poniedziałek, 29 grudnia 2014

Anatomia pewnej nocy - Anne Kim





tłumaczenie: Eliza Borg
tytuł oryginału: Anatomie einer Nacht
wydawnictwo: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
data wydania: 2014
ISBN: 9788323337966
liczba stron: 232

Jedna długa noc. Jedno małe grenlandzkie miasteczko. Jedenaście osób. Jedenaście dramatów składających się na jeden potężny – śmierci samobójczej. Brzmi jak koszmarny scenariusz mrocznego, filmowego thrillera? To nie film, a książka Anne Kim – pisarki pochodzącej z Korei Południowej, na stałe mieszkającej w Wiedniu – pt. Anatomia pewnej nocy, która niedawno ukazała się na naszym rynku wydawniczym za sprawą Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Amarâq – to niewielka miejscowość położona na wschodzie Grenlandii – wyspy, która mimo surowości, chłodu i przenikliwego wiatru urzeka, hipnotyzuje i fascynuje krajobrazami i majestatycznymi fiordami.

Amarâq leży na końcu świata, to miejsce, które połyka człowieka wraz z przestrzenią, w której się on znajduje (…)[i].

To właśnie tu jedenaścioro ludzi postanawia zakończyć swoje życie. Dlaczego? Tego próbuje dowiedzieć się niemiecka dziennikarka, Elle, która przybywa na miejsce kilka tygodni po tragicznych wydarzeniach. Jej dziennikarskie śledztwo okazuje się być na tyle skomplikowane i żmudne, że im dalej się w nim posuwa, tym w zasadzie mniej się dowiaduje. Zdaje się, że samobójstwa te nie mają konkretnej przyczyny. Mówi się, że to klimat i aura miasteczka miały taki wpływ na tych, którzy targnęli się na swoje życie. Inni twierdzą, że przyczyną jest śmiertelna choroba Amarâq, czyli samotność. Ilu ludzi, tyle teorii, ale nadal żadnych konkretów.

Mimo że na początku lektury odpowiedź na pytanie „dlaczego?” zdaje się być najważniejsza, to jednak z każdą przewracaną kartką traci na sile. Autorka całą uwagę czytelnika przekierowuje na szczegółowe opisy miasteczka, panującej w nim aury, a także życie poszczególnych mieszkańców. Ciekawe, że przy tak trudnej tematyce Anne Kim udało się przedstawić ją niemal bezemocjonalnie – nie ma tu dramatyzmu, łez płynących potokami czy zbędnych nerwów. Jest za to miłość, choć to ta nienachalna, surowa, bez grama ckliwości czy patetyczności.

Całość opowiedziana jest w bardzo charakterystycznym stylu, mocno wyróżniającym się, w którym dominuje poetyckość i metafory. Autorka całość przedstawia bardzo szczegółowo, rozkłada tytułową noc na części pierwsze, choć bardzo spiesząc się, jakby miała do dyspozycji również tylko jedną noc. Dlatego nie traci czasu na wyszczególnianie dialogów i wtapia je w całość (podobnie jak robi to Cormac McCarthy).

Ze względu na styl, Anatomia pewnej nocy nie jest lekturą łatwą w odbiorze, co nie znaczy, broń Boże, że jest zła. Spotkałam się już z negatywną recenzją niniejszej książki, w której autorka argumentowała swoje niepochlebne zdanie właśnie brakiem wyszczególnionych dialogów, co w przypadku powieści Anne Kim jest zwyczajnie krzywdzące. Dla mnie forma, w której podana jest książka, jest jej największym atutem, a że trzeba odrobinę bardziej wysilić szare komórki, by w wykreowanej historii przepaść bez końca – to tylko plus.

Cieszę się, że w tym zalewie pozycji mających charakter typowo rozrywkowy (odmóżdżający, jak to zwykłam mawiać) znalazło się miejsce dla pozycji na tyle ambitnej, by wyróżniała się na ich tle, ale nie na tyle wymagającej, by typowy czytelnik Kowalski nie był w stanie zachwycić się jej pięknem. Anatomię pewnej nocy polecam zwolennikom powieści nietypowych, oryginalnych, poetyckich i tym, którzy lubią czytelnicze wyzwania.

Ocena: 5/6




[i] A. Kim, Anatomia pewnej nocy, tłum. Eliza Borg, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2014, s. 15.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Uniwersytetu Jagiellońskiego.

sobota, 27 grudnia 2014

Trzy odbicia w lustrze - Zbigniew Zborowski





wydawnictwo: Zysk i S-ka Wydawnictwo
data wydania: październik 2014
ISBN: 9788377855645
liczba stron: 416


Nie wiem dlaczego, ale w ostatnim czasie stałam się mocno krytyczna wobec czytanych przeze mnie lektur. Na siedem ostatnio przeczytanych książek naprawdę duże i dobre wrażenie zrobiły na mnie zaledwie… dwa tytuły, tj. Kiedyś byliśmybraćmi oraz ten, o którym dziś Wam opowiem.

To książka, na którą nie wiedziałam, czy się decydować, bo z sagami rodzinnymi raczej nie jest mi po drodze – jeśli już jakieś czytałam, to w najlepszym wypadku były całkiem znośnymi czytadłami, a nie dobrymi i godnymi polecenia powieściami. Ostatecznie argumentem przemawiającym za tym, by książka trafiła w moje ręce, było nazwisko autora – Zbigniewa Zborowskiego. To pan, który zadebiutował w zeszłym roku, wydając pod swoim nazwiskiem horror, sensację i thriller w jednym pt. Nowy drapieżnik. Ta mroczna historia ze światkiem gangsterskim w roli głównej zrobiła na mnie na tyle dobre wrażenie, że nie mogłam doczekać się kolejnej, która wyjdzie spod pióra tego autora. I w roku bieżącym ta się pojawiła, ale zaraz, zaraz… Saga rodzinna? Naprawdę? Nie dowierzałam, że właśnie ten pisarz pokusi się o wybór tego gatunku. Ponad czterysta stron później nie dowierzałam, że z takim zaangażowaniem, zainteresowaniem i uczuciem podniecenia zakończyłam rzeczoną lekturę.

Plusy nowej powieści Zborowskiego pt. Trzy odbicia w lustrze można zacząć wymieniać od samego pomysłu na fabułę. Choć akcja rozpoczyna się w czasie teraźniejszym, to szybko ustępuje miejsca przeszłości, a konkretnie czasom przedwojennej Polski. Zosia jest młodą kobietą, której marzy się wyrwanie z biednej rodzinnej miejscowości (warszawskie Powiśle) – chce się uczyć, jest ambitna. Jej śmiałe i całkiem możliwe do realizacji plany niweczy jednak wojna, która pojawia się nieproszona. Mimo to Zosia radzi sobie w nowej rzeczywistości całkiem dobrze, choć nie bez pomyłek i zranionego serca… Osłodą niełatwego życia ma stać się dla niej naznaczona szczególnym darem córeczka, Wandzia.

Mijają lata. Mała Wandzia przeobraża się w młodą kobietę wierną panującemu systemowi i mężowi esbekowi. Ślepa wiara w panujący ustrój nie kończy się dla niej dobrze, choć początkowo zapowiada się, że już zawsze będzie żyć w dostatku i (jak na ówczesne lata) luksusie. Zdaje się, że jako żonie tak wysoko postawionego oficera, włos z głowy spaść jej nie może, ale jednak… I nic tu do rzeczy nie będzie miał fakt, że Wanda jest w dziewiątym miesiącu ciąży.

Ledwie dziesięcioletnia Anna (córka Wandy) może już poszczycić się wątpliwej jakości przeżyciami. Przeżyciami, które w żadnym wypadku nie powinny dotyczyć tak małego dziecka, jednak Anna – to wyjątkowo łebska dziewczyna, która nie daje sobie w kaszę dmuchać. Jej zaradność połączona ze smykałką do biznesu szybko daje plon w życiu dorosłym. Okazuje się, że to kobieta urodzona pod szczęśliwą gwiazdą, która niczym Midas przemienia wszystko w metaforyczne złoto. Zdaje się, że worek ze szczęściem, z którego czerpie, nie ma dna, a wzmianki babci Zosi o rzekomej klątwie, która ciąży na ich rodzinie, zbywa machnięciem ręki. Czy słusznie? Wkrótce przyjdzie jej boleśnie przekonać się, że nie i że gadanie leciwej babki – to nie tylko zwykłe zabobony.

Choć to, co wyżej napisałam, zdaje się całkiem sporo zdradzać z akcji powieści, to wierzcie mi, że jest to tylko zalążek tego, co czeka Was podczas lektury. Nie zdradzić o niej zbyt wiele, a jednocześnie zachęcić do sięgnięcia po tę książkę – to nie lada wyczyn, bo dzieje się tu naprawdę wiele. Po pierwsze, mamy trzy ramy czasowe, tj. lata wojenne (i na chwilę przed jej wybuchem), czasy powojennego PRL-u oraz czasy współczesne, które sięgają lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Każda z nich oddana jest przez pisarza perfekcyjnie, co daje wrażenie krótkiej, ale bardzo treściwej powtórki z lekcji historii Polski. Wraz z bohaterami przeżywamy dramat wojny, trudne czasy działalności Służby Bezpieczeństwa (tutaj mamy arcyciekawy, choć fikcyjny przykład bezgranicznej wiary w panujący system i konsekwencji z niej wypływających) i potem trudny proces podnoszenia się kraju z kolan i stawania na równe nogi.

Kolejny plus – to pełnokrwiści bohaterowie, z którymi się zżywamy, choć nierzadko potępiamy ich wybory oraz działania. Zosia ujmuje wrażliwością, pragnieniem poczucia bezpieczeństwa i miłości oraz niestrudzoną siłą w dążeniu do swoich pragnień.

- (…) A co to jest szczęście?- Szczęście jest wtedy, gdy lubisz swoje odbicie w lustrze. A rano cieszysz się, że zaczyna się kolejny dzień[1].

Wanda, mimo że jest ofiarą panującego ustroju, niestety razi swoim zachowaniem, budzi niesmak podejmowanymi decyzjami, ale też wzbudza podziw odwagą. Anna – dziarska i waleczna już od szczenięcych lat, ale nieidealna, pełna skaz, prawdziwa i ludzka.

Styl i język autora, tak jak w przypadku Nowego drapieżnika, jest typowo współczesny, lekki, momentami podszyty humorem, nieraz ostry i dosadny, ale w chwilach tego wymagających dostosowany do czasów, w których toczy się akcja powieści. Wszystko to razem sprawia, że Trzy odbicia w lustrze czyta się wyśmienicie, z zapartym tchem, raz po raz otwierając usta ze zdziwienia nad licznymi zwrotami akcji.

Zdecydowanie jest to jedna z najlepszych książek, które miałam okazję czytać w mijającym roku. Gdyby zaś wszystkie sagi rodzinne były napisane w stylu, jakim dysponuje Zborowski, to bez wątpienia gatunek ten stałby się jednym z najczęściej przeze mnie wybieranych. A twórczość pisarza już teraz staje się jedną z moich ulubionych i już nie mogę doczekać się jego kolejnej książki. Jeśli pewnego dnia zdecyduje się on sygnować swym nazwiskiem książkę telefoniczną, to najpewniej przeczytam ją z wypiekami na twarzy i chętnie obejmę patronatem Książkówki. Oto siła i moc zaklęta w piórze Zborowskiego!

Ocena: 6/6




[1] Z. Zborowski, Trzy odbicia w lustrze, Zysk i S-ka, Poznań 2014, s. 259.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.
Wyzwania: Polacy nie gęsi.

wtorek, 23 grudnia 2014

Benny i Joon reż. Jeremiah S. Chechik i... :)





Kochani, jutro zaczynamy świętowanie. Aura świątecznie nie nastraja (u mnie śniegu brak), ale mam nadzieję, że nastrój w Waszych sercach dopisuje. Na te Święta Bożego Narodzenia chciałabym Wam życzyć tego, co najlepsze, czyli zdrówka (bo ono jest najważniejsze - nigdy o tym nie zapominajcie), spokoju w rodzinie, szczęścia, wielu uśmiechów, smakowitego jedzonka (takiego, które lubicie najbardziej) i wspaniałych prezentów, w których dominować będą... tak, książki. :) I pamietajcie, by znaleźć choć chwilę na czytanie. 

Ściskam Was wszystkich świątecznie i zostawiam ze spontanicznym tekstem nt. filmu, który może nie jest tym typowo świątecznym, ale na ten czas nadaje się wyśmienicie. Jest tak naładowany pozytywną energią, humorem i uczuciami, że największy smutas uśmiechnie się podczas tego seansu - gwarantuję! :)

***************



gatunek: dramat, komedia, romans
produkcja: USA
premiera: 16 kwietnia 1993
reżyseria: Jeremiah S. Chechik
scenariusz: Barry Berman


Piszę ten tekst pewnego niedzielnego wieczoru. Od jakiejś godziny bliźniacy Craig i Charlie z The Proclaimers głośno śpiewają mi w kółko wciąż tę samą piosenkę, pt. I Gonna Be (500 miles). Jest już naprawdę późno, domownicy już śpią, więc lada chwila spodziewam się wizyty policjantów pragnących upomnieć mnie za zakłócanie ciszy nocnej. Jeśli do tego nie uda mi się powściągnąć przy nich moich paralitycznych pląsów, które w moim głębokim przekonaniu są tańcem, to panowie ci najpewniej zadzwonią po posiłki rodem z pobliskiego szpitala psychiatrycznego. Czasu jakby coraz mniej, więc do rzeczy!

O co chodzi? O wariatów. O miłość. O film. I Johnny’ego Deppa też. W sumie o niego rozchodzi się tu najmocniej. Nie jest tajemnicą, że tego aktora kocham miłością bezwarunkową od niepamiętnych czasów, za każda rolę, za styl, za ekscentryczność, za c(i)ałokształt… Do dziś przekonana byłam, że miłość ta wyżej już wznieść się nie może – błąd! Może i bezwstydnie pnie się ku niebiosom, zostawiając mnie tu, na ziemi z jeszcze ciepłymi wspomnieniami po filmie pt. Benny i Joon w reżyserii Jeremiah S. Chechika. Benny (Aidan Quinn) – to pracownik warsztatu samochodowego, który stara się jak może, by połączyć pracę z koniecznością opieki nad swoją chorą psychicznie siostrą Joon (Mary Stuart Masterson). Co rusz zatrudnia nowe opiekunki, które zajmują się dziewczyną w godzinach jego pracy, ale te nigdy na dłużej nie zagrzewają miejsca w domu rodzeństwa. A to jednej problematycznie pachną włosy, a to druga używa kiepskich metafor… Krótko mówiąc, ciężko sprostać specyficznym wymaganiom i potrzebom Joon. Zatem Benny znów musi szukać kogoś do pomocy, ale los sam podsuwa mu rozwiązanie, kiedy to w ramach pokerowej przegranej musi przyjąć pod swój dach Sama, kuzyna swojego przyjaciela (w tej roli: Johnny Depp). I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że Sam również ma problemy psychiczne i między nim a dziewczyną rodzi się uczucie.

I czego tu chcieć więcej? Depp grający zakochanego wariata – to kwintesencja tego filmu. Mało tego, on ten obraz zwyczajnie ukradł. Gdy w jednej ze scen pojawia się Sam, pozostali aktorzy giną jak we mgle – zdają się być niewidoczni. Jedynie Masterson usiłuje dotrzymać kroku Deppowi, ale gdzie jej tam do Mistrza Ról Ekscentrycznych… Depp z przeciętnego filmu o lekkim zabarwieniu humorystyczno-romantycznym robi obraz, który bez wątpienia na długo zapada w pamięć. Johnny w tym filmie – to pozytywny wariat, zakochany wariat, który może i do końca nie jest świadom, co znaczy miłość, ale kocha całym sobą i nie krępuje się, by okazać to na różne sposoby, skrajnie odbiegające od zasad zdroworozsądkowych. I ile przy tym budzi pozytywnych emocji, dowie się tylko ten, kto sam zasiądzie przed ekranem i prześledzi dokonania zakochanego młodzieńca z kapeluszem na głowie.

Depp, jak niemal w każdej ze swych ról, czaruje stylem gry aktorskiej, urzeka nietuzinkowością, charyzmą, realizmem i stuprocentowym oddaniem się granej postaci. Patrząc na niego, nie ma się wrażenia, że to aktor odgrywający rolę, za którą mu zapłacono. Ma się wrażenie, że on naprawdę jest tą postacią – Johnny jest Samem, zwichrowanym psychicznie młodzieńcem z iluzjonistycznym talentem, który robi tosty za pomocą żelazka.




- (...) do topienia sera lepiej używać ustawienia jak na wełnę.- Mówiłam mu.- Tak? A na co nastawił?- Na sztuczny jedwab[1].

Dobrze, więc mamy tu z lekka ckliwą opowiastkę z humorystycznym zacięciem, ale czy można z niej wynieść coś więcej? Jakiś morał, przesłanie, dobrą radę choćby? Nie można, a wręcz trzeba to zrobić. Trzeba odkryć w sobie takiego pozytywnego wariata, choć przez chwilę nim się poczuć i zapomnieć o racjonalizmie, powadze i do bólu ułożonym trybie życia. Trzeba dać się ponieść emocjom i zwyczajnie czasem… zrobić coś głupiego. Dla siebie, dla rodziny, dla partnera – tańczyć z kijem od szczotki przy sprzątaniu, śpiewać do dezodorantu przed lustrem w łazience, usmażyć z rana nago jajecznicę (uważając na pryskający tłuszcz!), dla lubego podśpiewując przy tym I Gonna Be (500 miles)… Cokolwiek – im większa tzw. korba w głowie, tym większy uśmiech na Twojej i czyjejś twarzy.

I jakby ktoś jeszcze miał wątpliwości, to Benny i Joon polecam każdemu bez wyjątku, ale ostrzegam… Seans grozi dożywotnim zakochaniem się w Deppie. A co z tymi, którzy już go kochają? Ci go kochać bardziej już nie mogą, więc tylko wypolerują ramki na ołtarzyku z jego zdjęciami. Za co i ja się wezmę, gdy pożegnam panów w niebieskich koszulach.

Dobry wieczór panom. Jak miło, że panowie wpadli!




[1] Benny i Joon, reż. Jeremiah S. Chechik, 1993.


Uwaga! Ta piosenka uzależnia! :)


sobota, 20 grudnia 2014

Będziesz następny - Gregg Hurwitz




tłumaczenie: Ewa Wojtczak
tytuł oryginału: You're next
wydawnictwo: Albatros
data wydania: czerwiec 2013
ISBN: 9788378856818
liczba stron: 480


Gregg Hurwitz wymiata! – głosi napis na książce pt. Będziesz następny. Tak przynajmniej twierdzi Harlan Coben albo raczej tak kazano mu twierdzić, co by thriller Hurwitza lepiej się sprzedał. Tak, śmiem podejrzewać, że kazano mu tak twierdzić, bo gdyby był o tym święcie przekonany, to pewnie wysiliłby się na bardziej rozbudowany komentarz, w którym wyłuszczyłby zalety twórczości kolegi po fachu. Ja, niezrażona tą marnej jakości rekomendacją, postanowiłam jednak zaznajomić się z fabułą wykreowaną przez słusznej urody pisarza (szczerze liczyłam, że uroda pójdzie tu w parze z talentem, tak jak w przypadku Maxime’a Chattama).

Hurwitz bohaterem swojej powieści uczynił młodego mężczyznę, męża oraz ojca, który zdaje się mieć już wszystko – rodzinę, dom, własny biznes, pieniądze – oprócz świadomości, kim tak naprawdę jest. Jako czterolatek zostaje porzucony na placu zabaw przez swojego ojca, a z tego zdarzenia pamięta jedynie krew na jego koszuli i obietnicę powrotu. Ojciec nie wrócił, a małemu chłopcu nadano nazwisko Wintage Mike. Po niełatwym okresie dzieciństwa oraz dorastania, mężczyzna powoli wychodzi na prostą. Na gali, w której udział ma wziąć sam gubernator, Mike ma przypieczętować sukces stworzenia ekologicznego osiedla mieszkalnego, jednak niedługo przedtem na jaw wychodzą pewne fakty, które mogą zrujnować całe przedsięwzięcie, w które włożył mnóstwo wysiłku, czasu oraz pieniędzy. W tym samym czasie Wintage zauważa, że jest śledzony, a życiu jego oraz jego rodziny grozi niebezpieczeństwo. Stosunkowo stabilny byt mężczyzny przeobraża się w istny koszmar, którego końca nie widać. Nie widać też jego początku, bo nie wiadomo dlaczego ktoś dybie na jego życie. By to odkryć, Mike będzie musiał najpierw poznać historię swojego życia, tzn. kim byli lub są jego rodzice i dlaczego został przez nich porzucony. Prawda, którą odkryje, zaskoczy wszystkich.

Mnie również zaskoczyła – nie da się odmówić autorowi Będziesz następny fantazji, pomysłów oraz polotu, bowiem fabuła nie jest oklepana. Co nie znaczy jednak, że thriller ten Wami wstrząśnie i odkryje nowe, nieznane rejony gatunku – niczym szczególnym Was nie zaskoczy ani też nie przyprawi o dreszcze na ciele. Jest to bez wątpienia książka poprawna pod kątem technicznym, kreacji bohaterów (kochająca i lojalna żona oraz rezolutna ośmioletnia córka) czy tempa akcji, ale nie zawiera w sobie nic odkrywczego, czego byście jeszcze nie znali. Niestety nie ma klimatu, którego w tego typu literaturze poszukuje wytrawny znawca thrillerów i kryminałów.

To dobry tytuł na jesienne lub zimowe wieczory, dla zabicia czasu, dobry też jako przerywnik między mocno emocjonującymi lekturami – powieść Hurwitza zdecydowanie ostudzi gorące doznania wypływające z poprzedniej lektury i da chwile wytchnienia przed kolejną.

A czy w przypadku tego autora uroda idzie w parze z talentem literackim, jak u Chattama? Hmm… Uroda idzie w parze z polotem i dobrze rozwiniętą wyobraźnią, ale talentem na miarę (popowego) Cobena bym tego nie nazwała. Na pewno nie na podstawie tego jednego tytułu. Może z czasem, gdy poznam kolejne, które wyszły spod jego pióra, zmienię zdanie. Jeśli tak się stanie, to na pewno Was o tym poinformuję.


Ocena: 4/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Albatros Andrzej Kuryłowicz.


poniedziałek, 15 grudnia 2014

Australia - Barbara Dmochowska




wydawnictwo: Wydawnictwo Bernardinum
data wydania: 2014
ISBN: 9788378232728
liczba stron: 248


Wojciech Cejrowski, uznany podróżnik słynący m.in. z gawędziarskiego stylu opowiadania o swoich przygodach twierdzi, że każdy z nas może zobaczyć na własne oczy wszystko to, co widział on sam. Wystarczy tylko ruszyć swoje zacne cztery litery z kanapy i zacząć działać. „Żeby to było takie proste!” – myślałam po każdej przeczytanej lekturze jego autorstwa. Jednak okazuje się, że są na tym świecie ludzie, którzy w sposób mniej lub bardziej świadomy stosują się do jego rady. To znaczy, budzą się pewnego dnia i decydują: dziś wyruszamy w drogę! Podobnie postąpiła autorka książki Australia, Barbara Dmochowska, wraz ze swoim towarzyszem podróży.

Pewnego razu postanowili wprowadzić w życie swoje marzenia – wybrać się w bardzo daleką podróż i zwiedzić Australię. I pewnie nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego i wartego wydania książki, gdyby nie fakt, że za środek lokomocji robił im siedemnastoletni staruszek na czterech kołach – ledwie zipiące Subaru. Swą eskapadę rozpoczęli w Sydney, gdzie przywitał ich osławiony, piękny budynek opery oraz… charakterystyczny zwrot wiecznie wyluzowanych mieszkańców Australii, który będzie im towarzyszył już do samego końca podróży – „no worries”. Między jednym a drugim postojem cieszyli oczy pięknymi okazami, które my – zwykli śmiertelnicy – oglądać możemy tylko na zdjęciach lub w programach przyrodniczych: ptakami, koalami, wombatami, pingwinami i wieloma innymi stworzeniami. Kolejnym osławionym miejscem, do którego zawitali, było drugie co do wielkości miasto Australii – Melbourne. W Tasmanii nie mogło obyć się bez spotkania diabła tasmańskiego i wielu gatunków kangurów (sama nie wiedziałam, że jest ich tak dużo). Potem zahaczyli o Alice Springs, by ostatecznie wojaże zakończyć w Darwin.

Przygód większych i mniejszych mieli wiele, w tym jedną krwawą, co widać nawet na okładce książki. Adrenalina, zachwyt, strach, wycieńczenie upałem i ogrom szczęścia – tego dwojgu podróżników nie zabrakło ani przez chwilę podczas tej długiej wycieczki. Przy takiej relacji nie mogło, rzecz jasna, zabraknąć także zdjęć i jest ich w książce całkiem sporo – najwięcej z krajobrazami, ale nie brakuje też fotografii zwierząt, w tym pięknych i kolorowych ptaków. Co nie znaczy, że jestem fotorelacją w pełni usatysfakcjonowana, bowiem były miejsca tak wyjątkowe, które ta para odwiedziła, że aż prosiły się o uwiecznienie, a w książce się ich nie uświadczy, np. farma motyli (nie ma z niej ani jednego zdjęcia!) czy Wielkiej Rafy Koralowej (całe dwie fotografie).

Sama opowieść o podróży jest poprawna technicznie. Znajdą się w niej ciekawostki, kilka legend rodem z odwiedzanych miejsc czy delikatne rysy historyczne, ale całość podana jest w dość suchy sposób, bez werwy i animuszu. Nie wyczułam u autorki tego zachwytu, który najpewniej towarzyszył jej w czasie eskapady. Oczywiście nie wymagam tu, by każdy podróżnik charakteryzował się tak mistrzowskim gawędziarstwem, którym dysponuje sam Cejrowski, ale jednak w tym przypadku przydałoby się więcej życia. Z tego powodu książka najpewniej nie zagości w mojej pamięci na długo.

To nie zmienia faktu, że fani książek podróżniczych tę pozycję w swojej biblioteczce mieć powinni, zwłaszcza ci kolekcjonujący serię „Poznaj Świat”. Wydawnictwo Bernardinum jak zwykle nie zawodzi w kwestii jakości wydania. Styl i klasa sama w sobie.

Ocena: 3/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Bernardinum.
Wyzwania: Polacy nie gęsi.


środa, 10 grudnia 2014

Zamknięta prawda - Bartłomiej Basiura





wydawnictwo: Novae Res
data wydania: 10 marca 2014
ISBN: 9788379421077
liczba stron: 534


Jakiś czas temu na którymś z blogów natknęłam się na komentarz, w którym autorka stwierdzała, że nie czytuje książek polskich autorów, bo te są zwyczajnie słabe, a polscy pisarze nie mają zbyt dobrze rozwiniętej wyobraźni, by się tworzeniem powieści należycie zajmować. Kto czytuje książki polskich autorów, ten na pewno teraz kręci głową z dezaprobatą, myśląc, że nie ma w tym prawdy. I faktycznie tak jest. Tych, którzy świetnie radzą sobie na literackim poletku, jest wielu i na pewno nie da się im odmówić wysoko rozwiniętej wyobraźni. Sprawa ma się gorzej, gdy ta zaczyna któregoś z nich ponosić, co nie najlepiej odbija się na dziele, który stworzył. Mimo że autor stworzył całkiem intrygującą fabułę, której zawrotnego tempa akcji naprawdę odmówić się nie da, takie właśnie odczucie wyniosłam z lektury pt. Zamknięta prawda, który wyszedł spod pióra Bartłomieja Basiury.

Historia rozpoczyna się motywem zagadkowej śmierci policjantki. Poznanie okoliczności jej zgonu staje się dla policji niekwestionowanym priorytetem, dlatego do ich zbadania zostaje zatrudniony jedyny w swoim rodzaju specjalista – ekspert od mowy ciała, Michał Drobik. Sprawa z dnia na dzień staje się coraz bardziej zagmatwana i trudna do rozwikłania, dlatego dobrze dzieje się, że dziełem przypadku Drobik zyskuje pomocnika – poznaną na strzelnicy Justynę, kobietę chorą na raka. Ich wspólne śledztwo skrzyżuje swe drogi z tą, którą podąża dobrze znany policji były żołnierz, uczestniczący niegdyś w misji w Afganistanie, Uczeń Carpzova.

Jakbym miała jednym zdaniem opisać wrażenia wyniesione z tej lektury, to powiedziałabym: Panie! To, co tu się dzieje, w głowie się nie mieści! Bo dzieje się naprawdę dużo i to zasadniczo powinno być (i dla wielu czytelników bez wątpienia będzie) największym plusem powieści Basiury. Tylko że autor, według mnie, odrobinę się zapędził, popuszczając wodze swojej fantazji i stworzył fabułę rodem z amerykańskich filmów akcji (której nie powstydziłby się sam Steven Seagal). Osadzona, powiedzmy, w USA wyglądałaby o niebo bardziej realistycznie, niż rozgrywając się m.in. w Katowicach, Krakowie, a nawet pod Kielcami. Zdobycie w sposób legalny broni w naszym kraju nie jest łatwą sztuką, za to bohaterzy Zamkniętej prawdy nie mają z tym problemu. Znajdzie się tu też miejsce na pościg drogą lotniczą i dla córki byłego premiera, która podkłada ogień w jednym z najważniejszych dla społeczeństwa miejsc. Są też strzelaniny, mordobicia, dużo krwi… I wszystko byłoby OK, gdyby cały ten majdan przenieść na arenę amerykańską – byłoby po stokroć naturalniej.

Bohaterowie? Równie „realistyczni”, co sama fabuła. Chora na raka, która w zasadzie już umiera, ale bez problemu ładuje się w całą tę kabałę, bo brakuje jej w życiu wrażeń. Wielce wykwalifikowany specjalista od mowy ciała, który bronią posługuje się jak fajtłapa rodem z Akademii policyjnej i który jest na tyle nierozgarnięty, że w kawiarence zamawia dla siebie…herbatkę redukującą cellulit. Na dobrą sprawę taka kreacja bohaterów jest plusem, bo przynajmniej jest się z kogo pośmiać.

Strona techniczna powieści też nie świeci przykładem, bo zdarzają się większe lub mniejsze wpadki korektorskie typu „tylkopo to”, ale nie rażą one w oczy na tyle, by zabierały chęć dalszego poznawania losów bohaterów. Raziła mnie za to dziwna maniera autora związana z przedstawianiem niemal każdej postaci z imienia i nazwiska – o ile w przypadku tych liczących się dla fabuły bohaterów to nie dziwi, o tyle w przypadku postaci epizodycznych już nieco irytuje. Przez chwilę bałam się, że jeśli autor zdecyduje się na wprowadzenie do fabuły jakiegoś zwierzęcia, to i ono zostanie mi przedstawione z imienia i nazwiska, ale na szczęście nic takiego się nie stało.

Reasumując, nie mogę powiedzieć, bym była Zamkniętą prawdą zachwycona, mogłoby być lepiej, co jednak nie zmienia faktu, że panu Bartłomiejowi Basiurze nie da się odmówić polotu i wyobraźni – wystarczyłoby ją nieco powściągnąć albo lepiej – dostosować do realiów związanych z miejscem akcji.

Fani zawrotnego tempa akcji, barwnych postaci jak i miksów gatunkowych (bowiem tytuł Basiury – to mieszanka sensacji, kryminału i thrillera z wątkiem romantycznym) powinni być zadowoleni z wyboru tej właśnie książki.

Ocena: 3/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Novae Res.
Wyzwania: Polacy nie gęsi.

niedziela, 7 grudnia 2014

Kalendarz z ilustracjami z "Przebudzenia" S. Kinga wędruje do...





King dobry Kingomaniacy oraz Książkoholicy! :) Nie wiem jak u Was, ale u mnie za oknem baaardzo smętna pogoda. Nic tylko czytać albo spać. ;) Na rozruszanie emocji mam dla jednej osoby, która brała udział w moim konkursie kalendarz z ilustracjami z "Przebudzenia" Stephena Kinga. Dla kogo? Nim Wam to zdradzę zapraszam wszystkich do dołączenia do "fejsbukowych" fanów Mistrza. Jest nas już ponad 700! :)


A do kogo wędruje kalendarz? Do Kacpra, któremu serdecznie gratuluję! :) Za chwilę dostaniesz ode mnie e-mail.


czwartek, 4 grudnia 2014

Kiedyś byliśmy braćmi - Ronald H. Balson





tłumaczenie: Jan Kraśko
tytuł oryginału: Once We Were Brothers
wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 19 listopada 2014
ISBN: 9788379434718
liczba stron: 796



Za każdym razem, gdy powracam w czytanych przez siebie książkach do czasów II wojny światowej, Holocaustu i zbrodni nazistów, na powrót zadaję sobie te same pytania, choć już wcześniej – jak mi się zdawało – znajdowałam na nie odpowiedzi. Zasadnicze pytanie, które wciąż jest aktualne i które nigdy nie traci na sile, jest najkrótsze: dlaczego? Dlaczego to wszystko się wydarzyło? Dlaczego Bóg na to pozwolił? Dlaczego ludzie na to pozwolili? Całą tę długą listę zdań zwieńczonych znakami zapytania zamyka jeszcze jedno, które padało także w komentarzach pod moimi opiniami na temat rzeczonych książek: dlaczego wciąż o tym czytasz? Przecież to tak trudny i bolesny temat… Nauczyłam się na to pytanie odpowiadać słowami Elisy Springer – czytam, by:

(…) nie zapomnieć, do jakiego szaleństwa może doprowadzić nienawiść rasowa i nietolerancja, ale nie dla rytualnych obrządków, lecz dla kultury pamięci[1].

Tymi słowami mogliby odpowiadać na pytanie dlaczego o tym piszesz? także autorzy podejmujący się tej tematyki w swoich tytułach. Bo pamiętać należy, bo każdy z nas jest to na swój sposób winien tym, którzy przeżyli ten dramat i mierzyli się z nim do końca swych dni jak i tym, którzy w mękach, bólu i głodzie umierali w obozach zagłady. Podejrzewam, że dokładnie z takiego samego założenia wyszedł autor debiutanckiej powieści pt. Kiedyś byliśmy braćmi – Ronald H. Balson – adwokat mieszkający w Chicago, którego częste podróże do naszego kraju jak i jego dramatyczna historia zainspirowały do stworzenia powieści plasującej się w kręgu historical fiction.

Rozpoczyna się mocnym uderzeniem, gdzie jeden z jej głównych bohaterów, Ben Solomon, znajdując się na jednym z chicagowskich przyjęć dobroczynnych, przystawia do twarzy pistolet znanemu i hojnemu filantropowi, Elliotowi Rosenzweigowi, oskarżając go publicznie o to, że jest byłym i nigdy niesądzonym za swoją zbrodniczą działalność nazistą o nazwisku Otto Piatek. Z racji podeszłego wieku Ben szybko zostaje uznany za człowieka nie do końca świadomego swoich czynów i słów, a samą sprawę Rosenzweig chce zdusić w zarodku. Jednak Ben twardo obstaje przy swoich racjach i za wszelką cenę chce je udowodnić oraz sprawić, by sprawiedliwości stało się zadość. By to osiągnąć, zatrudnia jedną z najlepszych prawniczek w mieście i opowiada jej historię swojego życia, w którym Rosenzweig miał odegrać rolę przyszywanego brata, który w zamian za sprawowanie nad nim opieki w dzieciństwie odpłacił się rodzinie Solomonów w najgorszy z możliwych sposobów. Czy wydarzenia, o którym opowiada Ben – to fakty? Czy też chora wizja pana w słusznym wieku?

Choć początkowo odpowiedź na te pytania zdaje się być dla czytelnika oczywista, to im dalej w las, tym więcej drzew i nabiera się wątpliwości, aby wreszcie w pewnym momencie z całą pewnością stwierdzić, że już niczego nie jest się pewnym, śledząc wersje wydarzeń obydwu bohaterów. Dopiero ostatnie strony powieści rozwiewają wszelkie wątpliwości. Fabuła tej książki – to strzał w dziesiątkę, jeśli chodzi o sam pomysł na nią jak i poprowadzenie jej – akcję śledzimy z perspektywy Bena we współpracy z adwokat Catherine Lockhart, Elliota Rosenzweiga jak i z doskoku samej Catherine, przyglądając się jej życiu osobistemu. Raz śledzimy akcję w czasie teraźniejszym, a raz – w przeszłym. I tu autorowi powinęła się nieco noga od strony technicznej, bowiem w momencie, gdy stosował retrospekcję, nie trzymał się raz obranego przez siebie czasu. W jednym z akapitów – przykładowo – opowiada o zdarzeniach w wojennym Zamościu, a w kolejnym jest już mowa o teraźniejszości. Podobnie w sytuacji odwrotnej, gdy akcja dzieje się w czasie obecnym, a za chwilę, ni stąd ni zowąd, przenosimy się wstecz. Niby autor stara się to jakoś związać, stawiając panią adwokat jako słuchaczkę opowieści Bena, któremu z kolei zdarza się też znienacka odpływać myślami gdzieś daleko, ale to i tak nie zmienia silnego wrażenia o niekonsekwencji autora.

Mam też delikatne zastrzeżenia do klimatu powieści. W momencie, gdy Ben wraca we wspomnieniach do czasów wojny, naprawdę nie czuć tu jej dramatyzmu. Bohater niby opowiada wszystko szczegółowo i starannie, ale jednocześnie dość oschle i mało emocjonalnie.

Są to jednak drobne uszczerbki, które nie wpływają negatywnie na całość tytułu, który czyta się naprawdę świetnie, który nie daje chwili wytchnienia i który – jak wiele mu podobnych – mimo że jest fikcją literacką, daje mocno do myślenia. Autor, pod wpływem emocji wyniesionych ze śledzenia wojennej historii Polski, z poznawania Holocaustu i dramatu z nim związanego, wyraża swój sprzeciw wobec faktu, że tak wielu nazistów nigdy nie doczekało się zasłużonej kary za swoją zbrodniczą działalność (np. Josef Mengele). W pełni to rozumiem i popieram każdy, choćby najmniejszy wyraz sprzeciwu wobec tej niesprawiedliwości, nawet jeśli ma się on wyrażać tylko (albo aż) za pośrednictwem książek takich jak Kiedyś byliśmy braćmi. Warto o tym pisać, warto czytać dla wspomnianej już kultury pamięci i dla tych, którzy tego dramatu zasmakowali.

Jest wiele powodów, aby poznawać Holocaust i o nim nauczać, ale chyba najważniejszym jest niedopuszczenie do tego, żeby się powtórzył[2].

Ocena: 5/6




[1] E. Springer, Milczenie żywych, Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau, Oświęcim 2001, s. 16.
[2] R. H. Balson, Kiedyś byliśmy braćmi, Świat Książki, Warszawa 2014, s. 228.


Oficja;na recenzja dla portalu Lubimy Czytać - LINK.


poniedziałek, 1 grudnia 2014

Czy są na sali mole książkowe? Kuferek Książkówki - odsłona 27





Dzień dobry bardzo w pierwszy i grudniowy dzień! Co nowego, co starego? Pewnie większość z Was ma w głowie tylko jedną odpowiedź: ZIIIMNOOOO. Wiem, dlatego na rozgrzewkę mam dla Was kolejne wyniki mojego Kuferkowego rozdawnictwa. Książki wędrują tym razem do:


Bellaws


i

SallyBrovn


Gratuluję i czekam na Wasze adresy, którymi posłużę się do wysyłki nagród. A co nowego w Kuferku? Sprawdźcie. :)

sobota, 29 listopada 2014

Moje życie w tytułach książek



Dawno, dawno temu, bo w październiku tego roku Kasiek zaprosiła mnie do kolejnej zabawy blogowej, która polega na opisaniu swojego życia za pomocą tytułów książek (niekoniecznie takich, które czytaliśmy - liczy się sam tytuł, który ma idealnie pasować do odpowiedzi, której chcemy udzielić). Zadanie łatwe nie było, ale bawiłam się przy nim przednio. ;) Do udziału w niej zapraszam wszystkich, którzy mają na to ochotę, a od siebie wytypuję w szczególności Edytę z Zapiski spod poduszki, Martę z OkiemMK oraz Monikę ze Skorpion w rosole. :) Dziewczyny, zdjęcia z lat młodości (;)) mile widziane. A teraz sami popatrzcie, jak wygląda moje życie w tytułach książek. :)


Niewyraźna i około 2-letnia Ewa, której pan/pani fotograf
się chyba nie spodobał. ;)
JA

Jak opisałabyś szesnastoletnią siebie?
Cicha woda - niby spokojna, cichutka, ale jak przyszło co do czego... ;)

Co widziałaś, patrząc w lustro?
Potwór - moja samoocena nie miała wtedy zbyt wysokich wartości. ;)

Jakie motto przyświecało szesnastoletniej tobie?
Jutro będzie lepiej - mieszkałam wtedy w internacie i nie ze wszystkiego oraz nie ze wszystkich byłam zadowolona. :)

Jak inni opisaliby twoją osobowość?
Milcząca dziewczyna - nie byłam nigdy nazbyt wygadana i tak już mi zostało. Wolę mówić mniej a konkretniej. ;)

Twoja najgorsza cecha z czasów szkolnych?
Nieśmiałość - niestety... :)

Opisz zawartość swojego dziennika/pamiętnik
Szesnastoletnia Ewa nie prowadziła dziennika/pamiętnika. Robiła to, gdy była młodsza (czasy ośmioletniej szkoły podstawowej).

Internat. Baaardzo nie lubiłam, gdy ktoś robił
mi zdjęcia. :)
Twój największy lęk
Samotność - większość z nas się chyba tego obawia. :)

Co Cię wyróżnia?
Po prostu słuchaj. Sztuka porozumienia - zawsze byłam świetną słuchaczką i mam to do dziś.

Zawsze martwiłaś się o...?
Przyszłość życia - jak to będzie...? Co to będzie...? :)

ŻYCIE UCZUCIOWE

Jak podsumujesz swoje życie uczuciowe z czasów szkolnych?
Miłosne podchody - czyli pierwsze, nieśmiałe kroki młodej Ewy w świecie uczuć. ;)

Opisz swojego najpoważniejszego chłopaka ze szkolnych lat
Pierwsza miłość - w klasie maturalnej rozpoczął się mój pierwszy, poważny związek. :)

Opisz swój pierwszy pocałunek
Bardzo mokra przygoda - ha ha! Czy muszę coś dodawać? ;)

Twoja filozofia dotycząca miłości
Uwierz w miłość - staram się wierzyć, że istnieje.

Zadziorne podejście do męskiej części społeczeństwa 
mam do dziś. ;)
RODZINA

Twoje relacje z mamą, gdy byłaś nastolatką
Pyskata i reszta świata - nie jestem z tego dumna, ale byłam wyjątkowo pyskatą nastolatką. :)

Twoje relacje z tatą, gdy byłaś nastolatką
Konstrukcja i analiza portfela papierów wartościowych o zmiennym dochodzie - jeden uśmiech w kierunku ojca + milion potrzeb oraz szkolnych składek (nierzadko zmyślonych) = sowite kieszonkowe. ;)

Twoje relacje z rodzeństwem
Raz lepiej, raz gorzej - bywało różnie. :)

Co sądziłaś o metodach wychowawczych twoich rodziców?
Wystarczająco dobrzy rodzice - myślę, że byłam bardzo "wolną" nastolatką i to mi się podobało.

W internacie weeeesoło było. ;)
PRZYJACIELE

Opisz siebie i swoją najlepszą przyjaciółkę z czasów, gdy miałaś szesnaście lat
Księżniczka i chłopcy - robiła furorę wśród męskiej części internatu, w którym mieszkałyśmy, a ja byłam doradcą od jej spraw sercowych. ;)

Twój status społeczny
Cicha woda - raz mnie w towarzystwie dużo, raz malutko... Zależy od dnia i nastroju. :)

Opisz swoją grupę przyjaciół
Śmiech to zdrowie. Terapia śmiechem - nasze spotkania to istne sesje terapeutyczne wypełnione śmiechem. :)

Takie dłuuuugie włosy kiedyś
miałam. :)
OBECNE ŻYCIE

Opisz swoje obecne życie uczuciowe
Serce na temblaku - notorycznie... ;)

Opisz stan swojej przyjaźni z czasów szkolnych
Na zawsze - oby te, które trwają do dziś nie zgasły nigdy. :)

Twoje relacje z rodzicami
Symbioza - jest ok... :)

Największa nauka, jaką wyniosłaś ze szkoły
Nie bój się życia - nic dodać, nic ująć.

Jedna rzecz, której chciałaś się nauczyć
Gra na gitarze. Patrz i ucz się! - nie udało się do dziś, niestety...

Rada, jaką chciałabyś dać nastoletniej sobie
Uwierz, że możesz - a bardzo rzadko w to wierzyłam.

Coś, czego mogłabyś nauczyć się od szesnastoletniej siebie
Odwaga życiowa - mimo że byłam cicha, skryta, nie wierzyłam w siebie to i tak miałam w sobie więcej odwagi niż mam teraz. :)

czwartek, 27 listopada 2014

KONKURS! Wygraj kalendarz z ilustracjami z "Przebudzenia" S. Kinga!



Cześć i czołem! Przed premierą najnowszej powieści Stephena Kinga pt. "Przebudzenie" tak mocno obawiałam się, że nie upoluję sobie ani jednego kalendarza z ilustracjami z tejże książki, że ostatecznie mam dwie sztuki. ;) Dlatego jedna z nich poleci do kogoś z Was. Nie przedłużając, zapraszam do lektury regulaminu, w którym zdradzam co musicie zrobić, by stać się potencjalnym właścicielem owego kalendarza. A jest o co walczyć! Kalendarz jest piękny i... duuuuuuuży. :) Powodzenia!

Regulamin konkursu:

  1. Organizatorem konkursu jest właścicielka bloga: www.ksiazkowka.pl.
  2. Konkurs trwa od 27.11. do 06.12.2014 godz. 23:59.
  3. Nagrodą w konkursie jest jeden egzemplarz kalendarza z ilustracjami z „Przebudzenia” Stephena Kinga.
  4. By wziąć udział w konkursie należy umieścić podlinkowany do tego posta banner konkursowy na swoim blogu oraz wypełnić zadanie konkursowe. Wymiar banera można (a nawet należy) dowolnie modyfikować. Osoby, które nie blogują są zwolnione z konieczności umieszczania banera w sieci.

Banner:



Zadanie konkursowe:

Odpowiedz na pytanie: dlaczego to akurat Tobie powinnam wysłać ten kalendarz?


  1. Zgłoszenie konkursowe należy umieścić w komentarzu pod tym postem i winno ono przedstawiać się tak:

Nick:
Adres e-mail:
Odpowiedź na zadanie konkursowe:


  1. Zwycięską odpowiedzią będzie ta, która najbardziej przypadnie mi do gustu.
  2. Jeśli Twoja praca nie mieści się w komentarzu ze względu na limit znaków, to wyślij ją na adres: ksiazkowka@gmail.com. W temacie wiadomości wpisz: „Konkurs KALENDARZ”.
  3. Wysyłka nagrody obowiązuje na terenie kraju (Polska) i jej koszt ponosi właścicielka strony ksiazkowka.pl.
  4. Zwycięzca ma 7 dni na podanie adresu do wysyłki. Po upływie tego terminu zostanie wybrana inna osoba.  

sobota, 22 listopada 2014

Lalkarka - Max Bentow





tłumaczenie: Emilia Skowrońska
tytuł oryginału: Die Puppenmacherin
wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
data wydania: 2 lipca 2014
ISBN: 9788327151551
liczba stron: 344


Jak tak sięgnę pamięcią i przywołam obrazy morderstw popełnianych w fabułach przeczytanych przeze mnie książek, to już całkiem pokaźna kolekcja mogłaby się z tego uzbierać. Można by z tego stworzyć jakiś wydawniczy hit typu:” Nie wiesz, jak uśmiercić bohatera? Poznaj 1001 pomysłów na jego zgon!” – niejeden pisarz mógłby czerpać z niego garściami. Wyłączając George’a R.R. Martina – ten pan o uśmiercaniu bohaterów wie już wszystko i pomocy w tym temacie na pewno nie potrzebuje… Wracając jednak do tematu, póki nie sięgnęłam po kolejny kryminał w moim czytelniczym dorobku, byłam niemal pewna, że pomysłowość książkowych morderców już nie jest w stanie mnie niczym zaskoczyć. Błąd! Ostatni zabójca zaskoczył mnie… pianką montażową. Po kolei jednak.

Nils Trojan, komisarz znany z poprzedniej powieści Maxa Bentowa („Ptaszydło”), jest głównym bohaterem nowego tytułu autora pt. „Lalkarka”. Echa sprawy z Ptaszydłem jeszcze nie do końca ucichły – dalej sieją spustoszenie w psychice komisarza – a tu już przychodzi mu zmierzyć się z serią brutalnych morderstw popełnionych przez, jak później podejrzewa, naśladowcę innego psychopatycznego szaleńca, który działał kilka lat wcześniej. Co ich łączy? Sposób w jaki mordują swoje ofiary, a raczej - czym się w tym celu posługują. Tak jak morderca sprzed lat, jego naśladowca funduje swym ofiarom śmierć najgorszą z możliwych, tj. dusi je za pomocą pianki montażowej, która po zastygnięciu skutecznie odbiera im dopływ tlenu. Jedną z osób, która wynikiem niesamowitego szczęścia przeżywa spotkanie z seryjnym mordercą, jest lalkarka Josephin Maurer. Jednak niedługo przychodzi jej cieszyć się beztroską, bowiem morderca powraca i łaknie kolejnych ofiar. Nie zapomina także o tej, która nieopatrznie wymknęła mu się z rąk. Przecież nie taki los dla niej gotował…

I znów na arenę wkracza osławiona już pianka poliuretanowa. I całe szczęście, bo na dobrą sprawę to ona książkę ratuje – skleja do tzw. kupy i swoją siłą zmusza czytelnika, by dotarł aż do końca lektury. Nie mogę powiedzieć, by „Lalkarka” była powieścią złą, bo czyta się ją dobrze, jest poprawna stylistycznie, nie rzucają się tu w oczy żadne błędy czy niedociągnięcia, jeśli chodzi o tok fabuły. Jednak – podobnie jak „Ptaszydło” – nie przyprawia o gęsią skórkę, nie przyśpiesza pulsu. Odnoszę też wrażenie, że Bentow nie wykorzystał w pełni potencjału postaci, którą stworzył. Mam na myśli Josephin, która po swoich traumatycznych przeżyciach jest na tyle skomplikowaną psychicznie postacią, że można by przy jej pomocy dodać całej powieści zarówno animuszu, jak i brakującego mi dreszczyku.

Bentow – to pisarz, który ma świetne pomysły, ale nie do końca radzi sobie z przelaniem ich na papier. „Lalkarka” jest dopiero drugą jego powieścią i może o to chodzi – o niewyrobiony jeszcze warsztat na polu czysto literackim. Może z każdą kolejną powieścią będzie lepiej. Może. Czas pokaże.

Ocena: 3.5/6


Oficjalna recenzja dla Lubimy Czytać - LINK.

środa, 19 listopada 2014

Wojna w Jangblizji. W domu - Agnieszka Steur





wydawnictwo: Poligraf
data wydania: 2014
ISBN: 9788378562313
liczba stron: 480


Od mojego ostatniego spotkania z mieszkańcami magicznej krainy, Jangblizji, minęło już dużo czasu – ponad rok. To nie sprawiło jednak, że zatarła mi się w pamięci, że zapomniałam jak wygląda i jacy są jej mieszkańcy. I to zasługa nie tylko gatunku, w który wpisuje się pierwszy tom trylogii Wojna w Jangblizji autorstwa Agnieszki Steur, pt. W Tamtym Świecie. Wszak wiele historii z nurtu fantastyki, oddziałując na nasze wyobraźnie, zapisuje się w naszych pamięciach. To przede wszystkim zasługa lekkiego stylu pisarki, który trafi chyba do każdego odbiorcy bez względu na wiek. Czekałam z niecierpliwością na drugi tom trylogii i bardzo cieszyłam się na wieść, że już niebawem będę go mieć w swoich rękach.

Wojna w Jangblizji. W domu zaskoczyła mnie już na wejściu z uwagi na swoją objętość. Spodziewałam się powieści liczbą stron przypominającej swoją poprzedniczkę, a tymczasem moim oczom ukazał się tom niespełna pięciuset stronicowy. W związku z tym przypuszczałam, że albo będzie się dużo działo w toku fabuły, albo autorka będzie bardzo skrupulatna w jej opisywaniu. Ostatecznie okazało się, że postawiła na jedno i drugie, co wyszło powieści zdecydowanie na plus. Czy plusów było więcej? Zdecydowanie tak! Postacie, postacie i jeszcze raz postacie albo raczej trzeba by powiedzieć – istoty, które są bohaterami tytułu – to kolejny pozytyw książki Steur.

Już w pierwszym tomie, podróżując wraz z Naną i jej przyjaciółmi po Jangblizji i Tamtym Świecie, spotykaliśmy takie istoty jak Myszowate, Psowate czy Koniowate. W tomie drugim poznajemy nowe gatunki, np. Wróblowatych, a także tych, o których mówić w Jangblizji nie wolno, tych, którzy są wyparci poza nawias społeczności – mieszańców, czyli potomków pochodzących z zakazanych związków międzygatunkowych. I to nie koniec niespodzianek, jakie czekają Nanę po powrocie do domu z Tamtego Świata. Działania wojenne spustoszyły Jangblizję. Życie na jej terenach – to teraz codzienna walka o przetrwanie, zwłaszcza że siły Szmaragdowej Pani nie ustają w walce o władzę. Nana jak i inni mieszkańcy pragną, by ich kraina była wolna, by wreszcie można było w niej spokojnie i szczęśliwie żyć. By to osiągnąć, konieczna będzie kolejna wojna…

Jednak gdzie podziali się najbliżsi Nany? Czy przetrwali ten trudny czas? Nie ma wątpliwości, że bratu Księżniczki się to udało. Roan żyje w Tamtym Świecie i za wszelką cenę usiłuje dowiedzieć się czegoś o losach ich ojca, Taro. Zasłyszane pogłoski mówią o jego śmierci, ale czy są prawdziwe? Tego dowiemy się w toku fabuły.

Jak widać po moim telegraficznym skrócie fabuły, akcja książki toczy się dwutorowo, tj. w Jangblizji i Tamtym Świecie, co sprawia, że czytelnik nie ma zbyt wielu szans na wytchnienie, bo niemal cały czas coś się dzieje, jeśli nie w jednym świecie, to w drugim. Z racji działań wojennych mamy tu dużo scen walki okupionych krwią, co dodaje powieści dramatyzmu. Wszystko, co opisuje Autorka, jest szczegółowe, rozbudowane niemal do granic możliwości – chwilami miałam wrażenie, że może nawet nieco za bardzo. O ile starszy wiekiem czytelnik ten fakt doceni i bez wątpienia za to powieść pokocha, o tyle młodszy może (choć wcale nie musi) znużyć się przez to, zmęczyć.

Poza tym maleńkim minusem, który na dobrą sprawę wcale nim być nie musi, nie widzę wad w drugim tomie Wojny w Jangblizji. Autorka włożyła w tę powieść maksimum zaangażowania i serca, dopracowała ją idealnie. Żywię szczerą nadzieję, że tom wieńczący trylogię również taki będzie i że zakończenie okaże się na miarę mistrzów literackiej fantastyki. Nie kryję, że mam wysokie oczekiwania względem Agnieszki Steur, ale sama jest sobie temu winna… Po prostu w tym tomie sama ustawiła sobie poprzeczkę bardzo wysoko. Oby dała radę ją przeskoczyć.

Ocena: 5/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję jej Autorce.
Wyzwania: Polacy nie gęsi.

sobota, 15 listopada 2014

Sobotnie refleksje o blogowych aferkach...




Miniony czwartek - na Faceboooku widzę link do wpisu Ani, który informuje m.in. mnie o nowej blogowej aferce. Okazuje się, że my - recenzenci amatorzy - jesteśmy do d... w tym, co robimy. Piszemy przesłodzone recenzje marnych książek... I w ogóle nie potrafimy pisać recenzji... bo tak naprawdę tylko streszczamy to, co przeczytaliśmy... itede...itepe...

Wczorajszy piątek - Marta pokazuje mi kolejną aferkę. Dla odmiany, tym razem chodzi o krytyczną recenzję pewnej książki. Autorowi mocno nie spodobał się tekst jednej z blogerek. Ok, miał prawo mu się nie spodobać, miał prawo o tym powiedzieć (tak jak my mamy prawo wypowiadać się w sposób subiektywny o czytanych przez nas lekturach). I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie sposób wyrazu tegoż niezadowolenia. Blogerka została nazwana hejterką i gęsią. 

Miniony poniedziałek - rozmawiam drogą wirtualną z moją siostrą, która mieszka od wielu lat za granicą. Rozmawiamy o typowo marudnym usposobieniu Polaków. O tym, że nam wiecznie coś się nie podoba, że wiecznie coś jest złe i nie takie, że zawsze w całym znajdziemy jakąś dziurę...

Jakże pięknie to obrazują tego typu blogowe afery (między innymi one, oczywiście)... Dlaczego z pola, które daje nam wszystkim tyle frajdy, tyle szczęścia, a niejednemu poczucie spełnienia robimy coraz głębsze i zalatujące fetorem bagno?

Mam świadomość tego, że mój styl pisania nie odpowiada każdemu. I całe szczęście, bo jakże nudno by było, gdyby każdemu podobało się to samo. I ja sama nie zachwycam się każdym napotkanym blogiem. Naturalna sprawa, prawda? Zatem:

1. Nie podoba Ci się czyjś styl pisania/blog? Nie odwiedzaj go, nie komentuj, nie siej zamętu, nie obrażaj. Znajdź inne miejsce w blogowym świecie, które spełni Twoje oczekiwania.

2. Autorze, nie wysyłaj swojej książki do recenzji danemu blogerowi tylko dlatego, że ma świetne statystyki. Zapoznaj się najpierw ze stylem, którym ów bloger się posługuje. Zastanów się czy właśnie taki Tobie odpowiada. 

3. Żyj i daj żyć innym - po prostu. Tobie blog Iksińskiej nie musi się podobać, ale wiedz, że dla Iksińskiej ten blog może być bardzo ważnym elementem w jej życiu. Może tylko on aktualnie daje jej poczucie spełnienia? Nadaje sens codzienności? A Ty włażąc w jej kawałek świata z brudnymi buciorami i obrażając ją, zabierasz jej radość z tego, co kocha robić? Ok, może nie jest w  tym idealna, może nie ma odpowiedniego wykształcenia, by móc pełnoprawnie nazywać się recenzentką, ale robi to, bo to kocha. Bo to jej pasja. Chciałbyś by ktoś zabrał Ci radość z robienia tego, co kochasz? Podejrzewam, że nie... więc nie rób tego innym.

To tyle, jeśli chodzi o telegraficzny skrót moich przemyśleń na temat niegasnących blogowych afer i ciągłego dokuczania sobie nawzajem. Zamiast prowokować kolejne spięcia weźcie do ręki książkę. Taki pięknie brzydki pogodowo do tego weekend akurat mamy... :)

środa, 12 listopada 2014

Mój rower - reż. Piotr Trzaskalski





gatunek: dramat, komedia, obyczajowy
produkcja: Polska
premiera: 9 maja 2012 (świat)
reżyseria: Piotr Trzaskalski
scenariusz: Piotr Trzaskalski, Wojciech Lepianka


Krąży po świecie i w umysłach wielu ludzi przekonanie, że mężczyźni są z natury „prości”. Że z nimi łatwiej. Że u nich wszystko takie oczywiste jest. Klarowne. Niezagmatwane. A guzik prawda, Wam powiem! Z mężczyznami czasem gorzej niż z kobietą w kulminacyjnym momencie zespołu napięcia przedmiesiączkowego. Dobrze, już dobrze… Teraz przesadziłam, co nie zmienia jednak faktu, że mężczyźni – to istoty często równie skomplikowane, co niewiasty. Z czego panowie często świetnie zdają sobie sprawę, choć nigdy wprost się do tego nie przyznają. Można jednak doprowadzić do takiej sytuacji, by teorię tę potwierdzić.

http://www.filmweb.pl/
Z takiej możliwości skorzystał reżyser i scenarzysta filmowy, Piotr Trzaskalski. Stworzył on pozornie łatwy i podszyty humorem obraz pt. Mój rower, w którym jako głównych bohaterów zestawił ze sobą mężczyzn z trzech pokoleń jednej rodziny: dziadka, ojca i syna. Włodzimierz Starnawski (w tej roli Michał Urbaniak) jest już w sędziwym wieku i wiedzie spokojny żywot u boku swej małżonki – do czasu jednak. Pewnego dnia jego żona bez słowa wytłumaczenia opuszcza go, zostawiając mu jedynie list, w którym informuje go, że od niego odchodzi. Wynikiem tego mężczyzna ląduje w szpitalu. W tych mało przyjemnych okolicznościach przychodzi mu po wielu latach spotkać się znów z synem Pawłem (Artur Żmijewski) oraz wnukiem Maćkiem (Krzysztof Chodorowski). Gdy senior Włodzimierz czuje się już lepiej i na jaw wychodzi, że jego siedemdziesięciopięcioletnia żona zakochała się w byłym wojskowym, cała trójka postanawia ją odnaleźć i nakłonić do powrotu do męża.

Ta słodko-gorzka historia to jedynie tło dla przedstawienia relacji, które łączą tych trzech panów. Pozornie wszystko ich od siebie różni – począwszy od stylu życia, miejsca zamieszkania, a kończywszy na ulubionym gatunku muzyki (jeden kocha jazz, drugi muzykę poważną, a trzeci hip hop). W rzeczywistości łączy ich bardzo wiele – są w końcu rodziną. Jednak by to dostrzec, potrzeba czasu – czasu, który spędzą razem i spróbują odpowiedzieć na wiele pytań zarówno stawianych sobie wprost jak i tych nigdy na głos niewypowiedzianych. Będą także musieli zmierzyć się z przeszłością. Paweł – z dorastaniem z ojcem alkoholikiem u boku (i życiem teraźniejszym już jako DDA). Maciek z kolei spróbuje poukładać w swojej głowie myśli o tym, że jego ojciec pewnego dnia rozstał się z jego matką i zaczął odrębne życie, praktycznie nie interesując się synem. Najwięcej do przetrawienia ma oczywiście Włodek, który mając już swoje lata, żyje nie tylko z nałogiem alkoholowym (który najzwyczajniej w świecie lubi), co z poczuciem, że nie był takim dobrym ojcem, jakim chciałby być. Łapie się także na tym, że mimo upływu czasu nadal nim nie jest.

Maciuś, każdy alkohol jest bardzo dobry. Z wyjątkiem denaturatu, który jest dobry*.

Oprócz głębszego dna (które w tym filmie jest zdecydowanie najważniejsze) pozachwycać się tu możemy kreacją aktorską Michała Urbaniaka i młodego Krzysztofa Chodorowskiego – obydwaj byli nad wyraz autentyczni w swoich rolach, wyraziści i naturalni. Żmijewski, jak w większości swoich ról, tak i w tej był do bólu perfekcyjny i może przez to tym samym nieco mdły oraz sztuczny na tle swojego filmowego ojca oraz syna.

http://www.filmweb.pl/
Za sprawą pana Urbaniaka cieszyć się możemy także miłym dla ucha tłem muzycznym filmu – lekkie i przyjemne jazzowe nuty są tu zdecydowanie na plus i nawet ci, którzy za tym gatunkiem nie przepadają, nie powinni marudzić, a wręcz przeciwnie.

A tych, którzy obawiają się ckliwej opowiastki o tym, co ważne w życiu, uspokajam – to nie twór, który ma na celu wycisnąć z widza łzy (choć co wrażliwszym może się to zdarzyć). To lekka, zabawna opowieść o mężczyznach na różnych etapach ich rozwoju. O męskim świecie, męskim postrzeganiu niektórych spraw i męskich uczuciach. Mój rower – to film godny uwagi, który ze spokojem sumienia mogę polecić każdemu.


- Jest taki genialny lek na pamięć i sprawność, rozumiesz, umysłową. Ja go, rozumiesz, kupiłem i ja go regularnie biorę. On fantastycznie działa!- Jak się nazywa?- Co?- No ten lek...- Yyy... się zaczyna jakoś... tak... yyy... Na B!*


* Mój rower, reż. P. Trzaskalski, 2012.

Ocena: 5/6