sobota, 25 maja 2013

Filmy najbliższe sercu Książkówki - 3


"A Beautiful Mind" 



gatunek: Biograficzny, Dramat
produkcja: USA
premiera: 1 marca 2002 (Polska), 13 grudnia 2001 (świat)
reżyseria: Ron Howard
scenariusz: Akiva Goldsman





"Piękny umysł" reż. Ron Howard


Kiedyś próbowałam sporządzić swój osobisty ranking filmów opowiadających o zmaganiu się człowieka z chorobą czy własnymi ograniczeniami. Chciałam znaleźć ten najprawdziwszy, nieubarwiający rzeczywistości i najlepiej oddający istotę rzeczy. Ostatecznie lista nigdy nie powstała, ale tytuły, które wtedy uwzględniłam, zapadły mi na trwałe w pamięć.

Jeden z tych filmów nawiązuje do historii życia autentycznej postaci – wybitnego matematyka oraz ekonomisty, uhonorowanego nagrodą Nobla, który żyje po dziś dzień  i niebawem osiągnie wiek osiemdziesięciu pięciu lat. Mieszka w Wirginii, a jego nazwisko to Nash, John Nash Jr. Czy już komuś z Was przypomniał się obejrzany przed laty film w reżyserii Rona Howarda lub przeczytana jeszcze wcześniej książka autorstwa Sylvii Nasar? Jeśli nie, to zapominalskim śpieszę z podpowiedzią: zarówno książka, jak i jej ekranizacja noszą tytuł „Piękny umysł”. Ja jednak pragnę dziś skupić się na dziele filmowym.

Nauczycielka z podstawówki powiedziała mi, że urodziłem się z dwoma mózgami... i tylko połówką serca.*

Mamy rok 1947 i John właśnie rozpoczyna naukę na uniwersytecie w Princeton. Jest geniuszem – liczby nie mają przed nim tajemnic. Jest w stanie obliczyć niemal wszystko, złamać każdy kod... Nie chce powielać dawno już znanych teorii, pragnie być wyjątkowy,  odkryć coś, co dla świata będzie absolutną nowością. Nie przychodzi mu to tak łatwo, jak mogłoby się wydawać, ale jednak udaje mu się osiągnąć upragniony cel. Tworzy teorię, dzięki której dotychczasowe założenia z dziedziny ekonomii stają się nieaktualne. Niemal natychmiast trafia mu się interesująca propozycja pracy, ale John nie czuje się w niej dostatecznie spełniony. Jak na zamówienie pojawia się kolejna możliwość. Tym razem o wiele ciekawsza i przy tym niebezpieczna… Nash podejmuje tajną pracę dla rządu. Na pierwszy rzut oka wszystko w jego życiu zawodowym układa się pomyślnie. Niebawem poznaje też swoją przyszłą żonę Alice. Jednak owa sielanka trwa tylko chwilę. Nagle wszystko w życiu geniusza zaczyna się walić. W końcu przestaje sobie radzić z samym sobą, nie wie, w co ma wierzyć, traci kontakt z rzeczywistością. Diagnoza? Schizofrenia paranoidalna.

http://www.filmweb.pl

Zanim opowiem o moich wrażeniach, czuję się w obowiązku poinformować Was, że zaprezentowana w filmie historia życia Johna Nasha nie jest wiernym odtworzeniem jego biografii. Sam naukowiec przyznał, że nieścisłości dotyczą przede wszystkim przebiegu choroby, ale mają miejsce także w przypadku innych aspektów. W filmie mowa tylko o jednym małżeństwie Nasha, a w rzeczywistości studentka, którą poślubił, była jego drugą żoną. Zatem nie należy traktować tego filmu jako czystej biografii, bo nią w pełni nie jest – opiera się on tylko na niektórych faktach z życia naukowca.

Zapyta ktoś: Więc po co w ogóle powstał ten film? Jeśli nie jest wierną biografią Johna Nasha, to jaki był sens jego nakręcenia? Obraz w głównej mierze ma na celu ukazanie człowieka żyjącego z piętnem schizofrenii i to ze szczególnej perspektywy – jednostki zmagającej się z tą chorobą. Przybliża codzienne życie ze schizofrenikiem, od momentu gdy w świadomości bohatera coraz mocniej zaciera się świat rzeczywisty z tym, w którym żyje sam schizofrenik.

http://www.filmweb.pl
Czy odtwórcy głównej roli, czyli Russellowi Crowe, udało się na tyle dobrze wcielić w rolę schizofrenika, by widz miał wrażenie, że właśnie sam mierzy się z tą chorobą? Czy zrobił to na tyle realistycznie? Odpowiedź na obydwa pytania jest tylko jedna: ZDECYDOWANIE TAK! Cały proces popadania w chorobę psychiczną, Crowe pokazał nadzwyczaj realistycznie, wręcz do bólu. Czujemy to, co on, wierzymy w ten wyimaginowany świat, cierpimy, wstydzimy się i cieszymy (choć to przychodzi z trudem w obliczu całej sytuacji). Myślę, że to jedna z najlepszych ról tego aktora, w której pokazuje świetny warsztat i kunszt.

Równie dobrze zaprezentowała się Jennifer Connelly (znana także z filmu „Requiem dla snu”). W roli Alicii Nash była wyrazista (jak chyba zawsze), dodatkowo bardzo kobieca i dystyngowana. Pokazała niezwykłą klasę i udowodniła, że w pełni zasłużyła na grę obok tak uznanego artysty jak Russell Crowe.

„Piękny umysł” jest przede wszystkim dramatem obyczajowym i świetnym studium psychologicznym. Nietrudno tu o chwile wzruszeń, a nawet uśmiechu (zwłaszcza w końcowych scenach filmu).
Nie mogę powiedzieć, że obraz ten jest czymś w rodzaju kompendium wiedzy o życiu schizofrenika, bo to byłaby przesada. Ale na pewno uwrażliwia na tę tematykę, pozwala  szerzej na nią spojrzeć, odwołuje się do naszych uczuć. To dzięki niemu przekonujemy się, że można być silniejszym od choroby, uniemożliwić jej rządzenie naszym losem.

Zawsze wierzyłem w liczby. W równania i logikę, które pozwalają odkryć sens. Ale po życiu poświęconym takim poszukiwaniom... pytam, czym jest logika? Gdzie ukryty jest sens? Moje poszukiwania wiodły mnie przez świat fizyczny, metafizyczny, urojony i z powrotem. I dokonałem najważniejszego odkrycia w mojej karierze. W moim życiu. Tylko w tajemniczych równaniach miłości można odnaleźć prawdziwy sens.*


* cytaty pochodzą z filmu



środa, 22 maja 2013

"Krąg" Bernard Minier


"Le Cercle" Bernard Minier




tłumaczenie: Monika Osiecka
wydawnictwo: Rebis
data wydania: 7 maja 2013
ISBN: 9788378184195
liczba stron: 544



W kręgu tajemniczych zgonów


Wtedy zauważyłem lalki: unosiły się na wodzie plecami do góry, jak Iris, jak ona martwe. Jak martwe małe dziewczynki.[1]


Uważnym czytelnikom mojego bloga ów cytat może wydawać się znajomy, nawet jeśli nie zerkną poniżej na przypis… A temu, komu te słowa nic nie mówią, śpieszę z informacją, że pochodzą one z książki A. Hilla pt. „Lato martwych zabawek”. Pamiętam, że ten cytat mnie urzekł… Ma w sobie wzbudzającą strach magię… Kończąc tamtą lekturę, w żadnym wypadku nie spodziewałam się, że niemal identyczna scena, z lalkami pływającymi w przydomowym basenie, jeszcze do mnie powróci. A jednak!

Pojawia się ona w powieści Barnarda Miniera, noszącej tytuł „Krąg”, z tą różnicą, że tu pozycja lalek jest  inna – z szeroko otwartymi oczami patrzą na ciemniejące z każdą minutą niebo. Zupełnie jakby czuły i nie dowierzały, że ich właścicielki już nie ma. A była nią Claire Diemar – trzydziestodwuletnia wykładowczyni w Marsac. Martwą kobietę w przerażających okolicznościach odnajduje jej uczeń. Nikogo więc nie dziwi, że to właśnie on zostaje głównym podejrzanym w sprawie…
Mija kilka dni od tego tragicznego wydarzenia, a miejscowość obiega informacja o tragicznej śmierci hodowcy psów, który posłużył za pożywienie swoim wygłodniałym podopiecznym… Czy te dwie tragedie coś łączy? Sprawę bada komendant Martin Servaz. Jednak to śledztwo będzie jednym z trudniejszych w karierze stróża prawa – nie tylko ze względu na okoliczności morderstwa, ale także życie osobiste Servaza.


Jak ujawnia to powyższy zarys fabuły, raczej nie sposób się nudzić podczas tej lektury, ale czy na pewno? Mamy tutaj dwie ofiary i nader tajemnicze okoliczności zgonów. Na starcie pojawia się jeden podejrzany, potem dołącza kolejny, a zakończenie wywraca wszystko do góry nogami. Nasze podejrzenia okazują się bezpodstawne, a finał sprawy wprawia nas w niemałe osłupienie. Tak, zakończenie jest najmocniejszą stroną tej książki, ale nie jedyną. Przypadli mi do gustu jej bohaterowie – są konkretni, nieprzerysowani, mają swoje słabości tak jak inni, są po prostu ludzcy.

Sama konstrukcja powieści jest solidna, fabuła zbudowana w przemyślany sposób. Wydarzenia opisywane na początku powieści zostały naprawdę umiejętnie połączone przez autora z końcowymi – wszystko tworzy spójną i logiczną całość (dodatkowo bardzo zaskakującą!).
Bardzo podobają mi się też kluczowe wydarzenia – są świetnie zaprezentowane, podnoszą ciśnienie i sprawiają, że czytelnik, śledząc losy powieściowych postaci, ma wrażenie, że ogląda na ekranie mocny thriller i to jednego z najlepszych reżyserów.

Z przykrością jednak muszę stwierdzić, że moim zdaniem niemal idealna powieść Miniera ma skazę. Podkreślam: „moim zdaniem”, bo wiem, że dla niektórych może to być kolejna zaleta książki. O co chodzi? O to, że powieść jest pisana w nieco rozwlekły sposób. Gdyby ją znacznie skrócić, to wcale nie straciłaby na swej wartości, a mielibyśmy żywsze tempo akcji.

Oczywiście nie odbieram „Kręgowi” miana wyrazistej powieści kryminalnej. Siła oddziaływania historii opowiedzianej przez Miniera jest duża. Niejeden  czytelnik nabierze ochoty na sięgnięcie po kolejne tytuły tego autora – ten wcześniejszy, tj. „Bielszy odcień śmierci”, jak i te, które dopiero pojawią się w przyszłości.






[1] A. Hill, Lato martwych zabawek, Albatros, Warszawa 2012, s. 266.


Ocena: 4.5/6




środa, 15 maja 2013

"Cztery pory roku" Stephen King


"Different Seasons" Stephen King




wydawnictwo: Albatros
data wydania: 2010
ISBN: 9788376590356
liczba stron: 512



Witam panie King… Stęskniłam się za panem i miałam do tego pełne prawo, wszak ostatnie nasze spotkanie przypadło na zimową porę tego roku. Na dworze chłód się panoszył, a we mnie wrzało! To Christine… Christine mnie rozgrzewała miłością (?) do Arniego i nienawiścią do wszystkich, którzy śmieli stanąć im na drodze do szczęścia. Ach, cóż to była za historia! Och, proszę się nie czerwienić, nie zawstydzać… Dobrze pan wie, że urzeka pan swoim piórem niejednego czytelnika. W tym – naturalnie – i mnie samą, ale o tym pan już dobrze wie.

Które to już nasze spotkanie? Nie jestem w stanie ich zliczyć, wiem jedynie, że czytałam wymyślone przez pana historie na długo przed tym, jak zdecydowałam się pisać recenzje na ich temat. I nie mam dość. I chyba nigdy nie będę miała… Dlatego sięgnęłam po kolejny tytuł z pańskiego dorobku. Czyżbym widziała błysk zaciekawienia w pańskich oczach? To pana jeszcze intryguje, po które z pańskich książek sięgają czytelnicy? A to dopiero… Dobrze, już nie przedłużam. Tym razem mój wybór padł na „Cztery pory roku”. W tym przypadku zdałam się całkowicie na intuicję. Pyta pan, czy żałuję? Panie King, panu nie przystoi zadawać takich pytań… Przejdźmy do rzeczy.





„Cztery pory roku” to zbiór czterech minipowieści: „Skazani na Shawshank”, „Zdolny uczeń”, „Ciało” oraz „Metoda oddychania”.

„Skazanych…” znam już od dawna w wersji filmowej, nawet nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy obejrzałam ekranizację tego utworu. Wstyd się przyznać, że pierwowzór w wersji papierowej poznałam dopiero w tym roku, ale… podobno lepiej późno niż wcale (tak u nas mawiają). Biorąc pod uwagę główny wątek, obie wersje się nie różnią. Andy Dufresne za podwójne morderstwo zostaje skazany na dożywocie. Pozornie ten facet ma szczęście… Ma szczęście, że w Maine nie obowiązuje kara śmierci, bo w przeciwnym wypadku nie byłoby tej historii… Andy nie załamuje się jednak pod wpływem niewoli ani okrutnej codzienności w tak odrażającym miejscu, jakim jest to więzienie. Buduje misterny i – zdaje się – doskonały plan. Aż pewnego dnia zaskakuje wszystkich, niektórych przy tym doprowadzając do białej gorączki!
Panie King… udała się panu ta historia, naprawdę… I wbrew opiniom wielu moich rodaków, którzy również poznali losy Andy’ego, twierdzę, że wersja książkowa jest znacznie lepsza od filmowej. Dlaczego? Bo jest szalenie dokładna, szczegółowa i potwornie wciągająca, a sama postać Andy’ego nakreślona została w bardzo intrygujący sposób. Pokochałam niebywałą sprawność umysłu tego bohatera – cóż to był za inteligentny człowiek! Fani kinowej wersji „Skazanych…” wyszczególnione przeze mnie zalety skwitują jednym krótkim słowem „wodolejstwo”, ale… niech sobie gadają. Ja wiem swoje.

Opowieść opatrzona tytułem „Zdolny uczeń” tkwi w mojej pamięci, tak jakbym czytała ją zaledwie wczoraj. Cóż, tu mam ochotę zakrzyknąć w pańskim kierunku: chapeau bas! Mamy tu historię dwupokoleniową: nastoletniego Todda Bowdena i starszego pana, Denkera… Młody i zafascynowany dziejami drugiej wojny światowej, Todd odkrywa, że jednym z jego sąsiadów jest zbrodniarz hitlerowski, oprawca z Auschwitz. Przy pomocy szantażu nakłania starca do drastycznych opowieści… Jak się jednak okazuje, nic nie ma za darmo. Todd będzie musiał słono zapłacić za tę specyficzną przyjaźń z obozowym ciemiężycielem.
Uff, panie King… Przyznam, że gdy tylko zorientowałam się, że historia ta dotknie tematyki nazizmu i obozów, bardzo się przestraszyłam. Nie, nie samej tematyki, tylko tego, w jaki sposób pan wykorzysta ją przy tworzeniu fikcyjnej opowieści. Zawsze się obawiam, że pisarze, sięgając po tę czarną kartę historii, wyrządzą krzywdę tym, którym szacunek i zachowanie powagi się należą. Ryzyko i w tym przypadku było duże, ale… panu udało się uniknąć zagrożenia. Mało tego! Stworzył pan niebanalną i naprawdę dobrą opowieść, ze znakomitą kreacją postaci oraz świetnym oddaniem negatywnych emocji, którym się poddają. Można bez przesady stwierdzić, że Todd i Denker mieszczą w sobie całe zło tego świata.

W „Ciele” straszy groza w czystej postaci… Grupka dzieciaków, dowiedziawszy się, że w konkretnym miejscu leżą zwłoki pewnego chłopca, postanawia je odnaleźć. Spotkanie dzieci ze śmiercią w czystej postaci musi odcisnąć na nich piętno. Ten widok lokatorów rozkładającego się ciała… Brrr… Wie pan, że nie brak u nas fanów takich drobiazgowych opisów? Prawdziwa gratka dla takich jak ja…

Za to „Metodą oddychania” mnie pan zaskoczył. Bohater opowieści, Emlyn, uczestnicząc w spotkaniach pewnego klubu, opowiada mrożącą krew w żyłach historię o tym, jak przed laty przyjął poród od pewnej tajemniczej kobiety. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że rodząca kobieta była… martwa. Choć.. nie do końca. Co też panu do głowy strzeliło przy wymyślaniu tej historii? Proszę nie odebrać moich słów jako wyrazu dezaprobaty. Co to, to nie! Po prostu jestem pod wrażeniem siły pańskiej wyobraźni, panie King…

Czy pańska fantazja ma gdzieś swoje granice? Czy kiedyś wyczerpią się panu pomysły na tworzenie tak wspaniałych opowieści? Proszę nic nie mówić. Ja chcę trwać w przekonaniu, że odpowiedź brzmi: NIE. Wierzę też, że jeszcze wielokrotnie zaskoczy pan nas – swoich czytelników. Bez względu na to, czy stworzy pan kolejną opasłą powieść, czy krótkie opowiadania, my zawsze będziemy je czytać z wypiekami na twarzy i mocno bijącym sercem.

Tymi słowami pragnę zakończyć nasze dzisiejsze spotkanie, ale niebawem nastąpi kolejne, potem następne… A gdy wszystkie pańskie książki będą mi już dobrze znane, zacznę ich lekturę od nowa… By chwała Mistrza nigdy nie minęła!


Ocena: 6/6



Recenzja bierze udział w wyzwaniu "Świat Stephena Kinga".

Recenzja bierze udział w wyzwaniu:

sobota, 11 maja 2013

"Kobieta" Jack Ketchum, Lucky McKee + ogłoszenie

"The Woman" Jack Ketchum, Lucky McKee


tłumaczenie: Mateusz Kopacz
wydawnictwo: Replika
data wydania: grudzień 2012
ISBN: 978-83-76741-00-0
liczba stron: 220




Gdy groza wzbudza obrzydzenie…


   Nie wiem, jak wy, ale ja nie mam specjalnie dobrych doświadczeń, jeśli chodzi o lekturę książek pisanych przez duety. W najlepszym razie kończą u mnie z oceną dobrą. Wyjątkiem (chyba potwierdzającym regułę) jest „Talizman”, napisany przez Stephena Kinga wraz z Peterem Straubem, który urzekł mnie swoim klimatem, ale… to w końcu King miał swój udział w tworzeniu tej powieści, więc inaczej być raczej nie mogło. Tym razem dałam się skusić szczególnemu duetowi, który tworzą: pisarz należący do ulubionego przeze mnie kręgu oraz drugi, zupełnie mi nieznany.

   Pierwszy z nich to Jack Ketchum, amerykański twórca literatury grozy, który ma za sobą tak dobrze przyjęte przez czytelników utwory, jak: „Jedyne dziecko” czy „Dziewczyna z sąsiedztwa” (ekranizacja w 2007 roku). Choć autor ten w moim odczuciu raz pisze wyśmienicie, a innym razem nieco gorzej, to i tak z dużą dozą ciekawości oczekiwałam na kolejny tytuł z jego nazwiskiem na okładce.
 


Tuż obok niego pojawiło się nazwisko zdecydowanie mniej znanego producenta, reżysera, scenarzysty i aktora filmowego – Lucky’ego McKee. To właśnie on pracował przy ekranizacji „Straconych” oraz niedawno wydanego u nas „Rudego”. Panowie postanowili połączyć swoje siły oraz talenty i pokusić się o popełnienie powieści grozy, na którą składają się dwie części – „Kobieta” oraz „Reproduktor”. Czy ta współpraca zaowocowała sukcesem i przyniosła prozę godną uwagi? Naturalnie o tym powiem za chwilkę, najpierw co nieco o fabule.
   Jedną z głównych postaci pojawiających się w powieści jest ona, kobieta. Istota dzika, w której dominują pierwotne instynkty. Znalezienie pożywienia oraz przetrwanie to priorytety w każdym dniu jej życia, wypełnionego po brzegi niebezpieczeństwem. Jest też on, Christopher Cleek, szanowany prawnik ze szczęśliwą rodziną w domowym zaciszu. Pewnego feralnego (dla nich obojga tak naprawdę) dnia Christopher zobaczył Kobietę na wpół nagą, kąpiącą się w strumieniu. Już wtedy wiedział… Wiedział, że będzie tylko jego… Schwytał ją i uwięził w piwnicy własnego domu, gdzie – jak wyznał rodzinie (żonie, synowi oraz dwóm córkom) – postanowił ją ucywilizować. Ale czy na pewno o to chodziło?

   Jak się dość szybko okazuje, sprawa ma drugie dno – istota tego specyficznego porwania wiąże się z tym, co najciemniejsze, najbardziej brudne, najgorsze w człowieku. Zdaje się, że światy dwojga bohaterów w pewnym momencie znajdują wspólny rejon – są chwile, w których oboje są tak samo prymitywni, choć Cleek jest dobrze wykształconym człowiekiem. Są sytuacje, w których obojgiem targają podobne zwierzęce instynkty, chociaż w niektórych momentach mężczyzna zdaje się znacząco odbiegać poziomem rozwoju i ucywilizowania od dzikiej kobiety…

   I właśnie to jest w powieści gorszące. Cleek jako człowiek wykształcony i głowa rodziny pozwala, by na całe to perwersyjne szaleństwo patrzyły jego dzieci – Peg, dorastająca i borykająca się z własnymi problemami nastolatka, Brian, dopiero odkrywający własne „ja” i chłonący zachowanie ojca jak gąbka, oraz czteroletnia Darleen, nazywana czule Złotkiem. Sceny, w których dzieci Christophera patrzą na akty pastwienia się (to wyjątkowo łagodne określenie – wierzcie mi) ojca nad Kobietą, zwyczajnie mnie przerosły… Mnie, fankę mocnej literatury, którą trudno czymkolwiek zaskoczyć i zniesmaczyć. W trakcie lektury, im bardziej zapuszczamy się w głąb makabrycznej opowieści, tym bardziej pogłębia się, niestety, nasze obrzydzenie i to jest według mnie największy minus tej pozycji. Literatura może traktować o wszystkim, poruszać najbardziej drażliwe tematy, ale każdy czytelnik ma swój smak, pewne granice wrażliwości, poza które nie chciałby wykraczać…
   




W powieści tandemu Ketchum – McKee przeszkadzał mi ponadto wulgarny język. Niby to nic nowego u Ketchuma, prawie norma, ale w powiązaniu z bardzo młodymi bohaterami, występującymi w utworze, mocno mnie irytował i przeszkadzał w odbiorze lektury.
   Aby jednak nie było tak, że ja – fanka Ketchuma – nie dostrzegłam żadnych pozytywów w opowieści sygnowanej także jego nazwiskiem, powiem, że sam pomysł połączenia dwóch światów: dzikiego, pierwotnego, ze zwierzęcymi cechami (reprezentowanego przez kobietę) oraz tego, który my znamy na co dzień (cywilizowanego) jest bardzo udany. Także sceny spod znaku drastycznego horroru, z – przykładowo – szczegółowo opisanymi aktami kanibalizmu, są do bólu wyraziste i dobrze pełnią swoją funkcję, czyli wzbudzają niesmak, obrzydzenie i strach.

   Tym razem nikomu swojej ostatnio przeczytanej lektury nie polecę, powiem tylko, że biorąc ją do ręki, robicie to na własną odpowiedzialność. To wy sami zadecydujcie, czy chcecie poznawać tak brutalną i perwersyjną historię. To nie jest książka dla każdego. To książka dla „starych wyjadaczy”, koneserów literatury grozy!


Ocena: 3/6




**************************************************

Kochani, jedna z naszych koleżanek-blogerek rusza właśnie z nowym projektem (podziwiam ją za zapał!:)). Utworzyła nowy blog, na którym będzie... pisać w języku angielskim. Co będzie można na nim znaleźć?



Chciałabym, aby znalazły się tam nie tylko recenzje książek, ale też teksty dotyczące literatury, jak relacje ze spotkań autorskich (jeśli ktoś w takich uczestniczy), wywiady z pisarzami (jeśli ktoś takowe przeprowadza) i tym podobne rzeczy. W związku z tym chciałabym zachęcić Was do wzięcia udziału w tym projekcie-wyzwaniu. Tak więc jeśli znacie język angielski dość biegle w piśmie, posiadacie konto na Blogspocie (jeżeli nie, to zawsze możecie założyć), piszecie na swoich blogach (albo gdzieś indziej) o literaturze, to zapraszam Was do udziału w tej akcji. Wystarczy, że prześlecie do mnie maila (aga510@op.pl), a ja natychmiast uczynię Was współautorem bloga.