Pokazywanie postów oznaczonych etykietą II Wojna Światowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą II Wojna Światowa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 kwietnia 2014

Przetrwałam. Życie ofiary Josefa Mengele - Eva Mozes Kor, Lisa Rojany Buccieri





tłumaczenie: Teresa Komłosz
tytuł oryginału: Surviving the Angel of Death. The Story of a Mengele Twin in Auschwitz
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 6 lutego 2014
ISBN: 9788378397045
liczba stron: 160



Josef Mengele – nazwisko to odbija się szerokim i głębokim echem w świadomości każdego, kto choć w minimalnym stopniu interesuje się poczynaniami nazistów na terenach obozów koncentracyjnych. Znany również jako Anioł Śmierci, kat skryty w ciele wyjątkowo przystojnego i sympatycznego z wyglądu mężczyzny. Jak bardzo ta delikatna uroda była niewspółmierna do tego, czego się dopuszczał, najlepiej wiedzą ci, którzy wyszli cało ze spotkania z nim – więźniowie obozów zagłady.

Oczkiem w głowie tego niemieckiego lekarza były bliźnięta – nie bez powodu. Wiadomo, że naziści pragnęli stworzyć nową „rasę panów”, która miała składać się z jedynie najczystszej krwi Aryjczyków. W tym celu powstała instytucja Lebensborn, która stworzyła sieć ośrodków, w których na świat przychodziło nowe pokolenie „nadludzi”. Jednym z największych zmartwień nazistów było to, że jedna ciąża zasilała szeregi aryjskie tylko o jedno dziecko, tymczasem oni chcieli, by nowa potęga świata rozrastała się możliwie jak najszybciej. Stąd zainteresowanie lekarzy nazistowskich bliźniętami i ciążami mnogimi. Próbowano więc odkryć, co sprawia, że kobieta zachodzi w ciążę mnogą. Mengele był kimś na kształt prekursora tych badań. „Materiał” potrzebny do ich przeprowadzenia był niezwykle łatwo dostępny podczas przesiedleń ludności do obozów. Niejednokrotnie sam nadzorował selekcję więźniów po ich transporcie do Auschwitz, wskazując pałką, z którą się nie rozstawał, kto od razu ma trafić do komory gazowej, a kto ma żyć dalej, wykonując katorżniczą pracę.

Szczególnymi względami (choć w gruncie rzeczy ciężko tak to nazywać) cieszyły się bliźnięta, o czym przekonały się siostry Eva i Miriam – dwójka z czwórki dzieci żydowskiego małżeństwa żyjącego przed wojną w Portz (Rumunia). Wedle relacji Evy – spisanej przy pomocy Lisy Rojany Buccieri w książce pt. Przetrwałam. Życie ofiary Josefa Mengele – do obozu w Auschwitz trafiły w 1944 roku, mając zaledwie dziesięć lat. Bardzo szybko trafiły do grupy innych bliźniąt poddawanym najróżniejszym, najwymyślniejszym i przede wszystkim najokrutniejszym eksperymentom pseudomedycznym, nad którymi pieczę objął sam Anioł Śmierci. To, czego dopuszczał się na tych Bogu ducha winnych dzieciach, przechodzi ludzkie pojęcie… Próby zmiany koloru tęczówek (czego częstym następstwem była ślepota), amputacje, wstrzykiwanie tyfusu (i innych chorób) i inne bolesne eksperymenty przeprowadzane często bez żadnego znieczulenia…

Przebywanie w Auschwitz było jak uczestniczenie każdego dnia w wypadku drogowym. Codziennie działo się coś przerażającego[1].

Również Evie i Miriam wstrzyknięto jakieś substancje. Eva cudem wybroniła się z następstw zastrzyku, ocierając się o śmierć i unikając jej dzięki silnemu organizmowi oraz heroicznej pomocy siostry (sama nie jadła, by móc odłożyć dla Evy odrobinę chleba). Gorzej było z Miriam, bo po wstrzyknięciu jej tajemniczej substancji, po której mocno podupadła na zdrowiu i po dłuższej rozłące z siostrą (Eva przebywała w szpitalu obozowym) stała się jednym z wielu obozowych muzułmanów (więźniowie, którzy poddali się, nie mając sił do walki z codziennością, którzy osłabli nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie). Jak się potem okazało, eksperymenty, które na niej przeprowadzono, przyczyniły się do zatrzymania rozwoju jej nerek – na poziomie dziesięcioletniego dziecka.

Dziewczynki cudem przetrwały pobyt w tym ziemskim piekle i po wyzwoleniu udało im się wrócić do Rumunii, gdzie miały nadzieję spotkać rodziców oraz siostry. Na miejscu okazało się, że z najbliższej rodziny prawie nikt nie przeżył, oprócz ciotki, u której mieszkały przez kilka lat. Potem wyjechały do Palestyny, spełniając prośbę ojca, który gorąco ich do tego namawiał, jeszcze zanim rozpoczął się cały ten koszmar. Eva ostatecznie osiadła w Stanach Zjednoczonych, gdzie założyła rodzinę i mieszka do dziś. Miriam zmarła w 1993 roku.

Tyle o ich życiu. Sama książka napisana jest bardzo lekkim i przystępnym językiem, by z łatwością mogła trafić do młodzieży – autorka chce, by młodzi ludzie mieli świadomość tego, czego dopuszczali się naziści – ku przestrodze. Odnośnie samych eksperymentów, nie ma tu zbyt wielu szczegółów. Wspomnienia Evy Kor są dość ogólne i pobieżne, czemu chyba trudno się dziwić, biorąc pod uwagę jej ówczesny wiek. Najmocniejszy jest tu wydźwięk emocjonalny, choć Eva w żaden sposób nie gra na emocjach czytelnika, niczego nie uwypukla, nie chwyta się dramatycznych opisów. Zresztą, nie musi tego robić – jej historia sama w sobie jest wystarczająco przerażająca.

W relacji Kor wyjątkowo mocno poraziło mnie jednak to, że była w stanie wybaczyć samemu Mengele. Nie wyobrażam sobie, jak wiele trzeba mieć w sobie siły, by móc powiedzieć „wybaczam” takiemu potworowi, jakim był Anioł Śmierci… Podziwiam ją za to całą sobą, a Was zostawiam z fragmentem jej Deklaracji Amnestii odczytanej w Auschwitz podczas obchodów pięćdziesiątej rocznicy wyzwolenia obozu, który sam w sobie jest wyjątkowym morałem tego tytułu:

Mam nadzieję, że swoim skromnym głosem kieruję do świata przesłanie wybaczenia, przesłanie pokoju, przesłanie nadziei, przesłanie ukojenia. Nigdy więcej wojen, nigdy więcej doświadczeń bez świadomej zgody tych, na których są przeprowadzane, nigdy więcej komór gazowych, nigdy więcej bomb, nigdy więcej nienawiści, nigdy więcej zabijania, nigdy więcej obozów takich jak Auschwitz[2].





[1] E. M. Kor, L. R. Buccieri, Przetrwałam. Życie ofiary Josefa Mengele, Prószyński i S-ka, Warszawa 2014, s. 57.
[2] Tamże, s. 153.


Oficjalna recenzja dla Lubimy Czytać - LINK.
Wyzwania: z uwagi na pochodzenie jednej z autorek - Czytam literaturę amerykańską.

wtorek, 18 marca 2014

Chłopiec z Listy Schindlera - Leon Leyson





tłumaczenie: Jarosław Skowroński
tytuł oryginału: The Boy on the Wooden Box
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 14 stycznia 2014
ISBN: 9788378396826
liczba stron: 256


Oskar Schindler – chyba każdy zna albo chociaż kojarzy to nazwisko. Jeśli nie z książki Thomasa Keneally’ego pt. „Lista Schindlera”, opowiadającej o jego godnych podziwu działaniach, to bez wątpienia zna je z głośnej ekranizacji w reżyserii Stevena Spielberga o tym samym tytule. Ten właśnie człowiek, niemiecki przedsiębiorca należący w latach II wojny światowej do partii nazistowskiej, uchronił przed pewną śmiercią 1200 ludzi pochodzenia żydowskiego.


Jedną z tych osób był nieżyjący już Leon Leyson (właśc. Lejb Lejzon), którego wspomnienia zostały zapisane oraz wydane pod czujnym okiem Marilyn J. Harran oraz Elizabeth B. Leyson (jego córki). Historia jego życia jest niezwykle przejmująca i dramatyczna. Relacja autora rozpoczyna się, gdy jest małym chłopcem i wraz z rodzicami oraz czwórką rodzeństwa skromnie, ale szczęśliwie żyje w północno-wschodniej Polsce, w miejscowości Narewka (obecnie nieopodal granicy z Białorusią). Ojciec Lejby nie ustaje w staraniach, by jego rodzina miała godne warunki do życia, dlatego wkrótce wyjeżdża z rodzinnej wsi i rozpoczyna pracę w Krakowie. Dopiero po kilku latach to, co zarobił, umożliwia mu ściągnięcie żony wraz z dziećmi do tego samego miasta.

Niedługo potem groźba wybuchu wojny z dnia na dzień staje się coraz bardziej realna, choć wielu nie do końca zdaje sobie z tego sprawę albo nie przyjmuje tego do wiadomości. Jednak wrzesień 1939 roku pokazuje, że naziści pod wodzą Adolfa Hitlera nie cofną się przed niczym, by zdobyć władzę i stworzyć nową, „czystą” rasę. By tego dokonać, w pierwszej kolejności należy pozbyć się „kłód” na drodze do realizacji tego koszmarnego planu, czyli m.in. Żydów. Rozpoczyna się masowe przesiedlanie ludności żydowskiej do gett. Rodzina Lejzonów z małego, ale przytulnego mieszkania przenosi się do ciasnego pokoju w krakowskim getcie, które przyszło im dzielić z inną rodziną. Nie trzeba długo czekać na pojawienie się głodu i chorób – naziści celowo nie zapewniają mieszkańcom getta należytych racji żywnościowych, a zapasy szybko się kończą. Skupienie tak dużej liczby ludzi na zamkniętym terenie, gdzie trudno o zachowanie higieny, szybko owocuje rozpowszechnianiem się chorób (tyfus, szkorbut itd.).

Z dnia na dzień jest coraz gorzej, jednak szczęśliwy przypadek sprawia, że ojciec Lejby trafia do Niemieckiej Fabryki Wyrobów Emaliowanych, gdzie – dzięki temu, że potrafi otworzyć zamknięty sejf – zostaje zatrudniony na stałe. Naturalnie jest to praca bez zapłaty w tradycyjnej formie, jednak sam fakt, że pracownicy mają zaświadczenie o zatrudnieniu ratuje im życie. To jednak również trwa tylko do czasu. Gdy kapitulacja nazistowskich Niemiec jest już tylko kwestią czasu, zapada decyzja o likwidacji gett i masowej wywózce ich mieszkańców do obozów koncentracyjnych. Oskar Schindler, drogą przekupstwa i układów, przekonuje komendanta KL Plaszow, Amona Goetha, że dotychczasowi pracownicy są niezbędni do prawidłowego funkcjonowania fabryki. Tym sposobem ratuje ponad tysiąc osób pochodzenia żydowskiego, w tym małego Lejzona.

Był to godny podziwu wyczyn z jego strony. Schindler niejednokrotnie ryzykował życie, by ratować swoich pracowników (jak relacjonuje Leyson), jednak nie można zapominać o fakcie, że przyjechał do Polski, by dorobić się na wojnie tanim kosztem (Żydzi byli darmową siłą roboczą). Wiedział, w jakich warunkach buduje swój biznes i jacy ludzie będą u niego pracować – robił to świadomie. Dlatego dla mnie jego postać będzie zawsze zawierała odrobinę… hmm… kontrowersji.

http://www.filmweb.pl/

Co do samej relacji z pobytu Leona Leysona w getcie czy obozie, nie doszukałam się w niej niczego, czego nie znałabym już z opowieści innych ocalonych. Na uwagę natomiast zasługuje to, jak autor wspomnień postrzega antysemityzm w Polsce. Jak pisze, przed wojną nienawiść do Żydów przejawiała się głównie w określonych momentach, jak np. w Wielki Tydzień i miała wydźwięk czysto religijny. Po wojnie zaś był to już ten sam antysemityzm, który funkcjonuje do dziś i dotyczy Żydów jako narodu. Leyson przytacza też kilka sytuacji, w których ta antypatia była szczególnie dotkliwa, jak np. w czasie pobytu w akademiku już po kapitulacji Niemiec (jako tymczasowym miejscu zamieszkania), gdy Polacy oskarżali Żydów o dokonywanie transfuzji krwi polskich dzieci, aby wzmacniać swoje organizmy.

Przejawy antysemityzmu ze strony Polaków to oczywiście rzecz bezsporna, bo każdy wie, że miały one miejsce często i gęsto, jednakże autor chyba zapomniał, że nie tylko Żydzi byli ofiarami II wojny światowej i nie tylko oni cierpieli. Choć wśród Polaków było wiele wrogo nastawionych do Żydów osób, to nie brakowało wśród nich także tych, którzy im pomagali i tych, którzy ginęli w obozach.

W ogólnym rozrachunku „Chłopiec z listy Schindlera” to emocjonująca i poruszająca książka jak każda z tego gatunku, jednak dla mnie niepozbawiona nutki kontrowersji.


Oficjalna recenzja dla Lubimy Czytać - LINK.

czwartek, 12 grudnia 2013

"Szare śniegi Syberii" Ruta Sepetys





tłumaczenie: Juraszek Dawid, Bogunia Joanna
tytuł oryginału: Between Shades of Gray
wydawnictwo: Nasza Księgarnia
data wydania: 6 kwietnia 2011
ISBN: 9788310119834
liczba stron: 328


W życiu każdego mola książkowego pojawia się ogrom książek. Niektóre z nich są wyjątkowe i zapisują się w pamięci na długo, jeśli nie na zawsze. Są też takie, które wzruszają, ale to przecież nie dziwi w przypadku czytelnika o wrażliwym, wielkim sercu i delikatnej duszy. Inaczej jest, gdy książka poruszy kogoś, komu wzruszenia przy lekturze zdarzają się rzadko albo wcale – wtedy siła danego tytułu jest bezsporna…

Ja należę do osób, które nie płaczą podczas seansu „Titanica” czy w trakcie poznawania historii bohaterów „Love Story”. W ogóle bardzo rzadko zdarza mi się uronić łezkę z powodu przeczytanej historii. Ale – jak to w życiu bywa – wszystko jest normą do czasu…
W ostatnich dniach doczekałam się w końcu własnego egzemplarza książki pt. „Szare śniegi Syberii” Ruty Sepetys, tak dobrze ocenianej przez czytelników, wychwalanej przez blogerów. I to właśnie przez tę książkę pewnego śnieżnego poranka (godzina szósta z minutami) zaczęłam dzień od łez…

Cóż w niej takiego jest? – zapytacie. Wszystko! Poruszająca do granic historia, wspaniali bohaterowie, będący ludźmi, których chciałoby się mieć wśród bliskich, ogromny ładunek emocjonalny wylewający się z kart książki, dobry styl, jakim jest napisana, i prosty – acz ujmujący – język.

Mamy czerwiec roku 1941 i jesteśmy na Litwie w domu jednej z tamtejszych rodzin. Do drzwi Vilkasów łomocze NKWD. Elena jest w domu sama z dziećmi: piętnastoletnią córką Liną i młodszym od niej Jonasem. Męża Eleny, Kotasa, już nie ma… Enkawudziści nakazują rodzinie szybko się spakować i natychmiast wyjść z mieszkania. Trójka bohaterów po chwili znajduje się w jednym z bydlęcych wagonów, tak jak tysiące innych osób wygnanych z własnych domów i skazanych na…? Nikt tak naprawdę nie wie, na co i za jakie grzechy… Wiadomo jedynie, że w pociągu opatrzonym hasłem „prostytutki i złodzieje” zmierzają do piekła skutego lodem…

Po morderczej, kilkutygodniowej podróży w cuchnącym wagonie, bez dostępu do powietrza, jedzenia i picia (często w towarzystwie zmarłych współtowarzyszy niedoli), docierają do ałtajskiego obozu pracy, gdzie za głodowe racje żywnościowe pracują ponad siły. Choć wydaje im się, że to najgorsze, co mogło ich spotkać, los okazuje się być bardziej okrutny – to, co najgorsze, czeka na nich dopiero pod samym kołem podbiegunowym, w Trofimowsku, gdzie ze wszystkich sił starają się przeżyć w skrajnie niskich temperaturach, brodząc w śniegu i mieszkając w lepiankach. A wszystko to widzimy oczami nastoletniej wtedy Liny – utalentowanej dziewczyny, której wojna odebrała najpiękniejsze lata życia i ograniczyła możliwość rozwijania talentu, jakim było rysowanie…

Taka syberyjska rzeczywistość to nie miejsce dla dzieci, ale one tam były i często musiały patrzeć na śmierć innych (także najbliższych). Nie powinno tam być chorych, a byli i jako niezdolni do pracy umierali w powolnej agonii. Tam nie powinno być nikogo, a jednak zesłano tam Bogu ducha winnych ludzi, by w znoju i trudzie odkupili swoje winy, których nie popełnili nigdy…

Ruta Sepetys
źródło: www.squealermusic.com
„Szare śniegi Syberii” to nie literatura faktu, chociaż odwołuje się do historycznych realiów przedstawianej rzeczywistości. Ruta Sepetys (jej dziadkiem był litewski oficer) przed napisaniem książki spotkała się z wieloma osobami, które osobiście przeżyły dramat pobytu w gułagach, rozmawiała także z historykami, psychologami, urzędnikami… Jak zaznaczono na okładce:

Bohaterką tej powieści równie dobrze mogłaby być polska nastolatka, która mieszkała przed 1939 rokiem w którymś ze wschodnich polskich województw. Polskie dzieci spotkały takie same dramatyczne przeżycia co Linę i jej brata Jonasa: łomotanie o świcie do drzwi, nerwowe pakowanie, straszne warunki transportu, a później praca ponad siły.

Kto wie, czy ta tragiczna historia – opowiedziana przez Sepetys – nie wydarzyła się naprawdę w życiu jakiejś konkretnej rodziny, może tylko z niewielkimi różnicami… Kto wie? Może gdzieś taka rodzina istnieje i skrywa mroczne, bolesne doświadczenie z odległych czasów pobytu na wrogiej dla człowieka Syberii? Może strach (nietracący na sile po dziś dzień) przed tym, o czym zabroniono im mówić, skutecznie zamyka takim ludziom usta? „Szare śniegi Syberii” pokazują, że prawda jest najważniejsza i nie powinno się jej ukrywać, że ludzkość musi wiedzieć, do czego zdolny jest człowiek w imię realizacji chorej wizji świata i zdobycia absolutnej władzy.

Ocena: 6/6

Wyzwania: "Czytamy Polecane Książki". Z polecenia AnnRK.

środa, 6 listopada 2013

Wspomnienia literackie, czyli jak to kiedyś napisałam o "Chłopcu w pasiastej piżamie" Johna Boyne'a


Nie wszyscy z was wiedzą (albo pamiętają), że swoją blogową przygodę zaczynałam pod adresem: http://ksiazkowka.blox.pl/html. Z kolei w miniony piątek TVP przypomniała widzom ekranizację jednej z moich ulubionych książek, czyli "Chłopca w pasiastej piżamie" Johna Boyne'a. Pomyślałam, że w ramach wspomnień i ja przypomnę wam -  że tak nieskromnie napiszę - jeden z moich ulubionych tekstów, który recenzją nie jest (jako taką), ale jest relacją z niezwykłego spotkania... 



tłumaczenie: Paweł Łopatka
tytuł oryginału: The boy in the striped pyjamas
wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
data wydania: 2007
ISBN: 978-83-08-03980-9
liczba stron: 192


To było wczoraj. Właśnie czytałam książkę, gdy gdzieś w tle usłyszałam szmer. Początkowo go zignorowałam myśląc, że to pewnie wiatr, który niespostrzeżenie wpadł do mojego pokoju przez okno i zaznaczył swoją obecność. Jednak po chwili, ze stanu skupienia znów wyrwał mnie hałas. Zamknęłam książkę, uniosłam głowę i spojrzałam na wprost siebie. Choć na ułamek sekundy z wrażenia zabrakło mi tchu, to jednak nie byłam przestraszona faktem, że w moim pokoju na fotelu siedzi młody chłopiec.

Cześć, jestem Bruno – powiedział. Po chwili delikatnej konsternacji również się przywitałam i grzecznie zapytałam młodzieńca, czemu zawdzięczam tę niespodziewaną wizytę. Odpowiedział mi:

Zawsze, gdy ktoś rozpoczyna lekturę MOJEJ historii, widzę to w myślach niczym w szklanej kuli i śpieszę do tej osoby by przekazać ją osobiście, bowiem żadne słowo pisane nie odda tego jak ja to przeżywałem. Jesteś gotowa mnie wysłuchać?

Bez chwili wahania odparłam, że tak.

Miałem wtedy 9 lat. W tej chwili mój umysł jest o kilka lat starszy, choć wizualnie wciąż wyglądam na małego chłopca. Mimo że od tamtych wydarzeń minął już jakiś czas, to pamiętam je doskonale. Nic nie zatrze w mojej pamięci tego dnia, gdy w naszym domu panowało ogromne poruszenie, wywołane tą szczególną wizytą – na kolacji mój ojciec spodziewał się gościć Furię*. Cóż to był za dziwny człowiek! Niby taka ważna persona, a kompletnie bez ogłady i dobrych manier! Jeszcze ten jego śmieszny wąsik…Zupełnie jakby się niedokładnie ogolił…

W każdym bądź razie wieczór ten zaważył na przyszłości naszej rodziny. Niedługo potem opuściliśmy tak bliski nam Berlin – nie bez moich licznych protestów i wyrazów niezadowolenia, które na nic się jednak zdały. Naszym nowym miejscem zamieszkania i pracy dla ojca było Po-świecie*. W całym swoim krótkim życiu nie widziałem równie okropnego miejsca jak to! Nie dość, że nikogo tam nie znałem to wszędzie można było natknąć się na żołnierzy, a w sąsiedztwie naszego domu istniał jakiś inny świat. Cała masa  ludzi, którzy od rana do wieczora chodzili po dworze, ubrani tylko w pasiaste piżamy. Widok ten bardzo mnie zszokował i nasuwał wiele pytań, z którymi udałem się do ojca. Ten zbył mnie krótko odpowiadając, że to nie są ludzie…Szybko przekonałem się, że ojciec kłamał, i że tam jednak byli ludzie tacy jak on i ja tylko trochę jakby…smutniejsi, bledsi no i wszyscy tak samo ubrani w te śmieszne piżamy. A jak się tego dowiedziałem? Pewnego dnia poznałem przyjaciela zza drucianej siatki. Bardzo się ze sobą zżyliśmy, a ja po niedługim czasie już wiedziałem, że to najlepszy przyjaciel, jakiego kiedykolwiek miałem…

I co dalej? Zapytałam. Bruno spojrzał mi głęboko w oczy z wyrazem, jakiego nigdy u nikogo do tej pory nie widziałam, przeszył mnie spojrzeniem na wskroś, zaciskając przy tym mocno wargi. Już zaczynał mówić dalej, gdy ze snu wyrwał mnie dźwięk budzika. 

Historia „Chłopca w pasiastej piżamie” jest fikcją jak sen, ale tak samo jak sen może odzwierciedlać wydarzenia z jawy, tak wymysł literacki może się opierać na fundamentach prawdziwych zdarzeń sprzed lat. Podziwiam autora za odwagę – na pewno nie każdy byłby w stanie podjąć się ryzyka, stworzenia takiej powieści. Mimo, że nie jest ona wolna od wad, bo w wielu miejscach brak jej realizmu, to jest piękną i poruszającą lekturą o przyjaźni i tragizmie nie tyle ofiar nazizmu, co samych jego wykonawców. Wszak okres II Wojny Światowej to czas cierpienia także dla katów, choć nam Polakom, często ciężko o tym mówić wprost. Może już przyszła na to pora?

* zaczerpnięte z książki

piątek, 11 października 2013

"Simon i dęby" Marianne Fredriksson + przypomnienie


Kochani!
Dziś o 19:30 na Dyskusyje ukaże się wpis Minerwy na temat czytelnictwa w Internecie, czyli po co nam te wszystkie internetowe biblioteczki (typu Lubimy Czytać), fora itd. Zapraszam serdecznie, bo temat naprawdę jest interesujący.

Przypominam także o moim konkursie, w którym możecie wygrać egzemplarz książki "Doktor Sen" Stephena Kinga. Został Wam już tylko tydzień na wzięcie udziału!

***************************************************************



tytuł oryginału: Simon och ekarna
wydawnictwo: Replika
data wydania: wrzesień 2013
ISBN: 9788376742670
liczba stron: 396



O Simonie, którego dęby słuchały

Niedawno w naszym kraju miała miejsce premiera (a konkretnie wznowienie) książki, którą wydawca porównuje do innego bardzo cenionego przeze mnie tytułu. Do tytułu, który wyraźnie zapisał się w mojej pamięci i wywołał duże emocje, mimo że była to opowieść fikcyjna. „Chłopiec w pasiastej piżamie” J. Boyne – bo o tej książce mowa – zrobił na mnie kiedyś naprawdę silne wrażenie. Czy „Simon i dęby” Marianne Fredriksson mają taką samą siłę wyrazu? O tym za chwilę. Najpierw troszkę o samym Simonie, który jest głównym bohaterem książki szwedzkiej pisarki o osławionych już dębach…


 Simon żyje w czasach, gdzie groźba wybuchu II wojny światowej to pewnik. Słowo „Żyd” zaczyna nabierać nowego i pejoratywnego wydźwięku, aż w końcu staje się piętnem uniemożliwiającym normalne funkcjonowanie… Simon jako mały chłopiec nie wiedział, o co tak naprawdę chodzi z tym zamieszaniem wokół Żydów. Ale pewnego dnia… Pewnego dnia doświadczył czegoś, co kazało mu inaczej spojrzeć na świat – ktoś w bolesny sposób uzmysłowił mu jego pochodzenie… Na jaw wychodzi kolejny szokujący dla chłopca fakt – ludzie, których od dzieciństwa uważał za swoich rodziców, tak naprawdę nimi nie są. Przygarnęli go, dając mu dom, na który mógłby nie mieć szans, będąc u boku swojej biologicznej matki. Na szczęście nie pozostaje sam z tym wszystkim. W pewnym momencie swojego życia poznaje Izaaka. Już jako bardzo bliscy przyjaciele wkraczają w czas wojny.

Nie będzie to okres łatwy ani dla Simona, ani dla Izaaka. Obaj będą dorastać przy dźwiękach wybuchających bomb oraz w scenerii wszechobecnej śmierci. Mimo zła całego świata znajdzie się u nich czas na względnie normalne życie – na dojrzewanie, pierwsze miłości, naukę, literaturę i melancholijne rozmowy o wszystkim tym, co dzieje się wokół. Część akcji książki toczy się w otoczeniu starych i pięknych drzew – tytułowych dębów, które są świadkami licznych trosk, wzruszeń i radości bohaterów powieści.

Wszystko to razem składa się na specyficzny i dość nostalgiczny styl zaprezentowanej historii. Życie chłopców oraz ich rodzin potrafiło mnie na tyle pochłonąć, że chwilami zapominałam o jego wojennym tle.

Wróćmy do rekomendacji, w której zapewnia się czytelnika, że gdy poznał i zafascynował się „Chłopcem w pasiastej piżamie”, to na pewno podda się urokowi książki pani Fredriksson. Niestety, zawiodłam się odrobinę – „Chłopiec…” był dla mnie zdecydowanie bardziej emocjonalną książką, mocniej czułam tam realia wojny oraz piękno nietypowej przyjaźni między głównymi bohaterami. Wydaje mi się, że „Simon i dęby” zmierza bardziej w kierunku powieści obyczajowej z lekko zarysowanym wojennym tłem.

Nie zmienia to jednak faktu, że „Simon i dęby” jest książką intrygującą i wciągającą, która czaruje swoim melancholijnym stylem. Zwolennicy tego typu powieści na pewno będą z niej zadowoleni.

Ocena: 4/6




sobota, 24 sierpnia 2013

"Lalki z getta" Eva Weaver




tłumaczenie: Magda Witkowska
tytuł oryginału: The Puppet Boy of Warsaw
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 23 kwietnia 2013
ISBN: 9788378395010
liczba stron: 384


Nazistowski teatr lalek


Rok 1939 przyniósł światu jedną z najczarniejszych kart historii. Naziści, ogarnięci żądzą władzy oraz nienawiścią do – jak to określali – „podludzi”, rozpoczęli działania wojenne na terenie Polski. Szczególną odrazę czuli do Żydów, dlatego – chcąc ułatwić sobie ich eksterminację – tworzyli getta, czyli wydzielone, zamknięte tereny, skupiające ludność żydowską. Były to swoiste więzienia, w których skrajne warunki i rygor odbierały człowiekowi godność i sprowadzały go do roli przedmiotu.

Źródło
Do takiego więzienia trafił wraz z matką i dziadkiem Mika – młody (bo zaledwie kilkunastoletni) bohater książki Evy Weaver „Lalki z getta”. Był radosnym chłopcem, który uwielbiał się uczyć i czytać – tę cechę odziedziczył najprawdopodobniej po dziadku (nazywanym przez niego czule „tatusiem”), który był cenionym matematykiem, wykładowcą na Uniwersytecie Warszawskim. Gdy przyszła wojna, odebrała im wszystko to, co kochali: dziadek został pozbawiony pracy zawodowej, a Mika – możliwości uczęszczania do szkoły. Represje nasilały się, aż rodzinie Miki pozostało tylko ciasne mieszkanie w getcie i głód, który często zaglądał im w oczy.

Pewnego dnia wojna zadała chłopcu kolejny cios – umarł jego dziadek. Nim zamknął oczy na wieki, poprosił Mikę o zaopiekowanie się płaszczem, który traktował w szczególny sposób, jako powód do dumy. Początkowo zdawało się, że będzie to jedyna pamiątka po „tatusiu”, ale kolejne dni przyniosły miłą niespodziankę. Przeglądanie licznych kieszeni płaszcza zaowocowało odkryciem – nowe życie dostała jedna z wielu papierowych lalek, które tworzył dziadek Miki. Chłopiec pokochał lalki i scenki odgrywane z ich udziałem. Wieść o lalkarzu rozniosła się niemal po całym getcie, więc nic dziwnego, że był zapraszany w różne miejsca obozu, by dawać przedstawienia. Dowiedział się o nim także ktoś, kogo Mika wolałby unikać – nazista Max. Od tej pory regularnie, bo co tydzień, chłopiec musiał zabawiać podchmielonych żołnierzy, odtwarzając scenki z udziałem marionetek. Było to zdecydowanie za dużo dla tak młodego chłopca…

Pewnego dnia, gdy miałem już tego dość, wyzwałem słońce na pojedynek. Chciałem je zmusić, by zniknęło. Byłem gotów oddać wzrok za zaćmienie. Gdybym miał od tego oślepnąć, trudno, niech i tak będzie.[1]

Przyszedł jednak dzień, w którym tryumf nazistów ustąpił miejsca klęsce i jedyne, co im pozostało, to była ucieczka. Max nie uciekł jednak sam, zabrał chłopcu jedną z jego najcenniejszych lalek i tak Książę (bo o tej lalce mowa) stał się niemym świadkiem odwrócenia kart losu. Teraz to Max miał doświadczyć tego, co Mika…

Uff, ciężko było mi opowiedzieć fabułę tej książki. Dlaczego? – zapytacie. Bo jest szalenie interesująca, świetnie nakreślona, przejmująca i wielokrotnie wzrusza. Dzieje się tu dużo – tak dużo, że trudno zamknąć streszczenie akcji w kilku zdaniach. Co interesujące, wydarzenia widziane są z perspektywy dwóch osób: najpierw swoją historię opowiada Mika (jako dorosły mężczyzna wraca do tych ciężkich lat dzieciństwa), a potem nazista Max. Niesamowite, jak role potrafią się odwrócić, jak potrafimy być skrajnie źli lub dobrzy, choć wewnątrz jesteśmy do siebie tak podobni…

Czy wszyscy nie jesteśmy do siebie biologicznie podobni? Przecież każdy z nas ma bijące serce, płuca podobne do drzewa i ciepłą, czerwoną krew.[2]

Swoistego rodzaju spoiwem łączącym te dwa nurty relacji, które składają się na powieść Evy Weaver, są oczywiście lalki. Przedmioty te pomagają w pewnej formie terapii, są środkiem potrzebnym do przeżycia w trudnych warunkach, pełnią rolę psychiatrów, których zadaniem jest słuchać i radzić. Na szczególną pochwałę zasługuje sprawnie zastosowany przez pisarkę zabieg personifikacji lalek – one nie tylko są, one naprawdę żyją!

„Lalki z getta” to utwór niemal bez skaz. Właśnie – niemal.  Są w tej książce pewne usterki, które dostrzegłam w trakcie lektury, chociaż nie ujmują one jej wartości. Po pierwsze, chodzi tu o pojawiające się powtórzenia (sporadyczne). Po drugie, mam troszkę za złe autorce takie ukazanie sytuacji, w której sugeruje ona, że Żydzi w gettach przechodzili piekło (co oczywiście jest prawdą), a Polacy mieszkający poza ich granicami żyli bez większych zmian mimo trwającej wojny. To tak, jakby cierpienie nie dotyczyło Polaków, a to przecież nieprawda… Może i jestem przewrażliwiona i wyolbrzymiłam ten fakt, a może nie jestem? Sami sprawdźcie! Polecam tę przejmującą opowieść każdemu bez wyjątku!

Ocena 5/6








[1] E. Weaver, Lalki z getta, Prószyński i S-ka, Warszawa 2013, s. 191.
[2] Tamże, s. 176.




piątek, 19 lipca 2013

"Dziewczyny atomowe" Denise Kiernan



tłumaczenie: Mariusz Gądek
tytuł oryginału: The Girls of Atomic City. The Untold Story of the Women Who Helped Win World War II
wydawnictwo: Otwarte
data wydania: 3 lipca 2013
ISBN: 9788375151589
liczba stron: 440



Oak Ridge, w stanie Tennessee. W roku 1942 było to miasto-widmo: wiadomości wysłane na ten adres wracały do nadawcy z adnotacją informującą go, że takowe miasto nie istnieje. Pierwsza napotkana osoba zapytana o Oak Ridge ze zdumienia otworzyłaby szeroko oczy i stwierdziła, że nigdy o nim nie słyszała. Nie bez powodu, bowiem to miejsce przez długi czas, od chwili swego powstania, oficjalnie na mapach nie istniało. Powiało tajemniczością, prawda?

Dla wielu młodych kobiet, które chciały jak najlepiej rozpocząć zawodowy etap swojego życia, wyjazd do tego miasta miał być wielką szansą na rozwinięcie skrzydeł, usamodzielnienie się i – nie oszukujmy się – zarobienie większych pieniędzy niż byłoby to możliwe w prowincjach, z których pochodziły. Taką możliwość otrzymały m.in. Celia, Toni, Jane, Kattie oraz Virginia. Przykładowo: Celia znalazła zatrudnienie jako sekretarka, Jane nadzorowała prace kobiet monitorujących wskaźniki produkcji, a Virginia jako chemiczka była wyjątkowo użyteczna przy produkcji tego, co miało przynieść wygraną Stanów Zjednoczonych w II wojnie światowej. Jednak na samym początku, udając się w to miejsce, tak naprawdę wiedziały bardzo mało albo w ogóle nic o tym, czym będą się zajmowały i w jakich warunkach przyjdzie im żyć (dla niektórych były one mocno spartańskie). Z biegiem czasu, w trakcie ich pobytu w Oak Ridge, zaczęły docierać do nich informacje o tajemniczym Projekcie oraz Gadżecie, który ma mieć znaczący wpływ na przebieg wojny. Żmudna i nieraz ciężka praca nad Gadżetem w końcu przyniosła zamierzony efekt – w dniu 16 lipca 1945 roku miał miejsce test broni atomowej pod kryptonimem Trinity. W kolejnym dniu generał Leslie Groves (kluczowa postać Projektu) obwieścił m.in. w Pentagonie, że

Dziecko przyszło na świat.[1]

Dzieckiem tym była oczywiście bomba atomowa, która 6 sierpnia 1945 spadła na Hiroszimę, a już 9 sierpnia tego samego roku na Nagasaki.

Historię o powstaniu broni jądrowej oraz o życiu młodych kobiet, które przyczyniły się do tego faktu (w mniejszym lub większym stopniu), opowiedziała Denise Kiernan w swojej książce pt. „Dziewczyny atomowe”. Pierwsze, co ciśnie się na usta (albo w tym przypadku na klawiaturę), to jedno słowo: „profesjonalizm”. Autorka umiejętnie podeszła do tematu, który zdecydowała się podjąć, opracowała go bardzo rzeczowo i skrupulatnie. Zanim przystąpiła do pisania książki, przeanalizowała mnóstwo dokumentów i przeprowadziła wywiady z wieloma osobami, mającymi związek z Projektem. Ich relacje umiejętnie połączyła z wiedzą czysto historyczną, przybliżając nam sam proces powstawania bomby oraz codzienne życie wspomnianych już przeze mnie kobiet, przebywających w Oak Ridge (np. relacje między nimi czy rozrywki, z których mogły korzystać).

Jak już pisałam, jedne z tych kobiet przyczyniły się do powstania broni (czyli wygrania II wojny światowej, jak głosi informacja na okładce książki) w większym stopniu, a drugie w mniejszym. Nie zmienia to jednak faktu, że wszystkie były trybikami w machinie zła, gdyż efektem ich pracy jest broń jądrowa. Mnie osobiście ciężko dostrzec w tych kobietach bohaterki, ale z drugiej strony o nic je nie obwiniam. Nie o szukanie winnych i oskarżanie kogoś chodzi przecież w tej książce, ale o ukazanie kawałka historii w przystępny i bardzo interesujący sposób. I to się bez wątpienia autorce udało.

Ocena: 5/6




[1] D. Kiernan, Dziewczyny atomowe, Otwarte, Kraków 2013, s. 298



Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Otwarte.

czwartek, 2 maja 2013

"Czas honoru. Przed burzą" Jarosław Sokół


wydawnictwo: Zwierciadło
data wydania: 2012
ISBN: 978-83-63014-38-4
liczba stron: 400



Czas historii


   Nigdy nie ukrywałam, że byłam i jestem fanką serialu wojenno-historycznego pt. „Czas honoru”, który emitowała TVP. Obejrzałam wszystkie serie, a każdy odcinek oglądałam z takim zaangażowaniem, że te kilkadziesiąt minut jego trwania upływało mi lotem błyskawicy. Co mnie w nim tak pociągało? Przede wszystkim tematyka, jaką poruszał, czyli - w ogólnym zarysie - walka Cichociemnych z okupantem o wolną Polskę. W obsadzie serialu znalazło się wiele znanych nazwisk, tj. Englert, Pawlicki, Wieczorkowski, Wesołowski, Zakościelny, Ostaszewska (żałuję ogromnie, że pojawiła się tylko w pierwszej serii) czy Różczka, Adamczyk, Wieczorek, Olbrychski. Ponadto o sukcesie serialu bez wątpienia zadecydowały świetne zdjęcia i scenariusz.

   Nic więc dziwnego, że gdy tylko dowiedziałam się, że Jarosław Sokół - będący jednym ze scenarzystów „Czasu honoru” - postanowił opublikować papierową wersję tegoż serialu, bez chwili wahania skusiłam się na lekturę. Nie zaczęłam, co prawda, od pierwszej części pod tym samym tytułem, ale od drugiej - „Czas honoru. Przed burzą”. Uznałam, że w moim przypadku nic złego się nie stanie, jeśli zdecyduję się przeczytać te dwie części nie po kolei – z tej prostej przyczyny, że losy serialowych bohaterów znam bardzo dobrze, a lektura miała być dla mnie jedynie ich uzupełnieniem.

   Tym sposobem po rozpoczęciu lektury znalazłam się na początku drugiej serii serialu, czyli w roku 1943. Michał, Władek oraz ich matka Maria mierzą się z tragedią rodzinną i utratą najbliższej osoby. Niemcy nie przebierają w środkach, walcząc z polskim podziemiem i przy pomocy bezwzględnych metod umacniają swoją władzę nad Polską. Jednak bracia Konarscy, Bronek oraz Janek, nie zamierzają się poddawać – fałszując dokumenty, wymierzając wyroki w imieniu Polski podziemnej, kontaktując się na bieżąco z Londynem, walczą z okupantem, w tym z szefem Gestapo, Larsem Rainerem.

   Wszystko to dzieje się w obronie wolności, tożsamości narodowej, okupione jest wieloma cierpieniami, często porażkami. Działania bohaterów występujących przeciwko  okupantowi wyróżnia odwaga, męstwo, czasem bezwzględność i brawura. Pomimo brutalnej rzeczywistości w ich życiu jest także miejsce na miłość. Mamy tu sprawnie i realistycznie opisane codzienne życie ludzi walczących o to, co w tamtym czasie było najważniejsze.

   Książki niemal zawsze górują nad kinowymi czy telewizyjnymi adaptacjami, bo w sposób szczegółowy podchodzą do każdego wątku. Tak jest i w przypadku powieści Jarosława Sokoła. Świetnie opisał w niej bohaterów – ich rysy osobowościowe są bardzo wyraźne, także emocje, z jakimi na co dzień przychodzi im się mierzyć.

   O „Czasie honoru” (obydwu wersjach) powiedziano już bardzo wiele, zarówno dobrego jak i złego. Wskazuje się na liczne błędy i niedociągnięcia - z czym się zgodzę. Jednak w tym przypadku nic ani nikt nie jest w stanie odebrać  filmowi oraz książce największej wartości – tego, że potrafiły zainteresować całkiem pokaźną liczbę odbiorców historią Polski, przypomnieć o patriotyzmie i szacunku dla tych, którzy za naszą wolność oddali życie. I jeśli tego wszystkiego ma szansę nauczyć się młodzież, to ja jestem po stokroć za powstawaniem takich seriali i książek. Bo nawet jeśli mówi się o nieścisłościach historycznych, które pojawiają się w literackiej i telewizyjnej wersji opowieści o Cichociemnych, to siłą rzeczy zmuszają one ciekawskich do doszukiwania się tego, „jak było naprawdę”, a to już maleńki kroczek do poznawania wojennej historii naszego kraju.

   Tym, którzy nie znają serialu i chcieliby zacząć od książki, polecam bezwzględne rozpoczęcie od części pierwszej, zatytułowanej „Czas honoru”. Natomiast fani scenariusza  Jarosława Sokoła na pewno nie potrzebują dodatkowej zachęty – dla was to pozycja obowiązkowa – obydwie części.


Ocena: 5/6


Oficjalna recenzja dla portalu Lubimy Czytać: http://lubimyczytac.pl/oficjalne-recenzje-ksiazek/2207/czas-historii


Recenzja bierze udział w wyzwaniu: "Polacy nie gęsi, czyli czytajmy polską literaturę!".



wtorek, 8 stycznia 2013

"Podczłowiek. Wspomnienia członka Sonderkommanda" Anatol Chari, Timothy Braatz





Tłumacz: Michał Antkowiak
Data wydania: 31 sierpnia 2012
Liczba stron: 256



Każdy mól książkowy od czasu do czasu ma sobie coś do zarzucenia w kwestii własnego czytelnictwa. Ja biję się w pierś z powodu zaniedbania, jakiego dopuściłam się wobec gatunku, który jest mi bardzo bliski. Mówię tu o literaturze faktu z zakresu tematyki obozów koncentracyjnych, nazizmu i Holocaustu. Gdy tylko zobaczyłam w ofercie Świata Książki nowość z tego okresu, nie zastanawiałam się zbyt długo nad podjęciem się lektury, zwłaszcza że historia, jaką w sobie kryje, jest dość kontrowersyjna…
Chodzi o tytuł, który w rzeczywistości jest mieszanką biografii Anatola Chariego i wspomnień z czasów, gdy jego życie upływało pod znakiem Holocaustu i koszmaru pobytu w kolejnych obozach koncentracyjnych. Zwierzeń byłego więźnia wysłuchał, a następnie je spisał Timothy Braatz, opatrując je tytułem „Podczłowiek. Wspomnienia członka Sonderkommanda”. Anatol pochodził z uprzywilejowanej rodziny za sprawą pozycji społecznej swojego ojca Piotra, który oprócz tego, że w latach przedwojennych był posiadaczem dwóch kamienic i sklepu tekstylnego, to zasiadał również w prezydium łódzkiej izby handlowo-przemysłowej oraz w radzie gminy żydowskiej. Plusy wynikające z tego faktu ujawniły się niemal natychmiast po wkroczeniu Niemców do Polski – choć naziści pozbawili życia Piotra Chariego, to ten zza grobu przez długi czas sprawował pieczę nad swym synem. Cały okres jego pobytu w łódzkim getcie upłynął pod protekcją najpewniej nieżyjącego już ojca i w znacznym stopniu Chaima Rumkowskiego (który przed wojną również należał do kahału, a w okresie istnienia getta łódzkiego utworzył prywatne gimnazjum). To dzięki Rumkowskiemu właśnie, Chari (po ukończeniu szkoły) trafił do służby policyjnej w Sonderkommando. Mimo tragedii, jaka działa się wokół, trudno nie zauważyć na podstawie niniejszych wspomnień, że młodzieńcowi powodziło się w czasach służby wyjątkowo dobrze – nie cierpiał głodu ani chłodu. Wszystko to zapewniło mu nazwisko. Karta jednak miała się niebawem odwrócić – młody Chari stanął przed bramą obozu w Auschwitz, gdzie jego nazwisko rodowe nie znaczyło już nic, a ojcowska ochrona skończyła się definitywnie. Tam poznał smak prawdziwego cierpienia oraz przyjrzał się z bliska niczym niepohamowanej agresji, nienawiści i bezsensownej śmierci wielu więźniów. Gdy zmienił miejsce egzystencji na Gross-Rosen, wcale nie było lepiej. Swoistym „ukoronowaniem” jego migracji po obozach był pobyt w Bergen-Belsen, zwanym obozem śmierci. Chari jednak, w całym swoim nieszczęściu i tragicznym położeniu, doświadczał też ogromnego szczęścia, które pozwoliło mu przeżyć ten straszny czas.
Choć to bez wątpienia wstrząsająca lektura, jak niemal każda z zakresu tej tematyki, to jednak mam mieszane odczucia po jej zakończeniu. Złożyło się na to kilka szczegółów. Pierwszym jest rozbieżność co do faktu historycznego, jakim było wyzwolenie obozu Bergen-Belsen. Chari mówi, że tego dnia główną ulicą obozu przejechał wóz Czerwonego Krzyża ogłaszając, iż więźniowie od tej chwili są pod opieką tejże organizacji. Historycy zaś podają, że to brytyjskie wojsko uwolniło więźniów. Zdaję sobie sprawę, że tak traumatyczne przeżycia na pewno nie są pomocne w zapamiętywaniu niektórych szczegółów, ale rozbieżność ta i tak nakazała mi traktować niniejszą relację bardziej jako ciekawostkę i dodatek do znanych mi już faktów, niż w stu procentach wiarygodny dokument historyczny. Co jeszcze rzuciło mi się w oczy? Wyjątkowo łagodna relacja z okresu, w którym Chari należał do Sonderkommanda. Każdy – kto choć w minimalnym stopniu orientuje się w tematyce – wie, że służby te brały nierzadko czynny udział w mordowaniu osadzonych, a już na pewno w bezlitosnym biciu ich. Anatol co prawda wzmiankuje o tym, że pomagał przy wywożeniu ludzi z getta (podczas jego likwidacji), ale nie wypowiada się szerzej o aktach tragicznej w skutkach przemocy. Zupełnie, jakby tego nie widział albo udawał, że tego nie było. Irytowały mnie też jak mantra powtarzane słowa, że „znów ochroniły mnie poły płaszcza mojego ojca”. Jak Chari sam zauważył, niejedna osoba korzystała, jak tylko mogła, z posiadanych znajomości, co jest w pełni zrozumiałe w ówczesnej sytuacji, ale jaki cel ma uporczywe przypominanie (w sposób mniej lub bardziej dosłowny), jak ważną osobą był ojciec? Na szczęście były więzień potrafił też żartować ze swojego wyjątkowego uprzywilejowania:
(…) wycierając głowę zauważyłem na ręczniku wesz.(…) Jedna jedyna wszawa wesz wystarczyła, żeby mnie przyprawić o chorobę – czy to się mieści w ludzkim pojęciu? No tak, ktoś zapomniał ją uprzedzić, że należę do warstwy uprzywilejowanej.*
Doceniam też to, iż Anatol nie próbował zagłuszyć swojego sumienia, które na wiele lat po wojnie nie dawało mu spokoju i przypominało o wielu przypadkach, gdy jako ten uprzywilejowany mógł komuś pomóc (co niejednokrotnie przyczyniłoby się do uratowania ludzkiego życia), nie tracąc na tym wiele lub nic – ale nie robił tego. Faktem jest, co prawda, że nikomu nie zaszkodził w sposób świadomy czy z premedytacją (tak przynajmniej relacjonuje).
Wszystko to razem sprawiło, że niniejsze wspomnienia i biografia w jednym są dla mnie – jak już wspomniałam na początku – pozycją kontrowersyjną. Jednak postanowiłam traktować ją jako dodatek do mojej literackiej podróży w rejony historii II wojny światowej, a nie pierwszorzędnej jakości dokument historyczny, dlatego nie będę się dłużej rozwodzić na temat walorów i wad. Ocenę tego tytułu pozostawiam innym.

*Cytat za: A. Chari, T. Braatz, Podczłowiek. Wspomnienia członka Sonderkommanda, Świat Książki, Warszawa 2012


środa, 30 maja 2012

"Sprawczynie" Kathrin Kompisch


Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Kategoria: Literatura faktu, historia
ISBN: 978-83-7839-143-2
Tytuł oryginału: Täterinnen. Die Frauen im Nationalsozialismus
Data wydania: 08.05.2012
Format: 142mm x 202mm
Liczba stron: 416


"Kobiety naznaczone piętnem zła"

Sprawczyni – kobieta, która się do czegoś przyczyniła. Z prawnego punktu widzenia miano to ma zdecydowanie negatywny wydźwięk, bo oznacza osobę, która dopuściła się czynu zabronionego. Dlaczego o tym mówię, kładąc nacisk akurat na tę płeć? Ponieważ to kobiety w wyjątkowo brutalnym ujęciu stały się przedmiotem mojej kolejnej lektury. Kobiety naznaczone piętnem zła, ale czy słusznie? O tym w dalszej części.

Kathrin Kompisch, historyczka, na co dzień mieszkająca w Hamburgu, postanowiła w swej publikacji pt. „Sprawczynie” przybliżyć obraz kobiet na tle rządów Hitlera, dodam, kobiet aktywnie uczestniczących w nazistowskiej machinie. Głównym celem, jaki postawiła sobie, pisząc książkę, było sprawdzenie, czy kobiety – decydując się na wspomaganie nazistowskiej polityki – robiły to w pełni świadomie, wiedząc o efektach jej okrutnych założeń, czy też były tylko jej maleńkimi trybikami bezwolnie i bezwiednie podporządkowanymi twardym, męskim zasadom.

Aby wszystko to zobrazować, autorka w nienaganny sposób przytacza historię funkcjonowania kobiet w III Rzeszy. Zaczyna od nakreślenia wizerunku kobiety jako matki-bohaterki w czasach narodowego socjalizmu. Mowa tu m.in. o obowiązującym ustawodawstwie małżeńskim (przykładowo: Ustawa o ochronie krwi niemieckiej i niemieckiej czci z 15 września 1937 roku zakazująca – pod groźbą piętnastu lat więzienia – małżeństw mieszanych, tj. Aryjczyka z Żydówką), z którego wynikał między innymi przymus wykonywania badań w celu sprawdzenia przydatności do małżeństwa. Naturalnie, osoby które badań nie przeszły pomyślnie, były sterylizowane. Dalej mowa o słynnej Lebensborn, początkowo funkcjonującej w celu pomocy samotnym matkom, a w końcowej fazie, będącą instytucją mającą zapewnić przyrost populacji czysto aryjskiej (dzięki kontaktom seksualnym starannie wybranych kobiet z reproduktorami z SS). Kompisch nakreśla także sytuację kobiet na rynku pracy. Początkowo władze wszelkimi możliwymi sposobami starały się odwieźć je od możliwości pracy zarobkowej, by ostatecznie zmienić front i przymusić je do niej. Od tej pory coraz częściej widać przypadki kobiet udzielających się na polu politycznym, zawiązujących związki, jak choćby Narodowosocjalistyczny Związek Kobiet czy Związek Niemieckich Dziewcząt. Stąd już tylko krok dzieli je od służby w policji czy pracy zawodowej w administracji państwowej, Gestapo.

Szczególnie zainteresował mnie rozdział poświęcony kobietom w systemie opieki zdrowotnej. Historyczka opisuje tu przypadki przedstawicielek płci słabszej (z niekłamanym trudem używam tu tego określenia, bo chyba trudno o słabość u kogoś, kto jest zdolny do zabicia innego człowieka), które aktywnie uczestniczyły w akcji eutanazyjnej. Naświetla słynną akcję T4, której założeniem była eliminacja osób niepełnosprawnych fizycznie i psychicznie. Kobiety wyznaczone do tego celu bez mrugnięcia okiem prowadziły odpowiednie selekcje i wysyłały skazanych na śmierć do komór gazowych. Nic też dziwnego, że nie brakowało kobiet wśród nadzorczyń w obozach koncentracyjnych. O przypadkach tam występujących, poznanych dzięki lekturze „Sprawczyń”, naprawdę trudno mi mówić.

Zaprezentowałam w możliwie najkrótszej formie treść tego niezwykłego kompendium wiedzy o kobietach w czasach dominacji nazizmu. Oryginał zawiera znacznie więcej szczegółów dotyczących podjętej tematyki, przekazanych w bardzo klarowny i profesjonalny sposób. Widać od razu, że autorka wie, o czym pisze. Potrafi zobrazować swoją wiedzę konkretnymi przykładami czy statystykami, czyniąc tym samym „Sprawczynie” bardzo dobrą pozycją historyczną.

Na koniec pozostawiłam sobie odpowiedź na pytanie postawione we wstępie. Czy te kobiety zostały naznaczone piętnem zła słusznie, czy też nie? W każdym z nas można odnaleźć mroczną część jestestwa, jakkolwiek dobrymi z natury zdawalibyśmy się być. Podobnie wiele z kobiet, współpracujących przy nakręcaniu spirali zła – za sprawą panującego wówczas systemu – rozbudzało swoją mroczną naturę, stając się równymi kompanami u boku mężczyzn. Tak, według mnie piętno to w większości tych przypadków (choć wyjątki również są) zostało przypisane słusznie i trudno mi twierdzić inaczej po lekturze „Sprawczyń”.

Ocena: 6/6


piątek, 11 maja 2012

"I więcej nic nie pamiętam" Adina Blady-Szwajger




Od dawna wychodzę z założenia, że aby odczuć siłę grozy lektury niekoniecznie trzeba uciekać się do fantazji pisarzy. Bardzo często wystarczy sięgnąć po literaturę faktu. Według mnie absolutny prym w sile oddziaływania literatury z życia wziętej wiedzie tematyka nazizmu, Holocaustu i obozów zagłady. Chcę jednak podkreślić temat, który przeraża i boli najmocniej, choć być może niektórym z Was może wydawać się dziwne takie „wyróżnianie” jednej z cząstek tzw. literatury piekła.

Mam tu na myśli rzecz o losach dzieci w okresie II wojny światowej, ich pobytu w obozach i gettach. Myślę, że nawet najtwardsze serca zmiękczyłaby relacja z cierpień, jakich doświadczały te bezbronne, małe istoty.

Pomna ostatniej lektury z tego zakresu pt. „Dzieciństwo w pasiakach” Bogdana Bartnikowskiego, wiedziałam już, czego mniej więcej mogę się spodziewać po zapisie z tego trudnego okresu życia Adiny Blady-Szwajger. Mimo hartu ducha, jaki od dawna towarzyszy mi przy tak trudnych lekturach, tej obawiałam się szczególnie mocno, do tego wręcz stopnia, że często nie korzystałam z możliwości zakupu „I więcej nic nie pamiętam”. W końcu powiedziałam sobie, że przecież muszę, choćby nie wiem jak trudno by mi było.

I było trudno, choć autorka w realia tamtego czasu wprowadza czytelnika dość ostrożnie. Zaczyna swe wspomnienia od nakreślenia początków swojej drogi edukacyjnej na studiach medycznych, które nagle przerywa wybuch wojny. Mimo strachu przed jej brutalnymi realiami, młoda, dobrze zapowiadająca się lekarka postanawia pomagać ludziom w szpitalu im. Bersonów i Baumanów w Warszawie, jak najlepiej wykorzystując swoje umiejętności. To tutaj styka się z ogromem cierpienia tych małych istot; to tu zbyt często musi bezradnie patrzeć na ich śmierć. Zdaje się jednak, że w całej tej relacji nie sam fakt utraty życia przez dzieci jest najbardziej wstrząsający. Jeszcze mocniej może przerażać ogromny przeskok w stopniu dojrzałości, obserwowanie, jak z beztroskich maluchów w mgnieniu oka przeistaczają się w „nieletnich dorosłych”.
Oto jak jedno z nich skomentowało fakt, że Adina nie odwiedziła ich na oddziale po śmierci małego pacjenta:

Pani doktor, my wiemy, dlaczego pani do nas nie przyszła. Ale nie trzeba się bać. My nie rozpaczamy. A z nami będzie przecież tak samo.[1]

Nie wyobrażam sobie, jak wielkim hartem ducha trzeba było się odznaczać, by znieść te słowa i nie dać po sobie poznać słabości, a następnie patrzeć na śmierć jednego po drugim. Działalność Adiny Blady-Szwajger wzbudziła we mnie ogromny szacunek i zapewne podobne uczucia wzbudzi w niejednym z czytelników tej relacji, choć nie we wszystkich, jak sądzę. Myślę, że niektórzy z Was mogliby może nie tyle zwątpić w nieskazitelność jej działań, co nie zgodzić się ze słusznością niektórych decyzji.

Gdy wojenne realia brutalnie przerwały możliwość niesienia pomocy dzieciom w szpitalu, autorka wspomnień wstąpiła w szeregi Żydowskiej Organizacji Bojowej. Nie minęło zbyt wiele czasu, gdy i tam musiała przypomnieć sobie o zawodowym powołaniu. Tylko, jak mówić o ratowaniu i niesieniu pomocy, gdy rzecz często tyczyła się wykonywania zabiegów aborcji? Czy mimo wszystko były to jednak morderstwa, do których przyłożyła rękę, czy też pewna forma „ratowania”? Oto jak o tym pisała, gdy o sprawie dowiedział się mężczyzna bliski jej sercu:

A co miałam mu powiedzieć? Czy miałam mu wyjaśnić, że żyjemy w czasach, w których dzieci nie mają prawa się rodzić, bo wolno je rodzić tylko dla życia, a nie dla umierania?[2]

Każdy, kto chce i ma w sobie na tyle siły, może spróbować poddać postępowanie autorki ocenie. Ja nie chcę i nie potrafię tego zrobić, zresztą, to chyba nie ma większego sensu. Najważniejsze, że historia ma na swych kartach zapis osoby, która była CZŁOWIEKIEM w tamtych nieludzkich czasach, o co – wbrew pozorom – łatwo nie było.

Czy warto przeczytać „I więcej nic nie pamiętam”? Oczywiście, że tak, ale to lektura tylko dla najsilniejszych, zwłaszcza że te wstrząsające wspomnienia są gęsto przeplatane fotografiami obrazującymi różne aspekty działalności Adiny Blady-Szwajger.
Ocenę punktową pozostawiam innym.




[1] A. Blady-Szwajger, I więcej nic nie pamiętam, Świat Książki, Warszawa 2010, s. 55.
[2] Tamże, s. 243.

piątek, 11 listopada 2011

"Milczenie żywych" Elisa Springer


Czasem wydaje się, że w naszym codziennym życiu już nic się nie zmieni, czasem narzekamy na monotonię, nudę albo brak szczęścia w różnych jego aspektach. Zawsze chcielibyśmy mieć czegoś więcej, zapominając przy tym, że trzeba czerpać radość z tego, co już posiadamy. W gąszczu niezadowolonych ludzi są jednak i tacy, którym los sprzyja od pierwszych chwil życia, rodzą się pod szczęśliwą gwiazdą, w kochającej się rodzinie, w której nigdy niczego nie brakowało (tu wcale nie mam na myśli bogactwa materialnego). Często takim osobom wydaje się, że już nic nigdy się nie zmieni, a jeśli tak, to w mało znaczącym stopniu. A potem przychodzi szok i ogromne niedowierzanie, gdy dotychczasowy stan zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni i niestety niekoniecznie na lepsze. Jaki z tego morał?
O tym na końcu mojego tekstu. Najpierw przedstawię Wam kogoś, kto doświadczył tak drastycznej zmiany na własnej skórze.

Elisa Springer urodziła się w Wiedniu 12-ego lutego 1918 roku, a zmarła we Włoszech
w roku 2004. Była córką i jedynym dzieckiem Richarda Springera i Sidonie Mauer – Żydów wywodzących się z węgierskiej szlachty. Elisa już jako mała dziewczynka przyzwyczajona była do dobrobytu, beztroski, bogatego życia kulturalnego i towarzyskiego tego pięknego miasta. Zdawało się, że nic nie zmąci tej sielanki, ale niestety niebawem naziści przejęli władzę w Wiedniu i zaczęli co raz bardziej utrudniać życie Żydom. W niedługim czasie zatrzymano jej ojca, a następnie na zawsze straciła z oczu swoją matkę. Sama zaś, próbując uciec przed zimną i brutalną, nazistowską ręką, przemierzyła Europę w poszukiwaniu azylu. Gdy wydawało się, że wreszcie go znalazła, do drzwi domu, który aktualnie zamieszkiwała, zapukali gestapowcy. I tak rozpoczęła się jej żmudna podróż po więzieniach i obozach pracy. Najgorsze wspomnienia dotyczą pobytu w Auschwitz-Birkenau, czemu trudno by się było dziwić…Spotkał ją tam szereg upokorzeń, (liczne) cierpienia i głód, których opisy znane mi już były z innych lektur. Jak wielu więźniów doświadczyła śmierci zaprzyjaźnionych osób, bezwzględności nazistów, wyniszczających obozowych chorób oraz skrajnej nędzy. Mimo że otarła się o śmierć, udało jej się pokonać tę trudną drogę życia i spisać swoje wspomnienia po to by, jak sama stwierdza:
[…] nie zapomnieć, do jakiego szaleństwa może doprowadzić nienawiść rasowa
i nietolerancja, ale nie dla rytualnych obrządków, lecz dla kultury pamięci
.*

Sama podpisuję się pod tym cytatem obiema rękami i staram się realizować jego przesłanie, sięgając po tematykę dotyczącą nazizmu i jego przerażających, niewybaczalnych następstw.
Milczenie żywych to w moim dorobku czytelniczym już kolejny przejaw kultury pamięci. Przejaw bardzo piękny i zapadający głęboko w serce (nie tylko pamięć!) .Jeśli miałabym pokusić się o porównanie książki Springer do innego tytułu z zakresu tematyki obozowej, bez wątpienia byłyby to Dymy nad Birkenau Seweryny Szmaglewskiej. Dlaczego akurat ta pozycja? Łączy je cudowny, poetycki język… Springer pisze o swoich traumatycznych przeżyciach tak lekko i delikatnie, że nawet zagorzały przeciwnik czytania tego typu relacji byłby w stanie zmierzyć się ze wspomnieniami Elisy. Być może nawet ujęłyby go tak jak i mnie.

A jaki jest morał mojego wstępu? Taki, że nigdy nie należy przywiązywać się zbyt mocno do dóbr, jakie nas otaczają. Trzeba mieć też świadomość, że nasze życie może się kiedyś zmienić i już nigdy nie wrócić do pierwotnej formy. Trzeba mieć w sobie całe podkłady pokory do naszego losu i scenariusza naszego życia być może gdzieś tam zapisanego, hen, wysoko w gwiazdach.

Na koniec pozostawię Was z jeszcze jednym cytatem, który…Ach, zresztą przeczytajcie sami…
Kwiat…niech tylko jeden kwiat urośnie za każdą łzę, jaka spadnie z ich serc. Będą kwiatami tej pustyni i tam, w ciszy, zrozumieją dlaczego tyle milionów niewinnych ludzi urodziło się „tylko” po to, żeby umrzeć.**

* Elisa Springer, „Milczenie żywych”, Oświęcim, 2001, s. 16.
** Tamże, s. 10.

Ocena: 6/6