Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agora SA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agora SA. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Dom tęsknot - Piotr Adamczyk





wydawnictwo: Agora
data wydania: 12 września 2014
ISBN: 9788326813528
liczba stron: 510


Długo czytałam tę książkę, naprawdę długo – ponad tydzień, co w moim przypadku jest czymś niemal niespotykanym. Nie dlatego, że była koszmarnie zła. Nie dlatego, że nie podobała mi się. Nie dlatego, że raził mnie styl autora albo dlatego, że postacie i fabuła były do niczego. Było wręcz przeciwnie. Czytałam ją ta długo, bo niczego tak mocno nie pragnęłam, jak spędzić z nią możliwie jak najwięcej czasu. By wryła się w moją pamięć, zapadła w serce i niczym charakterystyczne zapachy z lat dzieciństwa wsiąkła w mury mojego domu.

Biorę ją do ręki, dotykam, wertuję strony i chcę o niej opowiedzieć. Opowiedzieć w piękny sposób, bo i książka piękna... Tylko jakich słów użyć? Wiem! Posłużę się cytatami! Nie, to niemożliwe, wszak jej drobne papierowe ciało upstrzone jest kolorowymi zakładkami indeksującymi – na tylu stronach tyle słów godnych zacytowania, bijących się o palmę pierwszeństwa. Może umieścić je wszystkie w moim tekście? Zrezygnować z moich wynurzeń i pozwolić, by opowieść zareklamowała się sama? Ale kto widział opinię zbudowaną z samych cytatów? Nikt, ja też nie, więc pozwólcie, że opowiem Wam o pewnym domu, który poznałam za sprawą książki Piotra Adamczyka pt. Dom tęsknot.

Ów dom stoi daleko od mojego, bo we Wrocławiu, ale mam silne wrażenie, jakby istniał w moim sąsiedztwie. Jakbym codziennie go widziała, opuszczając swoje cztery ściany i jakbym za sprawą czapki niewidki mogła podglądać życie jego mieszkańców. Szczególnie bliskie jest mi mieszkanie po znanym niemieckim pisarzu, Gustavie Freytagu, którego powojenne losy wygnały z Polski, a jednocześnie pozwoliły zamieszkać w jego czterech ścianach osobliwym rodzinom. Jako pierwsza osiedliła się tam rodzina, zdająca się składać z trzech elementów różnych układanek. On – były partyzant podśpiewujący sobie pod nosem zagrzewające do boju piosenki, którego drażni niemal wszystko, co niemieckie. Ona – córka Niemców, która wierzy, że do Wrocławia oraz mieszkania, w którym obecnie przebywają, wrócą ci, których wygnano. I on – mały Piotruś, który w rezolutny, bezpośredni i bardzo wnikliwy sposób opowiada o PRL-owskiej codzienności widzianej oczyma dziecka. A codzienność ta co rusz go zaskakuje, co chwilę stawia przed nim nowe wyzwania, przygody i niepowtarzalne przeżycia. To, co na zawsze zapadnie mu w pamięć, dzieje się w dniu, w którym postawiono mur berliński. „We Wrocławiu?” – ktoś zapyta. Tak, właśnie tu stanął mur berliński, dzielący ich mieszkanie na dwie części: jedną dla niego i jego rodziców, a drugą dla rodziny żydowskiego pochodzenia. Jakaż to ważna rodzina dla Piotrka! Ważna, bo w jej skład wchodziła Laurka – piękna dziewczynka o uroczym uśmiechu, wobec której mały Piotruś miał jakże poważne plany jak na swój niedojrzały wiek – Laurka miała pewnego dnia zostać jego żoną.

Tak życie Piotrusia kręciło się wokół miłości do Laurki, rodziców, kamienicy i jej mieszkańców oraz tej specyficznej powojennej rzeczywistości, w której wielu tak trudno było odnaleźć się. Piotruś wszystko obserwował i opisywał z rozbrajającą szczerością i humorem charakterystycznym dla dorastającego chłopca. Całość bardzo dobrze obrazowała ówczesne czasy, rys historyczny PRL-u i wszystko to, co dla niego jest tak typowe (sama z rozrzewnieniem wspominałam czasy, gdy jak na wielki skarb oczekiwało się paczki pocztowej od rodziny z Niemiec).

Zatem mamy tu elementy powieści historycznej, specyficzną sagę rodzinną, odrobinę magii, dużo legend, postacie rzeczywiste oraz fikcyjne i mamy uczucia. Uczucia podane w bardzo charakterystycznym dla Pana Adamczyka stylu, w którym prostota i romantyzm tworzą bardzo zapadający w pamięć, zmysłowy taniec słów. Przykład?

Brak mi twojej dłoni w moich rękach – szeptałem – twojego głosu w moich uszach, twoich warg na moich ustach, twojego uśmiechu w moich oczach. Czasami mam wrażenie, że wszystko wokół wariuje z tęsknoty i nawet mojej podłodze brak przez ciebie piątej klepki[i].

Cóż więcej mogę rzec? Chyba tylko tyle, że uległam, ba, wręcz oddałam się podana na tacy Piotrowi Adamczykowi. Ma mnie całą i najpewniej może zrobić ze mną, co zechce, bo w stylu tego pisarza można się zatracić, zakochać i przepaść bez pamięci – to poezja w prozie (o ile mogę tak to nazwać).

Laurka razu pewnego, rozmawiając z Piotrusiem, stwierdziła, że tęskni za tym, co będzie. Piotruś tym wyznaniem szczerze zdziwiony odparł, że nie da się tęsknić za tym, czego jeszcze nie było, ale ona dalej obstawała przy swoim. I wiecie co? Ta mała dziewczynka miała rację. Wszyscy bohaterowie Domu tęsknot tęsknili chyba najbardziej za tym, co ma dopiero nadejść (tylko niektórzy za tym, co minęło). A ja wraz z nimi – tęskniącym wzrokiem wypatruję pięknego jutra. Ach! I nowej książki Piotra Adamczyka – tęsknię za nią!

Ocena: 6/6




[i] P. Adamczyk, Dom tęsknot, Agora, Warszawa 2014, s. 423.



Za możliwość przeczytania książki dziękuję jej Autorowi.
Wyzwania: Polacy nie gęsi.

piątek, 18 lipca 2014

Snowden. Nigdzie się nie ukryjesz - Glenn Greenwald





tłumaczenie: Barbara Gadomska
tytuł oryginału: No Place to Hide. Edward Snowden, the NSA, and the U.S. Surveillance State
wydawnictwo: Agora
data wydania: 16 maja 2014
ISBN: 9788326813405
liczba stron: 320


Internet – dobrodziejstwo naszych czasów, potężne narzędzie ułatwiające nam życie. Za jego pośrednictwem zapłacimy rachunki, zrobimy zakupy, porozmawiamy ze znajomymi, znajdziemy miłość, pochwalimy się, gdzie spędziliśmy wakacje, wejdziemy na strony, o których odwiedzanie nikt by nas nigdy nie podejrzewał, zupełnie anonimowo zmieszamy kogoś z błotem… Zaraz, zaraz! Czy aby na pewno anonimowo? Otóż nie! Anonimowość i prywatność w sieci – to największa ułuda funkcjonująca w przekonaniu wielu z nas.

Jak bardzo mylą się ci, którzy przekonani byli o stuprocentowej intymności podczas serfowania po Internecie, pokazały wydarzenia z zeszłego roku. Świat obiegła informacja o inwigilacji, której na ogromną skalę dopuszcza się rząd amerykański, a źródłem tych newsów okazał się młody, dwudziestodziewięcioletni wówczas współpracownik NSA i CSI – Edward Snowden.

Nim cała sprawa ujrzała światło dzienne, Snowden bardzo skrupulatnie i rzeczowo przygotował się do jej ujawnienia. Wszystko dokładnie przemyślał, a przede wszystkim uświadomił sobie, jak poważne konsekwencje czekają go z tego tytułu (amerykańskie władze najpewniej posądzą go o szpiegostwo, co wg niektórych źródeł już się stało), dlatego w porę wyjechał z kraju i tymczasowo ulokował się w jednym z hoteli w Hongkongu. Stamtąd też zaczął nawiązywać kontakty z wybranymi dziennikarzami, w tym z Glennem Greenwaldem. Ten dziennikarz wkrótce stał się autorem głośnej książki pt. Snowden. Nigdzie się nie ukryjesz. Greenwald opisał w niej, jak doszło do jego spotkania ze Snowdenem, szczegółowo omówił, co zawierały wykradzione tajne dokumenty. Nakreślił także w jednym z rozdziałów jak wielka jest potęga mediów.

Lektura wstrząsnęła mną niczym dobrej klasy thriller polityczny, który przeniesiony na ekran kinowy mógłby konkurować z fikcyjnymi opowieściami o tajnych działaniach rządu, narzędziach informatycznych, którymi dysponuje i zastosowaniu ich w praktyce. To, co dotąd zdawało nam się być tylko dziełem fantazji twórców filmów czy książek z dreszczykiem, teraz jest rzeczywistością. Okazuje się, że dla rządu amerykańskiego podsłuchiwanie rozmów głów państw, ważnych person świata polityki a nawet zwykłych, szarych obywateli, uzyskiwanie tą drogą informacji gospodarczych, dyplomatycznych czy związanych z bezpieczeństwem – to chleb powszedni. Na zlecenie władz odpowiednie programy komputerowe codziennie zliczają, ile Amerykanie przeprowadzili rozmów telefonicznych (regionalnych i zagranicznych), ile wysłali e-maili, z kim rozmawiali na chatach wideo i głosowych na Facebooku, jakie pliki wysyłali, jakie udostępniali zdjęcia itd. Ponadto rząd amerykański jest w stanie w każdej chwili zdalnie aktywować dowolny telefon komórkowy i posłużyć się nim jako urządzeniem nasłuchowym, dlatego Snowden zalecał wyjątkowe środki ostrożności podczas rozmów i nakazywał wyjmowanie baterii z telefonów oraz… umieszczanie aparatów w zamrażalniku – miało to zdecydowanie utrudnić podsłuch.

Zaskoczył mnie sam Edward Snowden a właściwie charakterystyka jego życia. Mogłoby się zdawać, że na tak odważny, bohaterski (niektórzy powiedzieliby, że głupi) czyn mógłby odważyć się tylko człowiek samotny, wyalienowany, któremu konsekwencje takiej decyzji nie zaszkodziłyby aż nadto. Tymczasem Snowden okazuje się młodym człowiekiem, początkowo niewykształconym (nie skończył nawet szkoły średniej), ale z zacięciem informatycznym, który prowadzi bardzo normalne życie, tzn. ma kochającą rodzinę, dziewczynę i obietnicę dostatku do końca swych dni, a mimo to postanawia, ryzykując swoją wolność oraz los jego bliskich, obwieścić światu, w posiadaniu jakich informacji się znajduje. Jednak nie to budzi w nim największy lęk. To, co najbardziej przerażało Snowdena, to realna możliwość, że ludzie nie przywiążą do kwestii inwigilacji szczególnej uwagi, że z góry założą, iż ten temat ich nie dotyczy. Na szczęście tak się nie stało, a burza, która wywiązała się wokół sensacyjnych informacji, jest obecna na ustach wielu po dziś dzień.

I dobrze, bo naprawdę powinniśmy przyłożyć większą wagę do kwestii prywatności w Internecie (mamy w książce kilka rad w tym temacie). Podstawą według mnie jest umiar w tym, co decydujemy się umieszczać w sieci i gdzie to robimy, większa uwaga wobec tego, na jakie strony wchodzimy i co po sobie zostawiamy. Wszak fakt, że na przykład usuniemy swój profil na Facebooku nie gwarantuje nam prywatności – co raz zostaje umieszczone w sieci, tak naprawdę nigdy nie ginie.

Myślę, że z dużo większą dawką ostrożności powinniśmy podchodzić do świata wirtualnego i próbować zabezpieczać się na wszelkie możliwe sposoby, zaczynając od włączenia we własnych umysłach opcji rozwagi i umiaru. Książka Greenwalda otwarła mi oczy, dała mocno do myślenia i na pewno czegoś nauczyła, czego i Wam życzę po zakończeniu tej lektury, która powinna stać się obowiązkowa dla każdego użytkownika Internetu.

Ocena: 5/6




Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Agora.

wtorek, 1 października 2013

"Czarne gwiazdy" Ryszard Kapuściński




seria/cykl wydawniczy: Biblioteka Gazety Wyborczej
wydawnictwo: Agora SA
data wydania: wrzesień 2013 
ISBN: 9788326812590
liczba stron: 208


Czasem zaniedbuję niektórych autorów, choć wcale nie chcę tego robić. Co gorsza, zdarza się to w przypadku pisarzy, których bardzo cenię, bo ich twórczość wyjątkowo przypadła mi do gustu. Do czego taki stan rzeczy prowadzi? Do ogromnych i przenikliwych do szpiku kości wyrzutów sumienia… Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by temu przeciwdziałać i przeprosić się z lubianym artystą. Mnie dodatkowo pomogło w tym wydawnictwo Agora.

Wznowiło bowiem tytuł długo (bo od pięćdziesięciu lat!) nieobecny na naszym rynku, mianowicie „Czarne gwiazdy” Ryszarda Kapuścińskiego. Jest to zbiór siedemnastu reportaży z lat 1960–1962, relacjonujących pobyt autora na czarnym lądzie, a konkretnie w Ghanie i Kongo. Kapuściński przybliża nam sylwetkę ówczesnego premiera Ghany, którym był Kwame Nkrumah, a także premiera Konga, Patrice’a Emery Lumumby. Oczywiście pojawiają się w jego relacjach także inne osoby, ale to nie one są tytułowymi „czarnymi gwiazdami”.

W relacjach tych nie brak polityki, opisów ówczesnej sytuacji państw afrykańskich, osobistych przemyśleń autora podawanych w bardzo charakterystycznym dla tego autora stylu. Oto jak pisze o kolonach:

Kolonowie żyją w zamkniętych dzielnicach. Może tam wejść czarny, ale tylko w dzień. Jeżeli biały ma interes, wzywa czarnego do siebie. Czarny musi wtedy stać za furtką, na ulicy. Kolon siedzi w fotelu na werandzie. I tak rozmawiają. Słowa pokonują średni dystans dwudziestu-trzydziestu metrów. Ta odległość jest konieczna ze względów higienicznych: oddechy białego i czarnego nie mogą się mieszać.[1]

W mocny, ale jakże prawdziwy w odniesieniu do tamtych czasów, sposób pisze Kapuściński o problemach rasowych:

Dawniej złościły mnie książki o Afryce: tyle w nich o białym i czarnym. Kolor taki i siaki we wszystkich odmianach. Aż wreszcie pojechałem sam. I wtedy zrozumiałem. Od razu dostaje się swój przydział, swój tor. Od razu ta skóra swędzi. Albo razi, albo wywyższa. Człowiek nie może z niej wyskoczyć, ale przeszkadza mu ona żyć.[2]

Niby mamy rok 2013, a nie 1960, ale jakże prawdziwe są nadal te słowa! Łatwo się o tym przekonać – wystarczy znaleźć się w odpowiednim (albo raczej nieodpowiednim) miejscu i czasie. Szczerze wątpię, by to miało się kiedyś definitywnie skończyć…

Osoby, które pomyślą, że reportaże te mogą być w obecnych czasach wyjątkowo nieaktualne, będą w błędzie. Osoby młode, które obawiają się, że niewiele zrozumieją z tego, co przekazywał kilkadziesiąt lat temu polski „cesarz reportażu”, mogą spokojnie pozbyć się tych obaw, bowiem w posłowiu autorstwa Bogumiła Jewsiewickiego znajdą niezbędne informacje dotyczące historii oraz sytuacji politycznej opisywanych zakątków Afryki, ułatwiające zrozumienie całości.

Osobiście uważam, że Kapuściński ma w swoim dorobku znacznie lepsze pozycje, takie jak „Cesarz” czy „Heban”, ale każdy fan tej ikony polskiego reportażu powinien „Czarne gwiazdy” znać.

Ocena: 4/6



[1] R. Kapuściński, Czarne gwiazdy, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2013, s. 22.
[2] Tamże, s. 148.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Agora.

Książkę przeczytałam w ramach wyzwań:


Do spotkania z Kapuścińskim nakłoniła mnie AnnRK (http://soy-como-el-viento.blogspot.com)

oraz w drugiej odsłonie: