Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oficynka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oficynka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 lutego 2014

Krew, pot i łzy - Carla Mori





seria/cykl wydawniczy: Ja gorę
wydawnictwo: Oficynka
data wydania: 8 marca 2013
ISBN: 9788362465668
liczba stron: 308


Napisać kontrowersyjną powieść, to w dzisiejszych czasach nie problem. Wystarczy tematyka erotyczna i ukazanie seksu ostro i dosadnie, w możliwie najbardziej zwierzęcy sposób – to w zasadzie gwarancja, że o danej książce będzie głośno. To jednak standardy światowe. U nas wystarczy powieść z wątkiem religijnym, w której Kościół to sekta, papież uprawia czarną magię, zaś Antychryst pod postacią księdza już puka do naszych drzwi.

Jest moc w tym, co napisałam, prawda? Ale to nie mój pomysł, a częstochowianki z pochodzenia, młodej pisarki posługującej się pseudonimem Carla Mori. Przyznaję, że gdy tylko usłyszałam o jej powieści pt. Krew, pot i łzy i zorientowałam się, o czym będzie opowiadać, byłam pod dużym wrażeniem odwagi autorki. Trzeba mieć te przysłowiowe jaja, by nie bać się reakcji tych, w których w jakiś sposób godzi ta książka (choć w niezamierzony sposób!).

Najważniejszymi bohaterkami są tutaj dwie kobiety. Pierwsza to Klara Wasowska – świetna w swoim fachu, łódzka dziennikarka pochodząca z Częstochowy, miasta, które samo w sobie jest miejscem kultu, mekką polskiego chrześcijaństwa. Jej rodzice, głęboko zamarynowani w klimacie miasta, nie przyjmują do wiadomości faktu, że ich córka jest w nieplanowanej ciąży, a w dodatku nie myśli o zamążpójściu. W związku z tym Klara niespecjalnie cieszy się z faktu, że miejscem, w którym przyjdzie jej zebrać materiały do kolejnego artykułu, jest właśnie Częstochowa.

Na szczęście oprócz rodziców, których zresztą niespecjalnie ma ochotę widzieć, ma tam także swoją dobrą przyjaciółkę, Zuzannę Bachledę – szanowaną, piękną i ostrą panią prokurator, która na pokaz jest typem twardej osobowości, a po pracy topi zmartwienia w kieliszku. A niestety powodów do bliskich spotkań z wysokoprocentowym alkoholem pani prokurator gwałtownie przybywa.

Carla Mori
(pobrane z serwisu Facebook za zgodą Pisarki)
Pierwszy z nich to bardzo… dziwna śmierć dwojga kochanków: młodej dziewczyny i nauczyciela języka polskiego z pobliskiej szkoły. Przeprowadzone na denatach badania patologiczne wskazują na śmierć wskutek wykrwawienia, jednak na miejscu zdarzenia nie znaleziono ani jednej kropli krwi…

Sprawa robi się tym trudniejsza, że niebawem następują kolejne zgony w równie dziwnym stylu. Okazuje się też, że coś je łączy i że droga do rozwiązania zagadki wiedzie w jedno i to samo miejsce…

Cała otoczka tych niewyjaśnionych zgonów to istna wisienka na torcie. Wisienka duża, kształtna i słodka dla jednych, dla drugich cierpko-kwaśna i stająca niczym ość w gardle. Komu książka przeszkadza? Przede wszystkim osobom fanatycznie podchodzącym do chrześcijaństwa, osobom, którym brakuje dystansu do fikcji literackiej, jaką zdecydowanie jest fabuła Krwi, potu i łez.

Mimo że jest to fikcja, nie da się nie zauważyć, że autorka wytyka częstą wadę tzw. pseudokatolików, ich zwykłą hipokryzję i obłudę. Świetnie ukazują to sąsiadki-przyjaciółki pojawiające się w toku akcji: na pokaz bardzo pobożne i rozmodlone, jednak naprawdę jedna drugą chce prześcignąć w wyścigu do bycia największą cierpiętnicą i „przykładną” katoliczką, ukazując przy tym swoje nieszczere intencje. Jest też tutaj co nieco na temat księży, ale ten temat przemilczę – nie chciałabym nikogo nieopatrznie urazić.

Reasumując, jako fikcyjna opowieść książka Mori wypada całkiem dobrze, chociaż co rusz gubiłam uczucie napięcia wywołane mroczną akcją, by za chwilę znów wróciło – niczym na wykresie sinusoidy. Z kolei jako powieść zmuszająca do przemyśleń książka robi piorunujące wrażenie. Naprawdę jest o czym rozważać w trakcie i po zakończonej lekturze.

Tylko uważajcie, z kim podzielicie się wrażeniami z lektury, bo możecie wybrać nieodpowiednią osobę i dostać za to po głowie. Zresztą, kto wie, czy i ja nie dostanę za „pseudokatolików”…

Ocena: 5/6




piątek, 15 marca 2013

"Zapora" Hubert Hender



seria/cykl wydawniczy: Ja Gorę
wydawnictwo: Oficynka
data wydania: styczeń 2013
ISBN: 978-83-62465-55-2
liczba stron: 306


Policjant też człowiek


Przyjemnie sobie czasem odpocząć na łonie natury. Czy to spacerując leśnymi ścieżkami, nasłuchując szumu drzew i śpiewu ptaków, czy nad jeziorem, zbierając myśli podczas wędkowania. Jeśli jednak decydujemy się na wypoczynek nieopodal lasu, rzadko kiedy można się w pełni mu oddać…Wszak las nigdy nie daje zapomnieć, że ma też swoją mroczną odsłonę. Na pewno nie raz rozglądaliście się nerwowo po drzewach na dźwięk piskliwego odgłosu, który najpewniej wydał z siebie jakiś ptak. Albo szukaliście złamanej gałęzi na ziemi, słysząc jej trzask. Tylko co, jeśli pewnego dnia faktycznie nie będą to tylko odgłosy natury? Co, jeśli w odpowiedzi na dziwne dźwięki odwrócicie wzrok w ich kierunku, a Waszym oczom ukażą się zwłoki wiszące na jednym z drzew?
Pewien wędkarz, zamieszkujący małą miejscowość Pilchowice, położoną nieopodal Jeleniej Góry, wybrał się któregoś wieczoru na połów nad pobliski akwen. Jednak tym razem nie było mu dane doświadczyć pełnego relaksu i odprężenia. W pewnym momencie do jego uszu zaczęły dobiegać nieprzyjemne odgłosy przypominające piski. Szybko jednak zaczął sobie tłumaczyć, że właśnie jest świadkiem powolnej agonii jakiegoś cierpiącego zwierzęcia. Jednak im dźwięki bardziej nasilały się i przerażały dawką bólu oraz trwogi, jakie ze sobą niosły, tym bardziej wędkarz utwierdzał się w przekonaniu, że czym prędzej musi opuścić to mroczne miejsce. Zgubna ciekawość jednak wygrała, dlatego już po chwili brodził we krwi, a jego oczom ukazał się widok zmasakrowanych zwłok kobiety… A to zaledwie początek serii brutalnych morderstw na terenie drugiej co do wysokości zapór wodnych w Polsce. Czy policjantom uda się zatrzymać tę falę zbrodni i zamknąć szaleńca za kratkami?

http://www.energawisla.pl

Nie będzie to łatwe zadanie i to nie tylko dlatego, że oprawca skrupulatnie obmyśla plan każdego z morderstw, pozostając przy tym nieuchwytnym – dochodzenie w ich sprawie będzie bodajże jednym z najtrudniejszych dla miejscowej policji. O dokładne pokazanie, jak trudne było to śledztwo dla stróżów prawa, zadbał sam autor „Zapory”, czyli Hubert Hender. Jak powiedział przedstawicielowi portalu Zbrodnia w Bibliotece, bardzo chciał stworzyć historię odbiegającą od typowego schematu kryminałów obecnych na naszym rynku, zrywając z wizerunkiem do bólu odważnego policjanta, który niczym maszyna nie odczuwa większych emocji prowadząc dochodzenie. W jego miejsce wprowadził po prostu CZŁOWIEKA, który czuje, denerwuje się i najzwyczajniej w świecie – boi. Czy zabieg był trafny? Jak najbardziej tak! Szczerze mówiąc, w całej historii mojej podróży po świecie literatury opatrzonej mianem thrillera czy kryminału jeszcze nie spotkałam się z tym, by osoba prowadząca dochodzenia tak wiele odczuwała, by tak bardzo się bała. Dzięki temu pozytywni bohaterowie stają się zdecydowanie bliżsi czytelnikowi, bardziej naturalni, tacy jak my wszyscy.
Czy znajdzie się jeszcze jakiś atut powieści? Oczywiście, że tak. Szalenie spodobały mi się opisy miejsc, w których miały miejsce kluczowe wydarzenia – świetnie oddawały ich specyfikę. Samej zapory zwłaszcza! Przemierzając wraz z bohaterami zakątki opuszczonych budynków, niemal mogłam usłyszeć dźwięki skrzypiących podłóg czy poczuć na palcach stóp przebiegającą mysz. Do tego konkretnie nakreślone opisy miejsc zbrodni i ofiar psychopaty – krótkie, ale mocne, zapadające w pamięć.
Od strony technicznej także nie jestem w stanie, mówiąc kolokwialnie, do niczego się przyczepić.
Czyżby oznaczało to, że w książce podobało mi się absolutnie wszystko? Ależ oczywiście, że… nie. W moim odczuciu autor troszeczkę się zatracił w ukazywaniu tej historii z perspektywy policji i całej otoczki dochodzenia – można było dla równowagi skupić się bardziej na reakcji mieszkańców na tragedię, dokładniej przybliżyć rysy ofiar czy wreszcie, więcej opowiedzieć o zabójcy. Można było to wszystko zrobić, ale wiem, że zamysł autora był inny i szanuję to.
Ostatecznie uważam debiut Huberta Hendera za naprawdę udany i winszuję mu tego, że wprowadził na nasz rynek wydawniczy z działu grozy powiew świeżości i zdecydował się odejść od utartych schematów.
Ocena: 4.5/6