wydawnictwo: Zysk i S-ka
data wydania: 11 lipca 2014
ISBN: 9788377855256
liczba stron: 304
Morza szum, ptaków śpiew… Drinki
z parasolkami, plaże z prażącym piaskiem… Nie, nie chodzi o wakacje pod palmami
ani moje, ani autora książki, która ostatnio umilała mi czas i zabrała w daleką
podróż – on na takie się nie pisze. Zamiast tego lubi wyzwania, przygody, zakątki
niecodzienne albo surowe, często nieprzyjazne człowiekowi. Dlatego nie zdziwiło
mnie, że miejsce, które stało się dla niego drugim (albo może lepiej – kolejnym)
domem, znajduje się na prerii, gdzie hula wiatr, piach i pył wdzierają się w
każde zakamarki, a ludzie mówią możliwie szybko i krótko, by niepożądane
drobinki nie wdarły się do ich ust przy mocniejszym podmuchu. Tam, gdzie
otoczenie najczęściej przybiera kolory szarości, czerwieni i wszędobylskiej
rdzy.
Rzecz dzieje się współcześnie, w Arizonie, tuż przy granicy z
Meksykiem. Dziki Zachód dawno przestał być dziki, ale mieszkańcy prerii wciąż o
tym zapominają. Preria jest trochę dzika, trochę niepiśmienna. Nie jest
zacofana! Po prostu poszła w inną stronę niż nasza cywilizacja. Posłuchajcie…[1]
Oj, jest o czym słuchać, gdy
historie wychodzą z ust (tu: spod pióra) Wojciecha Cejrowskiego. Chyba każdy,
kto choć raz obejrzał któryś z odcinków jego programów podróżniczych w
telewizji lub przeczytał choć jedną z jego książek o tej samej tematyce, wie,
że jest to niekwestionowany mistrz gawędziarstwa. Gawędziarstwa z polotem,
podszytego humorem, nieraz ironią, z ogromną dawką wiedzy i inteligencji. Tego
wszystkiego nie mogło zabraknąć również w najnowszej jego pozycji pt. Wyspa na prerii.

Jak to się stało, że tym razem autor
wylądował w Arizonie? – zapytacie. A tego Wam nie zdradzę. W ogóle postanowiłam
tym razem zdradzić jak najmniej z treści książki, bo i po co, skoro Wojciech
Cejrowski zrobi to ode mnie po stokroć lepiej? Powiem Wam jedynie, że to
książka pisana stylem jakże typowym dla tego znanego i cenionego podróżnika.
Nie jest to żaden przewodnik ze zbiorem miejsc, które należy koniecznie
zobaczyć, będąc w Arizonie. Książka opowiada raczej o tym, jak wygląda życie codzienne
w tym dość surowym dla gringo miejscu, w którym każdy dzień przynosi
niespodzianki i gdzie nikt nie uprzedzi nas o tym, co może nas tu spotkać, nikt
nam nic nie doradzi – dla mieszkańców Arizony wszystko jest normą, z którą są
tak oswojeni, że ciężko im choćby pomyśleć o tym, że ktoś może czegoś nie
wiedzieć. Postanowiłeś wreszcie wysprzątać porządnie swój drewniany i
trzeszczący domek na prerii za pomocą wiadra z wodą i szmaty? Błąd! Wszystko
będziesz miał oblepione czerwonym pyłem – tu sprząta się wiatrem. Postanowiłeś
zrobić pranie i wywiesić je na zewnątrz do wyschnięcia? Błąd, każdy Twój ciuch
będzie w czerwonym pyle. Postanowiłeś wpaść z niezapowiedzianą wizytą do
sąsiadów? Błąd, całkiem możliwe, że ten, zgodnie z prawem, odstrzeli ci rękę
lub nogę (jeśli od razu nie zabije cię na miejscu), gdy tylko postawisz stopę
na jego posesji.

Zapytacie może, co taki
obieżyświat jak Cejrowski robi w miejscu, gdzie najbardziej pożądaną czynnością
jest nicnierobienie? Dokładnie, nie robi nic, a jak już coś robi, to tylko wtedy,
gdy musi: kiedy wysiądzie pompa od wody, kiedy silny wiatr zerwie dach z domu, kiedy
trzeba jechać po świeży zapas margarity i limonek, kiedy kończy się pakowany
lód, kiedy kornik w końcu zeżre nogi od krzesła, na którym autor siedzi co
dzień na porczu (Cejrowski tym spolszczonym słowem określa porch, czyli
konstrukcję, która jest jednocześnie i gankiem, i przyzbą tak charakterystyczną
dla tamtych rejonów świata i którą często oglądamy w filmach). Na prerii nigdy
nic się nie robi bez konieczności, bo na robienie czegoś w sposób spontaniczny
jest zwyczajnie za gorąco.

A czy taki gringo jak Cejrowski w
ogóle ma szansę dogadać się z miejscowymi? Czy może się z nimi zaprzyjaźnić?
Może, ale jest to proces długotrwały i wymaga (chyba jak wszędzie) zaznajomienia
się z obowiązującymi w stadzie zasadami (w Arizonie ludzie w istocie żyją
niczym zwierzęta w stadach). Ty musisz ich dobrze poznać i robić to tak, by
nikogo nie urazić i nie być wścibski – tak jak robią to oni. Mieszkańcy Arizony
zdają się mieć nadprzyrodzone zdolności, bo mimo że nie przebywają fizycznie
obok ciebie, to wszystko o tobie wiedzą. Wiedzą, że pompa ci wysiadła, że
pranie porwał ci wiatr i zostawił na krzakach, że w wyjątkowo wrażliwe miejsce
się poparzyłeś… Wiedzą wszystko, zaś o sobie powiedzą ci tyle, ile sami będą
chcieli i w odpowiednim według nich momencie. Jak już ten dzień nadejdzie, to
przekonasz się, ile jest barwnych życiorysów wokół. Jest facet, który zbiera od
ludzi nagromadzone nerwy oraz stres i raz na jakiś czas wybucha, robiąc przy
tym niemałą rewolucję (np. przeganiając na cztery wiatry natrętnych urzędników),
jest żona listonosza, która miała bardzo,
ale to bardzo bujną przeszłość, a teraz jest bardzo, ale to bardzo bogobojną
matką pięciu synów[2]. Są też inne odważne kobiety, które po
odbyciu służby wojskowej wróciły z mniejszymi lub większymi uszczerbkami na
zdrowiu – jedna bez nogi, druga bez oka, ale z opaską w miejscu opustoszałego
oczodołu i kolejna bez oka, ale za to z solidnym zapasem sztucznych gałek,
które dobiera do stroju czy okoliczności (przy tym nie ma problemów z wymianą protezy
przy rozmówcy w barze…).

I choć pewnie teraz wydaje się
Wam, że całkiem sporo zdradziłam z tego, co serwuje lektura, to wierzcie mi, że
jest to ledwie maleńki pierwiastek z tego, co opowie Wam Cejrowski. Czy muszę
Was szczególnie zachęcać do poznania tej książki? Wydaje mi się, że nie. Czy
muszę utwierdzać Was w przekonaniu, że jest wyśmienita i żal się z nią
rozstawać? Też myślę, że nie, bo kto kojarzy autora, na pewno nie ma żadnych
wątpliwości w tym względzie. Skuszę się jednak na pochwałę w kierunku
wydawnictwa, które postarało się, by wydanie Wyspy na prerii było piękne i wysokiej jakości. Twarda oprawa,
szycie, kredowy papier, wysokiej jakości zdjęcia… Małe wielkie cudeńko, które
każdy nałogowy zbieracz książek musi mieć w swojej kolekcji.
Ktoś jeszcze ma wątpliwości, czy
skusić się na tę książkę? Mam nadzieję, że nie, ale jeśli znajdzie się jeszcze
taki rodzynek, to niech je czym prędzej porzuci. Wyspa na prerii urzeka, przywiązuje do siebie, uzależnia, a na
koniec zostawia z dwoma skrajnie różnymi odczuciami. Po pierwsze, z radością,
że tak wspaniałą podróż odbyliśmy, a po drugie ze smutkiem, że trwała tak krótko…
Ocena najwyższa z możliwych: 6/6
[1] W. Cejrowski, Wyspa na prerii,
Zysk i S-ka, Poznań 2014, s. 7.
[2] Tamże, s. 99.
Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.