środa, 8 lutego 2012

"Jedyne dziecko" Jack Ketchum



Nie mogę powiedzieć, nie mogę nic zrobić, by przestał.[1]

Słyszę już z daleka JEGO kroki. Wiem doskonale, że za chwilę stanie w drzwiach mojego pokoju. Powoli podejdzie do mojego łóżka, odsłoni moją kołdrę i każe mi przybrać ulubioną przez siebie pozycję. Ja posłusznie spełnię jego żądania, bo nie mam innego wyboru. Gdy odmówię – uderzy mnie. Choć TO, co mi robi, tak bardzo boli, nie mogę płakać, bo wiem, że i za to spotka mnie kara. 

Nie wiem, co mu zrobiłem.
Nie wiem, co zrobiłem.[2]

Często zastanawiam się, czy inni tatusiowie też robią TE rzeczy swoim dzieciom. Czy do moich szkolnych kolegów także przychodzą nocą tatusiowie, by ich dotykać? Czy ich to boli? A może to wszystko moja wina? Może to ja jestem zły i mój tatuś mnie w ten sposób karze? Tylko co mogło rozgniewać go tak bardzo, że nie zwraca uwagi na mój ból i krew? Jestem najokropniejszym dzieckiem na świecie.

Tak mniej więcej przedstawia wizję dziecka molestowanego Jack Ketchum w swojej najnowszej powieści pt. „Jedyne dziecko”. Jak się okazuje, by stworzyć najmroczniejszy thriller (choć właściwsze w tym przypadku wydaje się określenie tego horrorem), który niczym szpikulec wbije się w umysł i uczucia czytelnika, wcale nie trzeba uciekać się do fantazji. Wystarczy otworzyć gazetę przy porannej kawie lub wysłuchać wiadomości w radiu  tuż przed wyjściem do pracy – bowiem to życie pisze najstraszniejsze scenariusze. Ketchum ma tego świadomość, jak mało kto, dlatego posługując się prawdziwą historią Sherry Nance (pielęgniarki z Teksasu) stworzył mistrzowski thriller.

Mamy w nim udane małżeństwo i ośmioletnie dziecko. Jak mylny jest to obraz, przyszło się przekonać Lydii McCloud dość szybko. Pierwszą oznaką tego, że coś złego dzieje się z jej mężem Arthurem Danse’em były ostre i wyuzdane oczekiwania seksualne. Gdy Lydia stanowczo sprzeciwiła się dalszego ich praktykowania, zdawało się, że Arthur dał sobie z nimi spokój na dobre. Były to jednak pozory. Niebawem okazało się, że zachowanie jej syna Roberta zaczęło przybierać dziwną i niezrozumiałą formę. Problemy chłopca z utrzymaniem kontroli nad wypróżnianiem w nocy zmusiły ich do stosowania pieluch, i gdy kolejnego wieczoru Lydia przyszła do chłopca, by mu ją założyć, ten zrobił coś, na widok czego zamarła. Przybrał pozycję, którą ona tak dobrze znała, a której szczerze nienawidziła, tę, która tak bardzo działała na jej męża... W tym momencie rodzinne życie rozbiło się na milion drobnych kawałków, a wraz z nim psychika obu ofiar psychopaty. Jednak wola walki o dobro dziecka nie pozwoliła Lydii nawet na chwilę załamania. Rozpoczął się wyścig z czasem oraz polowanie na potwora.

Czy muszę jeszcze komuś uzmysławiać, z jak ciężkiego kalibru lekturą przyszło mi się zmierzyć? Myślę, że nie ma takiej potrzeby. Tematyka molestowania seksualnego dzieci zawsze będzie tą skrajnie poruszającą i drążącą dziurę w umyśle. A jaki będzie efekt, jeśli zajmie się nią taki pisarz, jak Ketchum? Kto choć raz przeczytał którąś z jego książek, ten wie, że nie ma on litości dla czytelnika. Każdy, kto chce się zmierzyć z jego pisarstwem, musi być na to przygotowany.

Co, oprócz miażdżącej siły przekazu, chciałabym wyróżnić? Na pewno kreację bohaterów. Każdy z nich jest „żywy”, prawdziwy i do bólu wyrazisty. Ogromnie przypadła mi do gustu sylwetka matki Roberta, czyli Lydii. Bardzo ucieszył mnie fakt, że autor tchnął w nią  ogrom woli walki o syna, hartu ducha i wewnętrznej siły. Ach, jak bardzo chciałoby się, by każdy, kogo spotka taki dramat, przyjął taką postawę, jak nasza bohaterka – o ileż ukróciłoby to cierpienie tych małych istot…
Jednak życie to nie powieść, o czym przypomniała mi historia Halszki Opfer opisana w „Kato-tacie. Nie-pamiętniku.”. U Ketchuma mamy wspaniałą matkę, która podjęła się trudnej walki za wszelką cenę, a u Opfer matkę zanoszącą własne dziecko w ramiona potwora… Nie ma najmniejszego sensu porównywać tych dwóch historii, jednak nie sposób nie wyrazić pragnienia, by woli walki w takich sytuacjach było w ludziach więcej…

Czy polecam tę lekturę? Tak, ale tylko tym najwytrwalszym i najsilniejszym czytelnikom, którzy czują się na siłach, by zmierzyć się z tak brutalną w swej prawdziwości historią. Wiedzcie, że po tej lekturze nie zaśniecie spokojnie…





[1] Jack Ketchum, Jedyne dziecko, Papierowy księżyc, Słupsk 2011, s. 125.
[2] Tamże.

Ocena: 3/6

sobota, 4 lutego 2012

"Szkatułka" Orson Scott Card


            Czy istnieje miłość absolutna? Czy kocha się na wiele różnych sposobów? Szalenie, namiętnie, bezgranicznie, nieustająco i dalej, aż starczy sił i możliwości? Tyle odpowiedzi, ile w ludziach miłości.
            A może istnieje gotowy „wzór na miłość ”? Kochamy zrównoważenie, czasem w ciszy i bez wzajemności, bywa jednak, że niepostrzeżenie wpadamy w sidła chorego i destrukcyjnego uczucia, które także skłonni jesteśmy nazywać miłością, mimo że wyniszcza i rani nie tylko nas, ale i  otoczenie.  A silne, niekontrolowane uczucie w stosunku do członka najbliższej rodziny to również miłość, tylko nieprawidłowa, usytuowana na marginesie społecznej akceptacji. Czy ma szanse przetrwać i zakończyć się dobrze?

            Quentin Fears, bohater książki Orsona Scotta Carda pt. Szkatułka na własnej skórze przekonał się, co niesie ze sobą taki rodzaj miłości. Nic nie zapowiadało, by uporządkowane do granic życie milionera miało niebawem wywrócić się do góry nogami. Wszystko płynęło swym monotonnym, regularnym rytmem, bez zbędnych emocjonalnych uniesień, przyprawione nieznacznie stosowną dozą rozrywki, jaką daje sama świadomość posiadania pieniędzy, które wręcz bez jego pomocy namnażały się w zawrotnym tempie. Czego jeszcze mógłby chcieć od życia piekielnie inteligentny i przesadnie bogaty mężczyzna? Nie trudno się pewnie domyślić, że jedynym pragnieniem jest kochająca kobieta u boku. Okazja do zrealizowania swych marzeń spada naszemu bohaterowi jak grom z jasnego nieba i z równą siłą przepełnia go uczuciem do tajemniczej kobiety imieniem Madeleine. Nieoczekiwana moc, jaka pcha go w jej objęcia, a także fakt, że tak bardzo przypominała mu jego zmarłą siostrę Lizzy pośpiesznie wiedzie go przed ołtarz. Czyż to nie iście sielankowy obraz? Czy coś jest w stanie zepsuć tę idyllę? Może fakt, że Madeleine przez długi czas odwlekała ich wspólną wizytę u jej rodziców? A może oświadczenie bohaterki po przybyciu na miejsce, że jej rodzice od dawna nie mieszkają w domu rodzinnym? A czy może mieć znaczenie tak drobny szczegół, jak cmentarz sąsiadujący z domem teściów, na którym pochowani są uczestnicy ich pierwszego, wspólnego śniadania, podczas którego się nawzajem poznali? Ups, zdradziłam za dużo? Nie, to zaledwie maleńki skrawek tej dziwnej i przerażającej historii.

            Cóż to za opowieść, Moi Drodzy?…Intrygująca? Poniekąd tak, mimo że pomysł na fabułę nie jest specjalnie innowacyjny.  Podczas lektury na ciele chwilami pojawia się dreszczyk emocji. Niestety w moim odczuciu książka bywa także irytująca. No, ale po kolei...
            Intryguje w niej mieszanka dwóch światów: rzeczywistego z magicznym. Bohaterów książki niby zaskakują dziwne relacje, jakie utrzymuje Quentin ze światem magii, który zdarzyło mu się poznać, ale nikt nie robi tego w sposób nad wyraz przekonujący. Zdaje się, że te odrealnione przygody milionera nie są czymś specjalnie nadzwyczajnym. Zupełnie jakby istoty paranormalne były w gruncie rzeczy czymś naturalnym.
            Niektóre przygody głównego bohatera potrafią zmrozić krew w żyłach, ale Szanowny Panie Card, dlaczego ich opisy są tak krótkie i nie ma ich więcej? W tych niewielkich fragmentach tekstu, gdzie strach wiedzie prym, bez wątpienia drzemie ogromny potencjał, lecz jak sądzę autor nie potrafił go w całości wykorzystać.
            Co zaś w Szkatułce irytuje? Z pewnością sposób prowadzenia fabuły, który dla mnie samej jest zbyt prosty. Quentin jako inteligentny i zdrowo myślący mężczyzna niejednokrotnie daje się ponieść chwili i po zaledwie kilku dniach znajomości poślubia Madeleine. Kilkadziesiąt stron dalej  z jego ust pada zapytanie: „Czy ja, tak naprawdę, znam swoją żonę?”*. No cóż Quentinie…śmiem twierdzić, że odpowiedź jest przecząca…

            Osoba polecająca mi tę pozycję obiecała poniekąd, że książka wywrze na mnie bardzo silne wrażenie. Starałam się zapomnieć o tym fakcie i nie oczekiwać gatunkowego mistrzostwa, lecz spodziewałam się czegoś więcej i nie ukrywam rozczarowania. Jak na horror siła oddziaływania Szkatułki na czytelnika była zdecydowanie zbyt mała. Może autor sprosta moim oczekiwaniom w kolejnych swoich powieściach? Sprawdzę to, ale nie natychmiast.

* Orson Scott Card „Szkatułka”, Warszawa 1998, Prószyński i S-ka,  str. 95

Ocena: 3/6

sobota, 28 stycznia 2012

"Przygoda fryzjera damskiego" Eduardo Mendoza


Tym razem postanowiłam zafundować sobie mocną dawkę odstresowującej literatury. Szukałam czegoś, co szczerze rozbawiłoby mnie i zrelaksowało, ale jednocześnie nie zabrało poczucia realizmu wypływającego z toku fabuły. Nie oznacza to jednak, że sięgnęłam po banalne czytadło. Kto bowiem ośmieliłby się tak nazwać którąkolwiek z książek autorstwa Eduardo Mendozy? Podejrzewam, że nikt, ale jeśli znajdzie się śmiałek, niechaj wskaże mi inną drogę zrecenzowania  pozycji, o którym mowa poniżej!

Zanim jednak zdecyduję się wyzwać kogoś na pojedynek i udam się na poszukiwanie zaufanego sekundanta, wrócę do sedna tego tekstu, a konkretnie do tematu numer jeden tej recenzji. Jest nim powieść „Przygoda fryzjera damskiego”. Choć tytuł tego nie zapowiada, to wierzcie mi lub nie, ale nie jest to byle jaka przygoda i nie dotyczy pierwszego lepszego fryzjera. Jeśli ktoś podejrzewa, że meritum  fabuły opiera się na tym, jak to pewien (ledwie wiążący koniec z końcem) pracownik zakładu fryzjerskiego wznosi się nieoczekiwanie na wyżyny swego marnego losu, niech szybko tę wizję porzuci, bowiem droga głównego bohatera przez życie zawiodła ku samym nizinom człowieczeństwa. Dlaczego wiedzie ona aż tak bardzo w dół? Niech sam Wam opowie…

Bardzo chętnie bym Wam się przedstawił z imienia i nazwiska, ale nie zrobię tego. Nie z powodu mojej nieufności do świata i ludzi jakimi domniemam jesteście, a dlatego że brak jakiegokolwiek dokumentu tożsamości skutecznie utrudnia mi odczytanie zeń moich danych osobowych. Zresztą tam gdzie przebywałem przez wiele lat swego żywota, takie informacje nie były specjalnie nikomu potrzebne. W tym miejscu każdy miał tożsamość taką, jaką sobie wymarzył, obrał lub zerżnął od innego (żyjącego lub bardziej oziębłego) mieszkańca globu. 
Preferuję, gdy mówi się, że byłem mieszkańcem domu dla reprezentantów inteligencji niedocenionej lub też niezrozumiałej dla reszty świata, ale ostatecznie i tak każdy (ignorant w rzeczy samej!) podsumowuje mój pobyt tam jako leczenie w ośrodku dla świrów…
Choć w miejscu tym nawet bakterie uciekały w popłochu przed serwowanym nam jedzeniem, brud i kurz zasnuwał co wolniejszych w poruszaniu się mieszkańców tegoż przybytku a jedyną formą rozrywki, jaką mieliśmy (nie licząc „cofniętego w rozwoju” telewizora) była prowizoryczna piłka wykonana ze szmat, drutów i gliny, to kochałem to miejsce jak swój własny dom. Moje marzenia o dożyciu tam sędziwej starości pewnego dnia rozwiał inny sędziwy starzec, dyrektor ośrodka – ledwie chodził, ledwie widział i w gruncie rzeczy ledwie zipał, ale z hukiem i na kopach mnie z niego wyrzucił.
Nie pozostało mi wtedy już nic innego jak udać się w podróż do miejsca, gdzie mógłbym rozpocząć swoje nowe życie. Za cel obrałem sobie Barcelonę a w niej moją dawno niewidzianą siostrę. Gdy już ją odnalazłem, poznałem jej męża oraz teściową, wysłuchałem dziejów życia siostry, dziejów najbardziej spektakularnych biegunek teściowej oraz homoseksualnych zapędów mojego szwagra, postanowiłem rozpocząć poszukiwanie pracy. Nie musiałem się specjalnie nachodzić, by ją znaleźć, a nawet nie musiałem wstawać z krzesła, bowiem mąż mej siostry zaproponował mi stanowisko w swym salonie fryzjerskim.
 I tak oto rozpocząłem swoją mozolną karierę przy codziennym pozbywaniu się gryzoni (regularnie podpijających mleczko do ciała) oraz włażeniu klientom w najodleglejsze części ich jestestwa. Nic nie zapowiadało by ten stan rzeczy miał się kiedyś zmienić, ale jednak stało się… Odkąd ta kobieta przekroczyła próg salonu, nic już nie było takie samo, a ja sam niedługo potem stałem się podejrzanym numer jeden w sprawie morderstwa ważnej szychy nazwiskiem Pardalot.

Ponieważ nasz bohater to bardzo rozgadany człowiek, jestem zmuszona odebrać mu prawo głosu i uciąć jego wywód w obawie, że zdradzi Wam zbyt dużo z historii swego życia, a wierzcie mi - jest co studiować! Już sam Mendoza świetnie postarał się o to, by tę opowieść sprzedać w formie najlepszej z możliwych – kto zna specyficzne poczucie humoru autora, ten wie, o czym mówię. Jeśli jednak nie mieliście okazji poznać go jeszcze na własnej skórze, to mam nadzieję, że skusiłam Was próbką znakomitego stylu pisarza w powyższym fragmencie opowieści tytułowego fryzjera. A to zaledwie niewielki wycinek  możliwości autora.

Co jeszcze znajdziecie w tej świetnej książce oprócz humoru? Przede wszystkim kryminał w bardzo krzywym zwierciadle – autor naigrywa się z gatunku tak, jak to tylko możliwe. Robi to w swym niezmiennie doskonałym stylu. Cóż jeszcze dodać… Niejeden polityk czy człowiek świata biznesu podczas lektury mógłby poczuć, jak pięknie gra się na jego nosie, wytykając błędy i wynosząc na piedestał najgorsze przywary (to akurat wątek aktualny w każdym zakątku świata, nie tylko w ojczyźnie Mendozy).

Wady? To zdaje się pojęcie mocno abstrakcyjne w kontekście twórczości autora „Przygód fryzjera damskiego”. Żywię głęboką nadzieję, że nigdy już nie zmienię zdania w tej kwestii. Zdaję sobie sprawę, że każdemu zdarzają się potknięcia – jednak oby nie Mendozie!

Tak jak sobie tego życzyłam – dostałam w trakcie lektury rzeczywistość w fikcyjnym i przezabawnym opakowaniu. Jeśli potrzebujecie czegoś podobnego, to zaprzestańcie poszukiwań, bo oto właśnie odpowiedni tytuł jawi się przed Wami. Szukacie lektury odpowiedniej na początek przygody z Mendozą? Voilà!

Ocena: 6/6

Zapraszam Was także do zapoznania się z akcją "Czytam więc jestem". Szczegóły po kliknięciu w poniższe logo:



sobota, 21 stycznia 2012

"Klinika śmierci" Harlan Coben


AIDS (zespół nabytego niedoboru odporności) – dżuma naszych czasów, na którą, jak dotąd, nie wynaleziono skutecznego leku. Możliwe jest już hamowanie rozmnażania się wirusa HIV oraz utrudnienie mu przedostawania się do komórek. Nie ma jednak sposobu, dzięki któremu można by go unicestwić. Dlatego choroba ta sieje ogromny postrach wśród całej ludzkości. Choć wiadomo o jej istnieniu już od kilkudziesięciu lat i z roku na rok medycyna dostarcza nam co raz więcej informacji na jej temat, to i tak nie brak wyznawców teorii, że to przypadłość przypisana jedynie homoseksualistom i narkomanom.

Tak bardzo chciałoby się, aby poglądy tych ludzi uległy zmianie, nabrały bardziej otwartego, tolerancyjnego, a przede wszystkim ludzkiego charakteru. Jeszcze piękniej byłoby móc pewnego dnia obwieścić światu, że cierpienie wielu chorych zakończy się dzięki nowemu, cudownemu antidotum…

Harlan Coben poświęcił swoją drugą powieść właśnie problemowi AIDS.  „Klinika śmierci” to pierwszy w jego dorobku pisarskim thriller medyczny. Bohaterami pierwszoplanowymi są
Sara Lowell i Michael Silverman. Sara to niepełnosprawna dziennikarka, która pokazała światu, że pomimo fizycznej ułomności można osiągnąć niebywały sukces społeczny - jest ulubienicą widzów programu NewsFlash. Choć jej życie uczuciowe przez długi czas było pasmem nieszczęść (głównie za sprawą wyrachowanej siostry Cassandry), to ostatecznie odnajduje prawdziwą miłość i bezpieczeństwo w ramionach świetnego koszykarza, gwiazdy NBA, Michaela Silvermana. Do idealnego obrazu szczęścia brakuje im tylko potomka. Gdy okazuje się, że Sara jest w ciąży, para uznaje to za wspaniały znak - los postanowił wynagrodzić obojgu wszelkie niepowodzenia oraz nieszczęścia, dotykające ich przez lata. Niestety radość nie trwa długo, ponieważ niespodziewanie para dowiaduje się, że  Michael jest nosicielem wirusa HIV.

Światełkiem nadziei w tym nieszczęściu staje się dobry przyjaciel Sary, doktor Harvey Riker, który jest o włos od opracowania skutecznej metody leczenia AIDS. Jednak są ludzie, którzy chcą za wszelką cenę utrudnić ten proces, blokując napływ środków finansowych na prowadzenie dalszych badań. Natomiast jedyni pacjenci będący dowodem na istnienie fenomenalnego antidotum zostają zamordowani…Życie Michaela jest zagrożone z dwóch stron. Czy uda mu się skorzystać z cudownego leku i wyrwać mackom choroby? Czy też prędzej dosięgną go ręce mordercy? Odpowiedź na te pytania (ale i wszystkie, rodzące się w trakcie lektury) szokują. Tu nie ma nic oczywistego!

Pomijając kwestię intrygującej fabuły, jest jednak w powieści Cobena coś oczywistego. Mam tu na myśli brak wprawy pisarskiej i doświadczenia życiowego. Coben, jako ledwie dwudziestoparolatek i autor zaledwie drugiej książki, nie wykazał się wystarczającą wiedzą na tematy, które porusza. Dla przykładu,  jeden z bohaterów okazuje swoje dokumenty przy odprawie na lotnisku. Okazuje się, że człowiek na fotografii diametralnie różni się od posiadacza dokumentu. Pracownik lotniska niby to kręci nosem na ewidentne różnice w wyglądzie, ale…? Ostatecznie umożliwia podróżnemu lot. Ciężko wyobrazić sobie taką sytuację w latach, w których książka powstała (początek lat dziewięćdzisiątych) a co dopiero mówić o współczesnych. Podobne uchybienia zdarzają się także w dalszym toku akcji, jednak w obawie przed spoilerami nie przytoczę więcej przykładów. Jednak jest coś, co odrobinę maskuje te błędy, pozwala czytelnikowi patrzeć na nie przez palce. To szczere wyznanie autora we wstępie, w którym przyznaje, że książka zawiera liczne błędy, ponieważ powstała w latach, gdy był jeszcze bardzo młodym i niedoświadczonym człowiekiem. Przyznaję, że w tym momencie pisarz urósł w moich oczach. Nie każdego autora stać chyba na tak szczere wyznanie. Pozwoliło mi ono spojrzeć na „Klinikę śmierci” przychylniej i dostrzec w niej istotne plusy, takie jak: świetna kreacja postaci (bohaterowie są wyraziści), sposób prowadzenia akcji (wierzcie mi, że dużo się dzieje, nie ma chwili przestoju i uczucia znużenia lekturą) oraz sam pomysł na temat przewodni fabuły. Przyznaję również Cobenowi ogromny punkt za konstrukcję zakończenia. Przyznaję otwarcie - takiego finiszu jaki autor zaserwował zupełnie się nie spodziewałam! Brawo za to!

Po „zmiksowaniu” plusów i minusów „Kliniki śmierci” końcowa ocena niestety nie będzie maksymalna. Nie zmienia to faktu, że mogę, i bardzo chcę, polecić Wam tę lekturę. Czas spędzony z nią nie będzie stracony. Tym bardziej dla kogoś, kto szczególnie lubi thrillery (niekoniecznie tylko medyczne) i sprawnie poprowadzoną akcję.

Ocena: 4,5/6