Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Novae Res. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Novae Res. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 marca 2015

Wolność urojona - Edward Strun





wydawnictwo: Novae Res
data wydania: wrzesień 2014
ISBN: 9788379423712
liczba stron: 290


Chyba każdy z nas zastanawiał się kiedyś, jak będzie wyglądało życie na Ziemi za kilkadziesiąt lat. Czy będzie takie samo jak teraz? Mało prawdopodobne. Czy będzie lepsze i łatwiejsze? Jeśli tak, to prawdopodobnie tylko pod względem technologicznym. Na każdym innym polu będzie chyba tylko gorzej… Nim ktoś posądzi mnie o czarnowidztwo, pragnę zwrócić uwagę na wydarzenia, które obecnie mają miejsce. Kierunek, w którym zmierza ówczesny świat, widzi tak naprawdę każdy, także pisarze, co ma odzwierciedlenie w tworzonych przez nich powieściach. Kto zliczy wszystkie postapokalipsy czy anty- i dystopie, które można teraz znaleźć na rynku? Jest ich tak wiele, że chyba nikt nie zdoła.

Równie mroczną wizję świata wykreował duet pisarski Edward Strun w swojej książce pt. Wolność urojona. Jej głównym bohaterem jest Alan. Człowiek, któremu w gruncie rzeczy niczego nie brakuje: ma dobrą pracę, świetne mieszkanie na 132. piętrze, żyje w zamkniętej przestrzeni, co gwarantuje mu bezpieczeństwo. Ma też dobrego przyjaciela Freda, który rozumie go jak nikt inny… Nic dziwnego, wszak Fred – będący sztuczną inteligencją – został stworzony na podobieństwo samego Alana.

http://www.edwardstrun.pl 
Mimo tych wszystkich profitów Alan nie jest zadowolony ze swojego życia. Gdy każdego dnia obserwuje ciągły pęd do zarabiania coraz to większych pieniędzy, do bycia jak najlepszym w pracy, do chęci posiadania jak najlepszych i najdroższych gadżetów czy ubioru oraz to wszechobecne zepsucie moralne i wynikający z niego zupełny brak granic we wszystkim, to jeszcze bardziej zniechęca się do panującego systemu. Coraz wyraźniej widzi jego wady, dostrzega, jak władza inteligentnie manipuluje obywatelami, stwarzając pozorne poczucie bezpieczeństwa, dając poczucie wolności w miejscu, gdzie każdy ich ruch jest monitorowany. Jest coraz mocniej przerażony wulgarnym rozpasaniem seksualnym, obecnym już nie tylko w mediach (w każdej możliwej formie), lecz także wśród jego bliskich znajomych.

Naprawdę okrutny i obrzydliwy to świat, w którym przyszło żyć głównemu bohaterowi książki. Co prawda szybko daje się zauważyć mocne przerysowanie czy przejaskrawienie postaci i wielu opisanych tu zdarzeń – co w pierwszej chwili bawi, by zaraz wzbudzić niesmak – ale intencje, którymi autorzy kierowali się, stosując taki zabieg, w tym przypadku są jasne i czytelne. Chodzi o uwypuklenie niektórych zjawisk: choć są już obecnie dostrzegalne, to nie występują na wielką skalę. Nie znaczy to jednak, że z czasem nie może się to zmienić… Pogoń za pieniądzem, coraz to nowszymi i droższymi gadżetami, brak zahamowań w mówieniu publicznie o tym, co intymne, odcięcie się od świata kultury i otwarcie na bezwartościową papkę serwowaną przez telewizję.

To wszystko już się dzieje i tylko od nas samych zależy, czy zjawiska te będą rosły w siłę, czy może jednak uda nam się je chociaż w minimalnym stopniu zahamować (bo w zlikwidowanie ich nie wierzę). Przykładowo: każdy z nas narzeka na to, co serwuje telewizja, ale dlaczego mamy pretensje do ludzi tam pracujących? Prawda jest taka, że gdyby seriale paradokumentalne nie gromadziły codziennie przed telewizorami kilku milionów widzów, to telewizja nie miałaby żadnego interesu w emitowaniu ich. To my napędzamy tę machinę kiczu i bylejakości.

Do nas należy decyzja, czy damy więcej czasu rodzinie i bliskim, czy też wpadniemy w macki pracoholizmu, chcąc zarabiać wciąż więcej i więcej, bo przecież potrzeb mamy tak wiele: przydałoby się nowe auto z dobrym wyposażeniem, telewizor na pół ściany itp., itd. Raptem kilka dni temu usłyszałam, że w Japonii z roku na rok wzrasta liczba ludzi, którzy zmarli z przepracowania. Gdy władze zdecydowały się walczyć z tym zjawiskiem i ustawowo zakazały pracy po godzinie dwudziestej, to niektórzy zwyczajnie nie wiedzieli, co mają z tym wolnym czasem zrobić. I tylko jedna osoba zapytana o zdanie odpowiedziała, że może wreszcie spędzi trochę czasu z żoną dziećmi. Może…

Jak widać powyżej, Wolność urojona wywarła na mnie duże wrażenie z racji podjętego problemu. Jest to książka bez wątpienia dosadna, ostra i często wulgarna, jeśli chodzi o język, ale mocno dająca do myślenia. Po zakończonej lekturze warto zastanowić się, do czego tak naprawdę chcemy w życiu dążyć i jak wiele musimy stracić, by uzyskać to, co materialne. Trzeba dokładnie przeanalizować nasz system wartości i na jego piedestale w końcu postawić to, co tak naprawdę się liczy, co sprawia, że jesteśmy wartościowymi ludźmi, a nie maleńkimi trybikami w bezwzględnej machinie konsumpcjonizmu i wszystkiego tego, co to zjawisko za sobą ciągnie.

Ocena: 5/6


Za możliwość przeczytania książki dziękuję jej Autorom.
Wyzwania: Polacy nie gęsi.

środa, 10 grudnia 2014

Zamknięta prawda - Bartłomiej Basiura





wydawnictwo: Novae Res
data wydania: 10 marca 2014
ISBN: 9788379421077
liczba stron: 534


Jakiś czas temu na którymś z blogów natknęłam się na komentarz, w którym autorka stwierdzała, że nie czytuje książek polskich autorów, bo te są zwyczajnie słabe, a polscy pisarze nie mają zbyt dobrze rozwiniętej wyobraźni, by się tworzeniem powieści należycie zajmować. Kto czytuje książki polskich autorów, ten na pewno teraz kręci głową z dezaprobatą, myśląc, że nie ma w tym prawdy. I faktycznie tak jest. Tych, którzy świetnie radzą sobie na literackim poletku, jest wielu i na pewno nie da się im odmówić wysoko rozwiniętej wyobraźni. Sprawa ma się gorzej, gdy ta zaczyna któregoś z nich ponosić, co nie najlepiej odbija się na dziele, który stworzył. Mimo że autor stworzył całkiem intrygującą fabułę, której zawrotnego tempa akcji naprawdę odmówić się nie da, takie właśnie odczucie wyniosłam z lektury pt. Zamknięta prawda, który wyszedł spod pióra Bartłomieja Basiury.

Historia rozpoczyna się motywem zagadkowej śmierci policjantki. Poznanie okoliczności jej zgonu staje się dla policji niekwestionowanym priorytetem, dlatego do ich zbadania zostaje zatrudniony jedyny w swoim rodzaju specjalista – ekspert od mowy ciała, Michał Drobik. Sprawa z dnia na dzień staje się coraz bardziej zagmatwana i trudna do rozwikłania, dlatego dobrze dzieje się, że dziełem przypadku Drobik zyskuje pomocnika – poznaną na strzelnicy Justynę, kobietę chorą na raka. Ich wspólne śledztwo skrzyżuje swe drogi z tą, którą podąża dobrze znany policji były żołnierz, uczestniczący niegdyś w misji w Afganistanie, Uczeń Carpzova.

Jakbym miała jednym zdaniem opisać wrażenia wyniesione z tej lektury, to powiedziałabym: Panie! To, co tu się dzieje, w głowie się nie mieści! Bo dzieje się naprawdę dużo i to zasadniczo powinno być (i dla wielu czytelników bez wątpienia będzie) największym plusem powieści Basiury. Tylko że autor, według mnie, odrobinę się zapędził, popuszczając wodze swojej fantazji i stworzył fabułę rodem z amerykańskich filmów akcji (której nie powstydziłby się sam Steven Seagal). Osadzona, powiedzmy, w USA wyglądałaby o niebo bardziej realistycznie, niż rozgrywając się m.in. w Katowicach, Krakowie, a nawet pod Kielcami. Zdobycie w sposób legalny broni w naszym kraju nie jest łatwą sztuką, za to bohaterzy Zamkniętej prawdy nie mają z tym problemu. Znajdzie się tu też miejsce na pościg drogą lotniczą i dla córki byłego premiera, która podkłada ogień w jednym z najważniejszych dla społeczeństwa miejsc. Są też strzelaniny, mordobicia, dużo krwi… I wszystko byłoby OK, gdyby cały ten majdan przenieść na arenę amerykańską – byłoby po stokroć naturalniej.

Bohaterowie? Równie „realistyczni”, co sama fabuła. Chora na raka, która w zasadzie już umiera, ale bez problemu ładuje się w całą tę kabałę, bo brakuje jej w życiu wrażeń. Wielce wykwalifikowany specjalista od mowy ciała, który bronią posługuje się jak fajtłapa rodem z Akademii policyjnej i który jest na tyle nierozgarnięty, że w kawiarence zamawia dla siebie…herbatkę redukującą cellulit. Na dobrą sprawę taka kreacja bohaterów jest plusem, bo przynajmniej jest się z kogo pośmiać.

Strona techniczna powieści też nie świeci przykładem, bo zdarzają się większe lub mniejsze wpadki korektorskie typu „tylkopo to”, ale nie rażą one w oczy na tyle, by zabierały chęć dalszego poznawania losów bohaterów. Raziła mnie za to dziwna maniera autora związana z przedstawianiem niemal każdej postaci z imienia i nazwiska – o ile w przypadku tych liczących się dla fabuły bohaterów to nie dziwi, o tyle w przypadku postaci epizodycznych już nieco irytuje. Przez chwilę bałam się, że jeśli autor zdecyduje się na wprowadzenie do fabuły jakiegoś zwierzęcia, to i ono zostanie mi przedstawione z imienia i nazwiska, ale na szczęście nic takiego się nie stało.

Reasumując, nie mogę powiedzieć, bym była Zamkniętą prawdą zachwycona, mogłoby być lepiej, co jednak nie zmienia faktu, że panu Bartłomiejowi Basiurze nie da się odmówić polotu i wyobraźni – wystarczyłoby ją nieco powściągnąć albo lepiej – dostosować do realiów związanych z miejscem akcji.

Fani zawrotnego tempa akcji, barwnych postaci jak i miksów gatunkowych (bowiem tytuł Basiury – to mieszanka sensacji, kryminału i thrillera z wątkiem romantycznym) powinni być zadowoleni z wyboru tej właśnie książki.

Ocena: 3/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Novae Res.
Wyzwania: Polacy nie gęsi.

piątek, 8 sierpnia 2014

W niewoli seksu - K. S. Rutkowski





wydawnictwo: Novae Res
data wydania: 2014
ISBN: 9788379421725
liczba stron: 136


Podobno to kobiety mają skomplikowaną naturę, a mężczyźni – wręcz przeciwnie. Jednak większość kobiet zapytana o to, czy z poprzednim zdaniem się zgadza, pewnie miałaby do wtrącenia jakieś małe „ale” na ten temat. Sytuacji, w których kobiety zwyczajnie panów nie rozumieją jest całe mnóstwo i nieraz wtedy chciałybyśmy zajrzeć do głów tych mężczyzn, którzy z jakichś powodów spędzają nam sen z powiek albo przynajmniej zabierają spokój. I ja ostatnio ku temu okazję miałam – oczywiście niedosłowną, bo zdolność telepatii jest mi obca – ale w pewnym sensie udało mi się dokonać tej niemożliwej rzeczy. „Jakim cudem?” – zapytacie. Otóż za sprawą opowiadań K.S. Rutkowskiego pt. W niewoli seksu.

Bohaterami tych tekstów są właśnie mężczyźni, następnie kobiety, które znacząco wpływają na koleje ich losów, zaś spoiwo łączące wszystkie opowieści – to seks. Panowie będący bohaterami opowiadań Rutkowskiego znajdują się na różnych etapach życia, w różnych miejscach świata i mają różne plany, marzenia oraz wizje swojej przyszłości, jednak z tymi samymi potrzebami seksualnymi, które nierzadko wpędzają ich w niezłe tarapaty. Mamy tu emigranta, który będąc na zagranicznym dorobku, korzysta z szansy, jaką podsunął mu los i regularnie sypia z żoną swojego szefa, która to ostatecznie chce go wplątać w morderstwo. Z kolei barowy podrywacz, usiłujący zdobyć względy pięknej barmanki i zaliczyć kolejną noc pełną uciech z nieznajomą, nie spodziewa się, że to on właśnie będzie tym wykorzystanym i poniżonym. Inny, będący ofiarą psychicznej przemocy, której latami dopuszczała się jego małżonka, pewnego dnia postanawia zakończyć swoje cierpienie raz na zawsze, wybierając dla żony karę najsroższą z możliwych. Jeszcze inny – to ofiara chorobliwej zazdrości.

I to zaledwie maleńka cząstka opowieści, które można znaleźć w zbiorze Rutkowskiego. Wszystkie są ciekawe, z dobrymi zakończeniami, dają do myślenia i pozwalają spojrzeć na mężczyzn i ich świat typowo męskim okiem. Takiż sam jest język, którym posługuje się autor – twardy, męski, dosadny i często wulgarny, co wcale nie jest wadą tych utworów, wręcz przeciwnie – pieprzny język dodaje im realizmu.

Jednak nie mogę powiedzieć, by W niewoli seksu miało mi zapaść w pamięć na dłużej. Oprócz chwilowej możliwości zajrzenia w męskie umysły w zasadzie nic więcej z lektury nie wyniosłam. Choć jej tematyka nie jest lekka, to i tak w ostateczności jest ona zbiorem niezobowiązujących tekstów, które czyta się szybko, w ciągu kilku chwil. To dobry przerywnik pomiędzy długimi i trudnymi lekturami. Fanom krótkich form oraz pisarstwa naszych rodzimych autorów zbiór ten bez wątpienia przypadnie do gustu. I jeszcze jedno! Wszystkim spodziewającym się pozycji pokroju 50 twarzy Greya śpieszę z informacją, że to nie ten typ literatury – to nie literatura erotyczna sensu scricto.

Ocena: 3/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję jej Autorowi.

wtorek, 29 kwietnia 2014

Żółta sukienka - Beata Gołembiowska





wydawnictwo: Novae Res
data wydania: 2011
ISBN: 9788377221983
liczba stron: 164


Był taki okres w moim życiu, w którym bardzo pragnęłam opuścić swoje dotychczasowe miejsce zamieszkania, rzucić wszystko, niczym się nie przejmować i wyjechać gdzieś daleko. Gdzieś, gdzie wszystko zacznę od nowa, znajdę pracę, znajomych, może nawet kogoś bliskiego. Ostatecznie pragnienie to zostało stłumione na tyle, że przestało już grać w moim życiu pierwsze skrzypce – zeszło na dalszy plan. Ostatecznie żyję, mieszkam, pracuję i kocham… w Polsce.

Anna, bohaterka debiutanckiej powieści Beaty Gołembiowskiej pt. Żółta sukienka w pewnym momencie swego życia również spotyka się z tego typu rozterkami i dlatego postanawia wszystko zmienić: rzuca pracę dziennikarki, zostawia Polskę daleko w tyle i emigruje za ocean, do Kanady. Życie, jakie tam prowadzi, nie jest może szczytem jej marzeń, ale radzi sobie, mimo że bez przerwy zmienia miejsca pracy. Właśnie pojawia się przed nią perspektywa kolejnej – jako osoby do prowadzenia domu i pomocy dla niepełnosprawnego mężczyzny imieniem Paul. Początki ich znajomości nie są łatwe: Anna obawia się, czy poradzi sobie w roli, którą jej powierzono, a Paul nie ułatwia jej zadania przez swoje grubiańskie zachowanie. Okazuje się jednak, że pod maską niedostępnego i obrażonego na cały świat człowieka Paul skrywa wrażliwego, inteligentnego i ciepłego mężczyznę, który niemal od pierwszego wejrzenia zakochuje się w Annie… Ta w głębi ducha zaczyna coś podejrzewać, ale to nie jest czas na miłość w jej życiu.

Póki co, jej serce wypełniają traumatyczne wspomnienia z dzieciństwa i głęboko skrywany ból… Matka – wiecznie krzycząca dewotka i bierny ojciec, którego tak kochała to elementy charakterystyczne dla młodzieńczych lat Anny. W zasadzie jedyną powierniczką i ukojeniem w trudnych chwilach była dla niej Agnieszka – zwykła-niezwykła lalka– niemy świadek przeżyć małej Ani. W pewnej chwili pojawił się też pan, który obiecał, że da inną lalkę w zamian za „zabawę w doktora”… Nie dał zabawki, tylko fizyczny ból, zaplamioną krwią sukienkę i koszmar przeżytego gwałtu obecny w świadomości Anny już na zawsze…

Powrót do Polski po dwudziestu latach ma być swoistą, heroiczną próbą spojrzenia w oczy demona i rozprawienia się z przeszłością. Czy Anna dostanie to, po co przyjechała? Czy doczeka się ukojenia? Czy przestaną dręczyć ją koszmary senne i czy będzie w stanie patrzeć w przyszłość bez obaw i lęków?

Całość tej historii przedstawia się bardzo pesymistycznie, ale jednak jest w niej coś pozytywnego, mianowicie nadzieja. Nadzieja, że po nawet najbardziej burzliwej nocy wstanie dzień, który przyniesie choć kilka promieni słońca. Ze wszystkim można się uporać – nie wszystko zapomnieć, bo to nie zawsze jest możliwe – ale ze wszystkim można nauczyć się żyć. I mieć nadzieję, że to, co mamy już za sobą, ostatecznie da nam spokojnie iść przez dalszą drogę życia.

Żółta sukienka jest opowieścią krótką, ale treściwą. Zawiera przeżycia bohaterki, jej zmagania z przeszłością, teraźniejszością, jej dawne marzenia, a nawet przejawy talentu literackiego w formie opowiadań czy wierszy. Dużo tu emocji, choć może nie są w jakiś szczególny sposób eksponowane. Tym, co urzekło mnie w tej historii jest to, że tak naprawdę każdy z nas może odnaleźć w niej choćby maleńką cząstkę siebie. W końcu kto nigdy nie chciał, choć przez chwilkę, od kogoś lub czegoś uciec? No właśnie, nawet mnie się to zdarzyło.

Debiut pani Gołembiowskiej od tej chwili ma dla mnie wartość sentymentalną. Może nie opowiada o czymś nowym, nie ma zapierającej dech w piersiach akcji, ale całość ma w sobie to coś, co uplasuje tę książkę może w dalszych rejonach pamięci, ale na pewno w miejscu na tyle stabilnym, by nie groziło jej zapomnienie.

Ocena: 4/6



Za możliwość przeczytania książki dziękuję jej Autorce.

piątek, 18 kwietnia 2014

Arcanus Arctica - Dariusz Pawłowski





wydawnictwo: Novae Res
data wydania: 2014
ISBN: 9788379420315
liczba stron: 278


Rozległe połacie skute lodem. Przejmujące zimno, które niczym szpikulec kłuje w skórę i zmusza do dawkowania jak najmniejszych haustów powietrza. Przenikliwy wiatr, który wdziera się w każdy zakamarek. Niesamowity, choć wyczerpujący dla zwykłego śmiertelnika taniec dni polarnych z nocami, w których słońce nie zachodzi lub nie wstaje wcale przez długi czas. Wybitnie srogi i surowy klimat, w którym przetrwać są w stanie tylko najsilniejsi. Jednym słowem – Arktyka.

W takiej scenerii toczy się fabuła książki Dariusza Pawłowskiego pt. Arcanus Arctica. Przyznaję, że właśnie to otoczenie oraz intrygujący tytuł powieści najmocniej zachęciły mnie do bliższego zapoznania się z nią. Jeśli dodać do tego obecność wątku kryminalnego, to dla fana historii okraszonych zbrodnią – którym bez wątpienia jestem – książka staje się absolutnym must-read. Dzieła dopełnia blurb, który nakreśla wydarzenia rozgrywające się na biegunie. Ciekawi, co pewnego razu tam się wydarzyło?

Mamy początek lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Na jednej ze stacji naukowo-badawczych na Arktyce przebywa ekspedycja złożona ze świetnie wyszkolonych specjalistów z Polski. Dowodzi nimi sympatyczny, ale jednocześnie twardo trzymający w ryzach całą grupę szef misji – Henryk Arctowski. Zdaje się, że mężczyzna wszystko ma pod kontrolą, a cała wyprawa trwająca już od dziesięciu miesięcy przebiega w spokoju i powoli zmierza ku końcowi. Zanosi się na to, że pragnienie Arctowskiego, by wrócić do kraju z załogą całą i zdrową najpewniej się spełni. Ostatecznie dzieje się inaczej, bowiem pewnego dnia ginie jeden z członków wyprawy. W rezultacie poszukiwań mężczyzna zostaje znaleziony martwy. Początkowo szef misji podejrzewa wypadek, jednak dokładniejsza analiza miejsca zdarzenia oraz zwłok wskazuje na morderstwo.

Tymczasem w Polsce dochodzi do dramatycznych wydarzeń. Z dnia na dzień zostaje wprowadzony stan wojenny, bieda szerzy się na ogromną skalę, żywność można kupować na kartki i wszystkich ogarnia niepokój. Sytuacja zaognia się na tyle, że konflikt wykracza poza granice kraju. Pojawia się groźba trzeciej wojny światowej. Informacje o tym wszystkim docierają na Arktykę i dodatkowo wzburzają i tak już pełen napięcia nastrój badaczy. Nie dość, że wśród nich najpewniej jest morderca, to w dodatku komunikacja radiowa urywa się i nie mają jak skontaktować się z krajem, by dowiedzieć czegoś o losie ich rodzin…

Czego jak czego, ale doskonałego tła dla rozgrywającego się dramatu nie da się tej książce odmówić – naprawdę Arktyka jest strzałem w dziesiątkę. Sam jej klimat daje historii odpowiednio dużą dawkę grozy i napięcia. W zasadzie żałuję, że autor nie skupił się tylko na niej, bo mamy tu też inne miejsca akcji, np. Moskwę. Za dużo jest też wątków związanych z działaniami wojennymi w Europie. Naprawdę powieść Pawłowskiego nie straciłaby, gdyby okroić ją z tych fragmentów i skupić się na akcji na biegunie.

Plusem Arcanus Arctica są też bardzo plastyczne opisy, czy to przyrody, czy konkretnych zdarzeń (np. gdy jeden z bohaterów ma halucynacje i majaczy pod wpływem gorączki – wierzcie mi, że jest tu czego się przestraszyć, choć książka sama w sobie do nurtu horroru absolutnie nie zalicza się).

Całość wypada naprawdę dobrze. Lekki styl i prosty język sprawiają, że książkę czyta się szybko i przyjemnie, choć chwilami miałam wrażenie, że autora fantazja poniosła troszkę za bardzo i zawarł w niej ociupinę za dużo… Kto dotrze do rozdziału zatytułowanego Czterej jeźdźcy apokalipsy, ten na pewno przekona się, co miałam na myśli.

Zdecydowanie autor ma ten polot, wyobraźnię i talent, które należałoby teraz solidnie szlifować, pisząc kolejną powieść. Ja na pewno chętnie ją przeczytam, jeśli tylko ukaże się i trafi w moje ręce.

Ocena: 4.5/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję jej Autorowi.

piątek, 28 marca 2014

Minione życia - Wojciech Baran




wydawnictwo: Novae Res
data wydania: grudzień 2013
ISBN: 9788377229101
liczba stron: 484


Po thrillery sięgam zawsze chętnie i bardzo często, co pewnie wielu z Was zdążyło zauważyć, jednak po thrillery z wątkiem paranormalnym już znacznie rzadziej, bo zazwyczaj kojarzą mi się z marnymi opowieściami z ckliwym wątkiem miłosnym. Mimo to ostatnio, wiedziona pokusą, postanowiłam przełamać się i sięgnąć po książkę z tego rodzaju, autorstwa polskiego pisarza, Wojciecha Barana.

Minione życia to intrygująca i misternie utkana opowieść, w której świat rzeczywisty łączy się ze światem fantastycznym. Tytuł kwalifikuje się do tej mroczniejszej odmiany fantastyki i thrillera (możecie mi wierzyć, że ciemne tło okładki nie wzięło się znikąd). O czym opowiada? W zasadzie ciężko opowiedzieć fabułę w kilku zdaniach – dzieje się w niej wyjątkowo dużo.

Na wstępie poznajemy głównego bohatera, Piotra Wolskiego, który po rozstaniu z rodziną prowadzi mało intrygujące życie w samotności. Jednak pewien dzień diametralnie zmienia postać rzeczy. Z niespodziewaną wizytą przychodzi do Piotra młoda Rosjanka, Nadia Prokotow, z prośbą o chwilę rozmowy na temat jego syna, Marcina, który zaginął w tajemniczych okolicznościach po wyruszeniu w niebezpieczną wyprawę w rejony Rosji do Stołeczna. Miejscowość ta owiana jest mroczną legendą. Niegdyś mówiło się, że skrywa w sobie miejsce, które obiecuje bogactwo temu, kto je odnajdzie. Dzisiaj z kolei wierzy się, że ruiny położone w Stołecznie skrywają zagadkę nieśmiertelności. Nic dziwnego zatem, że co i rusz pojawiają się tam poszukiwacze tajemnic. Tyle że samo miejsce nie lubi gości i pochłania każdego, kto się do niego zbliży, nie zostawiając po nim żadnych wieści.

(…) gdzieś głęboko w syberyjskich lasach istnieje opuszczona osada… swego rodzaju miasto duchów. Nawet najodważniejsi śmiałkowie omijają to miejsce z daleka, a ci, którzy odważyli się zapuścić w te przeklęte trzęsawiska, nigdy stamtąd nie wrócili[1].

Koleje losu sprawiają, że po latach Piotr znów musi wrócić do tej sprawy i znów ryzykować życiem. Tym razem jest to o tyle trudniejsze, że po piętach depczą mu gangsterzy, którzy i swój interes mają w rozwikłaniu zagadki Stołeczna.

I to zarys fabuły w naprawdę telegraficznym skrócie, bo wątków obecnych w książce jest wiele: nie brakuje wątku miłosnego, obecne są też takie emocje jak strach, złość, poczucie osamotnienia, a z racji obecności wątku mafijnego, nie brakuje i agresji, strzelanin, a często wylewającej się z kart powieści krwi. Całość opowiedziana jest niezwykle skrupulatnym stylem – autor bardzo postarał się, by wszystko, o czym pisze, opowiedziane było ze wszystkimi szczegółami, co zasadniczo jest mocną stroną książki, ale czasami staje się jej wadą. Nie każde miejsce wydarzeń zasługiwało na wnikliwy opis, niektóre można było potraktować pobieżnie, a powieść i tak by na tym nie straciła. Tymczasem ta szczegółowość, chociaż świetnie sprawdza się w scenach grozy, znacznie potęgując odczucie strachu, czasami męczy.

Kolejna sprawa, która odrobinę mnie raziła, to przesadne upodobanie autora do dialogów, w których bohaterowie, nawet jeśli są we dwójkę, zwracają się do siebie per „Tomku”, „Marku”, „Piotrku”. Dodaje to przesadnej oficjalności historii, która nie jest tu wymagana.

Słowo komentarza należy się również autorom okładki, względem której też mam małe „ale”. I nie chodzi tu o jej ciemne tło (które, jak pisałam, jest uzasadnione), a o ledwie widoczny tytuł oraz nazwisko autora (w rzeczywistości prezentuje się to gorzej niż na okładce powyżej). W naturalnym oświetleniu informacje te zwyczajnie nie są widoczne. Gdybym patrzyła na książkę w księgarni, najpewniej w ogóle bym się nią nie zainteresowała, skoro, by dostrzec tytuł, musiałabym się jej dokładnie przyjrzeć. Wydawnictwo nie popisało się w tej kwestii.

Tak czy inaczej całokształt powieści wypada na plus, choćby dzięki jej klimatowi, pełnemu tajemnicy, mrocznych sekretów wyłaniających się z odmętów natury ludzkiej, jak i wątków paranormalnych. Minione życia polecam nie tyle fanom thrillerów, co fantastyki, bo jednak ta paranormalna płaszczyzna powieści tutaj dominuje w moim odczuciu.

Ocena: 4/6



[1] W. Baran, Minione życia, Novae Res, Gdynia 2013, s. 215.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję jej Autorowi.

wtorek, 28 sierpnia 2012

"Marzyciele i Pokutnicy" Krzysztof Spadło



Każdy z nas ma swoje marzenia, te większe, jak i mniejsze; realne i te raczej niemożliwe do spełnienia. Niektóre z nich już na zawsze pozostaną w sferze fantazji, ale są i takie, które za wszelką cenę chcemy zrealizować – z uporem, a czasem nawet z bezwzględnością dążymy do ich urzeczywistnienia. Bywa, że nie bez ofiar w bliskim otoczeniu, bo w imię ziszczenia naszych idei narażamy innych na cierpienie. Jednak mówi się, że za wszystko trzeba w życiu płacić, więc jeśli nasze marzenia są okupione czyjąś krzywdą, to można się spodziewać, że będą nas słono kosztować – z Marzycieli możemy szybko stać się Pokutnikami (albo odwrotnie).

Między innymi o tym jest mowa w antologii opowiadań Krzysztofa Spadło pt. „Marzyciele i Pokutnicy” –  debiucie autora. Czy udanym, o tym za chwilę. Najpierw kilka słów o samych opowiadaniach. Choć jest to zbiór pozornie różnych tekstów, to łączy je jeden temat przewodni będący jednocześnie tytułem antologii. W każdym z nich poznajemy innych bohaterów, którzy marzą lub… pokutują w niezwykłym, czasem mrocznym świecie. W jednej chwili akcja toczy się w Polsce (choć nie takiej, do jakiej przywykliśmy), a w innej w bliżej nieokreślonym miejscu, gdzie bohater odbywa wątpliwej przyjemności podróż z przerażającym stworem u boku. Poznajemy też historię pozornie zwykłego chłopca w czapce z daszkiem, który okazuje się być bardzo wyjątkowy. Są tu też nieletni poszukiwacze skarbów i… strachu. Zaś moje ulubione opowiadanie, przedstawia smętny żywot pewnego mężczyzny, którego rutynę przerywa sam Morfeusz i to w jakim stylu!  

Tak pokrótce przedstawia się tematyka niektórych opowiadań. Autor sięga po cały wachlarz gatunków – począwszy od science fiction, a na thrillerze skończywszy. Mamy tu narrację typową dla opowiadania, jak i pierwszoosobową, charakterystyczną dla pamiętnika. Język jest bogaty i barwny. Akcja poprowadzona bardzo dobrze; w gruncie rzeczy nie ma mowy o nudzie podczas lektury żadnego z nich. Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie też fakt, że nie sposób odczuć podczas lektury, że mamy do czynienia z debiutem, nie spotkałam się ani razu z tak typową dla początkujących pisarzy „nieporadnością” w budowaniu dialogów czy doborze słownictwa. Słowem oddającym charakter „Marzycieli i Pokutników jest profesjonalizm. Jedyne, co mi się nie podobało w tym tytule to dość drobna czcionka druku, która szybko męczy wzrok.

Jestem bardzo mile i pozytywnie zaskoczona tą pozycją, zwłaszcza że jest to zbiór opowiadań, które czytam bardzo rzadko. Krzysztof Spadło doskonale wypadł w roli pisarza, tym bardziej chciałabym, by dał się poznać w tak wymagającym gatunku, jak powieść – jestem przekonana, że w opowiadaniach autor nie miał możliwości w pełni rozwinąć skrzydeł swego talentu.

Ocena: 4,5/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję jej Autorowi.

poniedziałek, 10 października 2011

"Krótkie dni i noce" Rafał Kuleta



Różne są odczucia podczas czytania książki – zależą one między innymi od gatunku literackiego, z którym przyszło nam spędzić czas. Możemy odpłynąć w świat melancholii i rozważań, marzyć, fruwać wśród chmur, walczyć ze smokami, prowadzić śledztwa czy też spotkać się z koszmarami, jakich w życiu byśmy pewnie nie doświadczyli na własnej skórze. Do tej pory byłam przekonana, że zasmakowałam już wszystkiego, co możliwe dzięki literaturze, dopóki nie przeczytałam „Krótkich dni i nocy” Rafała Kulety.

Opowiadania pana Rafała wywołały u mnie odczucia klaustrofobiczne. Tak, dobrze czytacie – klaustrofobiczne. To, co wywołało taki efekt, to ich liczba (jest ich naprawdę wiele), mikroskopijna długość (liczą nie więcej niż sto słów) oraz siła oddziaływania. Czułam jakby te historie obsiadły mnie z każdej ze stron i coraz mocniej na mnie napierały, przyduszały i zabierały powietrze.
Niektóre przywoływały lęki z dzieciństwa, przypominając głębię i mrok szafy z pokoju obok albo przerażający uśmiech niewinnego z pozoru klauna, który rozczłonkowuje swoje ciało. Inne uwydatniały zło siedzące głęboko w zakamarkach ludzkiego umysłu, jak w przypadku kasjerki świadomie (i z uśmiechem na twarzy) wysyłającej podróżnego na śmierć. A może zastanawialiście się, jak zareagowalibyście na wieść o tym, że Wasze ulubione, skórzane rękawiczki są powłoką zdartą z jakiegoś człowieka? Dzięki autorowi poznacie także książki, które czytają Was, a nie na odwrót. Zobaczycie także Boga, jakiego nigdy nie chcielibyście poznać – sadysty kochającego ludzi na zabój (dosłownie).
Tych krótkich tekstów w niniejszej książce jest tak wiele, że nie sposób ich wszystkich streścić.

Łączy je wszystkie wspólny mianownik – strach. Czy to ten wywołany przerażającymi stworami, makabrycznymi zdarzeniami, opisem ludzkich wnętrzności czy też ten wypływający z mrocznych czeluści psychiki bohaterów.
Niektóre z opowiadań przypominały mi troszkę wątki z horrorów klasy B i takiej też były jakości, ale zdecydowana większość była absolutnymi majstersztykami w ultrakrótkiej formie – wyróżnić tu mogę wspomniane wcześniej opowiadanie o Bogu wcielonym w rolę bezwzględnego sadysty. Jeśli podziałało ono na kogoś, kto z wiarą ma niewiele wspólnego, to znaczy, że jest naprawdę dobre…
Rafał Kuleta przedstawił weń świat oderwany od rzeczywistości, rządzący się prawami grozy, zła, surrealizmu, który w niebywały sposób oddziałuje na wyobraźnię i nasze odczucia podczas czytania lektury.
Byłabym skłonna wystawić temu dość nietypowemu dziełu najwyższą notę, jednak gdybym to zrobiła, byłabym nieuczciwa w stosunku do własnego sumienia. Nie wiem czy tylko ja mam takie wrażenia, czy znajdzie się ktoś jeszcze, kto podobnie to odczuje, ale po pewnej liczbie przeczytanych opowiadań odczułam odrobinę znużenia i przesytu. Na szczęście lek na tę przypadłość jest bardzo prosty – wystarczy jedynie umiejętnie dawkować sobie twórczość pana Kulety (po kilka historii dziennie). Tak, by nie stracić tego charakterystycznego i klaustrofobicznego uczucia, które robi naprawdę mocne wrażenie oraz tak, by cały czas chcieć brnąć dalej w ten magiczny i wywołujący dreszcze na ciele świat grozy.

Myślę, że stosując się do powyższej rady, każdy czytelnik lubujący się w tego typu klimatach powinien być zadowolony z lektury „Krótkich dni i nocy”. Sugeruję także sięganie po nią w godzinach wieczornych dla spotęgowania doznań. Na koniec życzę Wam dużo… strachu.

Za możliwość przeczytania niniejszej książki dziękuję wydawnictwu Novae Res. 

Ocena: 5/6