że opowiem Wam o pewnym domu, który poznałam za sprawą książki Piotra Adamczyka pt. Dom tęsknot.

Ów dom stoi daleko od mojego, bo we Wrocławiu, ale mam silne wrażenie, jakby istniał w moim sąsiedztwie. Jakbym codziennie go widziała, opuszczając swoje cztery ściany i jakbym za sprawą czapki niewidki mogła podglądać życie jego mieszkańców. Szczególnie bliskie jest mi mieszkanie po znanym niemieckim pisarzu, Gustavie Freytagu, którego powojenne losy wygnały z Polski, a jednocześnie pozwoliły zamieszkać w jego czterech ścianach osobliwym rodzinom. Jako pierwsza osiedliła się tam rodzina, zdająca się składać z trzech elementów różnych układanek. On – były partyzant podśpiewujący sobie pod nosem zagrzewające do boju piosenki, którego drażni niemal wszystko, co niemieckie. Ona – córka Niemców, która wierzy, że do Wrocławia oraz mieszkania, w którym obecnie przebywają, wrócą ci, których wygnano. I on – mały Piotruś, który w rezolutny, bezpośredni i bardzo wnikliwy sposób opowiada o PRL-owskiej codzienności widzianej oczyma dziecka. A codzienność ta co rusz go zaskakuje, co chwilę stawia przed nim nowe wyzwania, przygody i niepowtarzalne przeżycia. To, co na zawsze zapadnie mu w pamięć, dzieje się w dniu, w którym postawiono mur berliński. „We Wrocławiu?” – ktoś zapyta. Tak, właśnie tu stanął mur berliński, dzielący ich mieszkanie na dwie części: jedną dla niego i jego rodziców, a drugą dla rodziny żydowskiego pochodzenia. Jakaż to ważna rodzina dla Piotrka! Ważna, bo w jej skład wchodziła Laurka – piękna dziewczynka o uroczym uśmiechu, wobec której mały Piotruś miał jakże poważne plany jak na swój niedojrzały wiek – Laurka miała pewnego dnia zostać jego żoną.

Tak życie Piotrusia kręciło się wokół miłości do Laurki, rodziców, kamienicy i jej mieszkańców oraz tej specyficznej powojennej rzeczywistości, w której wielu tak trudno było odnaleźć się. Piotruś wszystko obserwował i opisywał z rozbrajającą szczerością i humorem charakterystycznym dla dorastającego chłopca. Całość bardzo dobrze obrazowała ówczesne czasy, rys historyczny PRL-u i wszystko to, co dla niego jest tak typowe (sama z rozrzewnieniem wspominałam czasy, gdy jak na wielki skarb oczekiwało się paczki pocztowej od rodziny z Niemiec).

Zatem mamy tu elementy powieści historycznej, specyficzną sagę rodzinną, odrobinę magii, dużo legend, postacie rzeczywiste oraz fikcyjne i mamy uczucia. Uczucia podane w bardzo charakterystycznym dla Pana Adamczyka stylu, w którym prostota i romantyzm tworzą bardzo zapadający w pamięć, zmysłowy taniec słów. Przykład?

Brak mi twojej dłoni w moich rękach – szeptałem – twojego głosu w moich uszach, twoich warg na moich ustach, twojego uśmiechu w moich oczach. Czasami mam wrażenie, że wszystko wokół wariuje z tęsknoty i nawet mojej podłodze brak przez ciebie piątej klepki[i].

Cóż więcej mogę rzec? Chyba tylko tyle, że uległam, ba, wręcz oddałam się podana na tacy Piotrowi Adamczykowi. Ma mnie całą i najpewniej może zrobić ze mną, co zechce, bo w stylu tego pisarza można się zatracić, zakochać i przepaść bez pamięci – to poezja w prozie (o ile mogę tak to nazwać).

Laurka razu pewnego, rozmawiając z Piotrusiem, stwierdziła, że tęskni za tym, co będzie. Piotruś tym wyznaniem szczerze zdziwiony odparł, że nie da się tęsknić za tym, czego jeszcze nie było, ale ona dalej obstawała przy swoim. I wiecie co? Ta mała dziewczynka miała rację. Wszyscy bohaterowie Domu tęsknot tęsknili chyba najbardziej za tym, co ma dopiero nadejść (tylko niektórzy za tym, co minęło). A ja wraz z nimi – tęskniącym wzrokiem wypatruję pięknego jutra. Ach! I nowej książki Piotra Adamczyka – tęsknię za nią!

Ocena: 6/6




[i] P. Adamczyk, Dom tęsknot, Agora, Warszawa 2014, s. 423.



Za możliwość przeczytania książki dziękuję jej Autorowi.
Wyzwania: Polacy nie gęsi.

wtorek, 6 stycznia 2015

Psychoanioł w Dublinie - Łukasz Stec





wydawnictwo: Akurat
data wydania: 25 czerwca 2014
ISBN: 9788377587201
liczba stron: 304


Mężczyzna otwiera oczy. Jest ranek. Pogoda iście irlandzka – za oknem tylko deszcz niesiony podmuchami wiatru. Wie, że jeśli chwilę dłużej poleży w łóżku, to na pewno spóźni się do pracy, ale i tak wyleguje się w najlepsze. I w zasadzie nic nie jest w stanie zaburzyć jego porannej sielanki, nie licząc natarczywego głosu, który niemal krzyczy: „Nakarm mnie!” Po dokładnych oględzinach jest już pewien, że ów głos nie wydobywa się z jego pustego brzucha – więc skąd?

Co za życiowa beznadzieja! Nie ma śniadania, nie było kolacji, do tego poddano mnie kastracji[1].

No tak, to tylko kot… Kot?!

Co się głupio gapisz? Dałbyś szyneczki[2].

Życie Wowy (właściwie Wawrzyńca), bohatera książki Łukasza Steca pt. Psychoanioł w Dublinie, do najłatwiejszych nie należy. Nie dość, że notorycznie spóźnia się do pracy w firmie, która zajmuje się produkcją oraz sprzedażą pierogów, a jego kot, Borys, ma depresję i już kilkakrotnie podejmował się prób samobójczych, to został mu raptem tydzień życia. Tydzień, w którym Wowa ma jedyną w swoim rodzaju szansę na odwrócenie biegu swojego losu i wymknięcie się z rąk śmierci. Naturalnie, jeśli można wierzyć zapewnieniom faceta w białym fartuchu oraz indiańskim pióropuszu na głowie, który to przybywa z Niebios jako osobisty psychoanioł Wawrzyńca i obwieszcza, że czeka go nagła śmierć.

Sprawa prosta nie jest, bo nie dość, że bohater ma niewiele czasu na ratowanie własnego życia, to nie ma też pojęcia, z czyich rąk ewentualnie mógłby zginąć. Któregoś ze współlokatorów? Byłej żony Dezyderii? Może to jej ojciec, urażony, że Wowa śmiał porzucić jego ukochaną córeczkę? Wszak:

Wielokrotnie grozili ci śmiercią, kastracją, trepanacją czaszki, a nawet trwałą ondulacją[3].

Bez względu na to jak potoczą się losy bohatera, musicie wiedzieć, że podczas ich śledzenia czeka Was niewyobrażalna dawka śmiechu, takiego aż do bólu twarzy. Postacie wykreowane przez Steca są obłędne: beztroski Wowa o duszy niespełnionego i niedocenionego artysty, zdołowany kot Borys, przytłoczony swoją egzystencją w roli kastrata, psychoanioł Alfred, który przypomina Jima Carrey’a w wersji indiańskiej i inne poboczne, ale równie udane osobistości. Lekki i zabawny styl autora dopełnia dzieła.

Fani miksów gatunkowych również będą powieścią Steca usatysfakcjonowani, bowiem mamy tu nieco kryminału, sporo fantastyki, wątki romantyczne (z tymi w kociej wersji włącznie) i groteskę. Wszystko to razem podane jest w humorystycznej formie, która idealnie to wszystko łączy i sprawia, że żal rozstać się z książką.

Cieszę się ogromnie, że to właśnie z Psychoaniołem w Dublinie mogłam zacząć nowy, czytelniczy rok i tak świetnie przy tym bawić się, choć po tej powieści zupełnie tego nie spodziewałam się. Opowieść Łukasza Steca – to dla mnie duża i bardzo pozytywna niespodzianka, która sprawiła, że chcę więcej. Gwarantuję też, że i Wy zakończycie tę lekturę z tym samym odczuciem. Bierzcie i bawcie się przy niej wszyscy! Ataki niekontrolowanego śmiechu gwarantowane!

Ocena: 6/6




[1] Ł. Stec, Psychoanioł w Dublinie, Wydawnictwo Akurat, Warszawa 2014, s. 55.
[2] Tamże.
[3] Tamże, s. 114.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję jej Autorowi.
Wyzwania: Polacy nie gęsi.

sobota, 27 grudnia 2014

Trzy odbicia w lustrze - Zbigniew Zborowski





wydawnictwo: Zysk i S-ka Wydawnictwo
data wydania: październik 2014
ISBN: 9788377855645
liczba stron: 416


Nie wiem dlaczego, ale w ostatnim czasie stałam się mocno krytyczna wobec czytanych przeze mnie lektur. Na siedem ostatnio przeczytanych książek naprawdę duże i dobre wrażenie zrobiły na mnie zaledwie… dwa tytuły, tj. Kiedyś byliśmybraćmi oraz ten, o którym dziś Wam opowiem.

To książka, na którą nie wiedziałam, czy się decydować, bo z sagami rodzinnymi raczej nie jest mi po drodze – jeśli już jakieś czytałam, to w najlepszym wypadku były całkiem znośnymi czytadłami, a nie dobrymi i godnymi polecenia powieściami. Ostatecznie argumentem przemawiającym za tym, by książka trafiła w moje ręce, było nazwisko autora – Zbigniewa Zborowskiego. To pan, który zadebiutował w zeszłym roku, wydając pod swoim nazwiskiem horror, sensację i thriller w jednym pt. Nowy drapieżnik. Ta mroczna historia ze światkiem gangsterskim w roli głównej zrobiła na mnie na tyle dobre wrażenie, że nie mogłam doczekać się kolejnej, która wyjdzie spod pióra tego autora. I w roku bieżącym ta się pojawiła, ale zaraz, zaraz… Saga rodzinna? Naprawdę? Nie dowierzałam, że właśnie ten pisarz pokusi się o wybór tego gatunku. Ponad czterysta stron później nie dowierzałam, że z takim zaangażowaniem, zainteresowaniem i uczuciem podniecenia zakończyłam rzeczoną lekturę.

Plusy nowej powieści Zborowskiego pt. Trzy odbicia w lustrze można zacząć wymieniać od samego pomysłu na fabułę. Choć akcja rozpoczyna się w czasie teraźniejszym, to szybko ustępuje miejsca przeszłości, a konkretnie czasom przedwojennej Polski. Zosia jest młodą kobietą, której marzy się wyrwanie z biednej rodzinnej miejscowości (warszawskie Powiśle) – chce się uczyć, jest ambitna. Jej śmiałe i całkiem możliwe do realizacji plany niweczy jednak wojna, która pojawia się nieproszona. Mimo to Zosia radzi sobie w nowej rzeczywistości całkiem dobrze, choć nie bez pomyłek i zranionego serca… Osłodą niełatwego życia ma stać się dla niej naznaczona szczególnym darem córeczka, Wandzia.

Mijają lata. Mała Wandzia przeobraża się w młodą kobietę wierną panującemu systemowi i mężowi esbekowi. Ślepa wiara w panujący ustrój nie kończy się dla niej dobrze, choć początkowo zapowiada się, że już zawsze będzie żyć w dostatku i (jak na ówczesne lata) luksusie. Zdaje się, że jako żonie tak wysoko postawionego oficera, włos z głowy spaść jej nie może, ale jednak… I nic tu do rzeczy nie będzie miał fakt, że Wanda jest w dziewiątym miesiącu ciąży.

Ledwie dziesięcioletnia Anna (córka Wandy) może już poszczycić się wątpliwej jakości przeżyciami. Przeżyciami, które w żadnym wypadku nie powinny dotyczyć tak małego dziecka, jednak Anna – to wyjątkowo łebska dziewczyna, która nie daje sobie w kaszę dmuchać. Jej zaradność połączona ze smykałką do biznesu szybko daje plon w życiu dorosłym. Okazuje się, że to kobieta urodzona pod szczęśliwą gwiazdą, która niczym Midas przemienia wszystko w metaforyczne złoto. Zdaje się, że worek ze szczęściem, z którego czerpie, nie ma dna, a wzmianki babci Zosi o rzekomej klątwie, która ciąży na ich rodzinie, zbywa machnięciem ręki. Czy słusznie? Wkrótce przyjdzie jej boleśnie przekonać się, że nie i że gadanie leciwej babki – to nie tylko zwykłe zabobony.

Choć to, co wyżej napisałam, zdaje się całkiem sporo zdradzać z akcji powieści, to wierzcie mi, że jest to tylko zalążek tego, co czeka Was podczas lektury. Nie zdradzić o niej zbyt wiele, a jednocześnie zachęcić do sięgnięcia po tę książkę – to nie lada wyczyn, bo dzieje się tu naprawdę wiele. Po pierwsze, mamy trzy ramy czasowe, tj. lata wojenne (i na chwilę przed jej wybuchem), czasy powojennego PRL-u oraz czasy współczesne, które sięgają lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Każda z nich oddana jest przez pisarza perfekcyjnie, co daje wrażenie krótkiej, ale bardzo treściwej powtórki z lekcji historii Polski. Wraz z bohaterami przeżywamy dramat wojny, trudne czasy działalności Służby Bezpieczeństwa (tutaj mamy arcyciekawy, choć fikcyjny przykład bezgranicznej wiary w panujący system i konsekwencji z niej wypływających) i potem trudny proces podnoszenia się kraju z kolan i stawania na równe nogi.

Kolejny plus – to pełnokrwiści bohaterowie, z którymi się zżywamy, choć nierzadko potępiamy ich wybory oraz działania. Zosia ujmuje wrażliwością, pragnieniem poczucia bezpieczeństwa i miłości oraz niestrudzoną siłą w dążeniu do swoich pragnień.

- (…) A co to jest szczęście?- Szczęście jest wtedy, gdy lubisz swoje odbicie w lustrze. A rano cieszysz się, że zaczyna się kolejny dzień[1].

Wanda, mimo że jest ofiarą panującego ustroju, niestety razi swoim zachowaniem, budzi niesmak podejmowanymi decyzjami, ale też wzbudza podziw odwagą. Anna – dziarska i waleczna już od szczenięcych lat, ale nieidealna, pełna skaz, prawdziwa i ludzka.

Styl i język autora, tak jak w przypadku Nowego drapieżnika, jest typowo współczesny, lekki, momentami podszyty humorem, nieraz ostry i dosadny, ale w chwilach tego wymagających dostosowany do czasów, w których toczy się akcja powieści. Wszystko to razem sprawia, że Trzy odbicia w lustrze czyta się wyśmienicie, z zapartym tchem, raz po raz otwierając usta ze zdziwienia nad licznymi zwrotami akcji.

Zdecydowanie jest to jedna z najlepszych książek, które miałam okazję czytać w mijającym roku. Gdyby zaś wszystkie sagi rodzinne były napisane w stylu, jakim dysponuje Zborowski, to bez wątpienia gatunek ten stałby się jednym z najczęściej przeze mnie wybieranych. A twórczość pisarza już teraz staje się jedną z moich ulubionych i już nie mogę doczekać się jego kolejnej książki. Jeśli pewnego dnia zdecyduje się on sygnować swym nazwiskiem książkę telefoniczną, to najpewniej przeczytam ją z wypiekami na twarzy i chętnie obejmę patronatem Książkówki. Oto siła i moc zaklęta w piórze Zborowskiego!

Ocena: 6/6




[1] Z. Zborowski, Trzy odbicia w lustrze, Zysk i S-ka, Poznań 2014, s. 259.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.
Wyzwania: Polacy nie gęsi.

wtorek, 23 grudnia 2014

Benny i Joon reż. Jeremiah S. Chechik i... :)





Kochani, jutro zaczynamy świętowanie. Aura świątecznie nie nastraja (u mnie śniegu brak), ale mam nadzieję, że nastrój w Waszych sercach dopisuje. Na te Święta Bożego Narodzenia chciałabym Wam życzyć tego, co najlepsze, czyli zdrówka (bo ono jest najważniejsze - nigdy o tym nie zapominajcie), spokoju w rodzinie, szczęścia, wielu uśmiechów, smakowitego jedzonka (takiego, które lubicie najbardziej) i wspaniałych prezentów, w których dominować będą... tak, książki. :) I pamietajcie, by znaleźć choć chwilę na czytanie. 

Ściskam Was wszystkich świątecznie i zostawiam ze spontanicznym tekstem nt. filmu, który może nie jest tym typowo świątecznym, ale na ten czas nadaje się wyśmienicie. Jest tak naładowany pozytywną energią, humorem i uczuciami, że największy smutas uśmiechnie się podczas tego seansu - gwarantuję! :)

***************



gatunek: dramat, komedia, romans
produkcja: USA
premiera: 16 kwietnia 1993
reżyseria: Jeremiah S. Chechik
scenariusz: Barry Berman


Piszę ten tekst pewnego niedzielnego wieczoru. Od jakiejś godziny bliźniacy Craig i Charlie z The Proclaimers głośno śpiewają mi w kółko wciąż tę samą piosenkę, pt. I Gonna Be (500 miles). Jest już naprawdę późno, domownicy już śpią, więc lada chwila spodziewam się wizyty policjantów pragnących upomnieć mnie za zakłócanie ciszy nocnej. Jeśli do tego nie uda mi się powściągnąć przy nich moich paralitycznych pląsów, które w moim głębokim przekonaniu są tańcem, to panowie ci najpewniej zadzwonią po posiłki rodem z pobliskiego szpitala psychiatrycznego. Czasu jakby coraz mniej, więc do rzeczy!

O co chodzi? O wariatów. O miłość. O film. I Johnny’ego Deppa też. W sumie o niego rozchodzi się tu najmocniej. Nie jest tajemnicą, że tego aktora kocham miłością bezwarunkową od niepamiętnych czasów, za każda rolę, za styl, za ekscentryczność, za c(i)ałokształt… Do dziś przekonana byłam, że miłość ta wyżej już wznieść się nie może – błąd! Może i bezwstydnie pnie się ku niebiosom, zostawiając mnie tu, na ziemi z jeszcze ciepłymi wspomnieniami po filmie pt. Benny i Joon w reżyserii Jeremiah S. Chechika. Benny (Aidan Quinn) – to pracownik warsztatu samochodowego, który stara się jak może, by połączyć pracę z koniecznością opieki nad swoją chorą psychicznie siostrą Joon (Mary Stuart Masterson). Co rusz zatrudnia nowe opiekunki, które zajmują się dziewczyną w godzinach jego pracy, ale te nigdy na dłużej nie zagrzewają miejsca w domu rodzeństwa. A to jednej problematycznie pachną włosy, a to druga używa kiepskich metafor… Krótko mówiąc, ciężko sprostać specyficznym wymaganiom i potrzebom Joon. Zatem Benny znów musi szukać kogoś do pomocy, ale los sam podsuwa mu rozwiązanie, kiedy to w ramach pokerowej przegranej musi przyjąć pod swój dach Sama, kuzyna swojego przyjaciela (w tej roli: Johnny Depp). I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że Sam również ma problemy psychiczne i między nim a dziewczyną rodzi się uczucie.

I czego tu chcieć więcej? Depp grający zakochanego wariata – to kwintesencja tego filmu. Mało tego, on ten obraz zwyczajnie ukradł. Gdy w jednej ze scen pojawia się Sam, pozostali aktorzy giną jak we mgle – zdają się być niewidoczni. Jedynie Masterson usiłuje dotrzymać kroku Deppowi, ale gdzie jej tam do Mistrza Ról Ekscentrycznych… Depp z przeciętnego filmu o lekkim zabarwieniu humorystyczno-romantycznym robi obraz, który bez wątpienia na długo zapada w pamięć. Johnny w tym filmie – to pozytywny wariat, zakochany wariat, który może i do końca nie jest świadom, co znaczy miłość, ale kocha całym sobą i nie krępuje się, by okazać to na różne sposoby, skrajnie odbiegające od zasad zdroworozsądkowych. I ile przy tym budzi pozytywnych emocji, dowie się tylko ten, kto sam zasiądzie przed ekranem i prześledzi dokonania zakochanego młodzieńca z kapeluszem na głowie.

Depp, jak niemal w każdej ze swych ról, czaruje stylem gry aktorskiej, urzeka nietuzinkowością, charyzmą, realizmem i stuprocentowym oddaniem się granej postaci. Patrząc na niego, nie ma się wrażenia, że to aktor odgrywający rolę, za którą mu zapłacono. Ma się wrażenie, że on naprawdę jest tą postacią – Johnny jest Samem, zwichrowanym psychicznie młodzieńcem z iluzjonistycznym talentem, który robi tosty za pomocą żelazka.




- (...) do topienia sera lepiej używać ustawienia jak na wełnę.- Mówiłam mu.- Tak? A na co nastawił?- Na sztuczny jedwab[1].

Dobrze, więc mamy tu z lekka ckliwą opowiastkę z humorystycznym zacięciem, ale czy można z niej wynieść coś więcej? Jakiś morał, przesłanie, dobrą radę choćby? Nie można, a wręcz trzeba to zrobić. Trzeba odkryć w sobie takiego pozytywnego wariata, choć przez chwilę nim się poczuć i zapomnieć o racjonalizmie, powadze i do bólu ułożonym trybie życia. Trzeba dać się ponieść emocjom i zwyczajnie czasem… zrobić coś głupiego. Dla siebie, dla rodziny, dla partnera – tańczyć z kijem od szczotki przy sprzątaniu, śpiewać do dezodorantu przed lustrem w łazience, usmażyć z rana nago jajecznicę (uważając na pryskający tłuszcz!), dla lubego podśpiewując przy tym I Gonna Be (500 miles)… Cokolwiek – im większa tzw. korba w głowie, tym większy uśmiech na Twojej i czyjejś twarzy.

I jakby ktoś jeszcze miał wątpliwości, to Benny i Joon polecam każdemu bez wyjątku, ale ostrzegam… Seans grozi dożywotnim zakochaniem się w Deppie. A co z tymi, którzy już go kochają? Ci go kochać bardziej już nie mogą, więc tylko wypolerują ramki na ołtarzyku z jego zdjęciami. Za co i ja się wezmę, gdy pożegnam panów w niebieskich koszulach.

Dobry wieczór panom. Jak miło, że panowie wpadli!




[1] Benny i Joon, reż. Jeremiah S. Chechik, 1993.


Uwaga! Ta piosenka uzależnia! :)


czwartek, 30 października 2014

Rio Anaconda - Wojciech Cejrowski





wydawnictwo: Zysk i S-ka
data wydania: 8 września 2014
ISBN: 9788377855676
liczba stron: 440


Uwielbiam programy podróżnicze Wojciecha Cejrowskiego i uwielbiam jego książki o tej samej tematyce, ale wierzcie mi – nie lubię o nich pisać. Nie dlatego, że książki tegoż pana są marne. Wręcz przeciwnie – są tak piekielnie dobre, że po pierwsze, nigdy nie wiadomo, od czego zacząć relację z wrażeń po lekturze, a po drugie, w ogóle nie wiadomo, co napisać. Bo chciałoby się zacytować całość i zwieńczyć to słowami: „bierzcie i czytajcie to czym prędzej wszyscy”.

Książki Cejrowskiego zasługują na uznanie, a przynajmniej każda z tych, które dane mi było czytać. Podobnie jest z ostatnią, którą miałam w ręce, tj. Rio Anaconda, a która zabrała mnie w dalekie zakątki dżungli amazońskiej, by pokazać mi skrawek codzienności jednego z ostatnich żyjących plemion indiańskich. Zakładając oczywiście, że nasza wszędzie wpychająca się na siłę cywilizacja nie sprawiła, że plemię Carapana – bo o nim mowa – już przestało istnieć (wszak od pierwszego wydania książki już minęło trochę czasu). Nim jednak wraz z autorem tam dotrzemy, czeka nas długa droga i kilka przystanków. Pierwszym z nich jest Los Llanos, rozdarte pod względem własności między Wenezuelą a Kolumbią. I choć to jeszcze nie dżungla, to emocji nie brakuje: mamy tu podszyte łapówkarstwem pertraktacje z urzędnikami, lot rozlatującym się samolotem na trumnie z zawartością… A także owady, kajmany i wszędobylski skwar.

Kolejnym przystankiem jest kolumbijskie miasteczko (w którym błoto obecne jest wszędzie) – Mitú. W Mitú lepiej za dużo o nikim nie wiedzieć – dla własnego bezpieczeństwa. Lepiej też nie przywiązywać się zbyt mocno do nikogo, bo niektórzy giną w niewyjaśnionych okolicznościach i nigdy się nie odnajdują (zapewne też dlatego, że nikt ich nie szuka). Ty, jako obcy, nie możesz zbyt wiele wiedzieć o mieszkańcach tego miejsca, ale wiedz, że oni wiedzą o Tobie wszystko.

W Mitú wsiądziemy na łódź i będziemy płynąć bardzo, bardzo długo otuleni bardzo, bardzo gęstą mgłą. Na tyle gęstą, by nie widzieć tego, kto łodzią kieruje. Na tyle namacalną i przerażającą, by byle szmer dobiegający zewsząd był w stanie przyprawić o atak serca. Na szczęście autor odważny jest. Zresztą musi, bo prawdziwe niebezpieczeństwa i chwile grozy dopiero przed nim. I przed Tobą, drogi Czytelniku.

Dopiero gdy na końcu rejsu dotrzemy do wioski, a w niej uda nam się znaleźć kogoś, kto zechce nas przeprowadzić przez dżunglę i wskazać drogę do miejsca, w którym przebywa jedno z ostatnich dzikich plemion Carapana, wtedy tak naprawdę zaczniemy się bać. Wtedy boją się wszyscy. Nawet miejscowi przewodnicy, którzy w pewnym momencie biorą nogi za pas i zostawiają biednego pana Wojciecha na pastwę dzikiej natury w puszczy amazońskiej. Wyobrażacie sobie? Sami, samiuteńcy na ogromnej połaci dzikiej przyrody, gdzie nic nie jest znane, gdzie nic nie jest pewne, gdzie niemal wszystko może przynieść śmierć…

A to nadal nie jest ten moment, w którym autor i my wszyscy zaznamy strachu absolutnego. To, co najgorsze, dopiero nadejdzie, kiedy spotkamy się oko w oko z Szamanem. Celowo piszę „Szaman” z wielkiej litery, bo to prawdziwy Szaman (nie oszust i szarlatan, który tylko udaje, że coś wie i potrafi, a których nie brakuje w amazońskich wioskach) – taki który posiada Moc, który zagląda do czyjejś głowy i czyta myśli, taki który leczy bez środków farmaceutycznych, taki który potrafi znikać… Włos na głowie jeży się od tego, co autor serwuje pod koniec Rio Anacondy… A jeżeli jeży się Czytelnikowi, to co przeżywał sam podróżnik?

Nie do pomyślenia… Do przeczytania! Gruntownego! Od deski do deski! A najlepiej dwa razy pod rząd. By poznać ten zanikający już kawałek świata, w którym cywilizacja jeszcze na dobre nie rozpanoszyła się, choć na Dzikich Ziemiach już stawia swoją obutą stopę. By poznać zwyczaje, kulturę i mentalność tych ludzi. By zobaczyć, jak żyją, co jedzą, czego pragną. Wreszcie, by zastanowić się nieco nad własnym życiem, tym czego pragniemy i do czego dążymy. Wierzcie mi, Rio Anaconda daje do myślenia mocniej niż niejedna obyczajówka czy poradnik z cyklu: „Co jest najważniejsze w życiu?” Rio Anaconda – to książka idealna pod każdym względem.

Ocena: 6/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuje wydawnictwu Zysk i S-ka.
Wyzwania: Polacy nie gęsi.

piątek, 25 lipca 2014

Wyspa na prerii - Wojciech Cejrowski





wydawnictwo: Zysk i S-ka
data wydania: 11 lipca 2014
ISBN: 9788377855256
liczba stron: 304


Morza szum, ptaków śpiew… Drinki z parasolkami, plaże z prażącym piaskiem… Nie, nie chodzi o wakacje pod palmami ani moje, ani autora książki, która ostatnio umilała mi czas i zabrała w daleką podróż – on na takie się nie pisze. Zamiast tego lubi wyzwania, przygody, zakątki niecodzienne albo surowe, często nieprzyjazne człowiekowi. Dlatego nie zdziwiło mnie, że miejsce, które stało się dla niego drugim (albo może lepiej – kolejnym) domem, znajduje się na prerii, gdzie hula wiatr, piach i pył wdzierają się w każde zakamarki, a ludzie mówią możliwie szybko i krótko, by niepożądane drobinki nie wdarły się do ich ust przy mocniejszym podmuchu. Tam, gdzie otoczenie najczęściej przybiera kolory szarości, czerwieni i wszędobylskiej rdzy.

Rzecz dzieje się współcześnie, w Arizonie, tuż przy granicy z Meksykiem. Dziki Zachód dawno przestał być dziki, ale mieszkańcy prerii wciąż o tym zapominają. Preria jest trochę dzika, trochę niepiśmienna. Nie jest zacofana! Po prostu poszła w inną stronę niż nasza cywilizacja. Posłuchajcie…[1]

Oj, jest o czym słuchać, gdy historie wychodzą z ust (tu: spod pióra) Wojciecha Cejrowskiego. Chyba każdy, kto choć raz obejrzał któryś z odcinków jego programów podróżniczych w telewizji lub przeczytał choć jedną z jego książek o tej samej tematyce, wie, że jest to niekwestionowany mistrz gawędziarstwa. Gawędziarstwa z polotem, podszytego humorem, nieraz ironią, z ogromną dawką wiedzy i inteligencji. Tego wszystkiego nie mogło zabraknąć również w najnowszej jego pozycji pt. Wyspa na prerii.

Jak to się stało, że tym razem autor wylądował w Arizonie? – zapytacie. A tego Wam nie zdradzę. W ogóle postanowiłam tym razem zdradzić jak najmniej z treści książki, bo i po co, skoro Wojciech Cejrowski zrobi to ode mnie po stokroć lepiej? Powiem Wam jedynie, że to książka pisana stylem jakże typowym dla tego znanego i cenionego podróżnika. Nie jest to żaden przewodnik ze zbiorem miejsc, które należy koniecznie zobaczyć, będąc w Arizonie. Książka opowiada raczej o tym, jak wygląda życie codzienne w tym dość surowym dla gringo miejscu, w którym każdy dzień przynosi niespodzianki i gdzie nikt nie uprzedzi nas o tym, co może nas tu spotkać, nikt nam nic nie doradzi – dla mieszkańców Arizony wszystko jest normą, z którą są tak oswojeni, że ciężko im choćby pomyśleć o tym, że ktoś może czegoś nie wiedzieć. Postanowiłeś wreszcie wysprzątać porządnie swój drewniany i trzeszczący domek na prerii za pomocą wiadra z wodą i szmaty? Błąd! Wszystko będziesz miał oblepione czerwonym pyłem – tu sprząta się wiatrem. Postanowiłeś zrobić pranie i wywiesić je na zewnątrz do wyschnięcia? Błąd, każdy Twój ciuch będzie w czerwonym pyle. Postanowiłeś wpaść z niezapowiedzianą wizytą do sąsiadów? Błąd, całkiem możliwe, że ten, zgodnie z prawem, odstrzeli ci rękę lub nogę (jeśli od razu nie zabije cię na miejscu), gdy tylko postawisz stopę na jego posesji.

Zapytacie może, co taki obieżyświat jak Cejrowski robi w miejscu, gdzie najbardziej pożądaną czynnością jest nicnierobienie? Dokładnie, nie robi nic, a jak już coś robi, to tylko wtedy, gdy musi: kiedy wysiądzie pompa od wody, kiedy silny wiatr zerwie dach z domu, kiedy trzeba jechać po świeży zapas margarity i limonek, kiedy kończy się pakowany lód, kiedy kornik w końcu zeżre nogi od krzesła, na którym autor siedzi co dzień na porczu (Cejrowski tym spolszczonym słowem określa porch, czyli konstrukcję, która jest jednocześnie i gankiem, i przyzbą tak charakterystyczną dla tamtych rejonów świata i którą często oglądamy w filmach). Na prerii nigdy nic się nie robi bez konieczności, bo na robienie czegoś w sposób spontaniczny jest zwyczajnie za gorąco.

A czy taki gringo jak Cejrowski w ogóle ma szansę dogadać się z miejscowymi? Czy może się z nimi zaprzyjaźnić? Może, ale jest to proces długotrwały i wymaga (chyba jak wszędzie) zaznajomienia się z obowiązującymi w stadzie zasadami (w Arizonie ludzie w istocie żyją niczym zwierzęta w stadach). Ty musisz ich dobrze poznać i robić to tak, by nikogo nie urazić i nie być wścibski – tak jak robią to oni. Mieszkańcy Arizony zdają się mieć nadprzyrodzone zdolności, bo mimo że nie przebywają fizycznie obok ciebie, to wszystko o tobie wiedzą. Wiedzą, że pompa ci wysiadła, że pranie porwał ci wiatr i zostawił na krzakach, że w wyjątkowo wrażliwe miejsce się poparzyłeś… Wiedzą wszystko, zaś o sobie powiedzą ci tyle, ile sami będą chcieli i w odpowiednim według nich momencie. Jak już ten dzień nadejdzie, to przekonasz się, ile jest barwnych życiorysów wokół. Jest facet, który zbiera od ludzi nagromadzone nerwy oraz stres i raz na jakiś czas wybucha, robiąc przy tym niemałą rewolucję (np. przeganiając na cztery wiatry natrętnych urzędników), jest żona listonosza, która miała bardzo, ale to bardzo bujną przeszłość, a teraz jest bardzo, ale to bardzo bogobojną matką pięciu synów[2]. Są też inne odważne kobiety, które po odbyciu służby wojskowej wróciły z mniejszymi lub większymi uszczerbkami na zdrowiu – jedna bez nogi, druga bez oka, ale z opaską w miejscu opustoszałego oczodołu i kolejna bez oka, ale za to z solidnym zapasem sztucznych gałek, które dobiera do stroju czy okoliczności (przy tym nie ma problemów z wymianą protezy przy rozmówcy w barze…).

I choć pewnie teraz wydaje się Wam, że całkiem sporo zdradziłam z tego, co serwuje lektura, to wierzcie mi, że jest to ledwie maleńki pierwiastek z tego, co opowie Wam Cejrowski. Czy muszę Was szczególnie zachęcać do poznania tej książki? Wydaje mi się, że nie. Czy muszę utwierdzać Was w przekonaniu, że jest wyśmienita i żal się z nią rozstawać? Też myślę, że nie, bo kto kojarzy autora, na pewno nie ma żadnych wątpliwości w tym względzie. Skuszę się jednak na pochwałę w kierunku wydawnictwa, które postarało się, by wydanie Wyspy na prerii było piękne i wysokiej jakości. Twarda oprawa, szycie, kredowy papier, wysokiej jakości zdjęcia… Małe wielkie cudeńko, które każdy nałogowy zbieracz książek musi mieć w swojej kolekcji.

Ktoś jeszcze ma wątpliwości, czy skusić się na tę książkę? Mam nadzieję, że nie, ale jeśli znajdzie się jeszcze taki rodzynek, to niech je czym prędzej porzuci. Wyspa na prerii urzeka, przywiązuje do siebie, uzależnia, a na koniec zostawia z dwoma skrajnie różnymi odczuciami. Po pierwsze, z radością, że tak wspaniałą podróż odbyliśmy, a po drugie ze smutkiem, że trwała tak krótko…

Ocena najwyższa z możliwych: 6/6





[1] W. Cejrowski, Wyspa na prerii, Zysk i S-ka, Poznań 2014, s. 7.
[2] Tamże, s. 99.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.

poniedziałek, 12 maja 2014

W słusznej sprawie - Diane Chamberlain





tytuł oryginału: Necessary Lies
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 10 kwietnia 2014
ISBN: 9788378397496
liczba stron: 456


Muszę przyznać, że o eugenice do tej pory nie wiedziałam zbyt wiele. Oczywiście, główna idea była mi znana, choć od tej zdecydowanie złej strony, związanej z nazistowskimi planami tworzenia „czystej” rasy – na świat miały przychodzić dzieci tylko o pożądanych przez władze cechach. Jednak pojęcie to istnieje zarówno w teorii, jak i w praktyce znacznie dłużej niż od czasów panowania Hitlera i oznacza, jak podaje internetowy słownik języka polskiego PWN, system poglądów zakładający możliwość doskonalenia cech dziedzicznych człowieka.

Teoretyczny wydźwięk tego pojęcia wydaje się bardzo pozytywny, jednak człowiek potrafi zepsuć wszystko, co z założenia miało być dobre... W dążeniu do stworzenia wolnej od wad istoty ludzkiej człowiek był (i chyba tak naprawdę nadal jest) w stanie posunąć się bardzo daleko, cały czas podpierając się szczytną ideą. W dawnych czasach liczne programy eugeniczne pozwalały na m. in. segregację rasową, ludobójstwo czy przymusową sterylizację. Temu ostatniemu tematowi miałam okazję przyjrzeć się nieco bliżej za sprawą nowości autorstwa Diane Chamberlain pt. „W słusznej sprawie”, która niedawno miała swoją premierę na naszym rynku.

Autorka zdecydowała się poruszyć szalenie trudny i emocjonalny temat, którego podstawą jest obowiązujący do 1975 roku na terenie Karoliny Północnej (USA) program sterylizacji eugenicznej. Akcja powieści toczy się głównie na początku lat 60. ubiegłego wieku. W okręgu Grace, na jednej z tamtejszych farm tytoniowych dzięki – nazwijmy to – uprzejmości właściciela mieszkają dwie młode dziewczyny, tj. piętnastoletnia Ivy i dwa lata starsza od niej Mary Ella, a także jej synek William, nazywany przez nie Dzidziusiem, oraz ich babcia Nonnie. Wiodą stosunkowo spokojne życie, aczkolwiek wypełnione ciężką pracą i wyzierającą z każdego kąta biedą, więc nic dziwnego, że dziewczyny próbują urozmaicić tę mało barwną codzienność za pomocą uczuć i marzeń. Mary Ella przez opiekę społeczną uznawana jest za opóźnioną w rozwoju, dlatego tuż po urodzeniu Williama lekarze poddali ją zabiegowi sterylizacji. Ivy, choć młodsza od swej siostry, przejawia już zainteresowanie chłopcami, co przekłada się na częste spotkania pod osłoną nocy z synem farmera, na których nie tylko snują wizje o wspólnym wyjeździe do Kalifornii, ale coraz mocniej się do siebie zbliżają.

Zdaje się, że nieszczęście wisi w powietrzu, w związku z wchodzeniem Ivy w czas, w którym emocje i szalejące hormony biorą górę. Tak przynajmniej twierdzą pracownicy opieki społecznej, którzy znają tę rodzinę oraz problemy, z którymi się zmaga. W ich trudny dla zwykłego człowieka świat zostaje wprowadzona nowa pracownica ośrodka – Jane. Młoda, świeżo upieczona małżonka dobrze zapowiadającego się pediatry nie ma zbyt dużego doświadczenia zawodowego, a w pracy socjalnej – wcale, choć nie brak jej solidnego zaplecza edukacyjnego. Bardzo chce móc pomagać potrzebującym tego ludziom i robi to mimo braku aprobaty męża (pracująca żona lekarza nie jest zbyt dobrze odbierana w środowisku, bowiem każe myśleć, że ten najpewniej zarabia zbyt mało, by utrzymać rodzinę). Wybór tak niedoświadczonego pracownika na tak poważne stanowisko w efekcie końcowym przynosi jednak wiele nieoczekiwanych zdarzeń: nad Mary Ellą krąży widmo utraty Williama, zaś Ivy może zostać wysterylizowana…

To, co ostatecznie dzieje się w życiu tych kobiet, przechodzi najśmielsze oczekiwania. Sytuacja robi się z dnia na dzień coraz bardziej dramatyczna i nie wiadomo do końca, co jest temu bardziej winne: czy niedoświadczenie oraz nazbyt emocjonalne podejście Jane do pełnionej funkcji, czy obowiązujące prawo. Szalenie trudno mi opowiedzieć się po którejś ze stron, bo jest to trochę jak walka rozumu z sercem. Nie wiadomo, które rozwiązanie jest tak naprawdę dla tej rodziny najlepsze, jednak zakończenie całej sprawy mnie osobiście usatysfakcjonowało – jest takie, jakie być powinno.

Chamberlain na ogół tworzy bardzo emocjonujące i wciągające historie, ale tym razem postarała się wyjątkowo mocno, by nawet po zakończonej lekturze nie móc przestać myśleć o tym, co właśnie przeczytaliśmy. Niby jest to opowieść zmyślona, niby postaci są fikcyjne, ale nie sposób nie pokusić się o rozważania na temat sensu i moralnego aspektu eugeniki. Podstawowe pytania, jakie nasuwają się po zakończonej lekturze, to: Jak daleko można posunąć się w myśl wielkich idei? Jak mocno można ingerować w czyjeś życie? Każdy z nas musi na nie odpowiedzieć sobie samodzielnie.

„W słusznej sprawie” to trzecia powieść tej autorki, którą dane mi było przeczytać. Tak jak w dwóch poprzednich, tak i tu znalazłam pełnokrwiste postaci, z którymi nie sposób się nie zżyć (w przypadku Ivy autorka zadbała nawet o język, jakim bohaterka się posługuje, dzięki czemu nie mamy wątpliwości, z jakiej warstwy społecznej się wywodzi). Jedyne, co na ogół nie podobało mi się w poprzednich książkach, to dający się czasem wyczuć brak realizmu, jednak tym razem to uczucie mnie nie spotkało, dlatego pokuszę się o stwierdzenie, że „W słusznej sprawie” jest zdecydowanie najlepszą książką Chamberlain, którą do tej pory czytałam. Jest w niej wszystko, co powinna zawierać dobra „obyczajówka” plus naprawdę ciekawy i poruszający temat.

Kto z Was jeszcze nie skusił się na tę nowość, niechaj szybko to nadrobi. Gwarantuję, że nie oderwiecie się od tej książki aż do ostatniej strony.

Ocena: 6/6




Oficjalna recenzja dla Lubimy Czytać - LINK.

piątek, 25 kwietnia 2014

Sherlock Holmes t.1 - Arthur Conan Doyle





tłumaczenie: Jerzy Łoziński
tytuł oryginału: A STUDY IN SCARLET, THE SIGN OF THE FOUR, THE HOUND OF THE BASKERVILLES
seria/cykl wydawniczy: Sherlock Holmes tom I
wydawnictwo: Zysk i S-ka
data wydania: marzec 2014
ISBN: 9788377851456
liczba stron: 494


Sir Arthurze Conanie Doyle'u, proszę spocząć. Tu jest wygodny fotel dla pana, Sir. Na stoliku obok znajdzie pan najlepszy tytoń, jaki udało mi się znaleźć. Może lampkę dobrego wina dla przełamania lodów? Nie trzeba? Dobrze, zatem przejdźmy do meritum dzisiejszego spotkania.

Szczerze mówiąc, obawiałam się, czy aby dobrym posunięciem będzie zaproszenie pana do siebie, do czasów współczesnych, tak trudnych dla pisarzy, czasów, w których najlepiej sprzedaje się seks w możliwie najwulgarniejszej oprawie. Zaskoczony? Proszę mi wierzyć, że  taki stan rzeczy nikogo już nie dziwi… Niestety, po pańską literaturę sięgają dzisiaj tylko nieliczni. Sama do tej pory tego nie robiłam, ale ostatnio postanowiłam to zmienić – stąd moje zaproszenie dla pana, Sir.

Postaci, które pan stworzył, nęciły mnie od dawna, tym bardziej, że tak silnie związane są z  literaturą kryminalną, tak mi bliską od wielu lat. Tak, mowa oczywiście o Sherlocku Holmesie i doktorze Watsonie. Proszę zobaczyć, oto jedno z ostatnich wydań z zapisem ich przygód: tom pierwszy w dużym formacie, twardej oprawie, z ilustracjami Sidneya Pageta, w którym zawiera się Studium w szkarłacie, Znak czterech oraz Pies Baskerville’ów. Proszę mi wierzyć, że to jedno z najlepszych i najładniejszych wydań, jakie można sobie obecnie wymarzyć. Wróćmy jednak do Sherlocka i jego przygód.

Przyznam, że jestem pod wrażeniem kreacji obu głównych bohaterów. Stworzył pan postaci niezwykle charakterystyczne, wyjątkowe i zarazem... eteryczne. Sherlock jako typ inteligenta lubującego się w zagadkach kryminalnych, ciekawostkach naukowych, grający na skrzypcach i od czasu do czasu odpływający w narkotyczny trans – całkowicie mnie uwiódł. Mimo że jest to typ człowieka powściągliwego i skrytego z natury, zafascynował mnie zdecydowanie bardziej niż doktor Watson. Nie wiem ile w tym prawdy, ale wielu twierdzi, że Watson – to pańskie literackie odzwierciedlenie: podobnie jak pan, posiada wykształcenie medyczne i uczestniczył w walkach na froncie. Ile w tym prawdy, Sir? Rozumiem, ten dyskretny uśmiech…

Zawsze byłam ciekawa, jak w ogóle doszło do tego, że ci dwaj dżentelmeni się poznali. W Studium w szkarłacie wszystko staje się jasne w tym względzie – przyznaję, że spodziewałam się bardziej emocjonującej historii, nie tak prozaicznej, ale…to tylko moje osobiste odczucia. Proszę sobie nie brać ich do serca, Sir... W każdym bądź razie znajomość Watsona z Holmesem staje się faktem, panowie zaczynają spędzać razem wiele czasu i poznawać się nawzajem. Mimo iż Holmes nie lubi zdradzać o sobie zbyt wiele komukolwiek, to jednak jego detektywistyczne zapędy szybko dają o sobie znać. Niebawem przychodzi mu rozwiązywać zagadkę tajemniczego zgonu, w której, oprócz trupa, znalazła się nienależąca do denata krew oraz wypisany nią tajemniczy napis na ścianie. Detektyw podejmuje się zadania w godnym siebie stylu, w którym nie brakuje bystrości umysłu, doskonałej dedukcji i szalenie dokładnej skrupulatności.

W bezbarwnym kłębku życia wije się szkarłatna nić morderstwa, naszym zadaniem jest wysupłać ją, oddzielić i zbadać każdy jej cal[1].

Sam Watson przyjmuje nieoficjalną funkcję osobistego kronikarza Holmesa, z czego jest całkiem rad, wszak tajemnicza i niezbadana natura detektywa nie daje mu spokoju – jest dlań przedmiotem fascynacji.

Zadziwiło mnie jednak, że laury za prawidłowe rozwiązanie zagadki wcale nie przypadły w udziale Holmesowi… Zresztą, tak jak w kolejnej opowieści, czyli Znaku czterech. Tym razem monotonny tryb życia naszych dwóch dżentelmenów przerywa kobieta wyjątkowej urody, która potrafi zmiękczyć niejedno męskie serce, o czym Watsonowi szybko przychodzi się przekonać. Zjawia się ona z problemem natury bardzo delikatnej, bowiem chodzi o tajemnicze zaginięcie jej ojca. Nie jest to jednak jedyna tajemnica związana z tą sprawą – pojawia się też morderstwo, którego ofiara zapadnie w pamięć bohaterom na długo, jeśli nie na zawsze, z racji przerażającego wyrazu twarzy, z którym została odnaleziona. Fakt, że miejscowe gazety całe zasługi za rozwiązanie zagadki przypisały policji, woła o pomstę do nieba, panie Doyle!

Ostatnią z trzech historii zawartych w tym tomie jest Pies Baskerville’ów – szalenie intrygująca opowieść z fantastycznym wątkiem, bowiem opiera się na legendzie krążącej w rodzie Baskerville’ów, mówiącej o przerażającym, niebezpiecznym, ogromnym psie, który nęka rodzinę w ramach klątwy rzuconej na nią lata temu jako karę za popełnione przewinienia jednego z jej członków. Holmes podejmuje się zadania rozwikłania zagadki śmierci przedstawicieli rodu, co naturalnie – udaje mu się. Przenikliwość umysłu pańskiego bohatera jest dla mnie wzorem! Co ciekawe, Holmes widzi rozwiązanie zagadek tam, gdzie nikt inny nie zdecydowałby się ich szukać. W końcu, jak mówi:

Świat jest pełen rzeczy oczywistych, których ludzie w ogóle nie spostrzegają[2].

Sir Doyle, dla mnie to jest mistrzostwo świata, stworzyć postaci tak proste w konstrukcji, ale jednocześnie tak inteligentne i fascynujące. Podobnie z zagadkami kryminalnymi, pozornie łatwymi, których złożoność jednak czyni z nich historie nader porywające i zapadające w pamięć. Kolejną rzeczą, która tak mocno odróżnia pańskie dzieło od tych współczesnych, jest język. W powieściach z dzisiejszych czasów dominuje albo niczym niewyróżniający się, mdły i bezbarwny, albo ostry, brutalny i nierzadko wulgarny. Język obecny w opowieściach o przygodach Holmesa – to istna poezja! Plastyczny, soczyście barwny i dystyngowany, z wyraźną naleciałością pańskich czasów. Piękno i klasa sama w sobie!

Zapraszając pana do siebie, Sir, obawiałam się, że nie podołam tej wizycie, że piętno współczesnych kryminałów odcisnęło się na mnie tak mocno, iż nie dam rady zachwycić się pańskim literackim dokonaniem. Nic bardziej mylnego, Sir! Na czas tego spotkania wyparłam z pamięci wszystkie dotychczasowe lektury i rozpłynęłam się w klimacie mglistego i dżdżystego Londynu, po którego mrocznych zakamarkach oprowadzili mnie dwaj dystyngowani dżentelmeni, którzy już na stałe zapiszą się w kanonie najlepszych znanych mi postaci fikcyjnych.

Dziękuję za to, Sir Doyle. Za wspaniałe historie, za Holmesa i Watsona, za klimat, styl i język. Za to, że pan był, jest i będzie, bo klasyka zawsze jest nieśmiertelna, tak jak pan.

Ocena: 6/6




[1] A. Conan Doyle, Sherlock Holmes, tom 1, Zysk i S-ka, Poznań 2014, s. 51.
[2] Tamże, s. 318.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.