wtorek, 3 grudnia 2013

"Trzy pogrzeby Melquiadesa Estrady" reż. Tommy Lee Jones




gatunek: Dramat, Western
produkcja: Francja, USA
premiera: 6 stycznia 2006 (Polska), 20 maja 2005 (świat)
reżyseria: Tommy Lee Jones
scenariusz: Guillermo Arriaga


Ładnych parę lat temu oglądałam końcówkę pewnego filmu. W zasadzie jednym okiem patrzyłam, a drugie już spało. Nie zmienia to jednak faktu, że film bardzo mnie zainteresował i ogromnie żałowałam, że natknęłam się na niego w TV o wiele za późno. Cóż mnie w nim tak zaintrygowało? Tych, którzy znają moje upodobania, pewnie nie zdziwi zbytnio fakt, że chodzi o trupa. A konkretnie o faceta, który wiózł tego trupa na koniu przez pustynne połacie.

http://www.filmweb.pl
Potem o filmie zapomniałam, bo życie mnie pochłonęło, ale ostatnio postawiłam sobie za cel dotarcie do niego i prześledzenie całości. Sprawa do najłatwiejszych nie należała, bo nie dość, że nie pamiętałam tytułu (wiedziałam tylko, że jest długi), to jeszcze nie kojarzyłam odtwórcy głównej roli. Jednak od czego jest niemal wszechwiedzący Internet? Wyszukiwarka potrafi zdziałać cuda, wierzcie mi…

Po chwili poszukiwań już wiedziałam, że chodziło mi o „Trzy pogrzeby Melquiadesa Estrady” w reżyserii znanego aktora Tommy'ego Lee Jonesa, będącego także odtwórcą głównej roli. Pete Perkins (T.L. Jones) pewnego dnia dowiaduje się o śmierci swojego przyjaciela, Melquiadesa Estrady (Julio Cedillo), który został zamordowany. Kiedyś Estrada w rozmowie z Perkinsem zobowiązał go, aby ten – na wypadek śmierci przyjaciela – pochował go w jego ukochanym miejscu – tam gdzie woda czysta, bliskie sercu góry, gdzie rodzinny dom i żona. Pete prośby wysłuchał, ale nie brał jej na poważnie – w końcu przyjaciel był od niego znacznie młodszy. Dlaczego miałby umrzeć wcześniej? Czarny scenariusz jednak ziścił się. Perkinsowi nie pozostało nic innego, jak spełnić wolę Estrady i dotrzeć do jego rodzinnego Meksyku. A że podróż na koniu z nieboszczykiem do najłatwiejszych nie należy, wziął sobie pomocnika – Mike’a Nortona (Barry Pepper). Mike, będący pracownikiem straży granicznej, nie bez powodu staje się towarzyszem specyficznej wędrówki Pete’a i bez wątpienia zapamięta ją do końca życia…

I co powiecie? Że szału nie ma, bo brak tu wartkiej akcji i sensacyjnego wątku? O ile to drugie w jakimś stopniu występuje, to zawrotnego tempa akcji faktycznie tu nie znajdziecie, ale nie w tym tkwi sekret sukcesu tego nagrodzonego w 2005 roku w Cannes filmu. Jego piękno tkwi w wartościach, jakie uwypukla, a mianowicie: szacunku do drugiego człowieka, jego woli oraz sile przyjaźni. Moralne wartości, jakimi kieruje się Perkins, są niezwykle silne i wyraziste. Perkinsowi niestraszny widok zwłok ani woń rozkładającego się ciała – zobowiązanie wobec przyjaciela ma dla niego pierwszorzędne znaczenie. Kluczowa jest też dla niego kwestia odnalezienia mordercy i pomszczenie ofiary. I nawet w tym momencie główny bohater zaskakuje nas swoim realizmem i ludzkimi, nieprzerysowanymi odruchami (mimo że sam wątek podróży z truchłem przyjaciela taki właśnie się wydaje).

http://www.filmweb.pl
Do plusów filmu zdecydowanie trzeba też zaliczyć naprawdę dobre zdjęcia oraz ujęcia. Nie wiem, co Teksas oraz Meksyk takiego w sobie mają, ale uwielbiam oglądać te rejony świata w filmach. Ich duszny, gorący klimat, przestrzenie wypełnione po brzegi pyłem i piaskiem – to właśnie robi na mnie od zawsze silne wrażenie.

„Trzy pogrzeby Melquiadesa Estrady” to debiut reżyserski Tommy’ego Lee Jonesa, ale wiele obiecujący. Wiem na pewno, że na nim nie poprzestanę i będę śledzić karierę tego filmowego twórcy. Teraz pora na „Sunset Limited” – o wrażeniach z seansu na pewno was poinformuję.

Aha! I jeszcze jedno. „Trzy pogrzeby Melquiadesa Estrady” to obraz zaliczany do gatunku westernu – kogo to odstrasza, niech wie, że jest go w tym filmie tyle, co kot napłakał, i nie warto spisywać go na straty tylko z tego powodu. Gdyby było inaczej, ja na pewno nie obejrzałabym go do końca.

Ocena: 5/6


Przypominam o moim KONKURSIE, w którym wygrać możecie "Dom tajemnic" Neda Vizziniego i Chrisa Columbusa. Macie czas do najbliższego piątku godz. 23:59. :)

niedziela, 1 grudnia 2013

Kuferkowe losowanie nr 17, zmiany w zabawie oraz ogłoszenia parafialne :)



Rodacy! Jak na porządną niedzielę przystało należy wypuścić w świat garść ogłoszeń parafialnych. Zatem lecim na Szczecin!

Po pierwsze:

Książkówka dojrzewa z roku na rok i niczym wino... Nie, nie przesadzajmy. :) Książkówka idzie z duchem czasu, ewoluuje i dlatego od wczoraj ma swoją domenę. :) Od teraz adres mojego bloga prezentuje się tak:


Jak do tej pory problemy z wyświetleniem bloga z tytułu zmiany zgłosiły mi dwie osoby. Gdyby ktoś jeszcze miał takowe to czekam na zgłoszenia w komentarzach, mailu, na Facebooku i Lubimy Czytać.

Po drugie:

Istnieje taka realna groźba, że wygląd mojego bloga się zmieni. :) Jeszcze nie wiadomo do końca czy będą to zmiany tylko i wyłącznie kosmetyczne, czy gruntowne, choć skłaniam się bardziej ku tym drugim. Czas pokaże. :)

Po trzecie:

Wspominałam już kiedyś, że do zasad udziału w kuferkowej zabawie dołączy nowy warunek. Od dziś oprócz standardowego zgłoszenia (które już opanowaliście do perfekcji :) ) oczekuję od was odpowiedzi na pytanie:

CO W OSTATNIM CZASIE WZBUDZIŁO W TOBIE RADOŚĆ?

Pytanie ma w sobie tę zaletę, że co miesiąc możecie odpowiedzieć na nie inaczej i ja co miesiąc do tych waszych małych lub wielkich radości mogę dorzucić książeczki i bon od Skworcu. :)
Jeśli komuś zapomni się odpowiedzieć na pytanie to nie będzie brany pod uwagę przy wyłanianiu zwycięzcy/zwycięzców.

Po czwarte i ostatnie:

Edycję listopadową wygrywają:

Kornelia Pikulik


oraz

ma ra



Gratuluję! Zaraz do was napiszę. Zapraszam do Kuferka, gdzie znajdują się nowe tytuły. :)

piątek, 29 listopada 2013

"Apokalipsa Z. Mroczne dni" Manel Loureiro





tytuł oryginału: Apocalipsis Z: Los días oscuros
seria/cykl wydawniczy: Apokalipsa Z tom 2
wydawnictwo: Muza
data wydania: 6 listopada 2013
ISBN: 9788377584996
liczba stron: 352


Świat jest pełen idiotów – wie o tym każdy. Jednak człowiek, przez którego totalną głupotę świat zostaje opanowany przez chaos i anarchię, a po ulicach wloką się hordy Nieumarłych, to najprawdopodobniej idiota skończony… Dobrze, nieważne, kto wypuścił tego cholernego wirusa. Ważne, by w jednym kawałku dotrwać do kolejnego dnia, mieć co jeść i pić, a przede wszystkim nie dać się ugryźć któremuś z wszechobecnych zgniłków.

Tak teraz wygląda życie na Ziemi – Ziemi, która już w niczym nie przypomina tej sprzed tragicznych w skutkach wydarzeń, opisywanych w pierwszym tomie trylogii o zombie, tj. w powieści „ApokalipsaZ. Początek końca”. Teraz wszystko wygląda inaczej… Świat to jedno wielkie gruzowisko, w którym ciężko spotkać żywego człowieka. Okazuje się jednak, że jeszcze nie wszystko stracone. Jest na tym parszywym świecie miejsce, w którym prowadzi się w miarę normalne życie. Trzeba zaznaczyć, że „normalne” oznacza tu takie, kiedy deszcz nie leje się nam na głowę, mamy gdzie spać, nie głodujemy, nie słyszymy tuż przy uchu koszmarnych jęków zombie.

O tym, jak ten świat konkretnie wygląda, opowiada drugi tom wspomnianej trylogii autorstwa Manela Loureiro, czyli „Apokalipsa Z. Mroczne dni”. Choć jest to rzeczywistość mniej wroga niż ta po bezpośrednim ataku zombie, to i tak istniejące zagrożenia nie zostały z niej całkowicie wyeliminowane. Wręcz przeciwnie! Niebezpieczeństwa jest znacznie więcej, bo nie dość, że wszystkim ocalałym zagrażają Nieumarli, to jeszcze nigdy nie jest się pewnym, czy nasz towarzysz niedoli to jeszcze przyjaciel czy już wróg… Witaj w świecie, w którym każdy człowiek może okazać się zdrajcą i przyłożyć ci glocka do skroni…

Wyspy Kanaryjskie miały być ostoją dla tych, którzy przeżyli. Okazało się jednak, że jest to miejsce, w którym pod pozorem ładu kryje się ogromny chaos, panowanie wojskowych, obozy pracy i racjonowanie żywności. To także pole bitwy ogarnięte wojną domową. To, co miało być rajem, okazało się być piekłem, ale to i tak nie koniec tragedii… Dobrze znanemu nam już z poprzedniej części hiszpańskiemu adwokatowi przyjdzie jeszcze wiele przeżyć, wiele zobaczyć, by ostatecznie znaleźć się tam, gdzie nikt by się tego nie spodziewał…

Skoro już jesteśmy przy zakończeniu... Według mnie jest świetne! Proste jak drut a jednocześnie intrygujące i zmuszające do sięgnięcia po ostatni tom cyklu, gdy ten tylko ukaże się na rynku. To przykład tego, że zakończenie nie zawsze musi być Bóg wie jak wymyślne i pomysłowe, by zachęciło czytelnika do zapoznania się z kontynuacją opowieści. Brawo, panie Loureiro!

Pójdźmy dalej tropem moich zachwytów… Co my tu mamy? Wyśmienita jest sama kreacja świata opanowanego przez zombie – wszystkie opisy robią piorunujące wrażenie i mocno zapadają w pamięć. Scen, w których moglibyśmy mocno przestraszyć się samych zgniłków, może nie ma zbyt wiele, ale jak już są, to… Uff, robią wrażenie! Postaci znów konstruowane bezbłędnie, choć nie czułam się już tak blisko związana z panem adwokatem, ale to chyba tylko dlatego, że w tym tomie pojawia się więcej bohaterów niż w pierwszym.

Manel Loureiro
źródło: www.lubimyczytac.pl
Ponadto tom drugi odbiega swoją kompozycją od poprzedniego. Tam śledziliśmy wpisy bohatera na swoim blogu (potem dzienniku) i skupialiśmy się na samej próbie przeżycia w skrajnie trudnych warunkach. Tu oprócz walki o przetrwanie śledzimy także dość nieudolną próbę tworzenia nowego świata, nowych zasad, nowej władzy. Oprócz walki z zombie mamy też walkę miedzy ludźmi i to oni nas chwilami bardziej straszą niż umarlaki…

„Apokalipsa Z. Mroczne dni” to nie tylko powieść spod znaku fantastyki okraszonej horrorem. To mroczna wizja świata, w której społeczne aspekty nowej i jakże trudnej rzeczywistości wysuwają się na pierwszy plan.

Może i zombie nam nie grożą, ale wszystko to, co dzieje się w tej książce z ludźmi, jest już jak najbardziej prawdopodobne. Zaraz, zaraz! Przecież to już się dzieje… Co konkretnie? Sami sprawdźcie!

Ocena: 5/6




Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Muza oraz Business & Culture.

wtorek, 26 listopada 2013

"Rany kamieni" Simon Beckett





tłumaczenie: Radosław Januszewski
tytuł oryginału: Stone Bruises
wydawnictwo: Amber
data wydania: 5 listopada 2013
ISBN: 9788324148547
liczba stron: 336


Panie Beckett, chyba popełnił pan błąd…


Niestety. Z przykrością muszę stwierdzić, że w moim odczuciu ten bardzo dobry twórca kryminałów okraszonych pewną dozą thrillera, czyli Simon Beckett, popełnił chyba dość poważny błąd. Nie, nie mówię tu o samym fakcie napisania „Ran kamieni”, ale o rozpoczęciu przygody z pisarstwem od serii z doktorem Hunterem w roli głównej. Może jednak zacznę od początku, jak należy…

Tym razem Beckett postanowił zerwać tę silną i jakże udaną relację ze wspomnianym już przeze mnie Davidem Hunterem i przy tworzeniu swojej najnowszej powieści pójść zupełnie inną drogą. Jak postanowił, tak zrobił.

Ukazał nam głównego bohatera (Anglika Seana) w dość nietypowym momencie. Mężczyzna ucieka – ma ze sobą tylko wypełniony po brzegi plecak i przemierza francuskie odludzia w poszukiwaniu… No właśnie, czego? Tak naprawdę on sam tego nie wie, ale odczuwa strach o własne życie i jak oka w głowie pilnuje swojego plecaka.

W końcu natrafia na dużą farmę, szczelnie odizolowaną od otoczenia… Pragnienie okazuje się jednak silniejsze od kłódek i innych zabezpieczeń – wchodzi na teren farmy i jej mieszkankę prosi o szklankę wody. Po wszystkim ładnie dziękuje i wyrusza w dalszą drogę. Nie spodziewa się jednak, że lada moment wróci w to miejsce i zostanie poniekąd zakładnikiem jego właściciela…

Farma to miejsce specyficzne, zaniedbane, z niewielką liczbą zwierząt, ale za to jakże oryginalnymi okazami świniodzików. Zamieszkuje ją niezwykle tajemnicza i – co tu kryć – bardzo dziwna (niepełna) rodzina, tj. ojciec, dwie córki i malutki wnuczek. Już sam fakt, że Sean po wypadku, którego doznał z winy właściciela farmy, został zamknięty na strychu stodoły, a nie odwieziony do szpitala, daje mocno do myślenia. Potem nie jest lepiej… Rodzina ma bardzo złą reputację w mieście, wszyscy się z nich śmieją, a szczególnie z córek, sugerując, że są lekkich obyczajów. Jednak to tylko drobnostka w porównaniu z tym, co kryje ich przeszłość.

A Sean? No cóż, sam też nie jest bez skazy, bo w końcu po co gnał przez odludne tereny Francji z podejrzanym pakunkiem w plecaku? Każdy tu ma coś na sumieniu, coś, czego nie chce wyjawić i coś, co może zniszczyć jego życie na zawsze…

Jak już pewnie dało się zauważyć, cechą charakterystyczną „Ran kamieni” jest wszędobylska tajemnica. W zasadzie jest fundamentem tej powieści – każdy ma coś do ukrycia i każdy ma konkretny ku temu powód. Bohaterowie też są tajemniczy, a Sean nawet przesadnie, bo mimo że jest postacią pierwszoplanową, to niewiele o nim wiadomo. Mało tego, nie jest także specjalnie intrygujący czy wyrazisty. Zdecydowanie lepiej wypadają pod tym kątem pozostali, czyli farmer (szczególnie on) oraz jego dwie córki.

Akcja książki toczy się dwutorowo: w teraźniejszości, gdy Sean ucieka już po tajemniczym incydencie oraz w przeszłości – przed dramatycznymi wydarzeniami. Kwestią sporną (z tego co już zdążyłam zaobserwować) jest sam pomysł na wydarzenia umieszczone w fabule. Z jednej strony – to, co się dzieje, wciąga i jest bardzo interesujące. Mimo, że akcja nie gna na oślep, to książkę czyta się bardzo szybko. Z drugiej strony zaś, jak się temu wszystkiemu przyjrzeć, to trudno oprzeć się wrażeniu, że cała historia jest mocno przerysowana i mało prawdopodobna. Więc może się lepiej specjalnie nad tym nie zastanawiać i po prostu czytać?

Simon Backett
źródło: www.simonbeckett.de
Zapoznając się z treścią tej nowej powieści, nie należy także przypominać sobie co i rusz o tym, jak wyglądały fabuły poprzednich książek autora. Dlaczego? Ponieważ Beckett przyzwyczaił nas do specyficznego stylu, w którym buduje napięcie oraz do charakterystycznych i często makabrycznych opisów w kluczowych scenach. W „Ranach kamieni” tego nie znajdziecie. To nie TEN Beckett, którego pokochaliście za Huntera i opis robaków rozwijających się w ludzkich zwłokach (jakkolwiek ohydnie by to nie brzmiało).

We wstępie nadmieniłam, że pisarz popełnił błąd i nadal się tego trzymam. Tworząc serię o Hunterze, przekonał nas, że mamy w tym przypadku do czynienia z prozą na wysokim poziomie, a dzięki swojemu charakterystycznemu stylowi stał się dla czytelnika rozpoznawalny. „Rany kamieni” robią wrażenie, jakby autor cofnął się w swoim doświadczeniu pisarskim – taka książka powinna ukazać się na początku jego kariery, bo jako debiut wypadłaby wyśmienicie. A tak jest po prostu dobra, a to zdecydowanie za mało jak na możliwości Simona Becketta.

Ocena: 4/6



Recenzja bierze udział w Kryminalnym wyzwaniu.