środa, 30 listopada 2011

"Wołanie grobu" Simon Beckett




Recenzja bierze udział w konkursie na Recenzję Roku 2011 portalu Zbrodnia w Bibliotece



Powoli wybudzasz się z głębokiego snu. To znajome Tobie uczucie, gdy świadomość ożywa i wiesz, że już pora otworzyć oczy, ale coś Cię jednak powstrzymuje. W gruncie rzeczy nie chcesz tego robić, bo czujesz się błogo – ciepło otula Cię z każdej strony, a otaczająca ciemność wydaje się niemal namacalna. Jednak nagle pojawia się coś, co powoli, choć zdecydowanie, odbiera Ci poczucie bezpieczeństwa. Czujesz jakieś fizyczne ograniczenie, zupełnie jakby mrok zaciskał wokół Ciebie swoje macki i stopniowo zabierał coraz więcej powietrza. Łykasz je łapczywie jak wodę, ale czujesz jakby tlenu w nim było mniej i mniej… Nagle uświadamiasz sobie, że już dawno wybudziłeś się ze snu, i że to nie on Cię więzi, a przestrzeń, w której się znajdujesz. Zaczynasz krzyczeć, prosząc o pomoc, ale dźwięk staje się głuchy i stłumiony – nikt Cię nie słyszy. Okazujesz się być w pełni świadomym więźniem własnego grobu…

Brzmi jak nocny koszmar albo scenariusz najgorszego horroru, jaki kiedykolwiek widzieliście? Zapewne tak, bo chyba nie ma nikogo, kto nie bałby się pogrzebania żywcem. Dlatego też ta tematyka jest tak chwytliwa i chętnie wykorzystywana we wszelkich formach przekazu. Ma tego świadomość również i Simon Beckett, dlatego właśnie ten wątek uczynił przewodnim w najnowszej powieści pt. „Wołanie grobu”. Nie obawiajcie się, że właśnie zdradziłam najciekawszy moment niniejszej książki, bo wcale tak nie jest – Beckett zaprezentował temat w troszkę innej odsłonie i nie tak oczywistej, jak to przedstawiłam w swoim wstępie.

Nikogo, kto zna twórczość tego pisarza, nie zdziwi, że najważniejszym bohaterem „Wołania grobu” staje się po raz kolejny doktor David Hunter – znany i ceniony w środowisku antropolog sądowy. A kto styka się z powieściami Becketta po raz pierwszy, ten będzie miał możliwość przyjrzenia się dość dobrze postaci tego bardzo inteligentnego i specyficznego człowieka, nawet jeśli nie zna jego poprzednich przygód (jednym z wielu plusów książek Becketta jest możliwość czytania ich w dowolnej kolejności).

Hunter jako szczęśliwy mąż i ojciec zostaje poproszony o pomoc w śledztwie dotyczącym seryjnego mordercy i gwałciciela – jego ofiarami stały się młode kobiety, których ciał nigdy nie odnaleziono. Gdy pojawia się szansa, że sam morderca, zdecydowany na współpracę, pomoże śledczym w rozwikłaniu tej ponurej zagadki, nagle życie doktora Huntera wywraca się do góry nogami – świat traci dla niego sens i nic już nie ma dłużej takiej wartości, jak przed tragicznymi wydarzeniami. Po czasie jednak przeszłość sama upomina się o doktora, wciągając go ponownie w wir sprawy sprzed lat. Hunter musi zmierzyć się z seryjnym mordercą, przeanalizować jego wersję wydarzeń w niekoniecznie komfortowych warunkach…Zrobi to tam, gdzie powietrza jest zdecydowanie zbyt mało, aby skupić rozproszone myśli…

No właśnie, nie tyle skromne zasoby powietrza daje się wyczuć w toku akcji, co …brak konkretnego pomysłu ze strony autora na należyte jej rozwinięcie. Sama się sobie dziwię, że piszę tak o pisarzu, którego pokochałam od pierwszego przeczytania. Niestety odnoszę wrażenie, że autor śpieszył się z tworzeniem „Wołania grobu” i nie dopracował fabuły tak, jak zwykł to robić w przypadku wcześniejszych powieści. Zabrakło mi tu tego charakterystycznego dla Becketta „kopa” na zakończenie, kiedy to finałowe sceny wgniatają w fotel i przyprawiają o zawrót głowy – tym razem bowiem siła oddziaływania całej historii była znikoma, żeby nie powiedzieć marna. Na domiar złego, rozwój wydarzeń dość łatwo przewidzieć. Domyślenie się kto jest czarnym charakterem powieści to dla czytelnika banalne zadanie. Ponadto, tematyka grzebania żywcem jest świetną inspiracją dla literatury grozy, ale należy odpowiednio wykorzystać jej potencjał, czego Beckett nie zrobił – niestety. Jakby minusów było jeszcze mało, co rusz trafiałam na literówki, a nawet „połknięte” wyrazy.

Żałuję, że tak dobry pisarz tym razem nie dał z siebie tyle, ile potrafi dać – a potrafi bez wątpienia wiele. Tłumaczę sobie to tym, że nawet najlepszym zdarzają się wpadki i dlatego życzę Beckettowi, by było ich jak najmniej.

Za niezmienny styl, klimat (choć tym razem kiepskiej jakości) jak i za to, że Becketta bardzo lubię, wystawiam „Wołaniu grobu” ocenę „dobrą”. A rozpoczynającym przygodę z tym autorem, polecam sięgnąć po którąkolwiek z jego wcześniejszych powieści („Chemia śmierci”, „Zapisane w kościach” czy „Szepty zmarłych”).

Ocena: (lekko naciągane) 4/6

sobota, 26 listopada 2011

"Szrapnel" William Wharton


Williama Whartona miałam okazję poznać pierwszy raz dzięki jego (najbardziej znanej) książce pt. „Ptasiek”. Doskonale pamiętam jak dobre wrażenie wywarł on na mnie swoim dziełem, dlatego zaraz po skończonej lekturze wiedziałam już, że niedługo do niego powrócę. I tak weszłam w posiadanie „Wieści”. Zasugerowano mi jednak odłożenie tej lektury na czas okołoświąteczny (czyli już tuż, tuż). By nie musieć czekać tak długo na kolejne spotkanie z Whartonem zdecydowałam się na korzystną wymianę i tak oto przeczytałam „Szrapnela”.

Kto nie orientuje się w wojskowej terminologii niech wie, że za tytuł tej książki Whartona posłużyła nazwa pocisku wyposażonego w materiał wybuchowy. Nie trudno się zatem domyśleć, że autor tym razem postanowił podzielić się z czytelnikami opowieściami dotykającymi wojskowych realiów. Tym razem jednak nie posłużył się fikcją literacką, a historią pisaną na papierze jego własnego życia.

Już w „Ptaśku” autor pozwolił sobie na przemycenie do treści książki osobistych poglądów na temat wojny i tego, co z nią się wiąże. „Szrapnel” także dał Whartonowi ogromną możliwość wyrażenia tego, co myśli o służbie wojskowej, przymusie zabijania, radzeniu sobie z koszarową rzeczywistością i współtowarzyszach niedoli. Aby to wszystko dobrze zobrazować, autor przytacza wiele krótkich opowieści. Wspólnie stają się relacją przeżyć doświadczonych przez Whartona w bardzo młodym wieku osiemnastu lat. Choć we wspomnieniach nie brak humoru, przezabawnych sytuacji i dowcipnie scharakteryzowanych bohaterów (przykładem może być opowieść o żydowskim żołnierzu nazwiskiem Birnbaum – fajtłapa jakiej jeszcze żadne wojsko nie widziało, człowiek, któremu potrafiło się nie udać dosłownie wszystko, nawet ścielenie pryczy, mimo że usiłował zrobić to z zegarmistrzowską starannością), to jednocześnie pełne są tragizmu i smutku - w końcu opowiadania dotyczą czasu wojny, kiedy to nieustannie stykamy się ze śmiercią. Dla kontrastu jednak, Wharton opowiada także o miłości do Fiołka (sprzedawczyni o ciemnych włosach i fiołkowych oczach).

„Szrapnel” przesycony jest kontrastami, ale nie jest to w żadnym wypadku cecha negatywna tego tytułu. W moim odczuciu jest wręcz odwrotnie - dzięki temu, książka nie jest zbiorem nudnych i monotematycznych opowieści o życiu młodego żołnierza. Mam wrażenie, że wręcz mogę dotknąć fragmentu życia Whartona, życia lekko ociekającego krwią, pulsującego, o swoim własnym zapachu… fiołków oczywiście.

Nie decyduję się na jedną z najwyższych not dla tej pozycji, bo tematyka wojskowa nie jest mi aż tak bliska, by czuć ją całą sobą, ale nie jestem w stanie powiedzieć, że Wharton zasługuje na notę poniżej „dobrej” . Nie sposób chyba ocenić nisko książki autorstwa człowieka tak szczerego i autentycznego w swoim pisarstwie. Kto zna i ceni Whartona na pewno kiedyś sięgnie po „Szrapnela”. Ja tymczasem już powoli przygotowuję się mentalnie na „Wieści”, a zatem…do rychłego zobaczenia panie Williamie.

Ocena: 4,5/6

sobota, 19 listopada 2011

Kto chce dostać ode mnie prezent?? :)

Kochani! Dziś na blogu Książek zbójeckich ruszyła po prostu przepiękna akcja, która mnie urzekła...:) Coś pięknego! My blogerzy mamy dzięki niej okazję obdarowania siebie nawzajem! :D
Nie przedłużając niepotrzebną paplaniną przechodzę do szczegółów akcji pt.




Zasady akcji są następujące:
Do dnia 30 listopada 2011 roku na maila Książek zbójeckich ślemy zgłoszenia świadczące o chęci wzięcia udziału w akcji. Mail: odoj86@tlen.pl

W treści maila należy podać następujące informacje:

- Nick blogerski
- Imię i Nazwisko oraz adres do wysyłki upominku.
Dnia 1 grudnia 2011 roku ogłoszę na blogu listę osób biorących udział w zabawie, a was połączę w pary – a więc kto komu robi prezent.
Tego samego dnia otrzymacie na maila nick osoby, której robicie prezent wraz z danymi do wysyłki.
Prezenty należy wysłać pocztą do dnia 13 grudnia 2011 roku, najlepiej priorytetem.
UWAGA: wartość prezentu nie może przekroczyć 20 zł wraz z kosztami przesyłki. Dopuszczalne są prezenty robione ręcznie (koszty materiałów też się liczą), czy wszelkie inne, nowatorskie pomysły.
Po otrzymaniu przesyłki należ zrobić relację na blogu! Najlepiej ze zdjęciami, wszystko zależy od waszej inwencji twórczej.
Aby wziąć udział w akcji należy zrobić na swoim blogu notatkę informującą o akcji (przekopiowując treść zasad) wraz ze zdjęciem poniżej (można je podlinkować). Notatkę proszę zrobić jak najszybciej, żeby jak najwięcej osób dowiedziało się o akcji.


To, komu robicie prezent ma pozostać tajemnicą, zaskoczmy się wzajemnie!


Ja z przyjemnością biorę w niej udział i czekam na Was bym mogła komuś wysłać niespodziankę świąteczną!. :)

piątek, 18 listopada 2011

"Handlarze czasem" Tomasz Jachimek


Równowaga w naturze musi być, moi Drodzy! Jeśli przed chwilą raczyliśmy się lekturą cięższego kalibru, to należy czym prędzej stan rzeczy odmienić i zrelaksować się przy tekście mniej absorbującym.



W związku z tym, recenzja ta nie będzie poważna tak jak moja ostatnia lektura („Milczenie żywych”). Jeśli ktoś oczekuje powagi, nie chce i nie zamierza się śmiać, jest proszony o opuszczenie tego „lokalu”.

Ok, widzę, że wszyscy zostali – twardziele…! Drodzy zebrani, pozwólcie, że podzielę się z Wami zaskakującym odkryciem, którego ostatnio dokonałam. Otóż okazało się, że mnie, największej fance sztuki kabaretowej, umknęła książka, która wyszła spod pióra (tak wiem – klawiatury, kto by się teraz podjął walki z kleksami) kabareciarza. No wzięła i (to bardzo, bardzo kolokwialne wyrażenie, które nie brzmi najładniej, więc dobrze je będzie usunąć, ale decyzję pozostawiam Pani) wyszła w roku pańskim 2010, a ja się o tym dowiaduję ledwie ze dwa miesiące temu (albo coś koło tego, bo ostatnio z rachubą czasu u mnie kiepsko, ale spokojnie, to jeszcze nie Alzheimer)…!  Na szczęście na blogi recenzenckie można liczyć o każdej porze dnia i nocy i tak oto dzięki Samash dowiedziałam się o „Handlarzach czasem” Tomasza Jachimka.

Po otwarciu książki „wyskoczył” z niej wuj Franciszek. Wuj jak wuj, chciałoby się powiedzieć, bez specjalnych cech, które wykraczałyby poza utarty schemat „wujowania”, ale nie! Jednak ten wuj jest inny! To wybitny wynalazca, lecz kompletnie niedoceniany… Stworzył w swoim życiu wiele wspaniałych urządzeń, które były w mniejszym lub większym stopniu doceniane przez domowników (choć tak naprawdę każdy miał po dziurki w nosie jego technicznych tworów). Gdy wuj po raz kolejny zaczął się zamykać na całe dni w warsztacie, do przewidzenia stało się, że ten znów coś tworzy. Nikomu jednak z jego rodziny nawet przez ułamek sekundy przez myśl nie przeszło, że tym razem będzie to prawdziwe arcydzieło inżynierii technicznej, będące jednocześnie istną żyłą złota! Oto bowiem światło dzienne ujrzało urządzenie do handlowania czasem. Kto tylko chciał co nieco zarobić, mógł za odpowiednią opłatą odsprzedać komuś potrzebującemu odpowiednią ilość swojego czasu. Od tej pory nikogo nie dziwiło już, że doba jednej osoby trwa czterdzieści minut, a doba innej jest tak długa, że można podczas niej nadrobić zaległe obowiązki zawodowe, wykonać dodatkową pracę, ponad normę, zjeść kilkanaście obiadów i tyleż samo kolacji, skoczyć na Bahamy albo…przeczytać wszystkie książki świata.

Zdaje się, że takie urządzenie przyniosłoby kres wielu problemom, z którymi boryka się ludzkość. Ale czy na pewno? Czy nie byłoby wręcz przeciwnie i wynalazek nie przysporzyłoby więcej trudności? Pan Tomek pokazuje w książce swoją wersję wydarzeń, ale tak naprawdę każdy może ją poprowadzić wedle własnego uznania. Trzeba tylko dobrze przeanalizować styl własnego życia i wnikliwie przyjrzeć się wyznawanemu systemowi wartości. Skąd ta nagła zmiana nastroju w moim tekście, z żartobliwego na poważny? A z książki właśnie. Autor pod pozorem dowcipu i zabawy umiejętnie poruszył bardzo ważne życiowe tematy, które dotyczą każdego z nas. W sposób lekki i przystępny „sprzedał” wywód o hierarchii ludzkich wartości. Przyznaję, że takie połączenie bardzo mi się spodobało i przede wszystkim do mnie przemówiło. Może nie śmiałam się do rozpuku podczas lektury, bo do łez bawi mnie troszkę inne poczucie humoru niż to, które serwuje Pan Jachimek, ale… przecież nie tylko o śmiech w tym tytule chodzi. Dlatego też  każdy musi ocenić jego wartość wedle własnego uznania.

Wracając do koncepcji handlu czasem…Gdybyście mieli możliwość kupna czyjegoś czasu lub sprzedaży własnego, czy byście to zrobili? Która z ról byłaby Wam bliższa – kupującego czy sprzedającego? Jeśli o mnie chodzi odkupiłabym kilka godzin od znawcy trunków niskobudżetowych, wyczekującego dzień w dzień pod miejscowym sklepem…

Ocena: 4/6