Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zysk i S-ka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zysk i S-ka. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 lipca 2015

Sherlock Holmes. Tom 3 - Arthur Conan Doyle





tłumaczenie: Jerzy Łoziński
tytuł oryginału: The Return of Sherlock Holmes. His Last Bow. The Case-Book of Sherlock Holmes
data wydania: 2015
ISBN: 9788377855751
liczba stron: 896


Czułam, wręcz wiedziałam, że ten dzień nadejdzie. Że pewnego dnia znów usłyszę pukanie do drzwi w najmniej sprzyjającej witaniu gości porze. Że tym razem spotkać się mi przyjdzie z personą wielkiego formatu. Że będzie to ktoś znakomitszy niż doktor Watson, a nawet sir Arthur Conan Doyle. Wiedziałam, że wkrótce poznam kogoś, bez kogo klasyka literatury detektywistycznej byłaby uboższa o przygody człowieka specyficznego, wyróżniającego się, ale też władającego ogromną siłą dedukcji i intelektu.

I oto moje podejrzenia nabrały realnych kształtów i przyjęły postać Sherlocka Holmesa, który właśnie niedawno postanowił uraczyć mnie swoją wizytą. Jak wyglądał? Opisy Arthura Conana Doyle’a okazały się być w stu procentach prawdziwe – był to szczupły, wysoki mężczyzna z orlim nosem i nieodłączną fajką. Gdy już spoczął na moim fotelu i pokręcił z niezadowoleniem głową, gdy powiedziałam mu, że nie posiadam w domu kokainy, morfiny a nawet tytoniu, szybko przeszłam do zadawania pytań.

Najważniejszym pytaniem było to, co on właściwie u mnie robi. Jak to możliwe, że… jest? Wszak zakończenie poprzedniego tomu (Sherlock Holmes. Tom 2) jego przygód, które zreferował mi doktor Watson, pozbawiło mnie złudzeń. A tymczasem sam Holmes, we własnej osobie, mościł się na mym fotelu. Detektyw, jak to miał w zwyczaju, opowiedział mi historię mrożącą krew w żyłach z najdrobniejszymi detalami. Okazało się, że pamiętne spotkanie z profesorem Moriatym nie zakończyło się tak, jak spodziewali się tego wszyscy. Na Boga! Sam Watson żył w nieświadomości!

Pomyślałam, że po tak ekstremalnych przygodach Sherlock powie mi, że zamarzyły mu się emerytura i błogi (oraz w pełni zasłużony) odpoczynek, ale nic z tego. Usłyszałam kolejne opowieści, które zapierały mi dech w piersi. A to o gorączce sumatrzańskiej, a to o poszukiwaniu pewnego klejnotu, a nawet padła historia z wampirycznym wątkiem.

Sherlock, zmęczony swoim długim, ale dla mnie szalenie intrygującym wywodem, zapytał mnie, jak na kartach książki prezentuje się jego detektywistyczna działalność. Szybciutko przyniosłam pozostałe dwa tomy (SherlockHolmes. Tom 1 i 3) i pokazałam mu całość. Jak ja docenił ich piękne i solidne wydanie, z dobrej jakości papierem i cieszącą oko czcionką. Studiując w ciszy po rozdziale z każdego tomu, stwierdził, że i treści niczego nie brakuje – wszystko opisane jest tak, jakby tego sobie życzył, z należycie oddanym stylem językowym i klimatem miejsc zdarzeń. Naprawdę widać było zadowolenie wypisane na jego twarzy.

Podobnie moja twarz zdradzała ogromną radość. Oczywiście, nie tylko z faktu posiadania tak pięknego wydania przygód mojego gościa, co z faktu tej osobliwej wizyty, którą bez wątpienia zapamiętam do końca swoich dni. Holmes, wychodząc, powiedział, że bardzo cieszy go fakt, że mimo upływu tylu lat polscy czytelnicy nadal o nim pamiętają. Z lekka zdziwiona wyznaniem odparłam, że pamiętają i nie zanosi się na to, by mieli zapomnieć kiedykolwiek. Wszak przed nami kolejne pokolenia książkożerców, którzy właśnie dzięki zapisom Arthura Conana Doyle’a będą pielęgnować w sobie miłość do lektur. Dzięki tak oryginalnym i wyjątkowym postaciom jak Sherlock i jego przyjaciel, doktor Watson. Dzięki pięknemu i barwnemu językowi, który coraz to mocniej odróżnia się od współczesnej paplaniny.

Wspaniale panie Holmes, że był pan z nami, i że jest. Zapewniam, że będzie pan już zawsze bez względu na okoliczności. Wszak, o drugą tak charakterystyczną, intrygującą i biegłą w dziedzinie dedukcji postać ciężko we współczesnej literaturze. Do miłego zobaczenia, do przeczytania!

Ocena: 6/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


środa, 22 kwietnia 2015

Sherlock Holmes t.II - Arthur Conan Doyle





cykl: Sherlock Holmes (tom 4-6)
tłumaczenie: Jerzy Łoziński
tytuł oryginału: The Valley of Fear. The Adventures of Sherlock Holmes. The Memoirs of Sherlock Holmes
wydawnictwo: Zysk i S-ka
data wydania: 20 października 2014
ISBN: 9788377855751
liczba stron: 842


Pewnego wieczoru, gdy już zmierzchało, a słońce postanowiło udać się na swój zasłużony odpoczynek, spokój mego ducha zakłóciło donośne łomotanie w drzwi. A kogóż to niesie o tak późnej porze?, pomyślałam. Nie każąc jednak gościowi zbyt długo czekać, powiedziałam z nutką irytacji w głosie: Proszę wejść. Na widok osoby, która zagościła w mych skromnych progach, zdziwione me usta otwarły się z prawie możliwym do usłyszenia skrzypnięciem. Oto w pokoju stanął dr John H. Watson, powiernik, współpracownik i przyjaciel samego Sherlocka Holmesa.

Gdy swego czasu gościłam u siebie Arthura Conana Doyle’a (przy okazji śledzenia przygód rzeczonego detektywa, spisanych w pierwszym tomie Sherlocka Holmesa), nie sądziłam, że czekają mnie odwiedziny równie osobliwe. A jednak! Doktor Watson nie chciał od razu przejść do rzeczy i wyjaśnić mi powodu swego rzucającego się w oczy wzburzenia. Zamiast tego zaczął opowiadać o perypetiach swego przyjaciela. Okazuje się, że od mojego ostatniego spotkania z nim zagadek do rozwiązania jeszcze mu przybyło.

Musiał wyjaśnić zatrważającą kwestię morderstwa, które… dopiero miało nastąpić. Tak, dobrze czytacie. Któregoś dnia Holmes otrzymał informację, jakoby życie pewnego jegomościa miało być zagrożone. Nim detektyw zdążył się dobrze rozeznać w sprawie, już musiał badać okoliczności śmierci mężczyzny. Śledztwo, którego podjął się wraz z moim gościem doktorem Watsonem, skierowało ich wzrok w kierunku cieszącego się złą sławą stowarzyszenia.

Pojawiła się też nietypowa sprawa z rudym kolorem włosów w tle. Razu pewnego w lokalnej prasie ukazało się ogłoszenie o dobrze płatnej pracy w Stowarzyszeniu Rudowłosych. Odpowiedział na nie kolejny klient Holmesa, który tym samym dostarczył mu jednej z najdziwniejszych zagadek detektywistycznych, jaką w życiu przyszło mu rozwiązywać.

I choć pan Watson tego wieczoru opowiedział mi całe mnóstwo perypetii Sherlocka Holmesa, to najmocniej w pamięć zapadła mi jedna z nich. Nie jest tajemnicą, że ten wybitny detektyw nigdy nie garnął się do kobiecego towarzystwa, wręcz stronił od niego. Gdyby ktoś inny powiedział mi, że jednak w jego życiu pojawi się taka przedstawicielka płci pięknej, która nie tyle lekko zmieniła jego zapatrywanie na tę płeć, ile zwyczajnie go przechytrzyła, to w życiu bym w to nie uwierzyła. Jednak Watson podczas opowiadania tej historii nie wyglądał na takiego, który kłamał lub żartował. Ta kobieta istniała naprawdę!

Wiele z tych niesamowitych opowieści wręcz zapierało mi dech w piersi. Jeśli coś do tej pory wydawało się niemożliwe, w życiu Holmesa stawało się w stu procentach realne. Zawsze byłam pod wrażeniem ogromnego geniuszu detektywa, jego niesamowitych zdolności dedukcyjnych, ale tym razem poziom obydwu przerósł moje najśmielsze oczekiwania, choć nie jest on człowiekiem nieomylnym.

Doktor Watson nie zapomniał podczas swoich opowieści o należytym nakreśleniu tła geograficznego, historycznego i o użyciu odpowiedniego do zastanych czasów języka, który urzekł i rozkochał w sobie. Byłam pod wrażeniem jego niesamowitej skrupulatności: nie pomijał niczego, drobiazgowo opisywał fizjonomię bohaterów, klimat miejsc, w których się aktualnie znajdowali, czy nawet obecnie panującej aury. Dzięki temu czułam się, jakbym sama uczestniczyła w tych przygodach.

Całe szczęście, że wszystko to, co usłyszałam, wy także możecie poznać. Wystarczy sięgnąć po drugi tom przygód detektywa opatrzony jego imieniem i nazwiskiem, Sherlock Holmes, który spisał mój poprzedni gość – sir Arthur Conan Doyle. Choć jest to tom naprawdę pokaźnych rozmiarów, liczący niespełna 850 stron i niewpływający zbawiennie na kondycję rąk po dłuższym okresie zaznajamiania się z jego treścią, to jednak po stokroć warto go mieć w swoich zbiorach. Nie tylko dla samych historii weń zawartych, ale też dla pięknego wydania w dużym formacie, dobrej jakości papieru i dla miłego dla oka kroju pisma. Doprawdy – to prawdziwa perełka!

Mój gość już się ze mną żegnał, mówiąc, jak bardzo się spieszy. Widać było, że ta długa rozmowa pozwoliła mu się wyciszyć i ukoić skołatane nerwy, więc zaryzykowałam i zapytałam o powód jego wzburzenia na początku wizyty. Watson w tym momencie opowiedział mi jeszcze jedną historię – jej treść możecie poznać podczas lektury tomu, o którym chwilę temu wspomniałam, a która jest mocnym i przyprawiającym o szybsze bicie serca zwieńczeniem. Okazało się bowiem, że pan Sherlock Holmes niczego się nie boi i nie ma sprawy, której nie stawiłby czoła. Nawet gdyby przyszło mu zapłacić za to najwyższą cenę…

Do zobaczenia wkrótce, panie Watson!

Ocena: 6/6

Sherlock Holmes - TOM I

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.

sobota, 27 grudnia 2014

Trzy odbicia w lustrze - Zbigniew Zborowski





wydawnictwo: Zysk i S-ka Wydawnictwo
data wydania: październik 2014
ISBN: 9788377855645
liczba stron: 416


Nie wiem dlaczego, ale w ostatnim czasie stałam się mocno krytyczna wobec czytanych przeze mnie lektur. Na siedem ostatnio przeczytanych książek naprawdę duże i dobre wrażenie zrobiły na mnie zaledwie… dwa tytuły, tj. Kiedyś byliśmybraćmi oraz ten, o którym dziś Wam opowiem.

To książka, na którą nie wiedziałam, czy się decydować, bo z sagami rodzinnymi raczej nie jest mi po drodze – jeśli już jakieś czytałam, to w najlepszym wypadku były całkiem znośnymi czytadłami, a nie dobrymi i godnymi polecenia powieściami. Ostatecznie argumentem przemawiającym za tym, by książka trafiła w moje ręce, było nazwisko autora – Zbigniewa Zborowskiego. To pan, który zadebiutował w zeszłym roku, wydając pod swoim nazwiskiem horror, sensację i thriller w jednym pt. Nowy drapieżnik. Ta mroczna historia ze światkiem gangsterskim w roli głównej zrobiła na mnie na tyle dobre wrażenie, że nie mogłam doczekać się kolejnej, która wyjdzie spod pióra tego autora. I w roku bieżącym ta się pojawiła, ale zaraz, zaraz… Saga rodzinna? Naprawdę? Nie dowierzałam, że właśnie ten pisarz pokusi się o wybór tego gatunku. Ponad czterysta stron później nie dowierzałam, że z takim zaangażowaniem, zainteresowaniem i uczuciem podniecenia zakończyłam rzeczoną lekturę.

Plusy nowej powieści Zborowskiego pt. Trzy odbicia w lustrze można zacząć wymieniać od samego pomysłu na fabułę. Choć akcja rozpoczyna się w czasie teraźniejszym, to szybko ustępuje miejsca przeszłości, a konkretnie czasom przedwojennej Polski. Zosia jest młodą kobietą, której marzy się wyrwanie z biednej rodzinnej miejscowości (warszawskie Powiśle) – chce się uczyć, jest ambitna. Jej śmiałe i całkiem możliwe do realizacji plany niweczy jednak wojna, która pojawia się nieproszona. Mimo to Zosia radzi sobie w nowej rzeczywistości całkiem dobrze, choć nie bez pomyłek i zranionego serca… Osłodą niełatwego życia ma stać się dla niej naznaczona szczególnym darem córeczka, Wandzia.

Mijają lata. Mała Wandzia przeobraża się w młodą kobietę wierną panującemu systemowi i mężowi esbekowi. Ślepa wiara w panujący ustrój nie kończy się dla niej dobrze, choć początkowo zapowiada się, że już zawsze będzie żyć w dostatku i (jak na ówczesne lata) luksusie. Zdaje się, że jako żonie tak wysoko postawionego oficera, włos z głowy spaść jej nie może, ale jednak… I nic tu do rzeczy nie będzie miał fakt, że Wanda jest w dziewiątym miesiącu ciąży.

Ledwie dziesięcioletnia Anna (córka Wandy) może już poszczycić się wątpliwej jakości przeżyciami. Przeżyciami, które w żadnym wypadku nie powinny dotyczyć tak małego dziecka, jednak Anna – to wyjątkowo łebska dziewczyna, która nie daje sobie w kaszę dmuchać. Jej zaradność połączona ze smykałką do biznesu szybko daje plon w życiu dorosłym. Okazuje się, że to kobieta urodzona pod szczęśliwą gwiazdą, która niczym Midas przemienia wszystko w metaforyczne złoto. Zdaje się, że worek ze szczęściem, z którego czerpie, nie ma dna, a wzmianki babci Zosi o rzekomej klątwie, która ciąży na ich rodzinie, zbywa machnięciem ręki. Czy słusznie? Wkrótce przyjdzie jej boleśnie przekonać się, że nie i że gadanie leciwej babki – to nie tylko zwykłe zabobony.

Choć to, co wyżej napisałam, zdaje się całkiem sporo zdradzać z akcji powieści, to wierzcie mi, że jest to tylko zalążek tego, co czeka Was podczas lektury. Nie zdradzić o niej zbyt wiele, a jednocześnie zachęcić do sięgnięcia po tę książkę – to nie lada wyczyn, bo dzieje się tu naprawdę wiele. Po pierwsze, mamy trzy ramy czasowe, tj. lata wojenne (i na chwilę przed jej wybuchem), czasy powojennego PRL-u oraz czasy współczesne, które sięgają lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Każda z nich oddana jest przez pisarza perfekcyjnie, co daje wrażenie krótkiej, ale bardzo treściwej powtórki z lekcji historii Polski. Wraz z bohaterami przeżywamy dramat wojny, trudne czasy działalności Służby Bezpieczeństwa (tutaj mamy arcyciekawy, choć fikcyjny przykład bezgranicznej wiary w panujący system i konsekwencji z niej wypływających) i potem trudny proces podnoszenia się kraju z kolan i stawania na równe nogi.

Kolejny plus – to pełnokrwiści bohaterowie, z którymi się zżywamy, choć nierzadko potępiamy ich wybory oraz działania. Zosia ujmuje wrażliwością, pragnieniem poczucia bezpieczeństwa i miłości oraz niestrudzoną siłą w dążeniu do swoich pragnień.

- (…) A co to jest szczęście?- Szczęście jest wtedy, gdy lubisz swoje odbicie w lustrze. A rano cieszysz się, że zaczyna się kolejny dzień[1].

Wanda, mimo że jest ofiarą panującego ustroju, niestety razi swoim zachowaniem, budzi niesmak podejmowanymi decyzjami, ale też wzbudza podziw odwagą. Anna – dziarska i waleczna już od szczenięcych lat, ale nieidealna, pełna skaz, prawdziwa i ludzka.

Styl i język autora, tak jak w przypadku Nowego drapieżnika, jest typowo współczesny, lekki, momentami podszyty humorem, nieraz ostry i dosadny, ale w chwilach tego wymagających dostosowany do czasów, w których toczy się akcja powieści. Wszystko to razem sprawia, że Trzy odbicia w lustrze czyta się wyśmienicie, z zapartym tchem, raz po raz otwierając usta ze zdziwienia nad licznymi zwrotami akcji.

Zdecydowanie jest to jedna z najlepszych książek, które miałam okazję czytać w mijającym roku. Gdyby zaś wszystkie sagi rodzinne były napisane w stylu, jakim dysponuje Zborowski, to bez wątpienia gatunek ten stałby się jednym z najczęściej przeze mnie wybieranych. A twórczość pisarza już teraz staje się jedną z moich ulubionych i już nie mogę doczekać się jego kolejnej książki. Jeśli pewnego dnia zdecyduje się on sygnować swym nazwiskiem książkę telefoniczną, to najpewniej przeczytam ją z wypiekami na twarzy i chętnie obejmę patronatem Książkówki. Oto siła i moc zaklęta w piórze Zborowskiego!

Ocena: 6/6




[1] Z. Zborowski, Trzy odbicia w lustrze, Zysk i S-ka, Poznań 2014, s. 259.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.
Wyzwania: Polacy nie gęsi.

czwartek, 30 października 2014

Rio Anaconda - Wojciech Cejrowski





wydawnictwo: Zysk i S-ka
data wydania: 8 września 2014
ISBN: 9788377855676
liczba stron: 440


Uwielbiam programy podróżnicze Wojciecha Cejrowskiego i uwielbiam jego książki o tej samej tematyce, ale wierzcie mi – nie lubię o nich pisać. Nie dlatego, że książki tegoż pana są marne. Wręcz przeciwnie – są tak piekielnie dobre, że po pierwsze, nigdy nie wiadomo, od czego zacząć relację z wrażeń po lekturze, a po drugie, w ogóle nie wiadomo, co napisać. Bo chciałoby się zacytować całość i zwieńczyć to słowami: „bierzcie i czytajcie to czym prędzej wszyscy”.

Książki Cejrowskiego zasługują na uznanie, a przynajmniej każda z tych, które dane mi było czytać. Podobnie jest z ostatnią, którą miałam w ręce, tj. Rio Anaconda, a która zabrała mnie w dalekie zakątki dżungli amazońskiej, by pokazać mi skrawek codzienności jednego z ostatnich żyjących plemion indiańskich. Zakładając oczywiście, że nasza wszędzie wpychająca się na siłę cywilizacja nie sprawiła, że plemię Carapana – bo o nim mowa – już przestało istnieć (wszak od pierwszego wydania książki już minęło trochę czasu). Nim jednak wraz z autorem tam dotrzemy, czeka nas długa droga i kilka przystanków. Pierwszym z nich jest Los Llanos, rozdarte pod względem własności między Wenezuelą a Kolumbią. I choć to jeszcze nie dżungla, to emocji nie brakuje: mamy tu podszyte łapówkarstwem pertraktacje z urzędnikami, lot rozlatującym się samolotem na trumnie z zawartością… A także owady, kajmany i wszędobylski skwar.

Kolejnym przystankiem jest kolumbijskie miasteczko (w którym błoto obecne jest wszędzie) – Mitú. W Mitú lepiej za dużo o nikim nie wiedzieć – dla własnego bezpieczeństwa. Lepiej też nie przywiązywać się zbyt mocno do nikogo, bo niektórzy giną w niewyjaśnionych okolicznościach i nigdy się nie odnajdują (zapewne też dlatego, że nikt ich nie szuka). Ty, jako obcy, nie możesz zbyt wiele wiedzieć o mieszkańcach tego miejsca, ale wiedz, że oni wiedzą o Tobie wszystko.

W Mitú wsiądziemy na łódź i będziemy płynąć bardzo, bardzo długo otuleni bardzo, bardzo gęstą mgłą. Na tyle gęstą, by nie widzieć tego, kto łodzią kieruje. Na tyle namacalną i przerażającą, by byle szmer dobiegający zewsząd był w stanie przyprawić o atak serca. Na szczęście autor odważny jest. Zresztą musi, bo prawdziwe niebezpieczeństwa i chwile grozy dopiero przed nim. I przed Tobą, drogi Czytelniku.

Dopiero gdy na końcu rejsu dotrzemy do wioski, a w niej uda nam się znaleźć kogoś, kto zechce nas przeprowadzić przez dżunglę i wskazać drogę do miejsca, w którym przebywa jedno z ostatnich dzikich plemion Carapana, wtedy tak naprawdę zaczniemy się bać. Wtedy boją się wszyscy. Nawet miejscowi przewodnicy, którzy w pewnym momencie biorą nogi za pas i zostawiają biednego pana Wojciecha na pastwę dzikiej natury w puszczy amazońskiej. Wyobrażacie sobie? Sami, samiuteńcy na ogromnej połaci dzikiej przyrody, gdzie nic nie jest znane, gdzie nic nie jest pewne, gdzie niemal wszystko może przynieść śmierć…

A to nadal nie jest ten moment, w którym autor i my wszyscy zaznamy strachu absolutnego. To, co najgorsze, dopiero nadejdzie, kiedy spotkamy się oko w oko z Szamanem. Celowo piszę „Szaman” z wielkiej litery, bo to prawdziwy Szaman (nie oszust i szarlatan, który tylko udaje, że coś wie i potrafi, a których nie brakuje w amazońskich wioskach) – taki który posiada Moc, który zagląda do czyjejś głowy i czyta myśli, taki który leczy bez środków farmaceutycznych, taki który potrafi znikać… Włos na głowie jeży się od tego, co autor serwuje pod koniec Rio Anacondy… A jeżeli jeży się Czytelnikowi, to co przeżywał sam podróżnik?

Nie do pomyślenia… Do przeczytania! Gruntownego! Od deski do deski! A najlepiej dwa razy pod rząd. By poznać ten zanikający już kawałek świata, w którym cywilizacja jeszcze na dobre nie rozpanoszyła się, choć na Dzikich Ziemiach już stawia swoją obutą stopę. By poznać zwyczaje, kulturę i mentalność tych ludzi. By zobaczyć, jak żyją, co jedzą, czego pragną. Wreszcie, by zastanowić się nieco nad własnym życiem, tym czego pragniemy i do czego dążymy. Wierzcie mi, Rio Anaconda daje do myślenia mocniej niż niejedna obyczajówka czy poradnik z cyklu: „Co jest najważniejsze w życiu?” Rio Anaconda – to książka idealna pod każdym względem.

Ocena: 6/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuje wydawnictwu Zysk i S-ka.
Wyzwania: Polacy nie gęsi.

piątek, 25 lipca 2014

Wyspa na prerii - Wojciech Cejrowski





wydawnictwo: Zysk i S-ka
data wydania: 11 lipca 2014
ISBN: 9788377855256
liczba stron: 304


Morza szum, ptaków śpiew… Drinki z parasolkami, plaże z prażącym piaskiem… Nie, nie chodzi o wakacje pod palmami ani moje, ani autora książki, która ostatnio umilała mi czas i zabrała w daleką podróż – on na takie się nie pisze. Zamiast tego lubi wyzwania, przygody, zakątki niecodzienne albo surowe, często nieprzyjazne człowiekowi. Dlatego nie zdziwiło mnie, że miejsce, które stało się dla niego drugim (albo może lepiej – kolejnym) domem, znajduje się na prerii, gdzie hula wiatr, piach i pył wdzierają się w każde zakamarki, a ludzie mówią możliwie szybko i krótko, by niepożądane drobinki nie wdarły się do ich ust przy mocniejszym podmuchu. Tam, gdzie otoczenie najczęściej przybiera kolory szarości, czerwieni i wszędobylskiej rdzy.

Rzecz dzieje się współcześnie, w Arizonie, tuż przy granicy z Meksykiem. Dziki Zachód dawno przestał być dziki, ale mieszkańcy prerii wciąż o tym zapominają. Preria jest trochę dzika, trochę niepiśmienna. Nie jest zacofana! Po prostu poszła w inną stronę niż nasza cywilizacja. Posłuchajcie…[1]

Oj, jest o czym słuchać, gdy historie wychodzą z ust (tu: spod pióra) Wojciecha Cejrowskiego. Chyba każdy, kto choć raz obejrzał któryś z odcinków jego programów podróżniczych w telewizji lub przeczytał choć jedną z jego książek o tej samej tematyce, wie, że jest to niekwestionowany mistrz gawędziarstwa. Gawędziarstwa z polotem, podszytego humorem, nieraz ironią, z ogromną dawką wiedzy i inteligencji. Tego wszystkiego nie mogło zabraknąć również w najnowszej jego pozycji pt. Wyspa na prerii.

Jak to się stało, że tym razem autor wylądował w Arizonie? – zapytacie. A tego Wam nie zdradzę. W ogóle postanowiłam tym razem zdradzić jak najmniej z treści książki, bo i po co, skoro Wojciech Cejrowski zrobi to ode mnie po stokroć lepiej? Powiem Wam jedynie, że to książka pisana stylem jakże typowym dla tego znanego i cenionego podróżnika. Nie jest to żaden przewodnik ze zbiorem miejsc, które należy koniecznie zobaczyć, będąc w Arizonie. Książka opowiada raczej o tym, jak wygląda życie codzienne w tym dość surowym dla gringo miejscu, w którym każdy dzień przynosi niespodzianki i gdzie nikt nie uprzedzi nas o tym, co może nas tu spotkać, nikt nam nic nie doradzi – dla mieszkańców Arizony wszystko jest normą, z którą są tak oswojeni, że ciężko im choćby pomyśleć o tym, że ktoś może czegoś nie wiedzieć. Postanowiłeś wreszcie wysprzątać porządnie swój drewniany i trzeszczący domek na prerii za pomocą wiadra z wodą i szmaty? Błąd! Wszystko będziesz miał oblepione czerwonym pyłem – tu sprząta się wiatrem. Postanowiłeś zrobić pranie i wywiesić je na zewnątrz do wyschnięcia? Błąd, każdy Twój ciuch będzie w czerwonym pyle. Postanowiłeś wpaść z niezapowiedzianą wizytą do sąsiadów? Błąd, całkiem możliwe, że ten, zgodnie z prawem, odstrzeli ci rękę lub nogę (jeśli od razu nie zabije cię na miejscu), gdy tylko postawisz stopę na jego posesji.

Zapytacie może, co taki obieżyświat jak Cejrowski robi w miejscu, gdzie najbardziej pożądaną czynnością jest nicnierobienie? Dokładnie, nie robi nic, a jak już coś robi, to tylko wtedy, gdy musi: kiedy wysiądzie pompa od wody, kiedy silny wiatr zerwie dach z domu, kiedy trzeba jechać po świeży zapas margarity i limonek, kiedy kończy się pakowany lód, kiedy kornik w końcu zeżre nogi od krzesła, na którym autor siedzi co dzień na porczu (Cejrowski tym spolszczonym słowem określa porch, czyli konstrukcję, która jest jednocześnie i gankiem, i przyzbą tak charakterystyczną dla tamtych rejonów świata i którą często oglądamy w filmach). Na prerii nigdy nic się nie robi bez konieczności, bo na robienie czegoś w sposób spontaniczny jest zwyczajnie za gorąco.

A czy taki gringo jak Cejrowski w ogóle ma szansę dogadać się z miejscowymi? Czy może się z nimi zaprzyjaźnić? Może, ale jest to proces długotrwały i wymaga (chyba jak wszędzie) zaznajomienia się z obowiązującymi w stadzie zasadami (w Arizonie ludzie w istocie żyją niczym zwierzęta w stadach). Ty musisz ich dobrze poznać i robić to tak, by nikogo nie urazić i nie być wścibski – tak jak robią to oni. Mieszkańcy Arizony zdają się mieć nadprzyrodzone zdolności, bo mimo że nie przebywają fizycznie obok ciebie, to wszystko o tobie wiedzą. Wiedzą, że pompa ci wysiadła, że pranie porwał ci wiatr i zostawił na krzakach, że w wyjątkowo wrażliwe miejsce się poparzyłeś… Wiedzą wszystko, zaś o sobie powiedzą ci tyle, ile sami będą chcieli i w odpowiednim według nich momencie. Jak już ten dzień nadejdzie, to przekonasz się, ile jest barwnych życiorysów wokół. Jest facet, który zbiera od ludzi nagromadzone nerwy oraz stres i raz na jakiś czas wybucha, robiąc przy tym niemałą rewolucję (np. przeganiając na cztery wiatry natrętnych urzędników), jest żona listonosza, która miała bardzo, ale to bardzo bujną przeszłość, a teraz jest bardzo, ale to bardzo bogobojną matką pięciu synów[2]. Są też inne odważne kobiety, które po odbyciu służby wojskowej wróciły z mniejszymi lub większymi uszczerbkami na zdrowiu – jedna bez nogi, druga bez oka, ale z opaską w miejscu opustoszałego oczodołu i kolejna bez oka, ale za to z solidnym zapasem sztucznych gałek, które dobiera do stroju czy okoliczności (przy tym nie ma problemów z wymianą protezy przy rozmówcy w barze…).

I choć pewnie teraz wydaje się Wam, że całkiem sporo zdradziłam z tego, co serwuje lektura, to wierzcie mi, że jest to ledwie maleńki pierwiastek z tego, co opowie Wam Cejrowski. Czy muszę Was szczególnie zachęcać do poznania tej książki? Wydaje mi się, że nie. Czy muszę utwierdzać Was w przekonaniu, że jest wyśmienita i żal się z nią rozstawać? Też myślę, że nie, bo kto kojarzy autora, na pewno nie ma żadnych wątpliwości w tym względzie. Skuszę się jednak na pochwałę w kierunku wydawnictwa, które postarało się, by wydanie Wyspy na prerii było piękne i wysokiej jakości. Twarda oprawa, szycie, kredowy papier, wysokiej jakości zdjęcia… Małe wielkie cudeńko, które każdy nałogowy zbieracz książek musi mieć w swojej kolekcji.

Ktoś jeszcze ma wątpliwości, czy skusić się na tę książkę? Mam nadzieję, że nie, ale jeśli znajdzie się jeszcze taki rodzynek, to niech je czym prędzej porzuci. Wyspa na prerii urzeka, przywiązuje do siebie, uzależnia, a na koniec zostawia z dwoma skrajnie różnymi odczuciami. Po pierwsze, z radością, że tak wspaniałą podróż odbyliśmy, a po drugie ze smutkiem, że trwała tak krótko…

Ocena najwyższa z możliwych: 6/6





[1] W. Cejrowski, Wyspa na prerii, Zysk i S-ka, Poznań 2014, s. 7.
[2] Tamże, s. 99.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.

piątek, 25 kwietnia 2014

Sherlock Holmes t.1 - Arthur Conan Doyle





tłumaczenie: Jerzy Łoziński
tytuł oryginału: A STUDY IN SCARLET, THE SIGN OF THE FOUR, THE HOUND OF THE BASKERVILLES
seria/cykl wydawniczy: Sherlock Holmes tom I
wydawnictwo: Zysk i S-ka
data wydania: marzec 2014
ISBN: 9788377851456
liczba stron: 494


Sir Arthurze Conanie Doyle'u, proszę spocząć. Tu jest wygodny fotel dla pana, Sir. Na stoliku obok znajdzie pan najlepszy tytoń, jaki udało mi się znaleźć. Może lampkę dobrego wina dla przełamania lodów? Nie trzeba? Dobrze, zatem przejdźmy do meritum dzisiejszego spotkania.

Szczerze mówiąc, obawiałam się, czy aby dobrym posunięciem będzie zaproszenie pana do siebie, do czasów współczesnych, tak trudnych dla pisarzy, czasów, w których najlepiej sprzedaje się seks w możliwie najwulgarniejszej oprawie. Zaskoczony? Proszę mi wierzyć, że  taki stan rzeczy nikogo już nie dziwi… Niestety, po pańską literaturę sięgają dzisiaj tylko nieliczni. Sama do tej pory tego nie robiłam, ale ostatnio postanowiłam to zmienić – stąd moje zaproszenie dla pana, Sir.

Postaci, które pan stworzył, nęciły mnie od dawna, tym bardziej, że tak silnie związane są z  literaturą kryminalną, tak mi bliską od wielu lat. Tak, mowa oczywiście o Sherlocku Holmesie i doktorze Watsonie. Proszę zobaczyć, oto jedno z ostatnich wydań z zapisem ich przygód: tom pierwszy w dużym formacie, twardej oprawie, z ilustracjami Sidneya Pageta, w którym zawiera się Studium w szkarłacie, Znak czterech oraz Pies Baskerville’ów. Proszę mi wierzyć, że to jedno z najlepszych i najładniejszych wydań, jakie można sobie obecnie wymarzyć. Wróćmy jednak do Sherlocka i jego przygód.

Przyznam, że jestem pod wrażeniem kreacji obu głównych bohaterów. Stworzył pan postaci niezwykle charakterystyczne, wyjątkowe i zarazem... eteryczne. Sherlock jako typ inteligenta lubującego się w zagadkach kryminalnych, ciekawostkach naukowych, grający na skrzypcach i od czasu do czasu odpływający w narkotyczny trans – całkowicie mnie uwiódł. Mimo że jest to typ człowieka powściągliwego i skrytego z natury, zafascynował mnie zdecydowanie bardziej niż doktor Watson. Nie wiem ile w tym prawdy, ale wielu twierdzi, że Watson – to pańskie literackie odzwierciedlenie: podobnie jak pan, posiada wykształcenie medyczne i uczestniczył w walkach na froncie. Ile w tym prawdy, Sir? Rozumiem, ten dyskretny uśmiech…

Zawsze byłam ciekawa, jak w ogóle doszło do tego, że ci dwaj dżentelmeni się poznali. W Studium w szkarłacie wszystko staje się jasne w tym względzie – przyznaję, że spodziewałam się bardziej emocjonującej historii, nie tak prozaicznej, ale…to tylko moje osobiste odczucia. Proszę sobie nie brać ich do serca, Sir... W każdym bądź razie znajomość Watsona z Holmesem staje się faktem, panowie zaczynają spędzać razem wiele czasu i poznawać się nawzajem. Mimo iż Holmes nie lubi zdradzać o sobie zbyt wiele komukolwiek, to jednak jego detektywistyczne zapędy szybko dają o sobie znać. Niebawem przychodzi mu rozwiązywać zagadkę tajemniczego zgonu, w której, oprócz trupa, znalazła się nienależąca do denata krew oraz wypisany nią tajemniczy napis na ścianie. Detektyw podejmuje się zadania w godnym siebie stylu, w którym nie brakuje bystrości umysłu, doskonałej dedukcji i szalenie dokładnej skrupulatności.

W bezbarwnym kłębku życia wije się szkarłatna nić morderstwa, naszym zadaniem jest wysupłać ją, oddzielić i zbadać każdy jej cal[1].

Sam Watson przyjmuje nieoficjalną funkcję osobistego kronikarza Holmesa, z czego jest całkiem rad, wszak tajemnicza i niezbadana natura detektywa nie daje mu spokoju – jest dlań przedmiotem fascynacji.

Zadziwiło mnie jednak, że laury za prawidłowe rozwiązanie zagadki wcale nie przypadły w udziale Holmesowi… Zresztą, tak jak w kolejnej opowieści, czyli Znaku czterech. Tym razem monotonny tryb życia naszych dwóch dżentelmenów przerywa kobieta wyjątkowej urody, która potrafi zmiękczyć niejedno męskie serce, o czym Watsonowi szybko przychodzi się przekonać. Zjawia się ona z problemem natury bardzo delikatnej, bowiem chodzi o tajemnicze zaginięcie jej ojca. Nie jest to jednak jedyna tajemnica związana z tą sprawą – pojawia się też morderstwo, którego ofiara zapadnie w pamięć bohaterom na długo, jeśli nie na zawsze, z racji przerażającego wyrazu twarzy, z którym została odnaleziona. Fakt, że miejscowe gazety całe zasługi za rozwiązanie zagadki przypisały policji, woła o pomstę do nieba, panie Doyle!

Ostatnią z trzech historii zawartych w tym tomie jest Pies Baskerville’ów – szalenie intrygująca opowieść z fantastycznym wątkiem, bowiem opiera się na legendzie krążącej w rodzie Baskerville’ów, mówiącej o przerażającym, niebezpiecznym, ogromnym psie, który nęka rodzinę w ramach klątwy rzuconej na nią lata temu jako karę za popełnione przewinienia jednego z jej członków. Holmes podejmuje się zadania rozwikłania zagadki śmierci przedstawicieli rodu, co naturalnie – udaje mu się. Przenikliwość umysłu pańskiego bohatera jest dla mnie wzorem! Co ciekawe, Holmes widzi rozwiązanie zagadek tam, gdzie nikt inny nie zdecydowałby się ich szukać. W końcu, jak mówi:

Świat jest pełen rzeczy oczywistych, których ludzie w ogóle nie spostrzegają[2].

Sir Doyle, dla mnie to jest mistrzostwo świata, stworzyć postaci tak proste w konstrukcji, ale jednocześnie tak inteligentne i fascynujące. Podobnie z zagadkami kryminalnymi, pozornie łatwymi, których złożoność jednak czyni z nich historie nader porywające i zapadające w pamięć. Kolejną rzeczą, która tak mocno odróżnia pańskie dzieło od tych współczesnych, jest język. W powieściach z dzisiejszych czasów dominuje albo niczym niewyróżniający się, mdły i bezbarwny, albo ostry, brutalny i nierzadko wulgarny. Język obecny w opowieściach o przygodach Holmesa – to istna poezja! Plastyczny, soczyście barwny i dystyngowany, z wyraźną naleciałością pańskich czasów. Piękno i klasa sama w sobie!

Zapraszając pana do siebie, Sir, obawiałam się, że nie podołam tej wizycie, że piętno współczesnych kryminałów odcisnęło się na mnie tak mocno, iż nie dam rady zachwycić się pańskim literackim dokonaniem. Nic bardziej mylnego, Sir! Na czas tego spotkania wyparłam z pamięci wszystkie dotychczasowe lektury i rozpłynęłam się w klimacie mglistego i dżdżystego Londynu, po którego mrocznych zakamarkach oprowadzili mnie dwaj dystyngowani dżentelmeni, którzy już na stałe zapiszą się w kanonie najlepszych znanych mi postaci fikcyjnych.

Dziękuję za to, Sir Doyle. Za wspaniałe historie, za Holmesa i Watsona, za klimat, styl i język. Za to, że pan był, jest i będzie, bo klasyka zawsze jest nieśmiertelna, tak jak pan.

Ocena: 6/6




[1] A. Conan Doyle, Sherlock Holmes, tom 1, Zysk i S-ka, Poznań 2014, s. 51.
[2] Tamże, s. 318.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.

wtorek, 25 marca 2014

Szczerze oddana - Pekka Hiltunen




tłumaczenie: Adam Sandach
tytuł oryginału: Vilpittömästi sinun
wydawnictwo: Zysk i S-ka
data wydania: 17 lutego 2014
ISBN: 9788377851562
liczba stron: 508


Po książki pisarzy pochodzenia fińskiego sięgam bardzo rzadko, dlatego w zasadzie nie wiem czego się po nich spodziewać. Ostatni raz miałam ku temu okazję dzięki Fantastycznemu samobójstwu zbiorowemu Arto Paasilinna. Nie byłam pod szczególnym wrażeniem – spodziewałam się książki znakomitej, a dostałam wyjątkowo przeciętną. Tym razem padło na pana Pekkę Hiltunena i jego thriller z tłem kryminalnym, pt. Szczerze oddana.

Blurb zapowiadał całkiem intrygującą lekturę, z którą przyszło mi spędzić kilka dni. Główną bohaterką jest Lia, młoda kobieta pochodząca z Finlandii, ale mieszkająca od jakiegoś czasu w Londynie i pracująca jako grafik w jednej z gazet. Wśród znajomych uchodzi za zdystansowaną i chłodną niczym kraj, z którego pochodzi, jednak to tylko pozory, bowiem emocji, często skrajnych, w Lii nie brakuje, co szybko daje się zauważyć.

Pewnego dnia kobieta przypadkiem znajduje się w miejscu (w samym środku Londynu), w którym w bagażniku jednego z aut wystawiono na widok publiczny zmasakrowane ciało. Lia, porażona samym faktem obecności w pobliżu zwłok, nie może sobie poradzić z natłokiem wynikających zeń emocji, jednak ma nadzieję, że wir codziennego życia oraz mała impreza urodzinowa w miejscowym pubie, pozwoli jej zapomnieć choć na chwilę o traumatycznym przeżyciu. I na chwilę jej się to udaje, bo w owym pubie poznaje tajemniczą kobietę imieniem Mari. Kobieta wydaje się czytać w myślach – potrafi odgadnąć takie fakty z życia (często intymnego), o których istnieniu Lia i jej znajomi mogliby wiedzieć tylko oni sami. Jak się potem okazuje, Mari nie czyta w myślach, a czyta ludzi…

Kobiety szybko zaprzyjaźniają się, dowiadują o sobie coraz więcej, a nawet zaczynają wspólną pracę w miejscu, w którym dowodzi nowopoznana przyjaciółka bohaterki. Firma Mari ma za zadanie pomagać ludziom w sytuacjach, w których zdaje się, że nie da się już nic zrobić – w jednym z przypadków zmusili jedną z firm telekomunikacyjnych do ponownego wprowadzenia na rynek tanich abonamentów, które z dnia na dzień zawiesili. Mari i jej współpracownicy często działają na pograniczu prawa, a nawet poza nim…

Wkrótce interesy Lii oraz Marii zbiegają się. Okazuje się, że jedna drugiej może pomóc w rozstrzygnięciu nurtujących je kwestii. I tak Marii pomoże Lii w znalezieniu sprawcy brutalnego morderstwa, a Lia… – tego już Wam nie zdradzę.

W fabule dzieje się tak dużo, że nie sposób krótko o niej opowiedzieć, ale przecież nie w tym moja rola. Moim zadaniem jest opowiedzieć Wam o wrażeniach wyniesionych z lektury, a te, krótko mówiąc, są skrajnie różne. Bardzo podoba mi się samo umiejscowienie akcji w Londynie i pomysł, żeby zwłoki denatki zostały znalezione w samym jego centrum, podczas gdy nikt nie wie, skąd się tam wzięły. Mamy tu też dwa wątki: jeden związany z Lią i jej prywatnym, amatorskim śledztwem, a drugi z tym, co chce osiągnąć Mari. Autor bardzo płynnie i umiejętnie przechodzi od jednego wątku do drugiego – nie ma tu niepotrzebnego chaosu, czytelnik nie gubi się w tym, co czyta. Sam pomysł na specyficzną działalność Mari jest bardzo interesujący, ale jednocześnie wywołuje lekkie poczucie nierealności. Jak już wspomniałam, ona i jej pracownicy często w swoich działaniach balansują na granicy prawa, a nawet je łamią, co na dłuższą metę nie powinno im uchodzić bezkarnie, tymczasem wydaje się, jakoby Mari i jej załoga stali ponad nim.

Działalność Mari to nie jedyny element wywołujący we mnie poczucie nierealności. Już sam fakt, że Lia podjęła się swojego amatorskiego śledztwa, nie mając ku temu najmniejszych powodów (nie licząc tych czysto emocjonalnych), jest z lekka naciągany. Kolejne wydarzenia tylko pogłębiają to wrażenie. Wymienię tylko jedno z nich: Lia, chcąc poznać więcej szczegółów związanych ze śledztwem, udaje się na komisariat policji, a tam prosi o rozmowę z osobą, która zajmuje się tą sprawą. Do rozmowy dochodzi, a pan nadkomisarz – chyba za ładne oczy – postanawia włączyć bohaterkę – ot tak, po prostu – do grona zaufanych dziennikarzy, którym zdradza się poszczególne fakty ze śledztwa (przypomnijmy, że Lia jest grafikiem a nie dziennikarzem, o czym od razu nadkomisarza informuje). Według mnie, pod względem prawdopodobności zachodzących zdarzeń Szczerze oddana niestety kuleje. I to miało duży wpływ na mój ogólny odbiór powieści.

Ostatecznie zatem nadal nie potrafię jednoznacznie ustosunkować się do literatury rodem z Finlandii. Nie mogę powiedzieć, że jest zła, że mi nie odpowiada, bo zbyt rzadko się z nią stykam, ale jak dotąd nie zapałałam do niej ogromną sympatią. Co mi pozostaje w takiej sytuacji? Tylko skusić się na kolejne tytuły. Tak samo nie zamierzam i Was odwodzić od lektury debiutu Pekki Hiltunena – sami musicie się do niej ustosunkować.

Ocena: 4/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.

wtorek, 11 marca 2014

Bridget Jones. Szalejąc za facetem - Helen Fielding






tłumaczenie: Katarzyna Karłowska , Jan Karłowski
tytuł oryginału: Bridget Jones: Mad About the Boy
wydawnictwo: Wydawnictwo Zysk i S-ka
data wydania: 3 marca 2014
ISBN: 9788377853924
liczba stron: 584



Dziś opowiem Wam historię pewnej znajomości, która tyczy się mnie i pewnej popularnej kobiety. Kobiety kochanej przez wielu i przez tyleż samo ludzi nienawidzonej. Cóż, to typ, który siłą rzeczy wzbudza emocje dość skrajne. O tych stonowanych mowy być raczej nie może. Nie w jej przypadku.

Bridget Jones, bo o niej mowa, poznałam dzięki dziennikowi, który skrupulatnie prowadziła w latach dziewięćdziesiątych. Przedstawiła mi się wtedy jako osoba bardzo nietuzinkowa w swojej prostolinijności, mocno roztrzepana, zabawna, bardzo emocjonalnie podchodząca do spraw damsko-męskich, szalenie mocno łaknąca miłości oraz zrozumienia i okazująca to wszystko w sposób nader osobliwy. Na przykład ładując się w związek bez przyszłości z lekkoduchem, któremu tylko jedno w głowie. Na szczęście aspekty damsko-męskie to nie jedyne (choć dominujące), które obecne są w życiu Bridget. Jest jeszcze aspekt silnego pragnienia osiągnięcia spektakularnego sukcesu na polu zawodowym: trafić do elity, być podziwianym i poważanym, ach… Jednak na tym polu, w efekcie końcowym, pojawia się więcej spektakularnych i jakże efektownych porażek niż zwycięstw. Jest też permanentna nienawiść do przybywających kilogramów i obezwładniające uzależnienie od wagi, słodyczy i sera. Mocne ciągoty do alkoholu też pojawiają się, ale uzależnieniem nazwać tego jeszcze nie trzeba.

W końcu koleje burzliwego życia Bridget biegną w kierunku serca Marka Darcy’ego, który związał się z nią na dłużej. Ktoś pomyśli, że skoro już wpadła w stateczne i odpowiedzialne ramiona Darcy’ego, to na pewno spoważniała i wydoroślała. Nie, nic z tych rzeczy. Nadal ładuje się w niesamowite kłopoty z racji swego roztargnienia i wrodzonego wariactwa, których szczytem jest pobyt w tajlandzkim więzieniu za przemyt narkotyków.

Czas jednak nie stoi w miejscu. Bridget lat przybywa i w tej chwili jest już po pięćdziesiątce (co niektórych dziwi, bo przekonanie o tym, że upływ czasu jej nie dotyczy jest bardzo silne wśród fanów). Jak donosi aktualna wersja jej dziennika, pt. Bridget Jones. Szalejąc za facetem, jest w tej chwili bogatą wdową z dwójką dzieci (Mabel i Billym), które charakterem zdają się bardziej przypominać matkę niż świętej pamięci ojca. Darcy, przed udaniem się na tamten świat, należycie zadbał o to, by Bridget już nigdy nie musiała pracować, ale ona sama nie zamierza z tego przywileju w pełni korzystać i oddawać się nieróbstwu. Stara się jak może, dwoi i troi, by stworzyć chwytliwy scenariusz, którym jakiś dobry producent się zainteresuje. Oczywiście nie tylko praca i dzieci są treścią jej życia. Jest matka i są starzy dobrzy znajomi, którzy nic się nie zmienili: Tom, Jude i Daniel. Ten ostatni nadal myśli i mówi tylko o jednym, ostro pije i, co tu kryć, reprezentuje gatunek podstarzałych playboyów.

źródło: http://www.filmweb.pl 
A Bridget? Czy się zmieniła? Naturalnie, fakt nagłej utraty małżeństwa oraz posiadania dwójki niesfornych dzieciaków ma znaczny wpływ na jej osobowość (okazuje się, że Bridget potrafi być dobrą i troskliwą matką), jednak wpływ ten nie pozbawia jej tego, co w niej charakterystyczne: nadal jest pozytywnie zakręcona, nadal nie przyswoiła sobie skróconej instrukcji obsługi faceta (a także telewizora, pilota, konsoli i innych cudów techniki) oraz podstawowych zasad randkowania. Nadal nadmiernie przeżywa wszystko, co związane z relacjami damsko-męskimi, cały czas walczy ze zbędnymi kilogramami (zapisuje się nawet do specjalnej kliniki) oraz ciągotami do alkoholu i tartego sera. Nowościami, które stara się rozgryźć, są dobrodziejstwa Internetu, tj. Twitter i portale randkowe. Uświadamia sobie też, że mimo wieku i faktu bycia matką nadal posiada potrzeby seksualne, więc szybko uskutecznia plan złowienia kogoś, kto przypomni jej jak to jest być młodą, szczęśliwą i zaspokojoną. I znajduje… niespełna trzydziestoletniego Adonisa o wyglądzie modela z okładek branżowych magazynów.

Szczerze powiem, że do pewnego momentu lektury byłam zirytowana faktem, że u Bridget nic się nie zmieniło poza wiekiem, że nadal jest postrzelona i nierozgarnięta. Że mając dzieci u boku, myśli tylko o tym, czy na Twitterze ma nowych obserwatorów, czy facet, z którym się umawia, napisał SMS, a jak nie to dlaczego, że nazywa go chłopczykiem… Myślałam, że to totalnie bez sensu wstawić psychikę niedojrzałej podfruwajki w ciało dojrzałej kobiety, ale już pod koniec lektury naszły mnie refleksje. Czy fakt, że Bridget ma ponad pięćdziesiąt lat i dwójkę dzieci odbiera jej możliwość życia pełną piersią? Czy ciało naznaczone piętnem czasu nie zasługuje na odrobinę przyjemności?

Znienacka zobaczyłam samą siebie jako jedną z tych starszych kobiet, które uparcie tkwią w domach za zaciągniętymi zasłonami i przez większość życia snują się przy świetle kominków lub świec, a gdy ktoś do nich przychodzi, malują krzywo usta[1].

Utarło się w ogólnej świadomości społeczeństwa, że kobieta w podobnej sytuacji, w której obecnie znajduje się Bridget, ma obowiązek być umęczoną Matką Polką (nie wiem czy inne kraje mają swój odpowiednik takowej) bez prawa do czerpania przyjemności z życia, którą należy zagonić w kąt i wyposażyć w różaniec. Czy ja też chciałabym w tym wieku mieć odgórnie narzucony zakaz na wszystko to, co nie wiąże się z faktem posiadania potomstwa i małżeństwa w przeszłości? Nie, nie chciałabym i dlatego cieszę się ostatecznie, że Bridget do końca pozostaje sobą – wraz ze swoimi wadami i zaletami, bo przecież za to ją pokochaliśmy, za to też ja doceniłam znajomość z nią.

Helen Fielding (źródło: okładka książki)
Sposób, w jaki Fielding opisała aktualne perypetie Bridget niczym szczególnym nie odbiega od tego z poprzednich dwóch części – nadal śledzimy je w formie dziennika, nadal mamy wstępy z aktualną wagą bohaterki, ilością spożytego alkoholu itd., jednak prawie sześćset stron to stanowczo za dużo jak na typowe babskie czytadło. Po czasie zaczyna nużyć, długie relacje z posiedzeń bohaterki na Twitterze męczą okrutnie, ale… lektury mimo to przerwać się nie chce i nie da. Grunt to zabrać się za nią w odpowiednim momencie, gdy naprawdę będziemy potrzebowali odskoczni od rzeczywistości i/lub lektur ciężkiego kalibru. Wtedy zasmakuje niczym delikatnie przesłodzone ciastko, które samo w sobie jest tak dobre, że mimo nadmiaru cukru nie jesteśmy w stanie uronić z niego ani okruszka. I taka jest Bridget.

Ocena, z sympatii do bohaterki: 4/6



[1] H. Fielding, Bridget Jones. Szalejąc za facetem, Zysk i S-ka, Poznań 2014, s. 293.

poniedziałek, 16 grudnia 2013

"Nowy drapieżnik" Zbigniew Zborowski





wydawnictwo: Zysk i S-ka
data wydania: 18 listopada 2013
ISBN: 9788377853160
liczba stron: 488


Po konkretne tytuły sięgamy z różnych powodów. Najczęściej kusi nas intrygujący blurb na okładce albo fakt, że książkę napisał nasz ulubiony pisarz. A czytaliście kiedykolwiek jakąś powieść zaintrygowani samą osobą jej twórcy? Mnie zdarzyło się to ostatnio i przyczyniła się do tego Paulina (link). To u niej przeczytałam o książce nieznanego mi wcześniej autora, którego życiorys niejedną osobę mógłby przyprawić o zawrót głowy…

Zbigniew Zborowski – bo o nim mowa – to człowiek orkiestra, chciałoby się rzec. Łatwiej chyba powiedzieć, czego w życiu nie robił, niż wymienić to, co jest już mu dobrze znane od strony praktycznej – tyle tego jest. Co my tu mamy? Popatrzmy… Pracował jako robotnik leśny w Bieszczadach, zwiedzał świat (m.in. Chiny, Indie, Nepal) a także przemycał to i owo z Berlina Zachodniego. W 1991 roku zadebiutował w roli dziennikarza w „Życiu Warszawy” i tak wiódł sobie emocjonujące życie, tworząc reportaże, po drodze zahaczył o telewizję, a obecnie – i tu proszę o wzmożoną uwagę – jest redaktorem naczelnym „Pani Domu”. Przyznam szczerze, że ta ostatnia informacja – w połączeniu z całokształtem drogi życiowej autora – przeczołgała mnie po podłodze pokoju, walnęła kilka razy w twarz i na koniec bezlitośnie połaskotała, wzbudzając solidną dawkę śmiechu.

Już na starcie byłam pewna, że zapoznając się z debiutem Zborowskiego pt. „Nowy drapieżnik”, będę miała do czynienia z powieścią nietuzinkową i barwną jak sam autor. Nie pomyliłam się przy tym ani trochę, bo powieść jest i oryginalna, i barwna (mimo że na swój pokręcony sposób). Ja tu o wrażeniach, a Wy pewnie chcielibyście się dowiedzieć, co w fabule piszczy, prawda? Już nadrabiam moje haniebne niedociągnięcie.

Zakładam, że większość z was wie, co to jest, albo gdzieś tam „kątem ucha” usłyszała kiedyś o ewolucji. Większość z was wie też pewnie, że na szarym jej końcu stoi człowiek – takie tam stworzenie, najczęściej mięsożerne, żądne władzy i krwi. W skrócie – drapieżnik. Ponad nami nic już nie ma – jesteśmy najgroźniejsi dla innych, dla zwierząt i w ogóle dla świata. A co by było, gdyby… pojawił się ktoś groźniejszy? I do tego mieszkał w Polsce?

Zbigniew Zborowski
źródło: okładka ksiażki
Warszawska Praga to jego ojczyzna, pokój jest całym światem, główną rozrywką – widok ptaków za oknem. Tylko tyle i aż tyle, bo ten młody mężczyzna od urodzenia poważnie choruje – nie jest w stanie wstać z łóżka, usiąść czy samodzielnie skorzystać z toalety. Rodzice z bezsilności rozważają możliwość oddania go do hospicjum. Jednak nagle dzieje się coś, co jest dla niego nie tyle traumatycznym przeżyciem, co wyzwoleniem. Mężczyzna z dnia na dzień nabiera coraz większej sprawności. Nawet lekarze mówią o cudzie…

Tymczasem w tej samej części stolicy dochodzi do zabójstwa, które łudząco przypomina inne, sprzed dwudziestu lat. Zauważa to policjant Madejski, jednak jego nowy przełożony oczekuje rychłego umorzenia śledztwa. Madejski jako szczwany glina z długim stażem nie zamierza tak łatwo odpuścić – jego upór, bezczelność i gburowatość zaprowadzi go w rejony, których tak naprawdę nie chciał poznawać, i do ludzi, których lepiej nie mieć za wrogów.

W całej tej zagmatwanej historii nie zabraknie też żeńskiego akcentu w postaci dociekliwej i łasej na karierę w telewizji dziennikarki. Są też gangsterzy, choć określenie ich takim mianem to duże pochlebstwo. Zdecydowanie lepiej pasuje do nich: napompowane na siłce mięśniaki, karki z dwoma telewizorami pod pachami i śladową – bo minimalizm przecież jest w modzie – inteligencją.

Skoro mamy w fabule złych chłopców i zatwardziałych gliniarzy, to raczej oczywisty jest fakt, że nie należy się tu spodziewać poetyckiego języka – kwiecista to jest tu jedynie łacina podwórkowa, dlatego wrażliwych czytelników pragnę na ten fakt mocno uczulić. Dodam jednak, że w przypadku tej książki wulgaryzmy są w pełni uzasadnione i idealnie komponują się z fabułą. Gdyby ich nie było, to tę powieść można by sobie śmiało o kant… budy potłuc.

Świetni bohaterowie to kolejny atut debiutu pisarza. Każdy jest charakterystyczny i zapada mocno w pamięć. Każdy z nich też na swój sposób potrafi rozbawić – szczególnie „zbiry spod siłki”, których powiedzonka czy zwroty rozkładały mnie wielokrotnie na łopatki. Sporo cytatów z książki miałam ochotę wynotować i zwyczajnie je zapamiętać – dla hecy!

Sama idea nowego drapieżnika to kolejny walor powieści. Nie dość, że jest dobrze i szczegółowo nakreślona, to autor stara się ją czytelnikowi „naukowo” wytłumaczyć. Co tu kryć, życzyłabym sobie, by choć jeden taki naddrapieżnik po Ziemi hasał – może by wreszcie jakiś porządek zapanował, może by się człowiek zaczął czegoś bać i przestał pozwalać sobie na wszystko co najgorsze. Może… Ach, rozmarzyłam się.

Dobrze, kończę już te moje peany na temat powieści Zborowskiego… Debiuty mają to do siebie, że w wyśmienity sposób ukazują talent, polot i potencjał twórcy, a jednocześnie bezlitośnie obnażają braki warsztatowe. Wyobraźcie sobie, że ja w powieści tego początkującego pisarza tych braków nie widzę. Może to zasługa jego sporego doświadczenia wyniesionego z pisania reportaży A może to już kurczę, nadpisarz?? Kim by nie był pan Zborowski, to ja i tak z utęsknieniem czekam na jego następna książkę!

Ocena: 5/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


wtorek, 10 września 2013

"Panowie Salem" Rob Zombie, B.K. Evenson




tłumaczenie: Adrian Napieralski
tytuł oryginału: The Lords of Salem
wydawnictwo: Zysk i S-ka
data wydania: sierpień 2013 
ISBN: 9788377852422
liczba stron: 376



Miasteczko Salem (w stanie Massachusetts, USA) – bodajże jedno z najbardziej tajemniczych i mrocznych zarazem skupisk ludzkich. Sama w tej chwili jestem w stanie wymienić dwa zdarzenia, które uczyniły to miejsce rozpoznawalnym na całym świecie. Pierwszym jest domniemana wizyta istot pozaziemskich w roku 1952, uwieczniona na zdjęciach przedstawiających statki kosmiczne. Drugie zdarzenie miało miejsce znacznie wcześniej, bo w roku 1692, kiedy to rozpoczął się proces kobiet oskarżonych o czarnoksięstwo. Obydwa robią wrażenie, prawda? Nic więc dziwnego, że pisarze nad wyraz często sięgają w głąb historii Salem, by dzięki niej dać życie tworzonym przez siebie opowieściom.

Z jedną z nich miałam okazję zapoznać się w ostatnich dniach. Czy mogę powiedzieć, że autorzy książki zrobili z „odgrzewanego kotleta” wykwintne danie? O tym za chwil kilka. Najpierw rzecz o samej fabule „Panów Salem” autorstwa Roba Zombiego i Briana
K. Evensona.

W pierwszej części powieści cofamy się do feralnego roku 1692 i poznajemy losy kilku opętanych przez szatana kobiet, które – jak wskazuje bieg historii – kończą się dla nich śmiercią. Jednak zło pozbawione ciała fizycznego i tak nigdy nie umiera…
Druga część przenosi nas w czasy współczesne. Heidi jest prezenterką jednej ze stacji radiowych nadających z Salem. To, o czym mówi się na antenie i jaką muzykę prezentuje słuchaczom, często jest na granicy ogólnie przyjętych zasad oraz dobrego smaku. Nic więc dziwnego, że gdy do studia zawitało dwóch bardzo specyficznie wyglądających mężczyzn, pragnących rozsławić swoją mroczną twórczość, to ekipa stacji podjęła się wyzwania. Nieświadomi zagrożenia przyczynili się do rozpętania piekła w wielu domach swoich odbiorców… Niedługo po wyemitowaniu jednego z utworów tajemniczej grupy, w miasteczku miały miejsce okrutne morderstwa popełniane przez kobiety, które dowiadywały się o tym, co zrobiły, dopiero po przebudzeniu się z mrocznego transu…

Czy wydarzenia te mają ze sobą jakiś związek? I co łączy obie części powieści? Odpowiedź na te pytania jest… wyjątkowo brutalna i przerażająca. To, co rodziło się we wnętrzach morderczyń, tak naprawdę nigdy nie powinno było ujrzeć światła dziennego, nigdy nie powinno było zostać zbudzone. Jednak stało się inaczej… Co gorsza, sama Heidi padła ofiarą zła zakorzenionego w historii Salem.

„Panowie Salem” mają dwóch autorów. O ile pierwszy – B. K. Evenson nie był mi wcześniej w ogóle znany, to Rob Zombie już zdążył zapaść mi w pamięć z racji specyficznej muzyki, którą wykonuje (heavy metal). Domyśliłam się więc, w jakim klimacie będzie utrzymany horror, który stworzył na spółkę z Evensonem. Wiedziałam, że będzie mrocznie, straszno, głucho i ciemno, ale nie spodziewałam się, że aż tak! Wierzcie mi, że mimo mojego doświadczenia z horrorem jako gatunkiem obawiałam się czytać „Panów Salem” późnym wieczorem… Wiele z zaprezentowanych scen przeraża – do tej pory obawiam się kąpieli w wannie czy zerknięcia w kąt łóżka przed zaśnięciem (kto przeczyta, ten będzie wiedział, o czym piszę).

Nigdy nie byłam fanką duetów literackich, ale w tym przypadku mamy do czynienia z chlubnym wyjątkiem! Panowie stworzyli interesującą powieść utrzymaną w klimacie gore, w której nie brak szczegółowych opisów ze spotkań bohaterów z siłami zła, brudnego seksu, krwi czy bluźnierstwa. Odpowiadając na pytanie, czy autorzy z oklepanego tematu zrobili coś wyjątkowego… Owszem, zrobili – może nie dzięki porywającej akcji (bo tego tu nie ma), ale na pewno dzięki dusznemu, ociekającemu posoką oraz cuchnącemu zgnilizną, klimatowi.


Nie jest to pozycja dla każdego. Powiem więcej, nie jest to pozycja dla wszystkich miłośników gatunku. To powieść dla starych wyjadaczy, których niewiele jest już w stanie „ruszyć”. To tytuł dla tych, którzy naprawdę lubią się bać…

Ocena: 5/6



Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.