Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura polska. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 lipca 2015

Piąty beatles - Mariusz Czubaj





data wydania: 6 maja 2015
ISBN: 9788328015135
liczba stron: 320


Ciężko jednoznacznie stwierdzić, czy świat był lepszy kiedyś, czy może jest taki dziś. Obserwując to, co się dzieje, dość łatwo wydajemy osąd, że dziś jest znacznie gorzej. Czy tak naprawdę jest? To już temat na głębszą dyskusję. Jedno, co jest pewne to to, że muzyka kiedyś miała się znacznie lepiej… Na scenach królowały prawdziwe talenty wokalne, świetna muzyka i wartościowe teksty – wszystko zgoła inne od sieczki, jaką słyszymy teraz w stacjach radiowych.

Bohater nowej powieści Mariusza Czubaja, pt. Piąty beatles, wie o tym bardzo dobrze. Rudolf Heinz, policjant i topowy profiler, jest niczym dinozaur, który jakimś cudem zdołał przetrwać do współczesnych czasów. Jak bardzo nie pasuje do teraźniejszości, przekonuje się, gdy ginie syn ważnego biznesmena, a on rozpoczyna wędrówkę tropem sprawcy. Zbrodnia ta może by specjalnie nie wyróżniała się na tle innych, gdyby nie jej niespodziewany, muzyczny akcent na miejscu odnalezienia zwłok – pamiętne zdjęcie członków The Beatles przechodzących przez pasy, zdobiące okładkę płyty Abbey Road. Czyżby mordercą mógłby być zagorzały fan Beatlesów?

Rozwiązanie tej zagadki nie jest rzeczą łatwą, a fakt znalezienia zdjęcia w miejscu morderstwa niczego nie ułatwia, wręcz przeciwnie. Śledztwo wlecze się niemiłosiernie, przełożeni cisną, podobnie jak media. Fakt, że ojciec zamordowanego ma ambitne plany polityczne, dodatkowo sprawę komplikuje. Jednak Heinz nie wydaje się być mocno tym przejęty. Choć poświęca się sprawie jak należy, to nie robi tego za wszelką cenę. Jego natura lekkoducha i rockmana nie daje o sobie zapomnieć. I to w tej postaci podoba mi się najbardziej. To, że Rudolf cały czas jest sobą, nikogo nie udaje i ma swój specyficzny charakter.

A styl Czubaja? Bardzo zbliżony do postaci profilera. Luźny, z tzw. jajem, ale i profesjonalny, gdy trzeba. Oprócz muzycznego tła powieści (dodam, że rozdziały zostały opatrzone tytułami piosenek ze wspomnianego już krążka Beatlesów), mile zaskoczyło mnie dość szczegółowe odwzorowanie pracy policjantów nad śledztwem, jak i sporadyczne (ale zawsze) wzmianki o seryjnych mordercach (T. Bundy czy R. Kuklinski ps. The Iceman), które dodały powieści realizmu. Podobało mi się też poczucie humoru Rudolfa – z lekka sarkastyczne, takie jak lubię.

Powieść Czubaja może nie powaliła mnie na kolana licznym suspensem czy gnającą na oślep akcją, ale zdecydowanie ma swój klimat i bardzo dobrze czyta się ją w letnie wieczory. To odpowiednia pozycja dla fanów pisarza, fanów kryminałów, jak i tych dinozaurów, którym tęskno do lat, w których chłopaki z Liverpoolu rządzili na scenie muzycznej i robili to wyśmienicie.

Piąty beatles to swego rodzaju podróż w czasie —starszym czytelnikom gwarantuje powrót do lat szczenięcych, a młodym pozwala poznać czasy, w których może niekoniecznie na co dzień działo się lepiej (bo i wówczas istniało wiele problemów), ale na scenie muzycznej — zdecydowanie już tak. Pamiętajcie o tym, gdy hitem tego lata znów stanie się kawałek z do znudzenia powtarzającym się „oh jeje, oh uu uu” i rozebraną lalunią w teledysku.

Ocena: 4.5/6

Oficjalna recenzja dla Lubimy Czytać - LINK.
Wyzwania: Polacy nie gęsi.

wtorek, 7 lipca 2015

Próżna - Sylwia Zientek





data wydania: 3 czerwca 2015
ISBN: 9788377589762
liczba stron: 384


Kluczem w dążeniu do szczęścia jest zrozumienie tego, czego naprawdę się pragnie.

To proste zdanie z okładki książki Sylwii Zientek pt. „Próżna”, mówi o czymś z pozoru banalnym, ale jednocześnie szalenie trudnym. O czymś, co dotyka każdego z nas, choć w różnych momentach życia. Bo tak naprawdę rzadko kiedy jesteśmy w stu procentach pewni tego, czego pragniemy. Tego, czego od życia, innych i siebie samych wymagamy. Tego, co ma nam przynieść spełnienie i pełne zadowolenie z życia oraz poczucie jego sensu.

Jak bardzo jest to skomplikowane, autorka książki ukazuje na przykładzie młodych kobiet ‒ Diany i Penelopy (Penny) ‒ energicznych prawniczek, którym przyszło robić karierę w jednej z uznanych kancelarii. Diana łaknie sukcesów zawodowych, z uporem dąży do upragnionego celu, nierzadko kosztem własnej rodziny. Penny zaś nie czuje się najlepiej w świecie rasowych prawników, w którym liczą się duże sprawy zapewniające potężny zysk i uznanie w środowisku. Żyje lekko, nie myśląc o ustatkowaniu się, dzieciach. Nie odmawia sobie za to przygodnego seksu. Jednak życie jest nieprzewidywalne i w przypadku tych młodych dam pokazało to dobitnie, wywracając ich codzienność do góry nogami.

W uporządkowanej codzienności jednej zagości totalny chaos i brak stabilizacji, u drugiej pojawią się dawno niewidziane zobowiązania i odpowiedzialność. Ich losy pokażą im to, czego doświadczamy wszyscy – nieprzewidywalność. Między innymi o tym opowiada powieść Sylwii Zientek – tak naprawdę nigdy nie możemy być niczego pewni. Nie powinniśmy uznawać, że coś, co jest dla nas codziennością od dawna, będzie nią zawsze. Życie to kalejdoskop.

„Próżna” mile zaskoczyła mnie także obrazem prawniczego świata, bowiem zazwyczaj ukazywany jest z tej gorszej strony, jako taki, w którym liczy się tylko zysk i pięcie się po drabinie kariery. Tutaj również można dostrzec ten aspekt, ale nie rzuca się on w oczy aż tak bardzo. Bohaterowie mają swoje życie intymne, zainteresowania, chodzą do opery, teatru. Słuchają dobrej gatunkowo muzyki, czytają wartościową literaturę i interesują się sztuką. Nie są ukazani jako bezduszne maszynki do zarabiania pieniędzy. Są zwyczajnie ludzcy.

Całość historii opowiedziana jest w sposób dość charakterystyczny. Styl pisarki jest wyjątkowo stonowany, z niewieloma dialogami, ale bardzo bogaty w detale, począwszy od opisów ubioru bohaterów, a skończywszy na zarysowaniu miejsc, w których toczy się akcja (wiele z nich zostało opisanych w sposób bardzo klimatyczny i realistyczny). Fani dynamicznej akcji, która podnosi ciśnienie, raczej nie będą zachwyceni „Próżną”, ale ci, którzy szukają powieści idealnej na sezon urlopowy, w której można się zanurzyć na dłużej, a dodatkowo to i owo dzięki niej przemyśleć… Będą bez wątpienia zauroczeni.

Sama mile będę wspominać śledzenie losów Diany i Penny oraz liczę, że Sylwia Zientek jeszcze nie raz uraczy mnie równie klimatyczną i dystyngowaną powieścią, bo właśnie to czyni autorkę rozpoznawalną na naszym wydawniczym rynku.

Ocena: 5/6


Oficjalna recenzja dla Lubimy Czytać - LINK.
Wyzwania: "Polacy nie gęsi".

wtorek, 23 czerwca 2015

Pustułka - Katarzyna Berenika Miszczuk






data wydania: 3 czerwca 2015
ISBN: 9788328020627
liczba stron: 384


Jakie jest dobre miejsce na zbrodnię? Czy musi to być cicha uliczka pozbawiona świateł latarni w centrum szarego miasta?

Na takie pytania możemy natknąć się w blurbie nowej książki Katarzyny Bereniki Miszczuk pt. Pustułka – debiucie autorki w nurcie literackiego kryminału, która postanowiła zdecydowanym ruchem zerwać z najczęściej obieranymi przez pisarzy tłami dla fabuły z morderstwem w tle. Nie przemierzamy tutaj ciasnych i dusznych uliczek małego miasta ani nie tropimy złoczyńcy w jednej z małych wsi gdzieś w Polsce. Tym razem trafiamy na wyspę…

Wyspę nie byle jaką, bo będącą idealnym środowiskiem naturalnym pustułek, ptaków wywodzących się z rodziny sokołów, stworzeń bezwzględnych i drapieżnych. Nic więc dziwnego, że w rejon ich zamieszkania pewnego dnia przybywają tacyż sami ludzie… Rodzina Spyropoulos to bogacze, którzy dorobili się pokaźnego majątku, w tym Wyspy Ptaków. Właściciel biznesu właśnie spędza tam czas (oficjalnie pracując, a nieoficjalnie – romansując), gdy na miejsce przybywa jego córka, żona, syn ze świeżo poślubioną małżonką oraz ciotka z nowym narzeczonym. To doborowe grono łączy chciwość i chęć położenia łapy na choćby jak najmniejszej części majątku, co daje się odczuć już niemal od pierwszych stron powieści, a z każdą stroną wrażenie to przybiera na sile. W powietrzu zaczyna unosić się duszny klimat, który jest zwiastunem nie tylko nadchodzącej nawałnicy. To zwiastun zbrodni… Na Wyspie Ptaków w niewyjaśnionych okolicznościach ginie ofiara i – jak się dość szybko okaże – nie będzie jedyną.

Przyznam, że choć pomysł na umiejscowienie akcji może nie jest specjalnie innowacyjny, to budził moje duże nadzieje na dobrą powieść z dreszczykiem – wszak szukanie mordercy na zamkniętym terenie, z którego nie można się wydostać, to całkiem niezła zabawa dla czytelnika. Niezła, jeśli czarny charakter jest trudny do namierzenia, a w przypadku Pustułki niestety tak nie jest. Uprzedzam więc nałogowych pożeraczy kryminałów, że ten wątek będzie dla was przewidywalny. Wytrawni smakosze gatunku nie będą także zadowoleni z klimatu powieści: niby mamy tu wyspę, wielu potencjalnych morderców (wszak większość postaci nie charakteryzuje się świętością), ale o uczucie napięcia tu raczej trudno. Sami bohaterowie zdają się słabo przeżywać śmierć współtowarzyszy wypadu. Fakt, to rodzina, którą w dużej mierze obchodzą tylko pieniądze, ale… to nadal rodzina. Przez znaczną część fabuły nie mogłam się też wyzbyć wrażenia, że nie czytam kryminału, ale papierową wersję telenoweli brazylijskiej.

Czy zatem Pustułka nie zasługuje na chwilę czasu z nią spędzoną? Zasługuje, ale nie przez każdego. Powieść polecam zarówno fanom pisarki, którzy cenią jej styl, jak i czytelnikom, którzy z jakichś względów po kryminały sięgają rzadko. Prostota i niewymagający styl sprawdzą się też jako przerywnik w momencie, gdy czujemy przesyt lekturami ambitniejszymi. W sam raz na letnie wieczory.


Ocena: 3/6

Oficjalna recenzja dla Lubimy Czytać - LINK.
Wyzwania: "Polacy nie gęsi".

środa, 6 maja 2015

Pokłosie - P.J. Król, J. Turowski, M. Zychla, J. Wojciechowicz, K. Kotulak





wydawnictwo: GMORK
data wydania: 30 marca 2015
ISBN: 9788394100025
liczba stron: 358


Tak, jestem zagorzałą fanką Stephena Kinga i nie boję się o tym mówić otwarcie. Zagorzałą, ale na szczęście nie zaślepioną bezkrytyczną miłością do jego twórczości – co słabsze powieści bez najmniejszych oporów jestem mu w stanie wytknąć. Jednak te sporadyczne przypadki nie wpływają na stopień mojego uwielbienia względem jego twórczości: kocham jego nieokiełznany słowotok przeobrażający się często w wodolejstwo, kocham cudowne postacie, mimo że te często nie stronią od żądzy mordu, kocham ten duszny klimat małych miejscowości, który kreuje, kocham wszystkie jego lęki, które z impetem lądują w stworzonych przez niego fabułach… Kocham go za całokształt i nie odważę się zejść z ziemskiego padołu, nie przeczytawszy uprzednio wszystkich napisanych przez niego tytułów.

Jednak czy można w tym całym uwielbieniu zrobić dla Mistrza coś więcej prócz czytania jego literackich płodów wyobraźni? A pewnie, że można! Na przykład zebrać grupę takich samych rozkochanych w nim zapaleńców, „wyłudzić” od nich jeden lub dwa teksty i stworzyć antologię opowiadań dedykowaną Mistrzowi Grozy rodem z Bangor.

Na taki właśnie pomysł wpadła piątka początkujących na polu wydawniczym autorów: Paulina J. Król (jedyna kobieta w męskim gronie), Kacper Kotulak, Jarosław Turowski, Juliusz Wojciechowicz i Marek Zychla. Zafascynowani twórczością Stephena Kinga postanowili opublikować zbiór opowiadań pt. Pokłosie i oddać mu tym samym hołd. Czy antologia ta według mnie jest godna nazwiska King na okładce? Czy autorzy potrafią zaintrygować wykreowaną przez siebie rzeczywistością na miarę Mistrza? Tak, choć nie każdy z autorów w takim samym stopniu, ale w przypadku antologii to rzecz chyba zupełnie normalna – tak przynajmniej wynika z mojego doświadczenia.

Wśród opowiadań, które po pierwszym czytaniu słabo przypadły mi do gustu, tj. Death metal z pewną gitarą o mrocznej naturze w roli głównej (które wypadłoby nieco lepiej, gdyby je mocniej rozwinąć), czy Chyba, które sprawia wrażenie nieco przekombinowanego i chaotycznego, znajdują się też naprawdę dobre i mocne teksty, które w świecie polskiej literatury grozy bez problemu mogą się wybronić i zostać zapamiętane przez czytelników. O których mowa?

Po pierwsze, o Świniaku Juliusza Wojciechowicza, które jest bez wątpienia czarnym koniem zbioru – nie tylko ze względu na wspaniałe nawiązanie do twórczości Kinga (przypomnijcie sobie, który tekst Mistrza opowiadał o grupie małoletnich przyjaciół odkrywającej pewnego dnia coś przerażającego) i nie tylko za pomysł na opowieść, lecz także za dający się zauważyć dobry warsztat autora, bo pod względem technicznym tekst jest wyśmienity. Pan Wojciechowicz naprawdę potrafi pisać: chętnie sprawdziłabym jego talent w dłuższej formie niż opowiadanie.

Po drugie, o To nie TO! Kacpra Kotulaka. Tutaj całe opowiadanie należy do czarnego charakteru: do klauna (tak, nawiązanie do Kinga jest chyba bardziej niż oczywiste, prawda?). Zatem autorowi udało się w tym przypadku po trosze zastosować trik, który u Kinga jest bardzo często spotykany, mianowicie wzbudza on większe zainteresowanie czytelnika postacią negatywną niż pozytywną. Co prawda klaun Kotulaka może nie budzi takiej sympatii, jak robi to np. bohater Blaze Kinga, ale bez wątpienia należą się młodemu autorowi za to pochwały. Rintincurry (to właśnie wspomniany klaun) jest zdecydowanie mroczniejszy i dużo bardziej przerażający od tego klauna, którego znamy z powieści Mistrza. Jest też nie tyle postacią stricte fantastyczną, żywcem wyjętą z horroru, ile pewnym symbolem.

Nie potrafił zrozumieć jednego. Dlaczego suma najgłębiej skrywanych, paranoicznych lęków ludzi musi wyglądać jak klaun. Tak, właśnie klaun[i].

A po trzecie? O Status Quo Pauliny J. Król. Przyznam szczerze, że pojęcia nie miałam, czego się spodziewać po tym opowiadaniu – w przeciwieństwie do pozostałych, to stosunkowo późno odkryło przede mną swoje karty. Tekst Pauliny Król klimatycznie odbiega od pozostałych, ale wychodzi mu to zdecydowanie na plus. Czym mnie urzekło? Pomysłem, pomysłem i jeszcze raz jego przesłaniami (w liczbie mnogiej, bo każda z części tekstu daje do myślenia). Ot, dwójka głównych bohaterów codziennie budzi się w innej, nieznanej sobie wcześniej alternatywnej rzeczywistości… Niektóre fakty łączą się z ich życiem „właściwym”, niektóre nie. Ci, którzy byli obecni w ich poprzednim życiu, nagle znikali albo pojawiali się ci, którzy dawno odeszli…

A teraz siedzę tutaj, ja, prawie trzydziestoletni mężczyzna w młodzieżowym pokoju i zamierzam iść wypić kawę, którą przygotowała mi zmartwychwstała matka[ii].

Opowiadanie jest bardzo życiowe, stawia swoich bohaterów w różnych, często niewygodnych sytuacjach, w których nie zawsze to, co przykre i bolesne, ostatecznie takim właśnie jest – i na odwrót.

Graficznie antologia prezentuje się bardzo dobrze, o co zadbał Dariusz Kocurek, który ma pieczę także nad graficzną stroną polskich wydań powieści Kinga. Natomiast całość zbioru poprzedza wstęp uznanego polskiego pisarza Stefana Dardy, który pochlebnie wyraża się o tekstach – i nie jest to reklama na wyrost. Podobnie jak pan Darda widzę w młodych pisarzach potencjał, który każdy z nich powinien pielęgnować i rozwijać. Fakt, że zbiór im się udał, nie oznacza, że powinni osiąść na laurach i jedynie zbierać pochwały – co to, to nie. Do pracy, drodzy państwo!

A czy Wam polecam lekturę zbioru? Jak najbardziej, mimo że daje się w nim zauważyć jakościową nierówność. Nie zmienia to jednak faktu, że na naszych oczach rodzą się nowi zdolni pisarze o pokaźnej wyobraźni i talencie. Aby mogli i jedno i drugie rozwijać, potrzebny jest im warsztat, który wyćwiczą tak naprawdę dzięki nam, czytelnikom. Oni piszą – my czytamy. I może za jakiś czas to w Polsce znajdzie się prawdziwy następca Stephena Kinga, który w pełni zasłuży na to miano? Może właśnie wśród tej piątki? Kto wie…

Ocena: 4,5/6




[i] K. Kotulak, P.J. Król, J. Turowski, J. Wojciechowicz, M. Zychla, Pokłosie, Wydawnictwo GMORK, Wrocław 2015, s. 61.
[ii] Tamże, s. 199.


Za możliwość przeczytania antologii dziękuję wydawnictwu GMORK.
Wyzwania: Polacy nie gęsi.

środa, 15 kwietnia 2015

Śleboda - Małgorzata i Michał Kuźmińscy





wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
data wydania: 18 marca 2015
ISBN: 9788327152701
liczba stron: 336



Umrzyj stary, umrzyj,pochowom jo ciebie,a na twoim grobie,potańcujem sobie[1].

Jan Śleboda nagle zniknął. Nie od razu to zauważono, ponieważ starzec nie cieszył się zbytnią sympatią wśród okolicznych mieszkańców. Dlaczego? Nie wiadomo, czy bardziej z racji swojego usposobienia, czy uciążliwie szczekającego psa w jego obejściu… I gdyby nie ten dający się we znaki czworonóg właśnie, to pewnie prędko nie odkryto by jego tygodniowej nieobecności.

Tymczasem w okoliczne tatrzańskie góry na spacer udaje się ona. Kobieta zmęczona swoim dotychczasowym życiem, niezadowolona z jego aktualnego wyglądu, pragnąca jedynie świeżego powietrza i świętego spokoju. Jednak im bliżej znajduje się przyprawiającego o mdłości odoru, tym bardziej pewna jest, że spokoju, którego szukała w Dolinie Suchej Wody, na pewno nie znajdzie… Kobieta ta to Anna Serafin, doktor antropologii, bohaterka książki pt. „Śleboda” autorstwa duetu pisarskiego – Małgorzaty i Michała Kuźmińskich. Gdyby choć cień kobiecej intuicji podpowiedział jej, że wracając w rodzinne strony, w Tatry, będzie na językach wszystkich za sprawą odnalezienia zmasakrowanych zwłok starego Ślebody, to najpewniej odpuściłaby sobie całą tę wycieczkę. Jednak co się stało, to się nie odstanie – i nim się obejrzy wpadnie w wir amatorskiego śledztwa, które poprowadzi wespół z bezczelnym dziennikarzem ogólnopolskiego tabloidu, Sebastianem Strzygoniem.

Choć pozornie opowiedziałam dużo na temat fabuły książki duetu, to wierzcie mi, że to tylko maleńka kropelka w górskim strumyku zdarzeń całej historii: dzieje się tu bardzo dużo, a im bliżej zakończenia, tym więcej. Wyobraźnia twórców „Ślebody” stanęła na wysokości zadania i stworzyła bardzo porywającą historię z trupem (i to nie jednym!) w roli głównej, dla której nie pożałowali zapierającego dech w piersiach tła geograficznego (ach, Tatry!).

Mnogość mocno różniących się od siebie bohaterów również robi dobre wrażenie: inteligentna, choć nieco naiwna i zagubiona w życiu pani doktor Serafin, wyjątkowo bezczelny i irytujący dziennikarz brukowca, Bastian, staruszka Babońka, której uszy niejedno słyszały, a oczy tyleż samo widziały, choć jej usta milczą jak zaklęte, miejscowy policjant, podkomisarz Andrzej Chowaniec, dla którego morderstwo w tak spokojnej okolicy to ewidentny przełom w karierze zawodowej. Każdy z nich barwny i charakterystyczny.

Cechą charakterystyczną powieści jest bez wątpienia jej język, który jest swoistą przeplatanką języka codziennego z góralską gwarą. Akcja dzieje się właśnie w górach (konkretnie w Murzasichlu) i wiedziałam, że na pewno będzie mocno związana ze wszystkim, co góralskie, jednak nie spodziewałam się natknąć podczas lektury na gwarę. Według mnie to bardzo dobry i oryginalny pomysł ze strony autorów, którego na szczęście nie nadużyli. Kto obawia się, że gwara może utrudnić lekturę, ten bez wątpienia może porzucić te lęki. Jest jej tu po prostu w sam raz.

Pisarze bardzo umiejętnie zbudowali też klimat akcji toczącej się w niewielkiej miejscowości, w której każdy zna każdego i gdzie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zapada zmowa milczenia wśród mieszkańców, jeśli tylko tego zechcą. Prowadzący śledztwo (czy to amatorskie, czy profesjonalne) z nie lada trudem muszą przebijać się przez ten niewidzialny mur.

Jestem bardzo mile zaskoczona tą powieścią, spodziewałam się bowiem przeciętnego kryminału, o którym szybko zapomnę, a tymczasem otrzymałam zgrabnie poprowadzoną fabułę z gwarą i naszymi pięknymi górami w tle. Szkoda tylko, że piękny krajobraz kalają trupy, ale… o to tu przecież chodzi.

Ocena: 5/6

[1] M.M. Kuźmińscy, Śleboda, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2015, s. 25.


Oficjalna recenzja dla portalu Lubimy Czytać - LINK.
Wyzwania: Polacy nie gęsi.

piątek, 20 lutego 2015

Kasacja - Remigiusz Mróz





wydawnictwo: Czwarta Strona
ilość stron: 496
data wydania: 18 lutego 2015
ISBN: 9788379762477


W pomieszczeniu dusznym od gęstej atmosfery (mimo wdzierającej się przez okno odrobiny świeżego powietrza) siedzi mężczyzna. Jest sam, nie licząc tłumnie przybywających do pokoju owadów. Spokojnie przygląda się torowi lotu muchy, która w tylko sobie dobrze znanym celu uraczyła go swoją obecnością. Widzi, jak odbija się od ściany, krąży chwilę przed jego twarzą, by ostatecznie osiąść na ciele jednej z dwóch ofiar. Makabryczny spektakl śmierci rozgrywający się na jego oczach w ciągu dziesięciu dni. Dni spędzonych w ciszy w towarzystwie zwłok.

Czy to wstęp do recenzji najnowszego horroru rodem zza oceanu? Absolutnie! To świeżutki, wręcz jeszcze ciepły thriller prawniczy pt. Kasacja, który wyszedł spod zręcznego pióra Remigiusza Mroza. Tak, tak! To ten sam pisarz, który stworzył cykl Parabellum z II wojną światową w tle, i ten sam, który nie oparł się pokusie lotu w kosmos. Literackiego lotu, ale zawsze, à propos Chóru zapomnianych głosów. Niezły rozrzut klimatyczny, prawda? Osobiście uznaję za plus to, że autor nie daje się zaszufladkować, zamknąć w określone ramy gatunkowe. Tak trzymaj, drogi autorze! Wracając jednak do meritum, czyli najmłodszego dziecka pisarza, opowiem, jak to ostatecznie było z tym mężczyzną, który spędził ładnych parę dni w towarzystwie rozkładających się zwłok.

Piotr Langer to syn bardzo znanego i jeszcze bardziej ważnego biznesmena. Po zatrzymaniu przez policję i osadzeniu w areszcie zdaje się nie być specjalnie przejęty faktem, że grozi mu spędzenie znacznej części życia w więzieniu. Nie przejmuje się tym, nie chce składać wyjaśnień i ma w głębokim poważaniu swojego obrońcę. No, nie licząc seksualnych propozycji wysyłanych w stronę Joanny Chyłki, której zadaniem jest wyciągnąć go z bagna, w które tak umiejętnie się wpakował. Tylko jak to zrobić, gdy podejrzany o morderstwo w ogóle nie chce i nie zamierza współpracować? Chyłka początkowo nie ma pomysłu, jak to zmienić, jednak z pomocą przychodzi jej młody aplikant kancelarii, Kordian, który z uwagi na beznadziejność imienia szybko zostaje Zordonem. Co dwie głowy, to nie jedna – i zawsze to więcej szans na ciekawe pomysły, rozwikłanie zagadki śmierci dwójki denatów oraz… na wpakowanie się w niezłe kłopoty, czego obydwoje szybko doświadczą.

Oj, dzieje się w życiu bohaterów, dzieje, dlatego plusy powieści Mroza warto zacząć wyliczać od wartkiej akcji – tak, tak! W thrillerze prawniczym to zjawisko też może występować, jak się okazuje. Co dalej? Bohaterowie. Pisarz nie zawiódł mnie na polu kreacji swoich postaci w przypadku Parabellum i nie zrobił tego także tym razem. Chyłka – co to za kobieta! Ubóstwiam i wielbię tę ostrą, konkretną babkę z niespecjalnie wyparzonym jęzorem. Zresztą czy muszę specjalnie reklamować bohaterkę, która czyta książki Stephena Kinga, a swojemu aplikantowi chce robić kolokwium z wiedzy na temat mocno brzmiących kawałków Iron Maiden? Szczerze w to wątpię! Jeśli ktoś jednak Iron Maiden nie kojarzy (o zgrozo!), to gorąco zachęcam do lektury Kasacji, choćby ze względu na tę postać. Aczkolwiek ogół fabuły jest na tyle pociągający oraz wciągający od pierwszych stron, że nie widzę powodów, przez które mielibyście po tę książkę nie sięgnąć – ich zwyczajnie nie ma.

Pragnę także uspokoić panikarzy obawiających się słówka „prawniczy” obok thrillera. Wiem, wiem, boicie się, że wątek z prawem w tle was znudzi, znuży, a na koniec przyprawi o ataki narkoleptyczne. Szczerze mówiąc, przed rozpoczęciem lektury również obawiałam się, że autor, dla którego prawnicze poletko jest chlebem powszednim, zwyczajnie popłynie w tej tematyce i da upust swojemu konikowi. Na szczęście oszczędził nam takich doznań i postarał się, by akcja osadzona na sali sądowej (oraz z nią związana) nie przytłoczyła czytelników. Uff!

Co tu więcej dodać? Kasacja to zdecydowanie jeden z ciekawszych tytułów tej powoli kończącej się już zimy. Dla mnie samej zaś to swoiste przypieczętowanie dobrego zdania na temat umiejętności pisarskich Remigiusza Mroza, które z książki na książkę stają się coraz lepsze i które sprawiają, że ląduje on na mojej osobistej top liście ulubionych polskich autorów.

Ocena: 5/6


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona.
Wyzwania: Polacy nie gęsi.


Parabellum. Prędkość ucieczki - LINK.
Parabellum. Horyzont zdarzeń - LINK.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Dom tęsknot - Piotr Adamczyk





wydawnictwo: Agora
data wydania: 12 września 2014
ISBN: 9788326813528
liczba stron: 510


Długo czytałam tę książkę, naprawdę długo – ponad tydzień, co w moim przypadku jest czymś niemal niespotykanym. Nie dlatego, że była koszmarnie zła. Nie dlatego, że nie podobała mi się. Nie dlatego, że raził mnie styl autora albo dlatego, że postacie i fabuła były do niczego. Było wręcz przeciwnie. Czytałam ją ta długo, bo niczego tak mocno nie pragnęłam, jak spędzić z nią możliwie jak najwięcej czasu. By wryła się w moją pamięć, zapadła w serce i niczym charakterystyczne zapachy z lat dzieciństwa wsiąkła w mury mojego domu.

Biorę ją do ręki, dotykam, wertuję strony i chcę o niej opowiedzieć. Opowiedzieć w piękny sposób, bo i książka piękna... Tylko jakich słów użyć? Wiem! Posłużę się cytatami! Nie, to niemożliwe, wszak jej drobne papierowe ciało upstrzone jest kolorowymi zakładkami indeksującymi – na tylu stronach tyle słów godnych zacytowania, bijących się o palmę pierwszeństwa. Może umieścić je wszystkie w moim tekście? Zrezygnować z moich wynurzeń i pozwolić, by opowieść zareklamowała się sama? Ale kto widział opinię zbudowaną z samych cytatów? Nikt, ja też nie, więc pozwólcie, że opowiem Wam o pewnym domu, który poznałam za sprawą książki Piotra Adamczyka pt. Dom tęsknot.

Ów dom stoi daleko od mojego, bo we Wrocławiu, ale mam silne wrażenie, jakby istniał w moim sąsiedztwie. Jakbym codziennie go widziała, opuszczając swoje cztery ściany i jakbym za sprawą czapki niewidki mogła podglądać życie jego mieszkańców. Szczególnie bliskie jest mi mieszkanie po znanym niemieckim pisarzu, Gustavie Freytagu, którego powojenne losy wygnały z Polski, a jednocześnie pozwoliły zamieszkać w jego czterech ścianach osobliwym rodzinom. Jako pierwsza osiedliła się tam rodzina, zdająca się składać z trzech elementów różnych układanek. On – były partyzant podśpiewujący sobie pod nosem zagrzewające do boju piosenki, którego drażni niemal wszystko, co niemieckie. Ona – córka Niemców, która wierzy, że do Wrocławia oraz mieszkania, w którym obecnie przebywają, wrócą ci, których wygnano. I on – mały Piotruś, który w rezolutny, bezpośredni i bardzo wnikliwy sposób opowiada o PRL-owskiej codzienności widzianej oczyma dziecka. A codzienność ta co rusz go zaskakuje, co chwilę stawia przed nim nowe wyzwania, przygody i niepowtarzalne przeżycia. To, co na zawsze zapadnie mu w pamięć, dzieje się w dniu, w którym postawiono mur berliński. „We Wrocławiu?” – ktoś zapyta. Tak, właśnie tu stanął mur berliński, dzielący ich mieszkanie na dwie części: jedną dla niego i jego rodziców, a drugą dla rodziny żydowskiego pochodzenia. Jakaż to ważna rodzina dla Piotrka! Ważna, bo w jej skład wchodziła Laurka – piękna dziewczynka o uroczym uśmiechu, wobec której mały Piotruś miał jakże poważne plany jak na swój niedojrzały wiek – Laurka miała pewnego dnia zostać jego żoną.

Tak życie Piotrusia kręciło się wokół miłości do Laurki, rodziców, kamienicy i jej mieszkańców oraz tej specyficznej powojennej rzeczywistości, w której wielu tak trudno było odnaleźć się. Piotruś wszystko obserwował i opisywał z rozbrajającą szczerością i humorem charakterystycznym dla dorastającego chłopca. Całość bardzo dobrze obrazowała ówczesne czasy, rys historyczny PRL-u i wszystko to, co dla niego jest tak typowe (sama z rozrzewnieniem wspominałam czasy, gdy jak na wielki skarb oczekiwało się paczki pocztowej od rodziny z Niemiec).

Zatem mamy tu elementy powieści historycznej, specyficzną sagę rodzinną, odrobinę magii, dużo legend, postacie rzeczywiste oraz fikcyjne i mamy uczucia. Uczucia podane w bardzo charakterystycznym dla Pana Adamczyka stylu, w którym prostota i romantyzm tworzą bardzo zapadający w pamięć, zmysłowy taniec słów. Przykład?

Brak mi twojej dłoni w moich rękach – szeptałem – twojego głosu w moich uszach, twoich warg na moich ustach, twojego uśmiechu w moich oczach. Czasami mam wrażenie, że wszystko wokół wariuje z tęsknoty i nawet mojej podłodze brak przez ciebie piątej klepki[i].

Cóż więcej mogę rzec? Chyba tylko tyle, że uległam, ba, wręcz oddałam się podana na tacy Piotrowi Adamczykowi. Ma mnie całą i najpewniej może zrobić ze mną, co zechce, bo w stylu tego pisarza można się zatracić, zakochać i przepaść bez pamięci – to poezja w prozie (o ile mogę tak to nazwać).

Laurka razu pewnego, rozmawiając z Piotrusiem, stwierdziła, że tęskni za tym, co będzie. Piotruś tym wyznaniem szczerze zdziwiony odparł, że nie da się tęsknić za tym, czego jeszcze nie było, ale ona dalej obstawała przy swoim. I wiecie co? Ta mała dziewczynka miała rację. Wszyscy bohaterowie Domu tęsknot tęsknili chyba najbardziej za tym, co ma dopiero nadejść (tylko niektórzy za tym, co minęło). A ja wraz z nimi – tęskniącym wzrokiem wypatruję pięknego jutra. Ach! I nowej książki Piotra Adamczyka – tęsknię za nią!

Ocena: 6/6




[i] P. Adamczyk, Dom tęsknot, Agora, Warszawa 2014, s. 423.



Za możliwość przeczytania książki dziękuję jej Autorowi.
Wyzwania: Polacy nie gęsi.

wtorek, 6 stycznia 2015

Psychoanioł w Dublinie - Łukasz Stec





wydawnictwo: Akurat
data wydania: 25 czerwca 2014
ISBN: 9788377587201
liczba stron: 304


Mężczyzna otwiera oczy. Jest ranek. Pogoda iście irlandzka – za oknem tylko deszcz niesiony podmuchami wiatru. Wie, że jeśli chwilę dłużej poleży w łóżku, to na pewno spóźni się do pracy, ale i tak wyleguje się w najlepsze. I w zasadzie nic nie jest w stanie zaburzyć jego porannej sielanki, nie licząc natarczywego głosu, który niemal krzyczy: „Nakarm mnie!” Po dokładnych oględzinach jest już pewien, że ów głos nie wydobywa się z jego pustego brzucha – więc skąd?

Co za życiowa beznadzieja! Nie ma śniadania, nie było kolacji, do tego poddano mnie kastracji[1].

No tak, to tylko kot… Kot?!

Co się głupio gapisz? Dałbyś szyneczki[2].

Życie Wowy (właściwie Wawrzyńca), bohatera książki Łukasza Steca pt. Psychoanioł w Dublinie, do najłatwiejszych nie należy. Nie dość, że notorycznie spóźnia się do pracy w firmie, która zajmuje się produkcją oraz sprzedażą pierogów, a jego kot, Borys, ma depresję i już kilkakrotnie podejmował się prób samobójczych, to został mu raptem tydzień życia. Tydzień, w którym Wowa ma jedyną w swoim rodzaju szansę na odwrócenie biegu swojego losu i wymknięcie się z rąk śmierci. Naturalnie, jeśli można wierzyć zapewnieniom faceta w białym fartuchu oraz indiańskim pióropuszu na głowie, który to przybywa z Niebios jako osobisty psychoanioł Wawrzyńca i obwieszcza, że czeka go nagła śmierć.

Sprawa prosta nie jest, bo nie dość, że bohater ma niewiele czasu na ratowanie własnego życia, to nie ma też pojęcia, z czyich rąk ewentualnie mógłby zginąć. Któregoś ze współlokatorów? Byłej żony Dezyderii? Może to jej ojciec, urażony, że Wowa śmiał porzucić jego ukochaną córeczkę? Wszak:

Wielokrotnie grozili ci śmiercią, kastracją, trepanacją czaszki, a nawet trwałą ondulacją[3].

Bez względu na to jak potoczą się losy bohatera, musicie wiedzieć, że podczas ich śledzenia czeka Was niewyobrażalna dawka śmiechu, takiego aż do bólu twarzy. Postacie wykreowane przez Steca są obłędne: beztroski Wowa o duszy niespełnionego i niedocenionego artysty, zdołowany kot Borys, przytłoczony swoją egzystencją w roli kastrata, psychoanioł Alfred, który przypomina Jima Carrey’a w wersji indiańskiej i inne poboczne, ale równie udane osobistości. Lekki i zabawny styl autora dopełnia dzieła.

Fani miksów gatunkowych również będą powieścią Steca usatysfakcjonowani, bowiem mamy tu nieco kryminału, sporo fantastyki, wątki romantyczne (z tymi w kociej wersji włącznie) i groteskę. Wszystko to razem podane jest w humorystycznej formie, która idealnie to wszystko łączy i sprawia, że żal rozstać się z książką.

Cieszę się ogromnie, że to właśnie z Psychoaniołem w Dublinie mogłam zacząć nowy, czytelniczy rok i tak świetnie przy tym bawić się, choć po tej powieści zupełnie tego nie spodziewałam się. Opowieść Łukasza Steca – to dla mnie duża i bardzo pozytywna niespodzianka, która sprawiła, że chcę więcej. Gwarantuję też, że i Wy zakończycie tę lekturę z tym samym odczuciem. Bierzcie i bawcie się przy niej wszyscy! Ataki niekontrolowanego śmiechu gwarantowane!

Ocena: 6/6




[1] Ł. Stec, Psychoanioł w Dublinie, Wydawnictwo Akurat, Warszawa 2014, s. 55.
[2] Tamże.
[3] Tamże, s. 114.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję jej Autorowi.
Wyzwania: Polacy nie gęsi.

sobota, 27 grudnia 2014

Trzy odbicia w lustrze - Zbigniew Zborowski





wydawnictwo: Zysk i S-ka Wydawnictwo
data wydania: październik 2014
ISBN: 9788377855645
liczba stron: 416


Nie wiem dlaczego, ale w ostatnim czasie stałam się mocno krytyczna wobec czytanych przeze mnie lektur. Na siedem ostatnio przeczytanych książek naprawdę duże i dobre wrażenie zrobiły na mnie zaledwie… dwa tytuły, tj. Kiedyś byliśmybraćmi oraz ten, o którym dziś Wam opowiem.

To książka, na którą nie wiedziałam, czy się decydować, bo z sagami rodzinnymi raczej nie jest mi po drodze – jeśli już jakieś czytałam, to w najlepszym wypadku były całkiem znośnymi czytadłami, a nie dobrymi i godnymi polecenia powieściami. Ostatecznie argumentem przemawiającym za tym, by książka trafiła w moje ręce, było nazwisko autora – Zbigniewa Zborowskiego. To pan, który zadebiutował w zeszłym roku, wydając pod swoim nazwiskiem horror, sensację i thriller w jednym pt. Nowy drapieżnik. Ta mroczna historia ze światkiem gangsterskim w roli głównej zrobiła na mnie na tyle dobre wrażenie, że nie mogłam doczekać się kolejnej, która wyjdzie spod pióra tego autora. I w roku bieżącym ta się pojawiła, ale zaraz, zaraz… Saga rodzinna? Naprawdę? Nie dowierzałam, że właśnie ten pisarz pokusi się o wybór tego gatunku. Ponad czterysta stron później nie dowierzałam, że z takim zaangażowaniem, zainteresowaniem i uczuciem podniecenia zakończyłam rzeczoną lekturę.

Plusy nowej powieści Zborowskiego pt. Trzy odbicia w lustrze można zacząć wymieniać od samego pomysłu na fabułę. Choć akcja rozpoczyna się w czasie teraźniejszym, to szybko ustępuje miejsca przeszłości, a konkretnie czasom przedwojennej Polski. Zosia jest młodą kobietą, której marzy się wyrwanie z biednej rodzinnej miejscowości (warszawskie Powiśle) – chce się uczyć, jest ambitna. Jej śmiałe i całkiem możliwe do realizacji plany niweczy jednak wojna, która pojawia się nieproszona. Mimo to Zosia radzi sobie w nowej rzeczywistości całkiem dobrze, choć nie bez pomyłek i zranionego serca… Osłodą niełatwego życia ma stać się dla niej naznaczona szczególnym darem córeczka, Wandzia.

Mijają lata. Mała Wandzia przeobraża się w młodą kobietę wierną panującemu systemowi i mężowi esbekowi. Ślepa wiara w panujący ustrój nie kończy się dla niej dobrze, choć początkowo zapowiada się, że już zawsze będzie żyć w dostatku i (jak na ówczesne lata) luksusie. Zdaje się, że jako żonie tak wysoko postawionego oficera, włos z głowy spaść jej nie może, ale jednak… I nic tu do rzeczy nie będzie miał fakt, że Wanda jest w dziewiątym miesiącu ciąży.

Ledwie dziesięcioletnia Anna (córka Wandy) może już poszczycić się wątpliwej jakości przeżyciami. Przeżyciami, które w żadnym wypadku nie powinny dotyczyć tak małego dziecka, jednak Anna – to wyjątkowo łebska dziewczyna, która nie daje sobie w kaszę dmuchać. Jej zaradność połączona ze smykałką do biznesu szybko daje plon w życiu dorosłym. Okazuje się, że to kobieta urodzona pod szczęśliwą gwiazdą, która niczym Midas przemienia wszystko w metaforyczne złoto. Zdaje się, że worek ze szczęściem, z którego czerpie, nie ma dna, a wzmianki babci Zosi o rzekomej klątwie, która ciąży na ich rodzinie, zbywa machnięciem ręki. Czy słusznie? Wkrótce przyjdzie jej boleśnie przekonać się, że nie i że gadanie leciwej babki – to nie tylko zwykłe zabobony.

Choć to, co wyżej napisałam, zdaje się całkiem sporo zdradzać z akcji powieści, to wierzcie mi, że jest to tylko zalążek tego, co czeka Was podczas lektury. Nie zdradzić o niej zbyt wiele, a jednocześnie zachęcić do sięgnięcia po tę książkę – to nie lada wyczyn, bo dzieje się tu naprawdę wiele. Po pierwsze, mamy trzy ramy czasowe, tj. lata wojenne (i na chwilę przed jej wybuchem), czasy powojennego PRL-u oraz czasy współczesne, które sięgają lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Każda z nich oddana jest przez pisarza perfekcyjnie, co daje wrażenie krótkiej, ale bardzo treściwej powtórki z lekcji historii Polski. Wraz z bohaterami przeżywamy dramat wojny, trudne czasy działalności Służby Bezpieczeństwa (tutaj mamy arcyciekawy, choć fikcyjny przykład bezgranicznej wiary w panujący system i konsekwencji z niej wypływających) i potem trudny proces podnoszenia się kraju z kolan i stawania na równe nogi.

Kolejny plus – to pełnokrwiści bohaterowie, z którymi się zżywamy, choć nierzadko potępiamy ich wybory oraz działania. Zosia ujmuje wrażliwością, pragnieniem poczucia bezpieczeństwa i miłości oraz niestrudzoną siłą w dążeniu do swoich pragnień.

- (…) A co to jest szczęście?- Szczęście jest wtedy, gdy lubisz swoje odbicie w lustrze. A rano cieszysz się, że zaczyna się kolejny dzień[1].

Wanda, mimo że jest ofiarą panującego ustroju, niestety razi swoim zachowaniem, budzi niesmak podejmowanymi decyzjami, ale też wzbudza podziw odwagą. Anna – dziarska i waleczna już od szczenięcych lat, ale nieidealna, pełna skaz, prawdziwa i ludzka.

Styl i język autora, tak jak w przypadku Nowego drapieżnika, jest typowo współczesny, lekki, momentami podszyty humorem, nieraz ostry i dosadny, ale w chwilach tego wymagających dostosowany do czasów, w których toczy się akcja powieści. Wszystko to razem sprawia, że Trzy odbicia w lustrze czyta się wyśmienicie, z zapartym tchem, raz po raz otwierając usta ze zdziwienia nad licznymi zwrotami akcji.

Zdecydowanie jest to jedna z najlepszych książek, które miałam okazję czytać w mijającym roku. Gdyby zaś wszystkie sagi rodzinne były napisane w stylu, jakim dysponuje Zborowski, to bez wątpienia gatunek ten stałby się jednym z najczęściej przeze mnie wybieranych. A twórczość pisarza już teraz staje się jedną z moich ulubionych i już nie mogę doczekać się jego kolejnej książki. Jeśli pewnego dnia zdecyduje się on sygnować swym nazwiskiem książkę telefoniczną, to najpewniej przeczytam ją z wypiekami na twarzy i chętnie obejmę patronatem Książkówki. Oto siła i moc zaklęta w piórze Zborowskiego!

Ocena: 6/6




[1] Z. Zborowski, Trzy odbicia w lustrze, Zysk i S-ka, Poznań 2014, s. 259.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.
Wyzwania: Polacy nie gęsi.

środa, 10 grudnia 2014

Zamknięta prawda - Bartłomiej Basiura





wydawnictwo: Novae Res
data wydania: 10 marca 2014
ISBN: 9788379421077
liczba stron: 534


Jakiś czas temu na którymś z blogów natknęłam się na komentarz, w którym autorka stwierdzała, że nie czytuje książek polskich autorów, bo te są zwyczajnie słabe, a polscy pisarze nie mają zbyt dobrze rozwiniętej wyobraźni, by się tworzeniem powieści należycie zajmować. Kto czytuje książki polskich autorów, ten na pewno teraz kręci głową z dezaprobatą, myśląc, że nie ma w tym prawdy. I faktycznie tak jest. Tych, którzy świetnie radzą sobie na literackim poletku, jest wielu i na pewno nie da się im odmówić wysoko rozwiniętej wyobraźni. Sprawa ma się gorzej, gdy ta zaczyna któregoś z nich ponosić, co nie najlepiej odbija się na dziele, który stworzył. Mimo że autor stworzył całkiem intrygującą fabułę, której zawrotnego tempa akcji naprawdę odmówić się nie da, takie właśnie odczucie wyniosłam z lektury pt. Zamknięta prawda, który wyszedł spod pióra Bartłomieja Basiury.

Historia rozpoczyna się motywem zagadkowej śmierci policjantki. Poznanie okoliczności jej zgonu staje się dla policji niekwestionowanym priorytetem, dlatego do ich zbadania zostaje zatrudniony jedyny w swoim rodzaju specjalista – ekspert od mowy ciała, Michał Drobik. Sprawa z dnia na dzień staje się coraz bardziej zagmatwana i trudna do rozwikłania, dlatego dobrze dzieje się, że dziełem przypadku Drobik zyskuje pomocnika – poznaną na strzelnicy Justynę, kobietę chorą na raka. Ich wspólne śledztwo skrzyżuje swe drogi z tą, którą podąża dobrze znany policji były żołnierz, uczestniczący niegdyś w misji w Afganistanie, Uczeń Carpzova.

Jakbym miała jednym zdaniem opisać wrażenia wyniesione z tej lektury, to powiedziałabym: Panie! To, co tu się dzieje, w głowie się nie mieści! Bo dzieje się naprawdę dużo i to zasadniczo powinno być (i dla wielu czytelników bez wątpienia będzie) największym plusem powieści Basiury. Tylko że autor, według mnie, odrobinę się zapędził, popuszczając wodze swojej fantazji i stworzył fabułę rodem z amerykańskich filmów akcji (której nie powstydziłby się sam Steven Seagal). Osadzona, powiedzmy, w USA wyglądałaby o niebo bardziej realistycznie, niż rozgrywając się m.in. w Katowicach, Krakowie, a nawet pod Kielcami. Zdobycie w sposób legalny broni w naszym kraju nie jest łatwą sztuką, za to bohaterzy Zamkniętej prawdy nie mają z tym problemu. Znajdzie się tu też miejsce na pościg drogą lotniczą i dla córki byłego premiera, która podkłada ogień w jednym z najważniejszych dla społeczeństwa miejsc. Są też strzelaniny, mordobicia, dużo krwi… I wszystko byłoby OK, gdyby cały ten majdan przenieść na arenę amerykańską – byłoby po stokroć naturalniej.

Bohaterowie? Równie „realistyczni”, co sama fabuła. Chora na raka, która w zasadzie już umiera, ale bez problemu ładuje się w całą tę kabałę, bo brakuje jej w życiu wrażeń. Wielce wykwalifikowany specjalista od mowy ciała, który bronią posługuje się jak fajtłapa rodem z Akademii policyjnej i który jest na tyle nierozgarnięty, że w kawiarence zamawia dla siebie…herbatkę redukującą cellulit. Na dobrą sprawę taka kreacja bohaterów jest plusem, bo przynajmniej jest się z kogo pośmiać.

Strona techniczna powieści też nie świeci przykładem, bo zdarzają się większe lub mniejsze wpadki korektorskie typu „tylkopo to”, ale nie rażą one w oczy na tyle, by zabierały chęć dalszego poznawania losów bohaterów. Raziła mnie za to dziwna maniera autora związana z przedstawianiem niemal każdej postaci z imienia i nazwiska – o ile w przypadku tych liczących się dla fabuły bohaterów to nie dziwi, o tyle w przypadku postaci epizodycznych już nieco irytuje. Przez chwilę bałam się, że jeśli autor zdecyduje się na wprowadzenie do fabuły jakiegoś zwierzęcia, to i ono zostanie mi przedstawione z imienia i nazwiska, ale na szczęście nic takiego się nie stało.

Reasumując, nie mogę powiedzieć, bym była Zamkniętą prawdą zachwycona, mogłoby być lepiej, co jednak nie zmienia faktu, że panu Bartłomiejowi Basiurze nie da się odmówić polotu i wyobraźni – wystarczyłoby ją nieco powściągnąć albo lepiej – dostosować do realiów związanych z miejscem akcji.

Fani zawrotnego tempa akcji, barwnych postaci jak i miksów gatunkowych (bowiem tytuł Basiury – to mieszanka sensacji, kryminału i thrillera z wątkiem romantycznym) powinni być zadowoleni z wyboru tej właśnie książki.

Ocena: 3/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Novae Res.
Wyzwania: Polacy nie gęsi.

środa, 27 sierpnia 2014

Seksturysta - Adam Ambler


Ze względu na tematykę tekst skierowany jest do osób pełnoletnich.




wydawnictwo: self-publishing
data wydania: 2014
liczba stron: 242


Pamiętam, jak kilka lat temu do słowników naszego społeczeństwa media wprowadziły pojęcie seksturystyki. W moim otoczeniu pojęcie to kojarzono głównie z bogatymi paniami, które, chcąc przeżyć przygodę swego życia i nieźle się zabawić, wyjeżdżały do dalekich, skąpanych w słońcu krajów, gdzie nikt ich nie znał i gdzie mogły zrobić to, na co zawsze miały ochotę – przeżyć upojny romans (jeśli nie kilka) z przystojnym tubylcem. Później pojęcie to rozszerzyło swoje znaczenie o zdecydowanie bardziej negatywne konotacje, bowiem seksturystyka zaczęła kojarzyć się z bogaczami korzystającymi z usług nieletnich prostytutek w krajach, w których seks można kupić za grosze. I tak już zostało do dziś. Pojęcie to nie nabrało ani trochę pozytywniejszego wymiaru, o czym wie autor książki pt. Seksturysta – Adam Ambler. Dlatego też za jej pomocą usiłuje on przekonać czytelnika, że zjawisko to wcale nie musi być złem samym w sobie, o ile z powodu udziału w nim nie łamie się prawa. Ba! Wskazuje nawet (choć może niedosłownie), że seksturyści pomagają biedniejszym krajom, bo w końcu zostawiają w nich dużo pieniędzy i to nie tylko w portfelach pań z wiadomej branży czy ich opiekunów, ale także w hotelach, restauracjach czy taksówkach…

Adam, bohater niniejszej książki, jest dobrze zarabiającym handlowcem. Podróże po świecie w celach biznesowych (w tym przypadku mowa o krajach indonezyjskich) – to jego chleb powszedni. Jednak wiadomo, że nie samą pracą człowiek żyje – trzeba się też zrelaksować, odpocząć i dać upust swojemu popędowi seksualnemu. Pod płaszczykiem zaspakajania tejże potrzeby kryje się również, jak mniemam, mniej lub bardziej świadome pragnienie połechtania swojego samczego ego. Seks z wieloma kobietami jednej nocy, w trakcie której każda z nich zostaje w pełni zaspokojona (niektóre nawet kilkakrotnie podczas jednego aktu), siłą rzeczy musi dodawać 100 punktów do wysokiego mniemania o samym sobie naszego narratora. Nie zapominajmy również, że kobiety, z którymi sypia, są tymi, którym za seks się płaci – to nie one mają otrzymać erotyczne spełnienie, a klient, zatem o kolejne kilka punktów wzrasta samoocena naszego hojnego rozdawcy orgazmów. Absolutnym przypieczętowaniem i tak już doskonałych umiejętności łóżkowych naszego seksturysty są jego wytrzymałość i długodystansowość. Podczas lektury miałam wrażenie, że śledzę przygody seks maszyny a nie zwykłego człowieka – Adam może na zawołanie, Adam może godzinami, Adam jest niekwestionowanym mistrzem w powstrzymywaniu wytrysku… Aj, zapomniałabym! Adam jest też hojnie obdarzony przez naturę, dlatego wszystkie kobiety goszczące w jego pokoju hotelowym już na sam widok jego atrybutu męskości zaczynają ślinić się i bez wątpienia z marszu robiłyby się wilgotne, gdyby nie to, że indonezyjskie kobiety takich właściwości na ogół nie mają (choć oczywiście Adamowi trafia się ten rzadki okaz będący wyjątkiem…).

Jak robił to Adam? Na wiele różnych sposobów. Był seks klasyczny, były trójkąty i inne wielokąty, była akrobatka i jej „helikopter” (jedno z najwymyślniejszych doświadczeń erotycznych narratora)… Był seks oralny, seks wprawny i nieporadny… Słowem, niemal wszystko, czego można sobie w łóżku zamarzyć oprócz perwersji i tego, co prawnie zakazane. Na szczęście na zawartość tytułu składają się nie tylko opisy łóżkowych ekscesów. Mamy tu osobiste przemyślenia autora czy też jego… porady. Może lepiej nazwać je wskazówkami. Wiecie, dlaczego Europejki oraz Latynoski są lepsze w pozycji „na jeźdźca”? Nie? Adam Ambler Wam to wyjaśni! Wiecie, jaki jest podstawowy błąd wielu mężczyzn po zakończeniu aktu seksualnego? Nie? Autor palcem Wam go wskaże jak i prawidłową drogę postępowania. A może ciekawi Was, jak wiele odniesień do współżycia seksualnego zawiera Biblia? Po przeczytaniu Seksturysty będziecie zaskoczeni, że jest ich tak wiele.

Przyznam szczerze, że niektóre wywody autora naprawdę do mnie trafiły i sprawiły, że patrzyłam na niego zdecydowanie łaskawszym okiem niż na początku lektury. Między innymi poruszył wątek, który w moich rozmyślaniach jest obecny od dawna. Chodzi o postrzeganie przez społeczeństwo mężczyzn i kobiet, którzy nie stronią od seksu oraz mają za sobą wielu łóżkowych partnerów. Wiadomo, że tacy mężczyźni nie budzą w Polsce takiego zgorszenia jak kobiety, które do tego otwarcie przyznają się. Panie, które uprawiają seks z wieloma partnerami na przełomie swojego życia i traktują go jako coś normalnego są u nas napiętnowane i z reguły określane konkretnymi słowami o negatywnym wydźwięku: „puszczalska”, „pani lekkich obyczajów” (oczywiście na ogół padają zdecydowanie bardziej wulgarne określenia) itd. Autor, jak niewielu innych ludzi, dostrzegł niesprawiedliwość w tej materii i przyznał, że nie jest to ani fair, ani właściwe, za co naprawdę zyskał w moich oczach.

Stracił za to za coś innego. Mianowicie za swój język. Wiadomo, że niewielu mężczyzn, opisując akt seksualny, posługuje się kwiecistym i romantycznym językiem. Większość panów używa do tego celu raczej słów dosadnych i nierzadko wulgarnych. Podobnie czyni Ambler, jednak zamiennie z różnorakimi eufemizmami dotyczącymi stosunku seksualnego czy narządów płciowych, typowo męskie podejście do nazewnictwa męskich organów rozrodczych wymieniając na nazwy typu „czułek”, „zaganiacz” czy „pistolet”. Ile zabawy i radości dały mi tego typu określenia, wiem tylko ja… Nie uważam tego za pomysł trafiony. Z dwojga złego wolałabym już, by autor od początku do końca obstawał przy wulgarniejszej formie, co wyglądałoby zdecydowanie bardziej realistycznie, a tak częściej było śmiesznie i zabawnie niż intrygująco czy podniecająco.

Na szczęście nie tylko na erotyce opiera się opowieść Amblera. Jej największym atutem są opisy życia codziennego w Indonezji i jej poszczególnych miastach, tego, co tam jest codziennością (jak na przykład wszędobylskie łapówkarstwo czy oszustwa, których ofiarą może paść niemal każdy turysta). Opowiada też o sytuacji ekonomicznej a nawet historii miejsc, które odwiedza. I to w tej książce jest najlepsze, najciekawsze i ta obroniłaby się najlepiej wówczas, gdyby zawierała tylko te elementy, wyłączając seksualne przygody Adama.

Ostatecznie Seksturysta wypada w moich oczach – o dziwo – całkiem dobrze. Nie jest tym, czego się po tym tytule spodziewałam (czyli opisem niekończącej się kopulacji) – ma w sobie coś więcej. Z tego powodu zdecydowanie warto zaznajomić się z tą powieścią. A seks tu zawarty? To tak naprawdę rzecz gustu i podejścia do tematu. Mnie nie ujął, ale może kogoś z Was będzie elektryzował. Sprawdźcie sami.

Ocena: 3.5/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję jej Autorowi.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Dziewczynka z balonikami - Agnieszka Turzyniecka





wydawnictwo: Szara Godzina
data wydania: 16 kwietnia 2014
ISBN: 9788364312229
liczba stron: 176


Mało które książki robią na mnie naprawdę silne wrażenie. Nie mam na myśli łez wzruszenia czy niepohamowanej euforii. Mam na myśli książki, po których przeczytaniu jeszcze długo o nich myślę, bo nie dają mi o sobie zapomnieć. Z taką właśnie spotkałam się w ostatnich dniach. Jest to książka niepozorna, bo nieobszerna. Dodatkowo jej okładka oraz tytuł kojarzą się dość sielsko, choć dziewczynka, którą widzimy na froncie, odwrócona jest do czytelnika plecami, przez co nie widzimy wyrazu jej twarzy. Być może na jej buzi maluje się piękny, niewinny i rozbrajający uśmiech, a może wręcz przeciwnie – po policzkach płyną łzy… Z podobną sytuacją możemy mieć do czynienia w przypadku osób cierpiących na depresję – ich uczuć nie da się dostrzec na pierwszy rzut oka. Są skryte głęboko w ich wnętrzach i nierzadko pod płaszczykiem sztucznego uśmiechu i pozorowanej radości. Jak nikt inny wie o tym Marlena, bohaterka powieści Agnieszki Turzynieckiej pt. Dziewczynka z balonikami.

Marlena jest młodą kobietą, która jakiś czas temu wyjechała do Niemiec, szukać lepszego życia. Koleje jej losów jednak nie toczą się nazbyt pomyślnie – nie udało się jej skończyć studiów, praca nie jest szczytem jej marzeń, a i na polu uczuciowym szczęście nigdy szczególnie jej nie dopisywało. Na domiar złego najbliższa rodzina Marleny nie jest tą, którą można by sobie wymarzyć. Z rodzeństwem od najmłodszych lat nie ma najlepszych relacji, a matka, zamiast okazywać własnemu dziecku zainteresowanie i troskę, woli kwitować jej problemy stwierdzeniem „jesteś głupia”. Na wsparcie może liczyć tylko ze strony ojca.

Czy gdy na światło dzienne wychodzi wieść o problemach zdrowotnych Marleny, to sytuacja rodzinna poprawia się? I tak, i nie. Co prawda matka zdaje się okazywać córce nieco więcej zainteresowania, ale chyba nie jest ono ani trochę zdrowsze od tego z czasów dzieciństwa. Rodzina ma Marlenę za wariatkę, a matka winę za chorobę zrzuca na jej barki, mówiąc że sama jest sobie winna. I właśnie ta postawa rodzicielki głównej bohaterki poraziła mnie w książce najmocniej. Jestem skłonna stwierdzić, że to właśnie matka w dużej mierze przysłużyła się do problemów zdrowotnych Marleny – zamiast być dla niej podporą, kochającą osobą, która motywuje i wspiera, była taranem, który niszczy to, co w jej córce najlepsze. Była siłą niszczycielską, która nie bacząc na nic, zabijała kruche i delikatne wnętrze Marleny. Zastanawiające jest to, jak niektórzy rodzice potrafią destrukcyjnie wpływać na swoje dzieci, często nie mając o tym pojęcia lub żyjąc w przeświadczeniu, że wszystko robią dobrze, podczas gdy popełniają jeden błąd wychowawczy za drugim…

A propos lektury Dobry ojciec Diane Chamberlain zastanawiałam się, czy każdy może być dobrym rodzicem i czy można się tego nauczyć z czasem. Doszłam do wniosku, że jeśli nie ma się tego we krwi, to jak najbardziej można tę cechę nabyć. Teraz jednak mam ku temu solidne wątpliwości i to na tyle silne, by stwierdzić, że niektórzy zwyczajnie rodzicami być nie powinni (nie chcę w tym momencie nikogo urazić).

Jeśli chodzi o styl i budowę powieści, to składa się ona z krótkich rozdziałów opatrzonych tytułami, w których w dużej mierze śledzimy losy bohaterki podczas pobytu w jednym z niemieckich szpitali. Nie ma tu nużących wynurzeń bohaterki i przygniatających opisów jej stanu emocjonalnego. Powieść napisana jest w możliwie lekkim stylu jak na tak trudną tematykę, dlatego tak dobrze się broni i nie odstrasza czytelnika ciężarem negatywnych emocji. Zakończenie zaś daje nutkę optymizmu, powiew wiary w lepsze jutro bohaterki. Wierzę w to, że się jej uda.

Bardzo chciałabym, by książkę przeczytało jak najwięcej osób, szczególnie te, które mają słabe pojęcie o depresji i uważają ją za wymysł. To według mnie też lektura obowiązkowa dla każdego rodzica. Dziewczynka z balonikami – to solidna lekcja na temat tego, jak nie postępować z dzieckiem i których błędów nie popełniać.


Ocena: 5/6


Za mozliwość przeczytania książki dziękuję jej Autorce.

piątek, 8 sierpnia 2014

W niewoli seksu - K. S. Rutkowski





wydawnictwo: Novae Res
data wydania: 2014
ISBN: 9788379421725
liczba stron: 136


Podobno to kobiety mają skomplikowaną naturę, a mężczyźni – wręcz przeciwnie. Jednak większość kobiet zapytana o to, czy z poprzednim zdaniem się zgadza, pewnie miałaby do wtrącenia jakieś małe „ale” na ten temat. Sytuacji, w których kobiety zwyczajnie panów nie rozumieją jest całe mnóstwo i nieraz wtedy chciałybyśmy zajrzeć do głów tych mężczyzn, którzy z jakichś powodów spędzają nam sen z powiek albo przynajmniej zabierają spokój. I ja ostatnio ku temu okazję miałam – oczywiście niedosłowną, bo zdolność telepatii jest mi obca – ale w pewnym sensie udało mi się dokonać tej niemożliwej rzeczy. „Jakim cudem?” – zapytacie. Otóż za sprawą opowiadań K.S. Rutkowskiego pt. W niewoli seksu.

Bohaterami tych tekstów są właśnie mężczyźni, następnie kobiety, które znacząco wpływają na koleje ich losów, zaś spoiwo łączące wszystkie opowieści – to seks. Panowie będący bohaterami opowiadań Rutkowskiego znajdują się na różnych etapach życia, w różnych miejscach świata i mają różne plany, marzenia oraz wizje swojej przyszłości, jednak z tymi samymi potrzebami seksualnymi, które nierzadko wpędzają ich w niezłe tarapaty. Mamy tu emigranta, który będąc na zagranicznym dorobku, korzysta z szansy, jaką podsunął mu los i regularnie sypia z żoną swojego szefa, która to ostatecznie chce go wplątać w morderstwo. Z kolei barowy podrywacz, usiłujący zdobyć względy pięknej barmanki i zaliczyć kolejną noc pełną uciech z nieznajomą, nie spodziewa się, że to on właśnie będzie tym wykorzystanym i poniżonym. Inny, będący ofiarą psychicznej przemocy, której latami dopuszczała się jego małżonka, pewnego dnia postanawia zakończyć swoje cierpienie raz na zawsze, wybierając dla żony karę najsroższą z możliwych. Jeszcze inny – to ofiara chorobliwej zazdrości.

I to zaledwie maleńka cząstka opowieści, które można znaleźć w zbiorze Rutkowskiego. Wszystkie są ciekawe, z dobrymi zakończeniami, dają do myślenia i pozwalają spojrzeć na mężczyzn i ich świat typowo męskim okiem. Takiż sam jest język, którym posługuje się autor – twardy, męski, dosadny i często wulgarny, co wcale nie jest wadą tych utworów, wręcz przeciwnie – pieprzny język dodaje im realizmu.

Jednak nie mogę powiedzieć, by W niewoli seksu miało mi zapaść w pamięć na dłużej. Oprócz chwilowej możliwości zajrzenia w męskie umysły w zasadzie nic więcej z lektury nie wyniosłam. Choć jej tematyka nie jest lekka, to i tak w ostateczności jest ona zbiorem niezobowiązujących tekstów, które czyta się szybko, w ciągu kilku chwil. To dobry przerywnik pomiędzy długimi i trudnymi lekturami. Fanom krótkich form oraz pisarstwa naszych rodzimych autorów zbiór ten bez wątpienia przypadnie do gustu. I jeszcze jedno! Wszystkim spodziewającym się pozycji pokroju 50 twarzy Greya śpieszę z informacją, że to nie ten typ literatury – to nie literatura erotyczna sensu scricto.

Ocena: 3/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję jej Autorowi.

piątek, 25 lipca 2014

Wyspa na prerii - Wojciech Cejrowski





wydawnictwo: Zysk i S-ka
data wydania: 11 lipca 2014
ISBN: 9788377855256
liczba stron: 304


Morza szum, ptaków śpiew… Drinki z parasolkami, plaże z prażącym piaskiem… Nie, nie chodzi o wakacje pod palmami ani moje, ani autora książki, która ostatnio umilała mi czas i zabrała w daleką podróż – on na takie się nie pisze. Zamiast tego lubi wyzwania, przygody, zakątki niecodzienne albo surowe, często nieprzyjazne człowiekowi. Dlatego nie zdziwiło mnie, że miejsce, które stało się dla niego drugim (albo może lepiej – kolejnym) domem, znajduje się na prerii, gdzie hula wiatr, piach i pył wdzierają się w każde zakamarki, a ludzie mówią możliwie szybko i krótko, by niepożądane drobinki nie wdarły się do ich ust przy mocniejszym podmuchu. Tam, gdzie otoczenie najczęściej przybiera kolory szarości, czerwieni i wszędobylskiej rdzy.

Rzecz dzieje się współcześnie, w Arizonie, tuż przy granicy z Meksykiem. Dziki Zachód dawno przestał być dziki, ale mieszkańcy prerii wciąż o tym zapominają. Preria jest trochę dzika, trochę niepiśmienna. Nie jest zacofana! Po prostu poszła w inną stronę niż nasza cywilizacja. Posłuchajcie…[1]

Oj, jest o czym słuchać, gdy historie wychodzą z ust (tu: spod pióra) Wojciecha Cejrowskiego. Chyba każdy, kto choć raz obejrzał któryś z odcinków jego programów podróżniczych w telewizji lub przeczytał choć jedną z jego książek o tej samej tematyce, wie, że jest to niekwestionowany mistrz gawędziarstwa. Gawędziarstwa z polotem, podszytego humorem, nieraz ironią, z ogromną dawką wiedzy i inteligencji. Tego wszystkiego nie mogło zabraknąć również w najnowszej jego pozycji pt. Wyspa na prerii.

Jak to się stało, że tym razem autor wylądował w Arizonie? – zapytacie. A tego Wam nie zdradzę. W ogóle postanowiłam tym razem zdradzić jak najmniej z treści książki, bo i po co, skoro Wojciech Cejrowski zrobi to ode mnie po stokroć lepiej? Powiem Wam jedynie, że to książka pisana stylem jakże typowym dla tego znanego i cenionego podróżnika. Nie jest to żaden przewodnik ze zbiorem miejsc, które należy koniecznie zobaczyć, będąc w Arizonie. Książka opowiada raczej o tym, jak wygląda życie codzienne w tym dość surowym dla gringo miejscu, w którym każdy dzień przynosi niespodzianki i gdzie nikt nie uprzedzi nas o tym, co może nas tu spotkać, nikt nam nic nie doradzi – dla mieszkańców Arizony wszystko jest normą, z którą są tak oswojeni, że ciężko im choćby pomyśleć o tym, że ktoś może czegoś nie wiedzieć. Postanowiłeś wreszcie wysprzątać porządnie swój drewniany i trzeszczący domek na prerii za pomocą wiadra z wodą i szmaty? Błąd! Wszystko będziesz miał oblepione czerwonym pyłem – tu sprząta się wiatrem. Postanowiłeś zrobić pranie i wywiesić je na zewnątrz do wyschnięcia? Błąd, każdy Twój ciuch będzie w czerwonym pyle. Postanowiłeś wpaść z niezapowiedzianą wizytą do sąsiadów? Błąd, całkiem możliwe, że ten, zgodnie z prawem, odstrzeli ci rękę lub nogę (jeśli od razu nie zabije cię na miejscu), gdy tylko postawisz stopę na jego posesji.

Zapytacie może, co taki obieżyświat jak Cejrowski robi w miejscu, gdzie najbardziej pożądaną czynnością jest nicnierobienie? Dokładnie, nie robi nic, a jak już coś robi, to tylko wtedy, gdy musi: kiedy wysiądzie pompa od wody, kiedy silny wiatr zerwie dach z domu, kiedy trzeba jechać po świeży zapas margarity i limonek, kiedy kończy się pakowany lód, kiedy kornik w końcu zeżre nogi od krzesła, na którym autor siedzi co dzień na porczu (Cejrowski tym spolszczonym słowem określa porch, czyli konstrukcję, która jest jednocześnie i gankiem, i przyzbą tak charakterystyczną dla tamtych rejonów świata i którą często oglądamy w filmach). Na prerii nigdy nic się nie robi bez konieczności, bo na robienie czegoś w sposób spontaniczny jest zwyczajnie za gorąco.

A czy taki gringo jak Cejrowski w ogóle ma szansę dogadać się z miejscowymi? Czy może się z nimi zaprzyjaźnić? Może, ale jest to proces długotrwały i wymaga (chyba jak wszędzie) zaznajomienia się z obowiązującymi w stadzie zasadami (w Arizonie ludzie w istocie żyją niczym zwierzęta w stadach). Ty musisz ich dobrze poznać i robić to tak, by nikogo nie urazić i nie być wścibski – tak jak robią to oni. Mieszkańcy Arizony zdają się mieć nadprzyrodzone zdolności, bo mimo że nie przebywają fizycznie obok ciebie, to wszystko o tobie wiedzą. Wiedzą, że pompa ci wysiadła, że pranie porwał ci wiatr i zostawił na krzakach, że w wyjątkowo wrażliwe miejsce się poparzyłeś… Wiedzą wszystko, zaś o sobie powiedzą ci tyle, ile sami będą chcieli i w odpowiednim według nich momencie. Jak już ten dzień nadejdzie, to przekonasz się, ile jest barwnych życiorysów wokół. Jest facet, który zbiera od ludzi nagromadzone nerwy oraz stres i raz na jakiś czas wybucha, robiąc przy tym niemałą rewolucję (np. przeganiając na cztery wiatry natrętnych urzędników), jest żona listonosza, która miała bardzo, ale to bardzo bujną przeszłość, a teraz jest bardzo, ale to bardzo bogobojną matką pięciu synów[2]. Są też inne odważne kobiety, które po odbyciu służby wojskowej wróciły z mniejszymi lub większymi uszczerbkami na zdrowiu – jedna bez nogi, druga bez oka, ale z opaską w miejscu opustoszałego oczodołu i kolejna bez oka, ale za to z solidnym zapasem sztucznych gałek, które dobiera do stroju czy okoliczności (przy tym nie ma problemów z wymianą protezy przy rozmówcy w barze…).

I choć pewnie teraz wydaje się Wam, że całkiem sporo zdradziłam z tego, co serwuje lektura, to wierzcie mi, że jest to ledwie maleńki pierwiastek z tego, co opowie Wam Cejrowski. Czy muszę Was szczególnie zachęcać do poznania tej książki? Wydaje mi się, że nie. Czy muszę utwierdzać Was w przekonaniu, że jest wyśmienita i żal się z nią rozstawać? Też myślę, że nie, bo kto kojarzy autora, na pewno nie ma żadnych wątpliwości w tym względzie. Skuszę się jednak na pochwałę w kierunku wydawnictwa, które postarało się, by wydanie Wyspy na prerii było piękne i wysokiej jakości. Twarda oprawa, szycie, kredowy papier, wysokiej jakości zdjęcia… Małe wielkie cudeńko, które każdy nałogowy zbieracz książek musi mieć w swojej kolekcji.

Ktoś jeszcze ma wątpliwości, czy skusić się na tę książkę? Mam nadzieję, że nie, ale jeśli znajdzie się jeszcze taki rodzynek, to niech je czym prędzej porzuci. Wyspa na prerii urzeka, przywiązuje do siebie, uzależnia, a na koniec zostawia z dwoma skrajnie różnymi odczuciami. Po pierwsze, z radością, że tak wspaniałą podróż odbyliśmy, a po drugie ze smutkiem, że trwała tak krótko…

Ocena najwyższa z możliwych: 6/6





[1] W. Cejrowski, Wyspa na prerii, Zysk i S-ka, Poznań 2014, s. 7.
[2] Tamże, s. 99.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.