Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Replika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Replika. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 lipca 2014

Rook - Graham Masterton





tłumaczenie: Zbigniew A. Królicki
wydawnictwo: Replika
data wydania: 25 marca 2014
ISBN: 9788376742830
liczba stron: 278


Dziwnie czuję się, gdy po przeczytaniu książki któregoś z poczytnych i cieszących się uznaniem pisarzy mam odczucia zgoła inne od ich wielbicieli. Miałam już tak po lekturze dwóch książek Murakamiego i jednej Deavera (mam tu na myśli powieść pt. Mag). Do tego dość skromnego grona dołącza dziś kolejny autor, który posiada rzeszę fanów na świecie, ale mnie nie porwał i nie powalił na kolana tekstami, które dane mi było czytać. Chodzi tu o Grahama Mastertona. Już ładnych parę lat temu miałam okazję czytać jego Głód. Choć motyw przewodni książki był, według mnie, bardzo dobry, to nie uważam, by autor w pełni i należycie go wykorzystał – czułam pewien niedosyt. W ostatnich dniach znów przyszło mi spotkać się z pisarstwem tego pana i znów nie czuję się usatysfakcjonowana, ale najpierw słów kilka o fabule rzeczonej książki.

Głównym bohaterem powieści Mastertona pt. Rook jest Jim Rook – nauczyciel języka angielskiego, pod którego pieczą znajdują się uczniowie szkoły specjalnej. Jest to młodzież niełatwa we współżyciu, często po burzliwych przejściach (które nierzadko wciąż im towarzyszą) i wymagająca nieco większej uwagi w toku nauczania niż reszta ich rówieśników. Pewnego dnia jeden z uczniów tytułowego bohatera zostaje zamordowany. Jako sprawcę wskazuje się nadpobudliwego i podejrzanie zachowującego się chłopaka z tej samej klasy co ofiara. Jednak pan Rook, znając całkiem nieźle podejrzanego, ma poważne wątpliwości, czy to właśnie on jest sprawcą bestialskiego czynu. Samo rozwiązanie zagadki tego tragicznego w skutkach zajścia jest dużo bardziej zaskakujące niż mogłoby się wydawać i sięga tej materii, do której nikt nigdy nie chciałby się zbliżać…

Mroczna odmiana magii, voodoo, zło – to część tego, z czym przyjdzie się zmierzyć nie tylko głównemu bohaterowi, ale także każdemu czytelnikowi nowej książki Mastertona. I przyznam szczerze, że wątek nadprzyrodzony jest zdecydowanie najmocniejszą stroną tego tytułu. Opisany jest ciekawie, a sceny fantastyczne naprawdę potrafią przyprawić o ciarki na plecach.

Jednakże to jest stanowczo za mało, by uznać tę książkę za choćby dobrą. Powieść jest zdecydowanie zbyt prosta, zbyt banalna i przewidywalna. Pan Rook jest zbyt słodkim bohaterem jak na postać, która ma zmierzyć się z ciemnymi mocami. Uczniowie zadziwiająco szybko pojmują, z czym ich nauczyciel się zmaga i jeszcze szybciej dają temu wiarę. Jim Rook – to taki superman od walki z istotami nadprzyrodzonymi, który bardziej bawi niż wzbudza podziw czy respekt.

Rook – to powieść, która zdaje się być skierowana raczej do młodego czytelnika i to takiego, który nie wymaga zbyt wiele od tego typu opowieści. Wbrew pozorom nie jest to opowieść mroczna, która straszy. Rook – to powieść niezobowiązująca i – o dziwo – relaksująca, która na letni czas jest jak znalazł.

Graham Masterton po raz drugi mnie nie zachwycił, ale nie poddaję się i nie zamierzam tak łatwo odpuścić. Może kolejne moje spotkanie z jego twórczością pokaże mi, w czym konkretnie lubują się jego fani z całego świata. Który z jego tytułów możecie mi polecić?


Ocena: 3/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Replika.
Wyzwania: "Wyzwanie kryminalne".

****************************************************

Kochani, ogłoszenie kuferkowych zwycięzców z lipca może (ale nie musi) pojawić się z opóźnieniem. Uzbrójcie się w cierpliwość. :)

wtorek, 15 lipca 2014

Stephen King. Sprzedawca strachu - Robert Ziębiński




wydawnictwo: Replika
data wydania: 16 kwietnia 2014
ISBN: 9788376742847


Dziwię się, naprawdę dziwię się, że dopiero w tym roku ukazała się polska książka na temat twórczości Stephena Kinga. Może nikt nie czuł się na siłach, by podjąć się tematu? Może ktoś już na to czaił się, ale przerósł go pokaźny dorobek pisarza? Może powody były też zupełnie inne, jednak ważne jest to, że w końcu ktoś podjął wyzwanie. Zrobił to nie kto inny jak jeden z fanów Króla, mianowicie Robert Ziębiński. Trzeba tu niezwłocznie zaznaczyć, że Ziębiński nie napisał typowej biografii Stephena, choć wątków z często niełatwego życia pisarza w książce pt. Stephen King. Sprzedawca strachu nie brakuje, szczególnie tych, które miały znaczący wpływ na jego twórczość. Autor pokusił się o stworzenie książki będącej swoistym niezbędnikiem dla każdego, kto chce zaznajomić się z ekranizacjami utworów Kinga.

Carrie
Trzeba przyznać, że Ziębiński zabrał się do rzeczy z głową, przemyślał, jak książka powinna wyglądać, by po pierwsze, była jak najbardziej czytelna w przekazie, po drugie, nie nudziła a po trzecie, nie wprowadzała zbędnego chaosu w opisie kolejnych ekranizacji tytułów Kinga, których jest multum. Autor w swoim pokaźnych rozmiarów wstępie tłumaczy nam, za co uwielbia Kinga i krok po kroku to uzasadnia. Potem rozpoczyna dość zwięzłą, ale ciekawą podróż po tytułach Mistrza, które zostały przeniesione na ekran kinowy lub telewizyjny. Nie mogło tu zabraknąć kilku słów o nieśmiertelnej i jedynej w swoim rodzaju ekranizacji Carrie w reżyserii De Palmy (która tak naprawdę otworzyła pisarzowi drzwi do kariery – nie sama książka), znienawidzonego przez samego Kinga Lśnienia Kubricka (Nicholson zadeklarował, że już nigdy więcej nie wystąpi w adaptacji prozy Kinga i jak dotąd słowa dotrzymuje), kultowego Cujo czy Christine.

Lśnienie
Ziębiński przypomina jakże szczytną ideę zapoczątkowaną przez Mistrza, zwaną dolar babies. Najkrócej mówiąc, miała ona na celu wspieranie młodych twórców poprzez odsprzedawanie im praw do tekstów Kinga, na podstawie których powstawały filmy krótkometrażowe. Zliczenie wszystkich tych produkcji jest nie lada wyzwaniem nawet dla wytrawnego fana pisarza, a już tym bardziej obejrzenie ich i opisanie, co Ziębiński na szczęście sobie darował, wybierając tylko kilka tytułów. Dalej autor wraca do kolejnych mniej lub bardziej dochodowych obrazów pełnometrażowych, kierując się ku czasom, w których alkohol i narkotyki stały się dla pisarza nieodzownym elementem codzienności.

W związku z uzależnieniem Kinga tym bardziej szokuje mnie, że w tak trudnym dla niego okresie powstała tak dobra książka jak Misery, która w momencie powstania była swoistym wołaniem o pomoc (swoją drogą, wiedzieliście, że zakończenie książki miało być dużo bardziej krwawsze i dramatyczne? Nie zdradzę Wam, jak miało wyglądać, ale powiem tylko, że świnka, którą hodowała psychopatyczna fanka pisarza, miałaby małe co nieco do przekąszenia…). Podobne odczucia mam względem chyba cały czas niedocenianej u nas Dolores Claiborne, której jestem dozgonną fanką – świetna książka, świetna ekranizacja ze znów mistrzowską rolą Kathy Bates.

A wiecie może, która z książek (jak i ekranizacji) Kinga uchodzi za najgorszą? Pewnie część z Was domyśla się, że chodzi o Stukostrachy – książkę worek, do której wrzucono niemal wszystko, co można było wrzucić – z UFO na czele. Sam Mistrz uważa tę pozycję za jedną ze swoich najsłabszych, ale po trosze może to tłumaczyć fakt, iż pisana była w narkotyczno-alkoholowym transie (nie każdemu twórcy stan odmiennej świadomości może służyć).

Misery
Ziębiński – a propos omawiania wielkiego kinowego hitu, czyli Zielonej mili – zwraca na pewną jakże znaną mi a jednak nieporuszaną jak dotąd kwestię. Znacie tych „wielkich znawców” i „fanów” twórczości Kinga, którzy zapytani o to, które z jego tytułów lubią najbardziej odpowiadają, że Zieloną milę, Skazanych na Shawshank i od biedy Lśnienie a więcej tytułów nie są w stanie sobie przypomnieć? To – jak pisze autor – „niedzielni fani Kinga”. Ja do ich grona dorzuciłabym jeszcze tych jakże „wielce obeznanych”, którzy nierzadko, próbując zabłysnąć w towarzystwie znajomością prozy Króla, ochoczo rozprawiają, jak bardzo podobała im się opowieść o nawiedzonym samochodzie, pt. Carrie

Przyznam, że rozbawiła mnie wzmianka Ziębińskiego o „niedzielnych fanach Kinga” jak i wiele innych anegdotek związanych z moim ulubionym pisarzem i jego twórczością. Kiedy jednak trzeba, autor potrafi zachować powagę i odnieść się do niektórych wątków z życia Króla w sposób odpowiednio stonowany, np. do kwestii nałogu czy wypadku, po którym pisarz skazany był na długą i żmudną rehabilitację. Zrozumiałe jest także to, że Ziębiński przy każdym omawianym przez siebie tytule dodaje kilka słów własnego zdania, choć nie mogę powiedzieć, bym z większością jego wniosków czy osądów zgadzała się, bo np. osobiście jestem fanką Skazanych na Shawshank i Zielonej mili i nie byłabym w stanie tak spłaszczyć ich roli w dorobku Kinga, jak zrobił to autor. Z drugiej strony zaś popieram zdanie o wyższości Carrie De Palmy nad innymi wersjami czy znakomitości Dolores Claiborne i kiczowatości Podpalaczki 2.

Plusem książki Ziębińskiego jest lekki i niewymagający styl, a także bardzo potoczny, codzienny i niewyszukany język. Bawią niektóre powtórzenia autora (bo nie mogę powiedzieć, by mi jakoś szczególnie przeszkadzały) jak np. „ale o tym później”, na który to zwrot natknęłam się ładnych kilka razy.

Ostatecznie z lektury jestem bardzo zadowolona – dostałam to, czego po niej spodziewałam się. Cieszę się też, że autor (lub odpowiednia osoba z wydawnictwa) pamiętał o umieszczeniu spisów filmów na końcu książki, bo w razie potrzeby szybciutko można odszukać interesujący nas film.

Każdemu zainteresowanemu tematem śmiało mogę polecić książkę Stephen King. Sprzedawca strachu – jako ciekawostkę, uzupełnienie wiedzy o Kingu i wspomniany już przeze mnie niezbędnik dla każdego, kto chce zatopić się w filmowy świat opowieści Stephena Kinga.

Ocena: 5/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Replika.

piątek, 2 maja 2014

Syberia. Moje miejsce na ziemi - Theodor Kröger




tłumaczenie: Bronisław Pionke
tytuł oryginału: Das vergessene Dorf
wydawnictwo: Replika
data wydania: 20 maja 2014 recenzja przedpremierowa


Gdyby ktoś zapytał mnie, który region świata wypada wyjątkowo wyraziście w odsłonie literackiej, to bez wahania wskazałabym Syberię. Skrajności klimatyczne: gorące lata obfitujące w gwałtowne burze i ulewne deszcze oraz srogie zimy, w których mróz, śnieżyce i przenikliwy wiatr utrudniają nawet myślenie, nie mówiąc o w miarę normalnym funkcjonowaniu – jest to region szalenie trudny do życia dla ludzi, jednak nawet tam znajdują się osady, w których mieszkańcy starają się dostosować do warunków, jakie serwuje im przyroda. Przekonał się o tym Theodor Kröger – autor autobiograficznej powieści pt. Syberia. Moje miejsce na ziemi, w której opowiada nie tyle o całym swoim życiu, co o tej jego części, w której przyszło mu wieść trudny żywot właśnie na Syberii, w miejscowości Nikitino.

Autor rozpoczyna swoją opowieść w okresie początków I wojny światowej. Jako Niemiec mieszkający w Petersburgu uznawany był przez władze rosyjskie za wroga numer jeden –posądzony o szpiegostwo z marszu skazany został na karę śmierci. Ostatecznie jednak wyrok zmieniono na dożywotnie zesłanie na Syberię i życie pod czujnym okiem strażników.

Początkowo wydaje się, że życie w takim miejscu jest gorsze niż nawet najdłuższa kara w murach więziennych. Oprócz niesprzyjających warunków pogodowych Kröger musiał przywyknąć do fatalnych warunków mieszkaniowych, w których robactwo wyzierało niemal z każdego kąta, do biedy oraz do społeczności Nikitino, której specyfika polegała na tym, że brak regularnego spożywania alkoholu skutkował wykluczeniem. Sprawę asymilacji w nowym otoczeniu mocno utrudniła również niemiecka narodowość autora. Mimo wszystko przypływ gotówki, jakże pożądany, odmienił jego życie – w ciągu kilku dni stał się poważany wśród ludności, a policja nie pilnowała go już tak gorliwie jak na początku. Renoma, jakiej się dorobił, pozwoliła mu z czasem na wprowadzanie stopniowych zmian w miasteczku – pojawił się pomysł otworzenia szkoły a nawet kina. Sam Kröger zaś wkrótce zakochał się z wzajemnością i nawet rozkręcił własny biznes. Mimo to jeszcze wiele kłód rzucono mu pod nogi – jego opowieść to nie jest bajka o sielskim życiu na łonie przyrody…

Trzeba przyznać, że w czasie zsyłki na Syberię autor naprawdę wiele przeszedł. O wszystkich tych przeżyciach opowiada bardzo szczegółowo i bardzo wyraziście. Przechodziły mnie ciarki po plecach, kiedy opowiadał o pobycie w kazamatach, w twierdzy Schlisselburg, kiedy z przerażającą dokładnością opisywał, jak był o krok od szaleństwa, będąc zamkniętym w ciasnej, ciemnej i wilgotnej celi, broniąc się przez wygłodniałymi szczurami i wszędobylskimi pająkami.

Moimi największymi wrogami są szczury(…). Od czasu, kiedy w misce znalazłem kawałek szkła, przecinam im gardła i ciepłą krwią ogrzewam sobie ręce[1].

Nie inaczej opisuje swoje losy w Nikitino – surowość, bezwzględność i majestat Syberii oddał wręcz po mistrzowsku. Świetnie poradził sobie z charakterystyką tamtejszej społeczności, obnażając jej wady, nieustające ciągoty do kieliszka, ale także i zalety, w szczególności ludności tatarskiej. Styl autora jest dość specyficzny, ale myślę, że dobrze oddaje ducha tamtych czasów, choć jego język chwilami zdawał mi się nazbyt oficjalny.

Byłabym gotowa uznać tę powieść za wolną od wszelakich wad, jednak jest coś, na czym książka ta nieco traci. O ile początek jest szalenie intrygujący i porywający, to środkowa część (z akcją w miasteczku) w pewnym momencie zaczyna się dłużyć, przeżycia autora stają się monotonne i związane są właściwie wyłącznie z codziennością życia w Nikitino. Mimo to warto dotrwać do końca, bo epilog nie daje chwili wytchnienia, zostawiając nas z bardzo trudnym emocjonalnie zakończeniem.

Zatem komu polecam Syberię...? Osobom lubującym się w opowieściach życiowych, które nie są jedynie wytworem fantazji autora, fanom szczegółowych opisów miejsc, zdarzeń oraz uczuć bohaterów, czytelnikom zainteresowanym historią Syberii oraz zaintrygowanym jej surowością, fanom powieści, których akcja osadzona jest właśnie tam. Mimo niewielkiego mankamentu powieść Theodora Krögera jest naprawdę warta poznania.

Ocena: 4.5/6




[1] T. Kröger, Syberia. Moje miejsce na ziemi, Replika, Zakrzewo 2014, s. 23.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Replika.

piątek, 11 października 2013

"Simon i dęby" Marianne Fredriksson + przypomnienie


Kochani!
Dziś o 19:30 na Dyskusyje ukaże się wpis Minerwy na temat czytelnictwa w Internecie, czyli po co nam te wszystkie internetowe biblioteczki (typu Lubimy Czytać), fora itd. Zapraszam serdecznie, bo temat naprawdę jest interesujący.

Przypominam także o moim konkursie, w którym możecie wygrać egzemplarz książki "Doktor Sen" Stephena Kinga. Został Wam już tylko tydzień na wzięcie udziału!

***************************************************************



tytuł oryginału: Simon och ekarna
wydawnictwo: Replika
data wydania: wrzesień 2013
ISBN: 9788376742670
liczba stron: 396



O Simonie, którego dęby słuchały

Niedawno w naszym kraju miała miejsce premiera (a konkretnie wznowienie) książki, którą wydawca porównuje do innego bardzo cenionego przeze mnie tytułu. Do tytułu, który wyraźnie zapisał się w mojej pamięci i wywołał duże emocje, mimo że była to opowieść fikcyjna. „Chłopiec w pasiastej piżamie” J. Boyne – bo o tej książce mowa – zrobił na mnie kiedyś naprawdę silne wrażenie. Czy „Simon i dęby” Marianne Fredriksson mają taką samą siłę wyrazu? O tym za chwilę. Najpierw troszkę o samym Simonie, który jest głównym bohaterem książki szwedzkiej pisarki o osławionych już dębach…


 Simon żyje w czasach, gdzie groźba wybuchu II wojny światowej to pewnik. Słowo „Żyd” zaczyna nabierać nowego i pejoratywnego wydźwięku, aż w końcu staje się piętnem uniemożliwiającym normalne funkcjonowanie… Simon jako mały chłopiec nie wiedział, o co tak naprawdę chodzi z tym zamieszaniem wokół Żydów. Ale pewnego dnia… Pewnego dnia doświadczył czegoś, co kazało mu inaczej spojrzeć na świat – ktoś w bolesny sposób uzmysłowił mu jego pochodzenie… Na jaw wychodzi kolejny szokujący dla chłopca fakt – ludzie, których od dzieciństwa uważał za swoich rodziców, tak naprawdę nimi nie są. Przygarnęli go, dając mu dom, na który mógłby nie mieć szans, będąc u boku swojej biologicznej matki. Na szczęście nie pozostaje sam z tym wszystkim. W pewnym momencie swojego życia poznaje Izaaka. Już jako bardzo bliscy przyjaciele wkraczają w czas wojny.

Nie będzie to okres łatwy ani dla Simona, ani dla Izaaka. Obaj będą dorastać przy dźwiękach wybuchających bomb oraz w scenerii wszechobecnej śmierci. Mimo zła całego świata znajdzie się u nich czas na względnie normalne życie – na dojrzewanie, pierwsze miłości, naukę, literaturę i melancholijne rozmowy o wszystkim tym, co dzieje się wokół. Część akcji książki toczy się w otoczeniu starych i pięknych drzew – tytułowych dębów, które są świadkami licznych trosk, wzruszeń i radości bohaterów powieści.

Wszystko to razem składa się na specyficzny i dość nostalgiczny styl zaprezentowanej historii. Życie chłopców oraz ich rodzin potrafiło mnie na tyle pochłonąć, że chwilami zapominałam o jego wojennym tle.

Wróćmy do rekomendacji, w której zapewnia się czytelnika, że gdy poznał i zafascynował się „Chłopcem w pasiastej piżamie”, to na pewno podda się urokowi książki pani Fredriksson. Niestety, zawiodłam się odrobinę – „Chłopiec…” był dla mnie zdecydowanie bardziej emocjonalną książką, mocniej czułam tam realia wojny oraz piękno nietypowej przyjaźni między głównymi bohaterami. Wydaje mi się, że „Simon i dęby” zmierza bardziej w kierunku powieści obyczajowej z lekko zarysowanym wojennym tłem.

Nie zmienia to jednak faktu, że „Simon i dęby” jest książką intrygującą i wciągającą, która czaruje swoim melancholijnym stylem. Zwolennicy tego typu powieści na pewno będą z niej zadowoleni.

Ocena: 4/6




sobota, 11 maja 2013

"Kobieta" Jack Ketchum, Lucky McKee + ogłoszenie

"The Woman" Jack Ketchum, Lucky McKee


tłumaczenie: Mateusz Kopacz
wydawnictwo: Replika
data wydania: grudzień 2012
ISBN: 978-83-76741-00-0
liczba stron: 220




Gdy groza wzbudza obrzydzenie…


   Nie wiem, jak wy, ale ja nie mam specjalnie dobrych doświadczeń, jeśli chodzi o lekturę książek pisanych przez duety. W najlepszym razie kończą u mnie z oceną dobrą. Wyjątkiem (chyba potwierdzającym regułę) jest „Talizman”, napisany przez Stephena Kinga wraz z Peterem Straubem, który urzekł mnie swoim klimatem, ale… to w końcu King miał swój udział w tworzeniu tej powieści, więc inaczej być raczej nie mogło. Tym razem dałam się skusić szczególnemu duetowi, który tworzą: pisarz należący do ulubionego przeze mnie kręgu oraz drugi, zupełnie mi nieznany.

   Pierwszy z nich to Jack Ketchum, amerykański twórca literatury grozy, który ma za sobą tak dobrze przyjęte przez czytelników utwory, jak: „Jedyne dziecko” czy „Dziewczyna z sąsiedztwa” (ekranizacja w 2007 roku). Choć autor ten w moim odczuciu raz pisze wyśmienicie, a innym razem nieco gorzej, to i tak z dużą dozą ciekawości oczekiwałam na kolejny tytuł z jego nazwiskiem na okładce.
 


Tuż obok niego pojawiło się nazwisko zdecydowanie mniej znanego producenta, reżysera, scenarzysty i aktora filmowego – Lucky’ego McKee. To właśnie on pracował przy ekranizacji „Straconych” oraz niedawno wydanego u nas „Rudego”. Panowie postanowili połączyć swoje siły oraz talenty i pokusić się o popełnienie powieści grozy, na którą składają się dwie części – „Kobieta” oraz „Reproduktor”. Czy ta współpraca zaowocowała sukcesem i przyniosła prozę godną uwagi? Naturalnie o tym powiem za chwilkę, najpierw co nieco o fabule.
   Jedną z głównych postaci pojawiających się w powieści jest ona, kobieta. Istota dzika, w której dominują pierwotne instynkty. Znalezienie pożywienia oraz przetrwanie to priorytety w każdym dniu jej życia, wypełnionego po brzegi niebezpieczeństwem. Jest też on, Christopher Cleek, szanowany prawnik ze szczęśliwą rodziną w domowym zaciszu. Pewnego feralnego (dla nich obojga tak naprawdę) dnia Christopher zobaczył Kobietę na wpół nagą, kąpiącą się w strumieniu. Już wtedy wiedział… Wiedział, że będzie tylko jego… Schwytał ją i uwięził w piwnicy własnego domu, gdzie – jak wyznał rodzinie (żonie, synowi oraz dwóm córkom) – postanowił ją ucywilizować. Ale czy na pewno o to chodziło?

   Jak się dość szybko okazuje, sprawa ma drugie dno – istota tego specyficznego porwania wiąże się z tym, co najciemniejsze, najbardziej brudne, najgorsze w człowieku. Zdaje się, że światy dwojga bohaterów w pewnym momencie znajdują wspólny rejon – są chwile, w których oboje są tak samo prymitywni, choć Cleek jest dobrze wykształconym człowiekiem. Są sytuacje, w których obojgiem targają podobne zwierzęce instynkty, chociaż w niektórych momentach mężczyzna zdaje się znacząco odbiegać poziomem rozwoju i ucywilizowania od dzikiej kobiety…

   I właśnie to jest w powieści gorszące. Cleek jako człowiek wykształcony i głowa rodziny pozwala, by na całe to perwersyjne szaleństwo patrzyły jego dzieci – Peg, dorastająca i borykająca się z własnymi problemami nastolatka, Brian, dopiero odkrywający własne „ja” i chłonący zachowanie ojca jak gąbka, oraz czteroletnia Darleen, nazywana czule Złotkiem. Sceny, w których dzieci Christophera patrzą na akty pastwienia się (to wyjątkowo łagodne określenie – wierzcie mi) ojca nad Kobietą, zwyczajnie mnie przerosły… Mnie, fankę mocnej literatury, którą trudno czymkolwiek zaskoczyć i zniesmaczyć. W trakcie lektury, im bardziej zapuszczamy się w głąb makabrycznej opowieści, tym bardziej pogłębia się, niestety, nasze obrzydzenie i to jest według mnie największy minus tej pozycji. Literatura może traktować o wszystkim, poruszać najbardziej drażliwe tematy, ale każdy czytelnik ma swój smak, pewne granice wrażliwości, poza które nie chciałby wykraczać…
   




W powieści tandemu Ketchum – McKee przeszkadzał mi ponadto wulgarny język. Niby to nic nowego u Ketchuma, prawie norma, ale w powiązaniu z bardzo młodymi bohaterami, występującymi w utworze, mocno mnie irytował i przeszkadzał w odbiorze lektury.
   Aby jednak nie było tak, że ja – fanka Ketchuma – nie dostrzegłam żadnych pozytywów w opowieści sygnowanej także jego nazwiskiem, powiem, że sam pomysł połączenia dwóch światów: dzikiego, pierwotnego, ze zwierzęcymi cechami (reprezentowanego przez kobietę) oraz tego, który my znamy na co dzień (cywilizowanego) jest bardzo udany. Także sceny spod znaku drastycznego horroru, z – przykładowo – szczegółowo opisanymi aktami kanibalizmu, są do bólu wyraziste i dobrze pełnią swoją funkcję, czyli wzbudzają niesmak, obrzydzenie i strach.

   Tym razem nikomu swojej ostatnio przeczytanej lektury nie polecę, powiem tylko, że biorąc ją do ręki, robicie to na własną odpowiedzialność. To wy sami zadecydujcie, czy chcecie poznawać tak brutalną i perwersyjną historię. To nie jest książka dla każdego. To książka dla „starych wyjadaczy”, koneserów literatury grozy!


Ocena: 3/6




**************************************************

Kochani, jedna z naszych koleżanek-blogerek rusza właśnie z nowym projektem (podziwiam ją za zapał!:)). Utworzyła nowy blog, na którym będzie... pisać w języku angielskim. Co będzie można na nim znaleźć?



Chciałabym, aby znalazły się tam nie tylko recenzje książek, ale też teksty dotyczące literatury, jak relacje ze spotkań autorskich (jeśli ktoś w takich uczestniczy), wywiady z pisarzami (jeśli ktoś takowe przeprowadza) i tym podobne rzeczy. W związku z tym chciałabym zachęcić Was do wzięcia udziału w tym projekcie-wyzwaniu. Tak więc jeśli znacie język angielski dość biegle w piśmie, posiadacie konto na Blogspocie (jeżeli nie, to zawsze możecie założyć), piszecie na swoich blogach (albo gdzieś indziej) o literaturze, to zapraszam Was do udziału w tej akcji. Wystarczy, że prześlecie do mnie maila (aga510@op.pl), a ja natychmiast uczynię Was współautorem bloga.





czwartek, 22 marca 2012

"Potomstwo" Jack Ketchum




Ujrzawszy ją za szybą okna swego domu nie był pewien, czy to jakieś senne urojenie, jego fantazja czy realny obraz. Oto bowiem, jego oczom ukazał się niecodzienny widok – kompletnie naga kobieta przywodząca na myśl leśną nimfę… Postać ta zahipnotyzowała go  wśród kwitnącej natury i  czerwonego kwiatu, który trzymała w dłoni, a zwłaszcza burza jej długich, ciemnych włosów oraz zupełnie bezwstydna nagość. Gdyby nie śpiąca nieopodal żona, to wybiegłby do niej prędko, by, choć przez chwilę, móc usłyszeć barwę jej głosu, spojrzeć w głębię  nieznanych mu oczu, a może nawet dotknąć tego ponętnego ciała. Jednak, gdyby tylko znalazł się blisko niej... odrzuciłby go odór rozkładającego się ciała.

Jeśli tamtego ranka David wiedziałby, co spotka go w niedługim czasie, to z pewnością w mig spakowałby swój dobytek, wsadził żonę oraz dziecko do auta i pognał przed siebie, nie zważając na nic. Jednak jego los potoczył się inaczej i wraz z mieszkańcami Dead River po raz kolejny musiał stawić czoła koszmarowi sprzed lat. Brutalne bestie w ludzkich ciałach łaknące krwi i mięsa znów wyruszyły na żer. Potomstwo kanibali, których zbrodniczą działalność można było prześledzić w „Poza sezonem” Jacka Ketchuma, w sposób niezwykle dobitny  podkreśla swoją mroczną naturę, by w nowym horrorze tegoż autora ukazać się w możliwie najohydniejszej odsłonie.

Czego można się spodziewać po „Potomstwie” – kontynuacji „Poza sezonem”? W gruncie rzeczy odpowiedź na to pytanie można zawrzeć w jednym zdaniu: tego samego, tylko w odrobinę (kładę nacisk na słowo odrobinę) lżejszym wydaniu. Nadal nie brakuje u Ketchuma brutalności, makabrycznych opisów czy wulgarnego języka, lecz odniosłam wrażenie, że to wszystko zafundował w nieco słabszym natężeniu.
Z przykrością muszę też stwierdzić, że „Potomstwo” niczym szczególnym mnie nie zaskoczyło, dlatego podczas wnikliwej lektury ciągle towarzyszyło mi uczucie literackiego niedosytu i wewnętrznego rozczarowania. Fabuła nie przyniosła mi nic więcej ponad to, czego spodziewałam się po opisie – kanibale wracają, ktoś z nimi walczy, ktoś umiera… i w zasadzie na tym koniec.
Dodatkowo chwilami miałam wrażenie, że oto trzymam w dłoniach papierową wersję typowego horroru klasy B. Niektóre sceny, które – jak mniemam – miały mrozić krew w żyłach, zwyczajnie mnie bawiły, jak na przykład ta, gdzie jedna z mrocznych postaci zarzuca sobie odcięte nogi swojej ofiary na ramiona, trzyma je za stopy i w taki właśnie sposób dziarsko kroczy przez las. Może to jednak tylko mój na wskroś przesiąknięty „mocnymi” tytułami gust literacki, którego już mało co jest w stanie poruszyć? Bardzo chciałabym, żeby tylko o to chodziło.

Na koniec nadmienię wszystkim tym, którzy nie czytali „Poza sezonem”, że nie muszą specjalnie obawiać się o kolejność czytania tych dwóch lektur – nic złego się nie stanie, jeśli zaczniecie od „Potomstwa”. Obie fabuły nie łączą się ze sobą na tyle, by nie móc przeczytać ich w odwrotnej kolejności.

Nieco zawiedziona, ale nie na tyle, by odradzać komukolwiek tę lekturę, wystawiam jej ocenę dobrą (choć nie kryję, że odrobinę naciąganą).

Ocena: 4/6

---------------------------------------------------------------------------

Kochani! Małe ogłoszenie parafialne dla kochających 
J. Ketchuma lub tych, którzy chcą dopiero poznać jego pisarstwo. Już niebawem na moim blogu ogłoszę konkurs, w którym do wygrania będą książki jego autorstwa. Miejcie zatem oczy szeroko otwarte i odwiedzajcie mnie regularnie. :)

wtorek, 13 marca 2012

"Szósty" Agnieszka Lingas-Łoniewska


Codziennie rano szereg tych samych czynności. Mycie twarzy letnią wodą, czesanie złocistych blond włosów, robienie lekkiego makijażu wokół soczystozielonych oczu. Codzienny rytuał, który, podkreślając urodę, w tak nienachalny sposób zwracał na nią uwagę. Choć zabiegi te miały jedynie subtelnie ukazać otoczeniu jej naturalne piękno, to ich efekt nie uszedł JEGO uwadze. Ujrzawszy ją po raz pierwszy, wiedział, że musi należeć do niego, że wbrew woli kobiety posiądzie jej ciało i duszę. Wiedział także kiedy i jak zakończy jej cierpienie.

Sześć dni po tajemniczym zaginięciu świat usłyszy, że to on, niczym pan i władca, brutalnym gwałtem odebrał jej godność; to on, patrząc w głąb zielonych oczu blond-piękności, pozbawił ją życia spełniając okrutną obietnicę:

W szóstym dniu Bóg stworzył człowieka – mężczyznę i kobietę. W szóstym dniu… odbiorę ci życie, bo ja jestem twoim bogiem[1].

Czy można zatrzymać szaleństwo człowieka, który uważa się za Boga? Choć sprawa wydaje się beznadziejna, podejmuje się jej Marcin Langer, inspektor ze Śląskiej Grupy Śledczej, korzystając z pomocy utalentowanej psycholog Alicji Szymczak. Tych dwoje bohaterów powieści Agnieszki Lingas-Łoniewskiej pt. „Szósty” ma przed sobą niebywale trudne śledztwo. Co rusz okazuje się, że w niewyjaśnionych okolicznościach słuch ginie po młodych zielonookich kobietach o blond włosach. Wiadomo też, że od chwili zgłoszenia zaginięcia mają tylko sześć dni na odnalezienie poszukiwanych, bowiem właśnie szóstego dnia – według chorego planu psychopaty – zostaje odebrane im życie.
Czy zdołają uratować choć jedną z zagonionych kobiet? Czy niespodziewane, silne uczucie, które nagle się między nimi zrodziło, nie będzie przeszkodą?

Naturalnie nie zdradzę tego. Jednak bardzo chętnie podzielę się z Wami wrażeniami z lektury „Szóstego”. Czy są dobre, czy złe? Otóż, przeważają odczucia pozytywne, aczkolwiek nie potrafię pominąć jednego minusa. Mam na myśli ten moment fabuły, w którym czytelnik dowiaduje się, kto jest owym Szóstym. Ja, jako fanka kryminałów i thrillerów z kryminalnym podłożem, przyzwyczajona jestem do tego, iż czarny charakter danego tytułu zostaje wyjawiony dopiero na samym końcu. Ponadto cenię sobie zabieg zwodzenia czytelnika, którego narrator naprowadza na trop potencjalnego sprawcy tylko po to, by na końcu okazało się, że jest nim ktoś zupełnie inny. W „Szóstym” informacja o tym, kto jest psychopatycznym mordercą, zostaje podana w pewnym momencie niemal na tacy.

Jednak siła oddziaływania wspomnianego negatywu jest skutecznie niwelowana przez trzy główne atuty tego kryminału. Pierwszym z nich jest całokształt fabuły. Tempo akcji nie pozwala się nudzić, od początku do końca coś się dzieje, nie ma zbędnych przestojów i trudno jest się oderwać od lektury – na dobrą sprawę można jej poświęcić jeden wieczór. Kolejnym pozytywem jest sposób ujęcia scen erotycznych. Do tej pory nie pozostawałam pod wrażeniem takowych wątków w rodzimych tytułach… albo z powodu przesadnej ckliwości i przesłodzenia, albo wręcz przeciwnie – z powodu niczym nieuzasadnionej wulgaryzacji. Jak dotąd żywiłam przekonanie, że wielu polskich pisarzy nie potrafi sprostać tematyce erotyki. Trzeba jednak przyznać, że pani Lingas-Łoniewska postarała się, by wyważyć opis tych scen możliwie jak najlepiej, dbając o to, by czytelnik mógł niemal namacalnie odczuć siłę uczuć bohaterów, ich namiętność i pasję.
I na koniec – jak dla mnie – wisienka na torcie, czyli kreacja czarnego charakteru. Wizja jego psychopatycznych skłonności ujęła mnie totalnie (jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało) – scena, w której bohater po raz pierwszy wypowiada (cytowane powyżej) słowa w kierunku swej ofiary, wywołała dreszcze na moim ciele. Szaleństwo, które go ogarnęło przeraża, a zarazem fascynuje. Na początku irytowało mnie, że spotkania z Szóstym w toku fabuły są sporadyczne, ale koniec książki wynagrodził mi oczekiwanie. Wreszcie dowiadujemy się o nim niemal wszystkiego, a dopełnieniem tego pozytywnego wrażenia jest sam epilog – z lekka mroczny, tajemniczy, ale być może dający nadzieję na drugą część powieści? Jednak to już pytanie do samej autorki, na które być może zechce odpowiedzieć, gdy przyjdzie na to pora.

Czy polecam tę książkę? Jak najbardziej! Uważam, że Agnieszka Lingas-Łoniewska ma potencjał, z którym wielu fanów mrocznych klimatów w literaturze powinno się zaznajomić.

Ocena: 4,5/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Replika oraz portalowi Zbrodnia w Bibliotece.



[1] A. Lingas-Łoniewska, Szósty, Replika, Zakrzewo 2012, s. 59.