Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muza. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 lipca 2015

Próżna - Sylwia Zientek





data wydania: 3 czerwca 2015
ISBN: 9788377589762
liczba stron: 384


Kluczem w dążeniu do szczęścia jest zrozumienie tego, czego naprawdę się pragnie.

To proste zdanie z okładki książki Sylwii Zientek pt. „Próżna”, mówi o czymś z pozoru banalnym, ale jednocześnie szalenie trudnym. O czymś, co dotyka każdego z nas, choć w różnych momentach życia. Bo tak naprawdę rzadko kiedy jesteśmy w stu procentach pewni tego, czego pragniemy. Tego, czego od życia, innych i siebie samych wymagamy. Tego, co ma nam przynieść spełnienie i pełne zadowolenie z życia oraz poczucie jego sensu.

Jak bardzo jest to skomplikowane, autorka książki ukazuje na przykładzie młodych kobiet ‒ Diany i Penelopy (Penny) ‒ energicznych prawniczek, którym przyszło robić karierę w jednej z uznanych kancelarii. Diana łaknie sukcesów zawodowych, z uporem dąży do upragnionego celu, nierzadko kosztem własnej rodziny. Penny zaś nie czuje się najlepiej w świecie rasowych prawników, w którym liczą się duże sprawy zapewniające potężny zysk i uznanie w środowisku. Żyje lekko, nie myśląc o ustatkowaniu się, dzieciach. Nie odmawia sobie za to przygodnego seksu. Jednak życie jest nieprzewidywalne i w przypadku tych młodych dam pokazało to dobitnie, wywracając ich codzienność do góry nogami.

W uporządkowanej codzienności jednej zagości totalny chaos i brak stabilizacji, u drugiej pojawią się dawno niewidziane zobowiązania i odpowiedzialność. Ich losy pokażą im to, czego doświadczamy wszyscy – nieprzewidywalność. Między innymi o tym opowiada powieść Sylwii Zientek – tak naprawdę nigdy nie możemy być niczego pewni. Nie powinniśmy uznawać, że coś, co jest dla nas codziennością od dawna, będzie nią zawsze. Życie to kalejdoskop.

„Próżna” mile zaskoczyła mnie także obrazem prawniczego świata, bowiem zazwyczaj ukazywany jest z tej gorszej strony, jako taki, w którym liczy się tylko zysk i pięcie się po drabinie kariery. Tutaj również można dostrzec ten aspekt, ale nie rzuca się on w oczy aż tak bardzo. Bohaterowie mają swoje życie intymne, zainteresowania, chodzą do opery, teatru. Słuchają dobrej gatunkowo muzyki, czytają wartościową literaturę i interesują się sztuką. Nie są ukazani jako bezduszne maszynki do zarabiania pieniędzy. Są zwyczajnie ludzcy.

Całość historii opowiedziana jest w sposób dość charakterystyczny. Styl pisarki jest wyjątkowo stonowany, z niewieloma dialogami, ale bardzo bogaty w detale, począwszy od opisów ubioru bohaterów, a skończywszy na zarysowaniu miejsc, w których toczy się akcja (wiele z nich zostało opisanych w sposób bardzo klimatyczny i realistyczny). Fani dynamicznej akcji, która podnosi ciśnienie, raczej nie będą zachwyceni „Próżną”, ale ci, którzy szukają powieści idealnej na sezon urlopowy, w której można się zanurzyć na dłużej, a dodatkowo to i owo dzięki niej przemyśleć… Będą bez wątpienia zauroczeni.

Sama mile będę wspominać śledzenie losów Diany i Penny oraz liczę, że Sylwia Zientek jeszcze nie raz uraczy mnie równie klimatyczną i dystyngowaną powieścią, bo właśnie to czyni autorkę rozpoznawalną na naszym wydawniczym rynku.

Ocena: 5/6


Oficjalna recenzja dla Lubimy Czytać - LINK.
Wyzwania: "Polacy nie gęsi".

czwartek, 21 maja 2015

Koronkowa robota - Pierre Lemaitre





tłumaczenie: Joanna Polachowska
tytuł oryginału: Travail soigné
wydawnictwo: Muza
data wydania: 20 maja 2015
ISBN: 9788377589960
liczba stron: 416


Kto na co dzień obcuje z literaturą, ten na pewno ma pełną świadomość jej niebywałej mocy. Książki, po które sięgamy, nierzadko wywracają nasz światopogląd do góry nogami, wprowadzają roszady w systemie wartości, działają antystresowo i antydepresyjnie. Są też głęboką studnią, z której całymi wiadrami można czerpać inspiracje – jednak czy zawsze do tego, co pożyteczne i dobre? Czy książki mogą pchnąć do czynów destrukcyjnych?

Camille Verhoeven, charakterystyczny z racji swojego niskiego wzrostu, bohater powieści Pierre’a Lemaitre’a pt. Koronkowa robota, będzie miał okazję się przekonać o tym na własnej skórze. Umożliwi mu to prowadzone przez niego śledztwo w sprawie makabrycznych morderstw dokonywanych przez miłośnika literatury kryminalnej. Zabójca, inspirując się topowymi powieściami z tego kręgu, bestialsko morduje kolejne ofiary i robi to na kształt zbrodni opisanych m.in. w Czarnej Dalii czy American Psycho. Mimo że Camille jest bardzo doświadczonym policjantem i niejedno widział w toku swojej kariery zawodowej, to czyny psychopaty robią na nim ogromne wrażenie, odciskając piętno na życiu prywatnym. Bo kim nie wstrząsnęłyby rozczłonkowane zwłoki przybite do ściany?

Jakby tego było mało, całe śledztwo długo zdaje się stać w martwym punkcie, a życie osobiste komisarza wywraca się do góry nogami. Wkrótce będzie musiał sprawdzić się w nowej, nieznanej mu wcześniej roli, do której nie czuje się zbytnio przygotowany i z którą już teraz nie do końca sobie radzi. Istne tornado zarówno na polu prywatnym, jak i zawodowym skończyć się może katastrofą. Czy tak będzie? Czy ten niewielki wzrostem, ale wielki duchem funkcjonariusz paryskiej policji podoła wyzwaniom?

Zdradzę jedynie, że nie będzie mu w tym wszystkim łatwo. Sprawa miłośnika literatury, który jest jednocześnie mordercą, to bez wątpienia jedna z najtrudniejszych w życiu komisarza Verhoevena, dlatego wcale nie zdziwiło mnie, że Lemaitre opisał ją bardzo skrupulatnie – właściwie żaden moment śledztwa nie został pominięty. Są tu szczegółowe opisy z miejsca zbrodni (uczulam na nie co wrażliwszych czytelników), analiza modus operandi mordercy, charakterystyka ofiar oraz próba odpowiedzenia na pytanie o to, jak daleko zajść może ludzkie okrucieństwo. Nie brakło także bardzo dobrze skonstruowanych postaci (również tych, które grają tu drugie skrzypce).

Zatem: czy jest to powieść wyśmienita w swoim gatunku i czy dorównuje Alex, poprzedniej książce autora, którą miałam okazję czytać? Niestety nie, nie ma tu bowiem dynamicznej akcji i piętrzącego się suspensu, czego poprzedniczce nie brakowało w żadnym momencie. Co gorsza, Lemaitre tym razem udziela czytelnikowi na tyle wyrazistych wskazówek, że bardzo łatwo domyślić się przebiegu pewnych zdarzeń w toku fabuły Koronkowej roboty. Jednak Lemaitre chyba nie byłby sobą, gdyby choć raz nie zafundował czytelnikom wrażeń przyprawiających o mocne uderzenia serca. Moi drodzy, zakończenie tej powieści wgniotło mnie w fotel i nie dlatego, że było dla mnie zaskoczeniem, lecz dlatego, że do końca wierzyłam, iż sprawa zakończy się zgoła inaczej: nie tak, jak to wcześniej było sugerowane. Niewielu pisarzy powieści kryminalnych decyduje się na zwieńczenie, które wybrał ten francuski pisarz – i za to mu chwała.

Mimo że tym razem Pierre Lemaitre nie zafundował mi takich emocji jak przy lekturze Alex, utwierdziłam się w przekonaniu, że jest to człowiek, który robi to, co powinien robić, i któremu wychodzi to wyśmienicie. Według mnie jest to jeden z najlepszych pisarzy literatury kryminalnej, który śmiało może stanąć w szranki z Maximem Chattamem, a ich walka na pióra byłaby (a może już jest?) prawdziwą ucztą dla fanów gatunku.

Wraz z Zygmuntem Miłoszewskim zachęcam: czytajcie Lemaitre!

Ocena: 5/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Muza.

wtorek, 30 września 2014

Niechciani - Yrsa Sigurdardóttir





tłumaczenie: Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska
tytuł oryginału: Kuldi
wydawnictwo: Muza S.A.
data wydania: 2 września 2014
ISBN: 9788377587775
liczba stron: 336

Autorów kryminałów określanych wspólnym mianem „skandynawscy” jest obecnie całe mnóstwo. I jakby rzucić okiem na okładkę którejkolwiek z ich książek, to na pewno znaleźlibyśmy stwierdzenie, że oto trzymamy w ręku dzieło nowego Nesbø, Larssona, Mankella czy Nessera. Na szczęście wśród tych autorów znajduje się również nazwisko kogoś, kogo wydawca nie musi podpierać żadną sławą świata literackiego – nazwisko tej pisarki jest marką samą w sobie. Co ciekawe, jest to nazwisko jednej z moich ulubionych autorek, a doprawdy ciężko mi je wymówić bez choćby jednego zacięcia się… Pewnie część z Was już domyśla się, że chodzi o Yrsę Sigurdardóttir.

Niedawno na naszym rynku ukazała się jej nowa powieść „Niechciani”. Po znakomitym wrażeniu pozostawionym przez jej „Statek śmierci” czy „Pamiętam cię” liczyłam, że i tym razem dostanę solidną dawkę mocnych wrażeń oraz dobrze skrojoną fabułę. O ile tego pierwszego odczułam niedosyt, to na fabułę już narzekać nie mogłam, bowiem Yrsa zaczyna swoją powieść mocnym akcentem i niezbyt często wybieranym przez pisarzy zabiegiem. Otóż na wstępie zapoznajemy się z jedną z końcowych scen powieści. Chociaż nie sprawia to, że lektura już na starcie staje się przewidywalna i nie odbiera jej to tajemniczości, ja tę scenę w pełni świadomie pominę i napomnę tylko z grubsza o tym, co spotykamy po otwarciu książki.

Ódinn jest rozwodnikiem oraz ojcem dorastającej córki. Jego niemal bezproblemowe i lekkie życie zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni, gdy w nieszczęśliwym wypadku ginie jego była małżonka i sam musi przejąć opiekę nad małoletnią Rún. Sprawa jest o tyle trudniejsza, że ich relacje nie są zbyt bliskie i ich prawidłowy kształt muszą dopiero wypracować. Dodatkowo pojawiające się u obojga po śmierci Láry lęki oraz koszmary nocne nie ułatwiają im sprawy.

W życiu zawodowym Ódinn także nie może narzekać na nudę, bowiem po nagłej śmierci swojej koleżanki z pracy przejmuje jej zadanie. Musi wyjaśnić zagadkę tajemniczego zgonu dwóch chłopców, którzy byli wtedy podopiecznymi domu wychowawczego, a którzy zatruli się spalinami, siedząc w zamkniętym aucie. Im bardziej mężczyzna zagłębia się w historię sprzed lat (tj. z lat siedemdziesiątych), tym bardziej zaskakują fakty, do których dochodzi.

Dziwna, mroczna i nierzadko przerażająca aura, która wytwarza się zarówno wokół niego jak i jego córki, dopełnia dzieła i czyni powieść Sigurdardóttir thrillerem z nutką grozy. Pod żadnym pozorem nie spodziewajcie się tu jednak scen rodem z rasowego horroru (tego zdecydowanie więcej znajdziecie w „Statku śmierci”). Yrsa straszy bardzo subtelnie, ledwo wyczuwalnie, ale umiejętnie – w stylu: i nagle poczuł czyjś oddech na karku lub zawiał wiatr, a zasłona pod jego wpływem przybrała ludzkie kształty. W tego typu zabiegach, jak i w budowaniu napięcia oraz klimatu powieści ta islandzka pisarka doprawdy jest mistrzynią. Kumulacja tych atutów przypada na moment zakończenia książki i robi naprawdę mocne wrażenie – już byłam pewna, że domyśliłam się zakończenia, a jednak okazało się, że pisarka wywiodła mnie w pole i zafundowała zupełnie inny epilog niż bym się tego spodziewała.

Wspomniałam wcześniej, że odczułam pewien niedosyt mocnych wrażeń podczas lektury „Niechcianych” – i jest to fakt. Na dobrą sprawę można śmiało stwierdzić, że towarzyszą one czytelnikowi tylko w momentach muśniętych grozą oraz na samym końcu książki, a to jednak za mało jak na thriller tej autorki – wiem, że potrafi dać z siebie znacznie więcej. Nie zmienia to jednak faktu, że „Niechcianych” czyta się dobrze i warto po tę książkę sięgnąć, do czego gorąco Was namawiam.

Ocena: 4.5/6

Oficjalna recenzja dla portalu Lubimy Czytać - LINK.

piątek, 19 września 2014

Ostatni pasażer - Manel Loureiro





tłumaczenie: Joanna Ostrowska, Grzegorz Ostrowski
tytuł oryginału: El ultimo pasajero
wydawnictwo: Muza
data wydania: 9 lipca 2014
ISBN: 9788377587195
liczba stron: 480


Jeśli chodzi o horrory, czy to w wersji książkowej, czy filmowej, mam dwa ulubione motywy, które nigdy mi się nie znudzą. Mogą być powtarzane z uporem maniaka w różnych formach, a ja nadal z równie wielkim zainteresowaniem będę te historie poznawać tak, jakbym widziała dany temat po raz pierwszy. O co chodzi? O motyw starego domu, w którym wszystko trzeszczy, a nocami słyszy się podejrzane jęki, oraz motyw statku widmo, który poraża swym majestatem, urzeka pięknem zamkniętym w swym kolosalnym cielsku i przeraża w momencie, gdy okazuje się, że przez długi czas dryfował samotnie po bezkresnych wodach oceanów bez choćby jednej osoby na pokładzie.

Zatem bardzo ucieszyłam się na myśl, że niebawem przyjdzie mi czytać książkę, której motywem przewodnim będzie jeden z powyższych wariantów, zwłaszcza że tematu podjął się autor, który już raz mnie ujął swoim stylem i mistrzowsko poprowadzoną fabułą. Chodzi tu o hiszpańskiego pisarza, mianowicie Manela Loureira, który swym nazwiskiem sygnuje trylogię z zombie w roli głównej (no może jednak roli drugoplanowej) pt. Apokalipsa Z, oraz jego nową powieść pt. Ostatni pasażer. Bardzo ciekawa byłam, jak autor poradzi sobie z zupełnie innym pomysłem, bez nieumarłych wyzierających z niemal każdej karty powieści. Cóż tym razem zaserwował?

Początkowo funduje nam małą podróż w czasie i przenosi do roku 1939, na chwilę przed wybuchem drugiej wojny światowej. Wraz z załogą węglowca „Pass of Ballaster” o mały włos zderzamy się z ogromnym statkiem wycieczkowym. Na polecenie kapitana węglowca kilku członków załogi wchodzi na pokład olbrzyma, by sprawdzić, co się na nim dzieje, dlaczego nieoświetlony dryfuje po oceanie, gdy wokół tyle gęstej mgły. Na pokładzie statku wszystko zdaje się mówić, że jest on pełen ludzi – stoły uginają się od jeszcze ciepłego jedzenia. Jednak „Valkirie” (bo tak nazywa się statek) okazuje się zupełnie opuszczony. Nie licząc jednego żydowskiego niemowlęcia…

Mija kilkadziesiąt lat. Wojna przyćmiła losy „Valkirie” i zdaje się, że już nikt o tym statku nie pamięta. Nic bardziej mylnego. Gdy pojawia się możliwość jego wykupienia, rozpoczyna się walka na duże pieniądze. Skąd to zainteresowanie? Tego pragnie dowiedzieć się młoda dziennikarka, Kate Kilroy. Nie bez trudu udaje się jej wejść na wyremontowany pokład „Valkirie” i wraz z załogą wyruszyć w powtórny rejs tropem wydarzeń z przeszłości. Rejs pełen niespodzianek, tajemniczych wypadków i przerażających wydarzeń…

Powiedzcie sami, fabuła robi wrażenie, prawda? W moim odczuciu nawet ogromne, bo z wyświechtanego i przerobionego na milion sposobów wątku statku widmo Loureiro wycisnął coś jeszcze i przekazał to czytelnikowi tak, by ten od książki oderwać się zwyczajnie nie mógł. Czasy wojenne, naziści i ich nienawiść do Żydów, samotnie dryfujący po wielkich wodach statek, ciekawska dziennikarka, nadprzyrodzone i niszczycielskie moce – mieszanka wybuchowa? Tak, ale pozostawiająca po wybuchu pejzaż ze sztucznych ogni z wyższej półki.

To nie tak, że Loureiro napisał powieść bez skazy, bo i bohaterowie jacyś mgliści (może udzieliło im się co nieco z mgły, w którą otulona była „Valkirie”?) i powieść chwilami przedłużana na siłę (gdyby miała te trzysta stron z hakiem na pewno na złe by jej to nie wyszło, wręcz przeciwnie). Jednak całokształtu nowego tytułu Loureira to nijak nie psuje. Autor kolejny raz mnie usatysfakcjonował i udowodnił, że szansę, którą od losu dostał, skrzętnie wykorzystał (przypominam, że Apokalipsa Z ukazała się początkowo tylko na blogu autora).

Kto lekturą Ostatniego pasażera będzie ukontentowany? Fani horrorów klimatycznych (strachów sensu scricto jest tu niewiele), historii toczących się na wielkich wodach i zamkniętych w przerażających swoim majestatem statkach, lubujący się w akcentach historycznych. Aha! I dla zwolenników pieprznych scen też się coś znajdzie (jestem mile zaskoczona obecnością u Loureira scen erotycznych – dwóch, ale zawsze – jak i ich jakością). Polecam!

Ocena: 5/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Muza.

Trylogia Apokalipsa Z:
TOM II: Mroczne dni

środa, 4 czerwca 2014

Pochłaniacz - Katarzyna Bonda





wydawnictwo: Muza
data wydania: 21 maja 2014
ISBN: 9788377586884
liczba stron: 672


Odkąd poznałam Lisbeth Salander z trylogii Stiega Larssona, zaczęłam bardziej cenić powieści, w których pierwszoplanowym bohaterem jest kobieta. Męskie postaci często są sztampowe, powtarzalne i z reguły autor musi porządnie wysilić się, by jego bohater nabrał wyrazu i wyróżniał się w tłumie innych. Z kobiecymi postaciami jest często nieco inaczej – wystarczy wyposażyć je w odpowiedni poziom inteligencji, niekrzykliwą, acz wpadającą w oko urodę i osolić trudną przeszłością, a reszty dopełni skomplikowana natura samej płci. To z reguły wystarczy, by bohaterka powieści zapadła w pamięć i wzbudzała w czytelniku jakiekolwiek emocje (bo i te negatywne są w tym przypadku wartościowe).

Dlatego też bardzo ucieszyłam się, gdy dowiedziałam się, że główną postacią najnowszej powieści Katarzyny Bondy pt. „Pochłaniacz” jest właśnie kobieta – nietuzinkowa, inteligentna, z solidnym bagażem doświadczeń życiowych oraz niecodzienną profesją. Sasza Załuska, bo o niej mowa, jest profilerką. Jej zadaniem jest tworzenie profili czy portretów nieznanych sprawców przestępstw. Potrafi określić wiek, płeć a czasem nawet miejsce zamieszkania przestępcy. Właśnie wróciła do Polski po kilkuletniej nieobecności spowodowanej dość prężnie rozwijającą się karierą w jednym z brytyjskich instytutów. Mimo że początkowo ma zupełnie inne plany i nie zamierza zajmować się tym, co przez długi czas było dla niej chlebem powszednim, to nieoczekiwana i dobrze płatna oferta skłania ją do zmiany zdania.

Ze świata interesów, pieniędzy, nocnych klubów i piosenkarzy-celebrytów trafia do brudnego świata mafii, gangsterskich porachunków i ludzi z gruntu fałszywych. Stąd zaś krótka droga wiedzie do dobrze jej znanych realiów policyjnych, które były dla niej codzienną normą, kiedy jeszcze pracowała w CBŚ. Zmagania ze zleceniem nie są jedynymi obecnymi w jej życiu – demonem, który towarzyszy jej na każdym kroku jest obezwładniający nałóg, który zwalcza od lat, a który wciąż nie daje o sobie zapomnieć.

Choć może to wyglądać co najmniej dziwnie, to właśnie ta słaba strona Saszy – alkoholizm – sprawiła, że wyjątkowo mocno polubiłam tę bohaterkę. Fakt, znów mamy do czynienia z policjantem (w tym przypadku byłym), który tkwi w szponach uzależnienia – to już było tysiące razy – ale to, co Saszę wyróżnia – to wola walki, siła i chęć do życia w trzeźwości. Oczywiście ma chwile zwątpienia, nie jest człowiekiem ze stali, ale mimo to dalej walczy, nie poddaje się. Nie pokazuje siebie jako osoby uzależnionej, która ma wszystko i wszystkich gdzieś, dla której liczy się tylko alkohol, nie robi z siebie pośmiewiska, nie sprawia, że wszyscy wokół jej nienawidzą. Pokazuje drugą, znacznie lepszą stronę osoby uzależnionej, tę, którą chciałabym widzieć u każdego mierzącego się z tym problemem w życiu rzeczywistym.

Jak pewnie łatwo wywnioskować z moich powyższych peanów, mocną stroną „Pochłaniacza” są dobrze skonstruowane postacie, które przede wszystkim urzekają realizmem i naturalnością. Kolejny plus – to szczegółowość autorki. Całość fabuły utkana jest ze skrzętnie dobranych detali, które w odpowiednim momencie doskonale zgrywają się ze sobą i łączą w spójną całość. Nie da się też nic zarzucić Katarzynie Bondzie pod względem obrazu zaplecza pracy policyjnej i obowiązków profilera – widać jak na dłoni, że pisarka profesjonalnie podeszła do tematu.

Niektórym książka może się wydawać zbyt rozwlekła, a może nawet przegadana, jednak ja uważam to bardziej za jej zaletę niż wadę, bo dzięki temu bardzo łatwo wpaść w klimat powieści i jej specyficzne tło. Poza tym – to pierwszy tom tetralogii, więc musi dawać solidne podstawy, co Bondzie udało się osiągnąć w bardzo dobrym stylu.

Czekałam z niecierpliwością na nową powieść tej pisarki i moje oczekiwanie zostało sowicie wynagrodzone naprawdę udanym tytułem, który ma dobry styl, klimat i klasę – zupełnie jak sama autorka. Polecam!

Ocena: 5/6

Oficjalna recenzja dla Lubimy Czytać - LINK.

piątek, 30 maja 2014

Polskie morderczynie - Katarzyna Bonda





wydawnictwo: Muza
data wydania: 5 lutego 2013
ISBN: 9788377583678
liczba stron: 400


Jeśli wierzyć statystykom, to liczba zabójstw dokonywanych przez Polaków (na terenie kraju i poza nim) sukcesywnie spada. Jak podaje Rocznik Statystyczny GUS wydany w zeszłym roku, w 2005 morderstw dokonało ponad sześćset pięćdziesiąt osób, w 2010 ‒ już lekko ponad pięćset, a w 2012 ‒ czterysta dziewięćdziesiąt trzy (nieco więcej niż w 2011), z czego ponad pięćdziesiąt osób to kobiety. Pytanie brzmi: czy aż ponad pięćdziesiąt?

Kierując się tylko i wyłącznie liczbami, śmiało można powiedzieć, że to niewiele, ale kiedy dotrze do nas, że cały czas mowa o kobietach, to zapewne szybko zmienimy zdanie i stwierdzimy, że kobiet, które dopuściły się jednego z najcięższych przestępstw, jest dużo – o wiele za dużo. Skąd takie podejście? Dlaczego kobiety, które mordują, wywołują takie poruszenie? Dlaczego, kiedy ich sprawy przedostają się do mediów, z miejsca wywołują tyle szumu? Wydaje mi się, że odpowiedź na to pytanie nie jest zbyt skomplikowana. Bo z czym kojarzy się kobieta? Z domem, rodziną, dziećmi, ciepłem domowego ogniska, empatią, troskliwością, opiekuńczością… W samym słowie „kobieta” zawiera się to, co rozumiemy pod pojęciem dobra – tak od zarania dziejów jesteśmy nauczeni postrzegać płeć piękną. Zatem, gdy właśnie ta, teoretycznie, niestworzona do czynienia zła istota dopuści się tak makabrycznego czynu jak morderstwo, to nie ma siły, by nie mówiono o niej na forum publicznym, nie oceniano jej na podstawie tego, co zrobiła i by społeczeństwo nie skazywało jej zaocznie na karę śmierci czy – w najlepszym razie – dożywocie. O tych kobietach myślimy często w jak najgorszych kategoriach, zupełnie zapominając o tym, że to nadal tacy sami ludzie jak my, którzy do momentu popełnienia przestępstwa często wiedli życie bardzo zbliżone do naszych: uczyły się lub pracowały, miały rodzinę, mężów i dzieci. Aż w końcu nadchodziła ta czarna chwila, w której to, co tak naprawdę siedzi w każdym z nas, budziło się ze snu, by zaatakować.

O takich właśnie kobietach opowiada książka Katarzyny Bondy pt. Polskie morderczynie. Chociaż „opowiada” to nie najlepsze słowo, ponieważ to same kobiety opowiadają o sobie – to, co chcą i tyle, ile chcą. Ich opowieści konfrontowane są następnie z aktami spraw. Zadziwiające, jak te kobiety potrafią kłamać i stawiać siebie w lepszym świetle…

Jedna z nich poprosiła autorkę, by nie publikować jej prawdziwego imienia oraz nazwy miejscowości, z której pochodzi, jednocześnie zarzekając się, że dalsza część historii jej życia będzie już w stu procentach prawdziwa. Czytając akta jej sprawy przekonujemy się, jak umiejętnie kłamie: z bezwzględnej morderczyni, której motywem był rabunek, przeistacza się, za sprawą swojej opowieści, w ofiarę, która „przecież tylko się broniła”. Inna, posiadająca niesamowity dar manipulowania ludźmi, również twierdzi, że zmuszona była bronić się, co zaowocowało śmiercią napastnika, tymczasem akta pokazują, że to ona pierwsza wyciągnęła nóż.

Wiele z tych kobiet targnęła się na życie swoich partnerów/konkubentów/mężów, którzy latami znęcali się nad nimi (a często też ich dziećmi). Znosiły z trudem lata upokorzeń, by pewnego dnia zakończyć ten koszmar w najgorszy z możliwych sposobów. Zabijając swojego oprawcę, jednocześnie zabijały swoje życie. Pobyt w więzieniu zmienia ‒ a nierzadko niszczy ‒ wszystko.

W książce znajdujemy też przykłady kobiet, które nijak nie pasują do schematu kobiet wyjętych spod prawa: nie pochodzą z rodzin patologicznych, rozbitych czy niepełnych – były kochane i dobrze traktowane przez rodziców, w szkole uczyły się bardzo dobrze, by potem bez problemu zdać na studia. To scenariusz życia pewnej młodej lekarki, która złamała je sobie niedługo po rozpoczęciu pracy, jako lekarz asystent w kieleckim pogotowiu. Popchnęła ją do zbrodni chora miłość ‒ uczucie do żonatego mężczyzny, który nie chciał odejść od matki swojego dziecka.

Jest też przypadek zupełnie przeciwny: kobiety o – jak orzekli psychiatrzy – lekkim stopniu upośledzenia umysłowego, która czynnie uczestniczyła w morderstwie znajomego swojej matki, a następnie spożywała alkohol w tym samym pomieszczeniu, w którym leżały zwłoki ofiary. Jej zaburzenia psychiczne sprawiały, że przebywając w zakładzie karnym, widziała wokół siebie duchy i rozmawiała z nimi. Ostatecznie kobieta zmarła.

Wszystkie te przykłady, które przybliża czytelnikowi Bonda, pokazują, że nie ma jakiegoś wzoru, według którego można by było rozpoznać ewentualną morderczynię. Jedyne, co często je łączy, to emocjonalne pobudki zbrodni: zdrada, zazdrość, samotność, zemsta… Dlatego wydaje mi się, że nie wszystkie z tych kobiet powinniśmy z góry oceniać poprzez pryzmat zbrodni, której się dopuściły. Nie znaczy to, że powinniśmy udzielać im jakiejś taryfy ulgowej z racji trudnych doświadczeń życiowych. Problemy da się rozwiązać na szereg różnych sposobów, a morderstwo nie powinno być dla nikogo żadną opcją. Mimo to nie powinniśmy zapominać o tym, że te kobiety ‒ mimo całego zła, które wyrządziły sobie i  rodzinom swoim i ofiar ‒ nadal są ludźmi.

Szalenie ciężko opowiadać mi o tym, co wyniosłam z tej lektury i o niej samej w ogóle. Jest niebywale trudna i niesie ze sobą ogromny ładunek emocjonalny, często w skrajnie różnych odmianach. Natłok myśli po zamknięciu książki jest ogromny, dlatego nie chcę jej oceniać i nie zrobię tego. Spróbuję ją jedynie przetrawić. Was do lektury nie zamierzam namawiać ani od niej odciągać – sami oceńcie, czy jesteście na nią gotowi.



*****

Przypominam Wam o konkursie, w którym wygrać możecie "Troje" Sarah Lotz.

poniedziałek, 24 lutego 2014

Wszystkie boże dzieci tańczą - Haruki Murakami





tłumaczenie: Anna Zielińska-Elliott
tytuł oryginału: Kami no kodomo-tachi wa mina odoru
wydawnictwo: MUZA
data wydania: 10 stycznia 2007
ISBN: 83-7495-181-4
liczba stron: 182


Właśnie sprawdziłam, że w marcu 2012 roku pierwszy raz miałam okazję spotkać się z Harukim Murakamim. Oczywiście nie dosłownie – jedynie za pośrednictwem jednej z jego książek, mianowicie 1Q84. Bardzo chciałam poznać pisarza, który obecnie jest chyba jednym z flagowych autorów literatury współczesnej i spodziewałam się, że miłość do jego twórczości porazi mnie natychmiast i że nigdy mnie nie opuści. Niestety, strzała Amora mnie nie ugodziła. Być może leciała w moim kierunku, ale nagle, nie wiedzieć czemu, zmieniła tor i chybiła.

Nie znaczy to jednak, że postanowiłam raz na zawsze odpuścić sobie powieści tego pana. Obiecałam sobie, że jeszcze kiedyś po którąś z nich sięgnę i wtedy ostatecznie zdecyduję o mojej ewentualnej sympatii do jego twórczości. Szczęśliwy traf sprawił, że wygrałam konkurs, a w ramach nagrody przywędrował do mnie zbiór sześciu opowiadań autorstwa Murakamiego właśnie, pt. Wszystkie boże dzieci tańczą. Teksty te są krótkie, zwarte i ciekawe, dzięki czemu szybko je przeczytałam.

Wspólnym mianownikiem dla wszystkich opowiadań jest tragedia, która dotknęła miasto Kobe, położone na wyspie Honsiu w Japonii – trzęsienie ziemi z 1995 roku. Trzęsienie to w mniejszym lub większym stopniu obecne jest w życiu bohaterów zbioru. I tak np. w UFO ląduje w Kushiro poznajemy mężczyznę, którego żona opuściła, pod wpływem relacji telewizyjnych, z miejsca dotkniętego kataklizmem. Przed odejściem napisała mu krótką wiadomość, w której stwierdziła, że odchodzi bo życie z nim przypominało życie z grudą stwardniałego powietrza[1]. Bohater Krajobrazu z żelazkiem jest dojrzałym mężczyzną, który opuścił Kobe już jakiś czas temu, zostawiając tam rodzinę. Mieszka w nowym miejscu, przyjaźniąc się z dwójką młodych ludzi i fascynując się ogniskami – uwielbia te duże, w których odbija się wewnętrzny spokój ludzi… Poza tym boi się śmierci w lodówce, dlatego w swoim mieszkaniu jej nie posiada. W opowiadaniu Wszystkie boże dzieci tańczą poznajemy dziecko samego Boga, a w Tajlandii (które polubiłam chyba najbardziej) – pewną kobietę, panią doktor, która właśnie w tym kraju spędza urlop, a kierowca, który ją wozi z miejsca na miejsce, zabiera ją również w podróż sentymentalną – w głąb samej siebie.

Haruki Murakami
(źródło: www.lubimyczytac.pl)
W zasadzie każdy z bohaterów uczestniczy w takiej podróży, każdy się czegoś o sobie dowiaduje, mierzy się ze swoimi problemami, z rozterkami, samotnością. Rozważa nad życiem i śmiercią. Wszystko to w melancholijnej oprawie, nierzadko z nutką magii. Murakami, balansując na pograniczu świata rzeczywistego i nierealnego, tworzy proste historie z głębią, która mają czytelnika poruszyć. Cóż, mnie nie poruszyły. Przeciwnie, jestem niewzruszona wobec tego, co miały na mnie wymóc. Znam inne tytuły, które w dużo większym stopniu skłaniały mnie do przemyśleń na tematy poruszane przez Murakamiego. Mam jednak świadomość, że za mało wiem o literaturze Wschodu, zbyt rzadko się z nią spotykam, aby wystarczająco dobrze odczytać przekaz autora. A może jednak zwyczajnie między mną a Murakamim nie ma i nie będzie już chemii?

W każdym razie nie zamierzam oceniać tegoż tytułu, bo chyba jestem jedną z ostatnich osób, które powinny to robić. A samej sobie już na pewno nie będę mogła zarzucić, że nie próbowałam się z tym pisarzem zaprzyjaźnić. Chęci miałam szczere – nie wyszło.




[1] H. Murakami, Wszystkie boże dzieci tańczą, MUZA, Warszawa 2011, s. 31.

piątek, 7 lutego 2014

Apokalipsa Z. Gniew sprawiedliwych - Manel Loureiro





tytuł oryginału: Apocalipsis Z: La ira de los justos
seria/cykl wydawniczy: Apokalipsa Z tom 3
wydawnictwo: Muza S.A.
data wydania: 15 stycznia 2014
ISBN: 9788377585825
liczba stron: 495


Właśnie skończyłam czytać znalezione w Internecie opinie na temat trylogii Apokalipsa Z autorstwa Manela Loureiro i nadziwić się nie mogę. Jako wada najczęściej wymieniany jest – uwaga! – brak realizmu… No tak, przecież w przypadku postapokaliptycznej wizji świata, w którym zza każdego rogu czy kąta wyzierają przekrwione oczy zombie, realizm jest najważniejszy… To oczywiste, że gdy akcja horroru zawiera elementy, które faktycznie mogłyby się zdarzyć, odczucie strachu wywołane lekturą jest większe, jednak gdy mamy do czynienia z fabułą, w której jednymi z najważniejszych bohaterów są nieumarli, to na ów realizm trzeba nieco przymknąć oko, a lekturę określać i oceniać przy pomocy innych kategorii i miar, prawda?

Ja uważam, że tak powinno być i tak też podeszłam do wspomnianej trylogii, dlatego lekturą zawiedziona nie byłam. Wręcz przeciwnie, pochłonęłam każdy z tomów w ekspresowym tempie i ciężko było mi się od nich oderwać. W ostatnich dniach zamknęłam ostatni, trzeci tom zatytułowany Apokalipsa Z. Gniew sprawiedliwych.

Podobnie jak w przypadku drugiej części, Loureiro zaczął od przypomnienia wydarzeń z części poprzednich: świat opanował tajemniczy wirus, który w mgnieniu oka powoduje u ludzi dziwną chorobę – niby żyją, ale tak jakby już ich nie było… Nie da się z nimi rozmawiać, nic do nich nie dociera, a jedyne, co okazują, to niczym niepohamowana agresja. Każdy zaatakowany przez nieumarłego sam natychmiast staje się nosicielem wirusa i tylko chwila dzieli go od przemiany w potwora.

Po długiej i samotnej tułaczce oraz walce z żywymi trupami główny bohater (adwokat z wykształcenia) w końcu przestaje być sam. W świecie, w którym nie ma już żadnych zasad, w którym człowiek człowiekowi wilkiem, spotyka przyjaznych sobie towarzyszy niedoli, tj. Ukraińca Wiktora Pritczenko i młodziutką piękność o imieniu Lucia, która zawładnie sercem adwokata.

Świat opanowany przez umarlaków to jednak nie jest miejsce ani czas na amory. Gra toczy się o najwyższą stawkę, czyli życie, przetrwanie zaś nie jest łatwą sztuką… Po ostatnich wydarzeniach bohaterowie lądują na rozklekotanym statku i przemierzają bezkres nieprzyjaznych wód. Kiedy już wydaje się, że ogromny sztorm rozniesie w drobny mak wątłą łajbę, okazuje się, że bohaterowie nie są na oceanie sami. Tuż obok płynie sobie spokojnie (prawie ich rozbijając) ogromnych rozmiarów tankowiec… Na szczęście okazuje się, że załoga jest przyjaźnie nastawiona, a przynajmniej początkowo sprawia takie wrażenie, bo niebawem…

Witajcie, dzieci moje! Witajcie w Gulfport, Nowej Jerozolimie, domu sprawiedliwych i Bogiem chronionej twierdzy, która rychło stanie się miejscem powtórnego przyjścia naszego Pana![1]

Gdy trójce ocalonych już wydaje się, że nadeszło wybawienie z opresji, rzeczywistość szybko wylewa im na głowy kubeł zimnej wody. Oto bowiem przychodzi im żyć w społeczności ogarniętej fanatyzmem religijnym, którą dowodzi „rozkochany” w Bogu pseudo-zbawiciel, który jednocześnie stosuje iście nazistowski system rządzenia (mamy tu getto, łapanki…). Im dłużej przebywają w Gulfport (Zatoka Meksykańska), tym bardziej przekonują się, w jak koszmarnym miejscu się znaleźli – kolejnym piekle na Ziemi. Nie wiadomo co lepsze: życie wśród nieumarłych czy wśród ludzi ogarniętych skrywaną pod płaszczykiem miłości do Boga rządzą władzy.

Choćby czytelnik trzeciego tomu trylogii bardzo chciał się nudzić podczas lektury, nie będzie miał na to absolutnie żadnych szans. Dzieje się naprawdę wiele, autor co rusz zaskakuje nowymi wątkami czy bohaterami. Tym razem zło najmocniej ukazuje się pod postacią ludzi niż samych nieumarłych (ci schodzą na drugi plan). Teraz ludzie straszą najmocniej…

Manel Loureiro
źródło: www.lubimyczytac.pl
Choć większość akcji dzieje się na terenie Stanów Zjednoczonych, nie brak tu przybyszów z zewnątrz. I to nie byle jakich, bo… wojskowych z Korei Północnej. Autor ciekawie wykorzystuje fakt hermetycznego zamknięcia się Korei przed całym światem i umiejętnie wplata ten kraj do swojej powieści, co dodaje nieco pikanterii. Naprawdę nie da się odmówić Loureiro pomysłowości.

Jedyne, co mnie się w powieści nie podoba, to zakończenie, ponieważ akcja cały czas toczy się swoim trybem, aż tu nagle mamy na koniec wybieg o ładnych parę lat w przyszłość i mało spektakularny finisz. Widać, że autor już nie miał siły i/lub ochoty na pisanie książki, więc postanowił szybko uciąć akcję banalnym zakończeniem.

Nawet to jednak nie zmienia stopnia mojej sympatii do tej trylogii. Zdecydowanie jest to jedna z najlepszych opowieści o zombie, które obecnie można znaleźć na rynku. Do tej pory większość mnie bardziej bawiła niż fascynowała, tymczasem Apokalipsie Z udało się mnie mocno zaintrygować.

Aha! I jeszcze jeden smaczek. Uważni czytelnicy Apokalipsy Z na pewno zauważyli, że autor nie zdradza imienia i nazwiska głównego bohatera, prawda? Jeśli dotąd nie domyślacie się, kto nim jest, to kończąc tom trzeci będziecie mieć fajną niespodziankę.

Ocena: 5/6




[1] M. Loureiro, Apokalipsa Z. Gniew sprawiedliwych, MUZA, Warszawa 2014, s. 150.

Za możliwość przeczytania książki dziękuje wydawnictwu Muza oraz Business & Culture.

piątek, 27 grudnia 2013

"Alex" Pierre Lemaitre





tłumaczenie: Joanna Polachowska
seria/cykl wydawniczy: Platforma strachu
wydawnictwo: Muza S.A.
data wydania: 13 listopada 2013
ISBN: 9788377583388
liczba stron: 352


W tej powieści pewne jest tylko to, że… nic tu nie jest pewne


Piszę tylko takie książki, które chciałby sfilmować Alfred Hitchcock.

Taka oto rewelacja przywitała mnie już na początku lektury, po którą sięgnęłam ostatnio, czyli powieści jednego z francuskich pisarzy, Pierre’a Lemaitre’a, pt. „Alex”. Wcale nie byłam tym stwierdzeniem zachwycona i duma nie rozpierała mnie na myśl, że za chwilę będę mogła poznać dzieło doskonałe, którym sam mistrz kina by nie pogardził. Pierwsze, o czym pomyślałam, to to, że autor jest pewnie nadętym bufonem, próbującym się wybić przy pomocy czczych przechwałek i powoływania na znany autorytet. Cóż… nie pozostało mi nic innego, jak sprawdzić, jak jest w rzeczywistości.

Początek powieści nie był specjalnie emocjonujący, ale potem... Pewnego dnia na oczach przypadkowego świadka zostaje porwana młoda kobieta. Świadek wiele nie widział, zauważył tylko, że ofiara to kobieta, napastnikiem jest mężczyzna solidnej postury, który posługiwał się bliżej niezidentyfikowaną furgonetką. Porywacz wywozi kobietę do opuszczonego budynku, gdzie czeka na nią specjalnie skonstruowana pułapka. Drewniana, ażurowa skrzynia (w zamyśle przypominająca „norymberską dziewicę” – narzędzie tortur rodem ze średniowiecza – ale nie będąca jej idealnym odwzorowaniem), w której z ledwością mieścił się człowiek skazany na tylko jedną pozycję – niewielkie rozmiary uniemożliwiały jakikolwiek ruch wewnątrz. Ofiara umieszczona w środku takiej konstrukcji stopniowo traci sprawność mięśni, czucie, a w końcu popada w obłęd. Taki los spotkał Alex z rąk psychopaty… Zamknięta w skrzyni, bez możliwości ruchu, z każdą chwilą coraz bardziej głodna, zmuszona do załatwiania potrzeb fizjologicznych pod siebie i w towarzystwie wygłodniałych i czyhających na jej śmierć szczurów.

Czym Alex zasłużyła sobie na to, co ją spotkało? Może niczym? Może padła ofiarą chorego psychicznie zwyrodnialca? Tego spróbuje się dowiedzieć inspektor Camille – dobry w swoim fachu policjant, ale nadal przeżywający przedwczesną śmierć żony. W zasadzie nie chce zajmować się śledztwem, ale gdy wreszcie ma możliwość wycofania się z niego, wie już, że nie odpuści tak po prostu… Camille jest wyjątkowo ostry, uparty i skuteczny jak na człowieka, który mierzy zaledwie sto czterdzieści pięć centymetrów wzrostu.

Odpowiedź na te (i kolejne) pytania nie nadejdzie szybko, zwłaszcza że policja nawet nie zna personaliów ofiary porywacza – wiadomo tylko, że jest ona piękną kobietą. Cóż, przekleństwo urodziwych osób – zapamiętuje się ogólnie ich wygląd, a nie szczegóły…

Alex – będąca kluczową postacią w powieści – jest nie tylko piękną kobietą, ale też bardzo przebiegłą i szalenie inteligentną (intryguje czytelnika od początku). Działa w sposób przemyślany i wyrafinowany. Jest uparta i konsekwentnie dąży do raz obranego celu. Camille jest również charakterystyczny i to nie tylko z uwagi na swój niski wzrost – z jednej strony jest już starym wyjadaczem, jeśli chodzi o uprawiany zawód, a z drugiej – to szalenie wrażliwy i kruchy mężczyzna, który nie może sobie poradzić z utratą bliskiej osoby. Tak, Lemaitre świetnie konstruuje swoje postaci, ale to nie koniec plusów tej książki.

Pierre Lemaitre
źródło: www.lubimyczytac.pl
Suspens goni tutaj suspens, akcja z początku miarowa z czasem przyśpiesza. Nieprzewidywalność i element zaskoczenia to dwa największe atuty „Alex” – gdy wszystko zdaje się być już dla czytelnika oczywiste, autor tak manewruje opisywanymi wydarzeniami, że z otwartymi ze zdziwienia ustami śledzimy dalsze losy bohaterów, które przybierają już zupełnie inny obrót.

W tej powieści pewne jest tylko to, że… nic tu nie jest pewne. Nawet to, kto tu tak naprawdę jest ofiarą, a kto złoczyńcą – granice między jednym a drugim zacierają się tym bardziej, im bliżej jest do końca tego znakomitego thrillera.

Pozostaje mi więc już tylko bić się w piersi, że – rozpoczynając tę lekturę – śmiałam mieć o autorze tak niepochlebne zdanie. Lemaitre nie cierpi na przerost ambicji, nie przechwala się. On po prostu „niestety” ma talent… A ja poznałam kolejnego francuskiego pisarza (zaraz po Chattamie), który ujął mnie swym stylem i zyskał moją absolutną aprobatę. Polecam, szczerze polecam!

Ocena: 6/6


Recenzja dla Lubimy Czytać: LINK.


piątek, 29 listopada 2013

"Apokalipsa Z. Mroczne dni" Manel Loureiro





tytuł oryginału: Apocalipsis Z: Los días oscuros
seria/cykl wydawniczy: Apokalipsa Z tom 2
wydawnictwo: Muza
data wydania: 6 listopada 2013
ISBN: 9788377584996
liczba stron: 352


Świat jest pełen idiotów – wie o tym każdy. Jednak człowiek, przez którego totalną głupotę świat zostaje opanowany przez chaos i anarchię, a po ulicach wloką się hordy Nieumarłych, to najprawdopodobniej idiota skończony… Dobrze, nieważne, kto wypuścił tego cholernego wirusa. Ważne, by w jednym kawałku dotrwać do kolejnego dnia, mieć co jeść i pić, a przede wszystkim nie dać się ugryźć któremuś z wszechobecnych zgniłków.

Tak teraz wygląda życie na Ziemi – Ziemi, która już w niczym nie przypomina tej sprzed tragicznych w skutkach wydarzeń, opisywanych w pierwszym tomie trylogii o zombie, tj. w powieści „ApokalipsaZ. Początek końca”. Teraz wszystko wygląda inaczej… Świat to jedno wielkie gruzowisko, w którym ciężko spotkać żywego człowieka. Okazuje się jednak, że jeszcze nie wszystko stracone. Jest na tym parszywym świecie miejsce, w którym prowadzi się w miarę normalne życie. Trzeba zaznaczyć, że „normalne” oznacza tu takie, kiedy deszcz nie leje się nam na głowę, mamy gdzie spać, nie głodujemy, nie słyszymy tuż przy uchu koszmarnych jęków zombie.

O tym, jak ten świat konkretnie wygląda, opowiada drugi tom wspomnianej trylogii autorstwa Manela Loureiro, czyli „Apokalipsa Z. Mroczne dni”. Choć jest to rzeczywistość mniej wroga niż ta po bezpośrednim ataku zombie, to i tak istniejące zagrożenia nie zostały z niej całkowicie wyeliminowane. Wręcz przeciwnie! Niebezpieczeństwa jest znacznie więcej, bo nie dość, że wszystkim ocalałym zagrażają Nieumarli, to jeszcze nigdy nie jest się pewnym, czy nasz towarzysz niedoli to jeszcze przyjaciel czy już wróg… Witaj w świecie, w którym każdy człowiek może okazać się zdrajcą i przyłożyć ci glocka do skroni…

Wyspy Kanaryjskie miały być ostoją dla tych, którzy przeżyli. Okazało się jednak, że jest to miejsce, w którym pod pozorem ładu kryje się ogromny chaos, panowanie wojskowych, obozy pracy i racjonowanie żywności. To także pole bitwy ogarnięte wojną domową. To, co miało być rajem, okazało się być piekłem, ale to i tak nie koniec tragedii… Dobrze znanemu nam już z poprzedniej części hiszpańskiemu adwokatowi przyjdzie jeszcze wiele przeżyć, wiele zobaczyć, by ostatecznie znaleźć się tam, gdzie nikt by się tego nie spodziewał…

Skoro już jesteśmy przy zakończeniu... Według mnie jest świetne! Proste jak drut a jednocześnie intrygujące i zmuszające do sięgnięcia po ostatni tom cyklu, gdy ten tylko ukaże się na rynku. To przykład tego, że zakończenie nie zawsze musi być Bóg wie jak wymyślne i pomysłowe, by zachęciło czytelnika do zapoznania się z kontynuacją opowieści. Brawo, panie Loureiro!

Pójdźmy dalej tropem moich zachwytów… Co my tu mamy? Wyśmienita jest sama kreacja świata opanowanego przez zombie – wszystkie opisy robią piorunujące wrażenie i mocno zapadają w pamięć. Scen, w których moglibyśmy mocno przestraszyć się samych zgniłków, może nie ma zbyt wiele, ale jak już są, to… Uff, robią wrażenie! Postaci znów konstruowane bezbłędnie, choć nie czułam się już tak blisko związana z panem adwokatem, ale to chyba tylko dlatego, że w tym tomie pojawia się więcej bohaterów niż w pierwszym.

Manel Loureiro
źródło: www.lubimyczytac.pl
Ponadto tom drugi odbiega swoją kompozycją od poprzedniego. Tam śledziliśmy wpisy bohatera na swoim blogu (potem dzienniku) i skupialiśmy się na samej próbie przeżycia w skrajnie trudnych warunkach. Tu oprócz walki o przetrwanie śledzimy także dość nieudolną próbę tworzenia nowego świata, nowych zasad, nowej władzy. Oprócz walki z zombie mamy też walkę miedzy ludźmi i to oni nas chwilami bardziej straszą niż umarlaki…

„Apokalipsa Z. Mroczne dni” to nie tylko powieść spod znaku fantastyki okraszonej horrorem. To mroczna wizja świata, w której społeczne aspekty nowej i jakże trudnej rzeczywistości wysuwają się na pierwszy plan.

Może i zombie nam nie grożą, ale wszystko to, co dzieje się w tej książce z ludźmi, jest już jak najbardziej prawdopodobne. Zaraz, zaraz! Przecież to już się dzieje… Co konkretnie? Sami sprawdźcie!

Ocena: 5/6




Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Muza oraz Business & Culture.

wtorek, 19 listopada 2013

"Apokalipsa Z. Początek końca" Manel Loureiro




tłumaczenie: Joanna Ostrowska , Grzegorz Ostrowski
tytuł oryginału: Apocalipsis Z. El principio del fin
seria/cykl wydawniczy: Apokalipsa Z tom 1
wydawnictwo: Muza
data wydania: 25 września 2013
ISBN: 9788377584743
liczba stron: 416


Na świecie obecnie wiele się dzieje. Na niekorzyść globu i ludzi go zamieszkujących dzieje się wyjątkowo dużo złego. Działania wojenne, ataki terrorystyczne, głód, choroby, kataklizmy… Tylko że ciągle wydaje nam się, iż to wszystko nas osobiście nie dotyczy – ma miejsce gdzieś daleko, a my co najwyżej możemy pokręcić głową z wyrazem dezaprobaty i współczucia, gdy patrzymy na wiadomości ze świata pokazywane w telewizji. A co jeśli pewnego dnia okaże się, że to już nie są tylko informacje z mediów, ale niedostatek, walki i anarchia zapanują tuż pod naszym domem?

Bohater książki „Apokalipsa Z. Początek końca” hiszpańskiego autora, Manela Loureiro, przekonał się na własnej skórze, jak taki scenariusz może wyglądać. Jedyne, co w takim przypadku wiadomo, to to, że… nic nie wiadomo. Ale po kolei.

Wszystko zaczyna się na Kaukazie, gdzie terroryści atakują bazę wojskową. Niedługo po tym wydarzeniu serwisy informacyjne co rusz donoszą o nowych aktach przemocy w tych rejonach – zamieszki, burdy, lokalne podpalenia. Z prędkością światła zajścia te rozprzestrzeniają się na całą Rosję. Ponadto do mediów przedzierają się informacje o dziwnym zachowaniu niektórych ludzi – podejrzewa się u nich chorobę, która powoduje wzrost agresji, otumanienie… Zachowanie ludzi zarażonych dziwnym wirusem (?) przypomina trans wywołany niektórymi narkotykami, ale czy to o nie chodzi? Skala zjawiska jest tak duża, że trudno w to uwierzyć, a władze nie chcą udzielać żadnych informacji. Zresztą mamy tu do czynienia z władzami rosyjskimi, które wyjątkowo dużo wiedzą o uciszaniu „mówiących za wiele” i o cenzurze. Nadchodzi w końcu dzień, w którym z Rosji nie napływają już żadne informacje (ani oficjalne, ani nieoficjalne).

Podejrzana epidemia rozprzestrzenia się natychmiastowo – wychodzi poza granice Rosji i obejmuje kolejne kraje, w tym Hiszpanię. Tu mieszka pewien młody adwokat, śledzący z  trwogą najnowsze informacje. Biorąc sobie do serca ostrzeżenia władz, zaopatruje się na wypadek braku prądu i trudności w podróżowaniu we wszystko, co niezbędne, ale nie wierzy, by stan zagrożenia miał trwać zbyt długo. Póki działa Internet, mężczyzna spisuje bieżące wydarzenia na swoim blogu, potem – gdy świat wirtualny zamiera – zaczyna prowadzić dziennik w zeszycie.

Opowiada w nim krok po kroku, jak dowiedział się o tajemniczym wirusie (choć nie ma pewności, że o wirus właśnie chodzi), o domysłach dotyczących jego pochodzenia, o chaosie i wszechobecnym niepokoju, o godzinach policyjnych. Wreszcie o stopniowym upadku cywilizacji i o pojawieniu się Nieumarłych na ulicach.

Już sama forma narracji w tej książce pozytywnie przemawia do współczesnego czytelnika – blog, dziennik? Bardzo wielu z nas go przecież prowadzi (choć o różnych tematykach). Kolejnym, charakterystycznym plusem dla tej powieści jest realizm opisywanych zdarzeń. Czytając ją, naprawdę miałam wrażenie, że coś takiego może wydarzyć się w świecie, w którym aktualnie żyjemy – świat głównego bohatera takim właśnie jest! Główny bohater jest szalenie naturalny – nie jest nie bojącym się niczego supermanem ratującym świat. Boi się i to jak diabli! Ale nie traci przy tym wszystkim zdrowych zmysłów i przede wszystkim – potrafi myśleć. Już w momencie, gdy władze ostrzegały przed ewentualnymi przerwami w dostawie energii i utrudnieniami komunikacyjnymi, bohater przygotował się na tę ewentualność – na przetrwanie krótkiego odcinka czasu w skrajnie złych warunkach do życia. Jest też bardzo rzeczowy, dosadny i konkretny…

Rozbawił mnie pomysł modlenia się do Boga w sytuacji, gdy już trafiliśmy do piekła (…)[1]

Jest jeszcze Lukullus – kot adwokata. Przyznam szczerze, że z początku trochę bawiło mnie podejście bohatera do zwierzaka. Mimo że cywilizacja upadała, ulice pełne były żywych trupów, to ten często ryzykował dla tego kota życie. Dopiero potem uzmysłowiłam sobie, że to właśnie dzięki temu zwierzakowi mężczyzna nie oszalał pod naporem tragizmu zaistniałej sytuacji… Zwyczajnie miał dla kogo żyć i miał dla kogo się starać.

Manel Loureiro
źródło: www.lubimyczytac.pl
Kolejnym plusem jest tempo akcji oraz jej zwroty. Ciągle coś się dzieje, coś nieprzewidywalnego i zaskakującego – sprawia to, że naprawdę trudno oderwać się od książki.

Jedyne zastrzeżenie, jakie mogę mieć do tego tytułu, dotyczy zakończenia – jest zdecydowanie zbyt mało spektakularne i zaskakujące, ale… W końcu przed nami jeszcze dwa tomy powieści. One pewnie to nadrobią.

Moje dotychczasowe doświadczenie z tematem zombie w literaturze może nie jest zbyt wielkie, ale w porównaniu z tym, co już przeczytałam, „Apokalipsa Z. Początek końca” to naprawdę dobrze skonstruowana powieść, którą czyta się jednym tchem! Polecam ją każdemu fanowi tego nurtu.



Ocena: 5/6








[1] M. Loureiro, Apokalipsa Z. Początek końca, MUZA, Warszawa 2013, s. 230.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Muza oraz Business & Culture.

środa, 26 czerwca 2013

"Statek śmierci" Yrsa Sigurdardóttir


tłumaczenie: Małgorzata Bochwic-Ivanovska
tytuł oryginału: Brakið
wydawnictwo: Muza
data wydania: 6 czerwca 2013
ISBN: 9788377583395
liczba stron: 336


W statku widmo


Czy istnieje takie miejsce na ziemi, które może stanowić idealną scenerię do popełnienia najokrutniejszych przestępstw? Powiecie, że każde miejsce może takim być, i słusznie. Jednak aura pewnego zakątka zdaje się dawać niepisane przyzwolenie na najmroczniejsze działania, do których zdolny jest człowiek… Na próżno szukać tu długiego pobytu słońca na przejrzystym niebie, wszak często przykrywa je solidna pierzyna z ciężkich chmur. Naturalna w związku z tym wydaje się być wszędobylska ciemność, która nastaje bardzo szybko w ciągu dnia i ustępuje późnym rankiem. A jeśli dodać do tego otaczającą to miejsce wielką wodę, to mamy idealne tło dla mrożących krew w żyłach wydarzeń…

Miejscem tym jest Islandia i położone na jej terytorium miasto (będące jej stolicą) Reykjavik. To tu rozgrywa się większa część akcji najnowszej powieści Yrsy Sigurdardóttir pt. „Statek śmierci”. Egir, będący przedstawicielem komisji likwidacyjnej banku, wraz z żoną Lárą i córkami (bliźniaczkami)         
Arną oraz Bylgją ma wyruszyć w rejs, zastępując swojego niedysponowanego kolegę. Początkowo wszyscy cieszą się na samą myśl o podróży statkiem, lecz z czasem Egir zaczyna mieć przeczucie, że nie jest to dobra decyzja. Jednak raz podjętej decyzji nie można już zmienić – rodzina wraz z trzyosobową załogą wyrusza w rejs.

W dniu, w którym jednostka ma przybić do portu, na powitanie wychodzi grupka osób. Każda z nich oczekuje na powrót kogoś z pasażerów i gdy tylko jacht pojawia się w zasięgu wzroku, radość rozpiera wszystkich. Nie tylko dlatego, że za chwilę zobaczą swoich bliskich, dzieje się to także za sprawą niebywałego uroku statku. Jednak wraz z jego przybliżaniem się do nadbrzeża, zmieniają się reakcje oczekujących: radość ustępuje miejsca przerażaniu… Obiekt z niebezpieczną prędkością zbliża się do nich, aż ostatecznie uderza w nadbrzeże. Okazuje się, że to nie koniec emocji fundowanych świadkom katastrofy i całemu społeczeństwu. Szybko wychodzi na jaw, że na pokładzie statku nie ma ani jednej osoby…

Gdzie podziali się załoga i pasażerowie? Za rozwikłanie tej zagadki weźmie się Thora, będąca adwokatem rodziny osób, które zaginęły bez wieści. Nie będzie to łatwe ani przyjemne zadanie, za to obfitujące  w mnóstwo pytań i bardzo mało odpowiedzi. Jak wskazuje opis fabuły, można spodziewać
się po „Statku śmierci” konkretnej akcji. Czy słusznie? Jak
najbardziej! Ta misternie utkana opowieść, w której nic nie wydaje się być jasne i zrozumiałe, lawirująca pomiędzy gatunkiem thrillera, kryminału i horroru naprawdę mocno wciąga. Akcja powieści jest przeplatanką aktualnych posunięć Thory w sprawie z minionymi wydarzeniami na statku. Na drugi plan schodzą postacie, które nie wydają się być nazbyt wyraziste czy mocno zapadające w pamięć, ale to nic nie szkodzi. Autorka wiedziała, co robi, pisząc tę powieść, i postawiła wszystko na jedną kartę, kartę akcji i wygrała! Stworzyła emocjonującą do ostatniej strony powieść. Co straszy w powieści Sigurdardóttir? Wiele mrocznych opisów, wybujała fantazja bohaterów i to okropne uczucie braku zaufania do kogokolwiek. Warto też dodać, że „Statek śmierci” mocno wyróżnia się na tle innych utworów z tej kategorii – w końcu rzecz dzieje się na statku, a nie wydaje mi się, by autorzy w ostatnim czasie dość często decydowali się na takie umiejscowienie akcji swoich dzieł.

Jestem po raz drugi usatysfakcjonowana powieścią Yrsy Sigurdardóttir. Poprzednio czytałam „Pamiętam cię” i już wtedy przypadł mi do gustu jej styl oraz klimat budowanych historii. W przypadku „Statku śmierci” pisarka potwierdziła, że zasługuje na laury i miłość fanów.  Dodatkowo dostaje wysoką lokatę w rankingu moich ulubionych pisarzy.

Ocena: 5.5/6

Oficjalna recenzja dla portalu Lubimy Czytać: http://lubimyczytac.pl/oficjalne-recenzje-ksiazek/2469/w-statku-widmo 


Przy okazji pragnę Was zaprosić na wciąż trwający konkurs u Pauliny, w którym wygrać można egzemplarz "Statku śmierci". Wystarczy tylko pomęczyć swój narząd... mowy. ;)