Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Manel Loureiro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Manel Loureiro. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 września 2014

Ostatni pasażer - Manel Loureiro





tłumaczenie: Joanna Ostrowska, Grzegorz Ostrowski
tytuł oryginału: El ultimo pasajero
wydawnictwo: Muza
data wydania: 9 lipca 2014
ISBN: 9788377587195
liczba stron: 480


Jeśli chodzi o horrory, czy to w wersji książkowej, czy filmowej, mam dwa ulubione motywy, które nigdy mi się nie znudzą. Mogą być powtarzane z uporem maniaka w różnych formach, a ja nadal z równie wielkim zainteresowaniem będę te historie poznawać tak, jakbym widziała dany temat po raz pierwszy. O co chodzi? O motyw starego domu, w którym wszystko trzeszczy, a nocami słyszy się podejrzane jęki, oraz motyw statku widmo, który poraża swym majestatem, urzeka pięknem zamkniętym w swym kolosalnym cielsku i przeraża w momencie, gdy okazuje się, że przez długi czas dryfował samotnie po bezkresnych wodach oceanów bez choćby jednej osoby na pokładzie.

Zatem bardzo ucieszyłam się na myśl, że niebawem przyjdzie mi czytać książkę, której motywem przewodnim będzie jeden z powyższych wariantów, zwłaszcza że tematu podjął się autor, który już raz mnie ujął swoim stylem i mistrzowsko poprowadzoną fabułą. Chodzi tu o hiszpańskiego pisarza, mianowicie Manela Loureira, który swym nazwiskiem sygnuje trylogię z zombie w roli głównej (no może jednak roli drugoplanowej) pt. Apokalipsa Z, oraz jego nową powieść pt. Ostatni pasażer. Bardzo ciekawa byłam, jak autor poradzi sobie z zupełnie innym pomysłem, bez nieumarłych wyzierających z niemal każdej karty powieści. Cóż tym razem zaserwował?

Początkowo funduje nam małą podróż w czasie i przenosi do roku 1939, na chwilę przed wybuchem drugiej wojny światowej. Wraz z załogą węglowca „Pass of Ballaster” o mały włos zderzamy się z ogromnym statkiem wycieczkowym. Na polecenie kapitana węglowca kilku członków załogi wchodzi na pokład olbrzyma, by sprawdzić, co się na nim dzieje, dlaczego nieoświetlony dryfuje po oceanie, gdy wokół tyle gęstej mgły. Na pokładzie statku wszystko zdaje się mówić, że jest on pełen ludzi – stoły uginają się od jeszcze ciepłego jedzenia. Jednak „Valkirie” (bo tak nazywa się statek) okazuje się zupełnie opuszczony. Nie licząc jednego żydowskiego niemowlęcia…

Mija kilkadziesiąt lat. Wojna przyćmiła losy „Valkirie” i zdaje się, że już nikt o tym statku nie pamięta. Nic bardziej mylnego. Gdy pojawia się możliwość jego wykupienia, rozpoczyna się walka na duże pieniądze. Skąd to zainteresowanie? Tego pragnie dowiedzieć się młoda dziennikarka, Kate Kilroy. Nie bez trudu udaje się jej wejść na wyremontowany pokład „Valkirie” i wraz z załogą wyruszyć w powtórny rejs tropem wydarzeń z przeszłości. Rejs pełen niespodzianek, tajemniczych wypadków i przerażających wydarzeń…

Powiedzcie sami, fabuła robi wrażenie, prawda? W moim odczuciu nawet ogromne, bo z wyświechtanego i przerobionego na milion sposobów wątku statku widmo Loureiro wycisnął coś jeszcze i przekazał to czytelnikowi tak, by ten od książki oderwać się zwyczajnie nie mógł. Czasy wojenne, naziści i ich nienawiść do Żydów, samotnie dryfujący po wielkich wodach statek, ciekawska dziennikarka, nadprzyrodzone i niszczycielskie moce – mieszanka wybuchowa? Tak, ale pozostawiająca po wybuchu pejzaż ze sztucznych ogni z wyższej półki.

To nie tak, że Loureiro napisał powieść bez skazy, bo i bohaterowie jacyś mgliści (może udzieliło im się co nieco z mgły, w którą otulona była „Valkirie”?) i powieść chwilami przedłużana na siłę (gdyby miała te trzysta stron z hakiem na pewno na złe by jej to nie wyszło, wręcz przeciwnie). Jednak całokształtu nowego tytułu Loureira to nijak nie psuje. Autor kolejny raz mnie usatysfakcjonował i udowodnił, że szansę, którą od losu dostał, skrzętnie wykorzystał (przypominam, że Apokalipsa Z ukazała się początkowo tylko na blogu autora).

Kto lekturą Ostatniego pasażera będzie ukontentowany? Fani horrorów klimatycznych (strachów sensu scricto jest tu niewiele), historii toczących się na wielkich wodach i zamkniętych w przerażających swoim majestatem statkach, lubujący się w akcentach historycznych. Aha! I dla zwolenników pieprznych scen też się coś znajdzie (jestem mile zaskoczona obecnością u Loureira scen erotycznych – dwóch, ale zawsze – jak i ich jakością). Polecam!

Ocena: 5/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Muza.

Trylogia Apokalipsa Z:
TOM II: Mroczne dni

piątek, 7 lutego 2014

Apokalipsa Z. Gniew sprawiedliwych - Manel Loureiro





tytuł oryginału: Apocalipsis Z: La ira de los justos
seria/cykl wydawniczy: Apokalipsa Z tom 3
wydawnictwo: Muza S.A.
data wydania: 15 stycznia 2014
ISBN: 9788377585825
liczba stron: 495


Właśnie skończyłam czytać znalezione w Internecie opinie na temat trylogii Apokalipsa Z autorstwa Manela Loureiro i nadziwić się nie mogę. Jako wada najczęściej wymieniany jest – uwaga! – brak realizmu… No tak, przecież w przypadku postapokaliptycznej wizji świata, w którym zza każdego rogu czy kąta wyzierają przekrwione oczy zombie, realizm jest najważniejszy… To oczywiste, że gdy akcja horroru zawiera elementy, które faktycznie mogłyby się zdarzyć, odczucie strachu wywołane lekturą jest większe, jednak gdy mamy do czynienia z fabułą, w której jednymi z najważniejszych bohaterów są nieumarli, to na ów realizm trzeba nieco przymknąć oko, a lekturę określać i oceniać przy pomocy innych kategorii i miar, prawda?

Ja uważam, że tak powinno być i tak też podeszłam do wspomnianej trylogii, dlatego lekturą zawiedziona nie byłam. Wręcz przeciwnie, pochłonęłam każdy z tomów w ekspresowym tempie i ciężko było mi się od nich oderwać. W ostatnich dniach zamknęłam ostatni, trzeci tom zatytułowany Apokalipsa Z. Gniew sprawiedliwych.

Podobnie jak w przypadku drugiej części, Loureiro zaczął od przypomnienia wydarzeń z części poprzednich: świat opanował tajemniczy wirus, który w mgnieniu oka powoduje u ludzi dziwną chorobę – niby żyją, ale tak jakby już ich nie było… Nie da się z nimi rozmawiać, nic do nich nie dociera, a jedyne, co okazują, to niczym niepohamowana agresja. Każdy zaatakowany przez nieumarłego sam natychmiast staje się nosicielem wirusa i tylko chwila dzieli go od przemiany w potwora.

Po długiej i samotnej tułaczce oraz walce z żywymi trupami główny bohater (adwokat z wykształcenia) w końcu przestaje być sam. W świecie, w którym nie ma już żadnych zasad, w którym człowiek człowiekowi wilkiem, spotyka przyjaznych sobie towarzyszy niedoli, tj. Ukraińca Wiktora Pritczenko i młodziutką piękność o imieniu Lucia, która zawładnie sercem adwokata.

Świat opanowany przez umarlaków to jednak nie jest miejsce ani czas na amory. Gra toczy się o najwyższą stawkę, czyli życie, przetrwanie zaś nie jest łatwą sztuką… Po ostatnich wydarzeniach bohaterowie lądują na rozklekotanym statku i przemierzają bezkres nieprzyjaznych wód. Kiedy już wydaje się, że ogromny sztorm rozniesie w drobny mak wątłą łajbę, okazuje się, że bohaterowie nie są na oceanie sami. Tuż obok płynie sobie spokojnie (prawie ich rozbijając) ogromnych rozmiarów tankowiec… Na szczęście okazuje się, że załoga jest przyjaźnie nastawiona, a przynajmniej początkowo sprawia takie wrażenie, bo niebawem…

Witajcie, dzieci moje! Witajcie w Gulfport, Nowej Jerozolimie, domu sprawiedliwych i Bogiem chronionej twierdzy, która rychło stanie się miejscem powtórnego przyjścia naszego Pana![1]

Gdy trójce ocalonych już wydaje się, że nadeszło wybawienie z opresji, rzeczywistość szybko wylewa im na głowy kubeł zimnej wody. Oto bowiem przychodzi im żyć w społeczności ogarniętej fanatyzmem religijnym, którą dowodzi „rozkochany” w Bogu pseudo-zbawiciel, który jednocześnie stosuje iście nazistowski system rządzenia (mamy tu getto, łapanki…). Im dłużej przebywają w Gulfport (Zatoka Meksykańska), tym bardziej przekonują się, w jak koszmarnym miejscu się znaleźli – kolejnym piekle na Ziemi. Nie wiadomo co lepsze: życie wśród nieumarłych czy wśród ludzi ogarniętych skrywaną pod płaszczykiem miłości do Boga rządzą władzy.

Choćby czytelnik trzeciego tomu trylogii bardzo chciał się nudzić podczas lektury, nie będzie miał na to absolutnie żadnych szans. Dzieje się naprawdę wiele, autor co rusz zaskakuje nowymi wątkami czy bohaterami. Tym razem zło najmocniej ukazuje się pod postacią ludzi niż samych nieumarłych (ci schodzą na drugi plan). Teraz ludzie straszą najmocniej…

Manel Loureiro
źródło: www.lubimyczytac.pl
Choć większość akcji dzieje się na terenie Stanów Zjednoczonych, nie brak tu przybyszów z zewnątrz. I to nie byle jakich, bo… wojskowych z Korei Północnej. Autor ciekawie wykorzystuje fakt hermetycznego zamknięcia się Korei przed całym światem i umiejętnie wplata ten kraj do swojej powieści, co dodaje nieco pikanterii. Naprawdę nie da się odmówić Loureiro pomysłowości.

Jedyne, co mnie się w powieści nie podoba, to zakończenie, ponieważ akcja cały czas toczy się swoim trybem, aż tu nagle mamy na koniec wybieg o ładnych parę lat w przyszłość i mało spektakularny finisz. Widać, że autor już nie miał siły i/lub ochoty na pisanie książki, więc postanowił szybko uciąć akcję banalnym zakończeniem.

Nawet to jednak nie zmienia stopnia mojej sympatii do tej trylogii. Zdecydowanie jest to jedna z najlepszych opowieści o zombie, które obecnie można znaleźć na rynku. Do tej pory większość mnie bardziej bawiła niż fascynowała, tymczasem Apokalipsie Z udało się mnie mocno zaintrygować.

Aha! I jeszcze jeden smaczek. Uważni czytelnicy Apokalipsy Z na pewno zauważyli, że autor nie zdradza imienia i nazwiska głównego bohatera, prawda? Jeśli dotąd nie domyślacie się, kto nim jest, to kończąc tom trzeci będziecie mieć fajną niespodziankę.

Ocena: 5/6




[1] M. Loureiro, Apokalipsa Z. Gniew sprawiedliwych, MUZA, Warszawa 2014, s. 150.

Za możliwość przeczytania książki dziękuje wydawnictwu Muza oraz Business & Culture.

piątek, 29 listopada 2013

"Apokalipsa Z. Mroczne dni" Manel Loureiro





tytuł oryginału: Apocalipsis Z: Los días oscuros
seria/cykl wydawniczy: Apokalipsa Z tom 2
wydawnictwo: Muza
data wydania: 6 listopada 2013
ISBN: 9788377584996
liczba stron: 352


Świat jest pełen idiotów – wie o tym każdy. Jednak człowiek, przez którego totalną głupotę świat zostaje opanowany przez chaos i anarchię, a po ulicach wloką się hordy Nieumarłych, to najprawdopodobniej idiota skończony… Dobrze, nieważne, kto wypuścił tego cholernego wirusa. Ważne, by w jednym kawałku dotrwać do kolejnego dnia, mieć co jeść i pić, a przede wszystkim nie dać się ugryźć któremuś z wszechobecnych zgniłków.

Tak teraz wygląda życie na Ziemi – Ziemi, która już w niczym nie przypomina tej sprzed tragicznych w skutkach wydarzeń, opisywanych w pierwszym tomie trylogii o zombie, tj. w powieści „ApokalipsaZ. Początek końca”. Teraz wszystko wygląda inaczej… Świat to jedno wielkie gruzowisko, w którym ciężko spotkać żywego człowieka. Okazuje się jednak, że jeszcze nie wszystko stracone. Jest na tym parszywym świecie miejsce, w którym prowadzi się w miarę normalne życie. Trzeba zaznaczyć, że „normalne” oznacza tu takie, kiedy deszcz nie leje się nam na głowę, mamy gdzie spać, nie głodujemy, nie słyszymy tuż przy uchu koszmarnych jęków zombie.

O tym, jak ten świat konkretnie wygląda, opowiada drugi tom wspomnianej trylogii autorstwa Manela Loureiro, czyli „Apokalipsa Z. Mroczne dni”. Choć jest to rzeczywistość mniej wroga niż ta po bezpośrednim ataku zombie, to i tak istniejące zagrożenia nie zostały z niej całkowicie wyeliminowane. Wręcz przeciwnie! Niebezpieczeństwa jest znacznie więcej, bo nie dość, że wszystkim ocalałym zagrażają Nieumarli, to jeszcze nigdy nie jest się pewnym, czy nasz towarzysz niedoli to jeszcze przyjaciel czy już wróg… Witaj w świecie, w którym każdy człowiek może okazać się zdrajcą i przyłożyć ci glocka do skroni…

Wyspy Kanaryjskie miały być ostoją dla tych, którzy przeżyli. Okazało się jednak, że jest to miejsce, w którym pod pozorem ładu kryje się ogromny chaos, panowanie wojskowych, obozy pracy i racjonowanie żywności. To także pole bitwy ogarnięte wojną domową. To, co miało być rajem, okazało się być piekłem, ale to i tak nie koniec tragedii… Dobrze znanemu nam już z poprzedniej części hiszpańskiemu adwokatowi przyjdzie jeszcze wiele przeżyć, wiele zobaczyć, by ostatecznie znaleźć się tam, gdzie nikt by się tego nie spodziewał…

Skoro już jesteśmy przy zakończeniu... Według mnie jest świetne! Proste jak drut a jednocześnie intrygujące i zmuszające do sięgnięcia po ostatni tom cyklu, gdy ten tylko ukaże się na rynku. To przykład tego, że zakończenie nie zawsze musi być Bóg wie jak wymyślne i pomysłowe, by zachęciło czytelnika do zapoznania się z kontynuacją opowieści. Brawo, panie Loureiro!

Pójdźmy dalej tropem moich zachwytów… Co my tu mamy? Wyśmienita jest sama kreacja świata opanowanego przez zombie – wszystkie opisy robią piorunujące wrażenie i mocno zapadają w pamięć. Scen, w których moglibyśmy mocno przestraszyć się samych zgniłków, może nie ma zbyt wiele, ale jak już są, to… Uff, robią wrażenie! Postaci znów konstruowane bezbłędnie, choć nie czułam się już tak blisko związana z panem adwokatem, ale to chyba tylko dlatego, że w tym tomie pojawia się więcej bohaterów niż w pierwszym.

Manel Loureiro
źródło: www.lubimyczytac.pl
Ponadto tom drugi odbiega swoją kompozycją od poprzedniego. Tam śledziliśmy wpisy bohatera na swoim blogu (potem dzienniku) i skupialiśmy się na samej próbie przeżycia w skrajnie trudnych warunkach. Tu oprócz walki o przetrwanie śledzimy także dość nieudolną próbę tworzenia nowego świata, nowych zasad, nowej władzy. Oprócz walki z zombie mamy też walkę miedzy ludźmi i to oni nas chwilami bardziej straszą niż umarlaki…

„Apokalipsa Z. Mroczne dni” to nie tylko powieść spod znaku fantastyki okraszonej horrorem. To mroczna wizja świata, w której społeczne aspekty nowej i jakże trudnej rzeczywistości wysuwają się na pierwszy plan.

Może i zombie nam nie grożą, ale wszystko to, co dzieje się w tej książce z ludźmi, jest już jak najbardziej prawdopodobne. Zaraz, zaraz! Przecież to już się dzieje… Co konkretnie? Sami sprawdźcie!

Ocena: 5/6




Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Muza oraz Business & Culture.

wtorek, 19 listopada 2013

"Apokalipsa Z. Początek końca" Manel Loureiro




tłumaczenie: Joanna Ostrowska , Grzegorz Ostrowski
tytuł oryginału: Apocalipsis Z. El principio del fin
seria/cykl wydawniczy: Apokalipsa Z tom 1
wydawnictwo: Muza
data wydania: 25 września 2013
ISBN: 9788377584743
liczba stron: 416


Na świecie obecnie wiele się dzieje. Na niekorzyść globu i ludzi go zamieszkujących dzieje się wyjątkowo dużo złego. Działania wojenne, ataki terrorystyczne, głód, choroby, kataklizmy… Tylko że ciągle wydaje nam się, iż to wszystko nas osobiście nie dotyczy – ma miejsce gdzieś daleko, a my co najwyżej możemy pokręcić głową z wyrazem dezaprobaty i współczucia, gdy patrzymy na wiadomości ze świata pokazywane w telewizji. A co jeśli pewnego dnia okaże się, że to już nie są tylko informacje z mediów, ale niedostatek, walki i anarchia zapanują tuż pod naszym domem?

Bohater książki „Apokalipsa Z. Początek końca” hiszpańskiego autora, Manela Loureiro, przekonał się na własnej skórze, jak taki scenariusz może wyglądać. Jedyne, co w takim przypadku wiadomo, to to, że… nic nie wiadomo. Ale po kolei.

Wszystko zaczyna się na Kaukazie, gdzie terroryści atakują bazę wojskową. Niedługo po tym wydarzeniu serwisy informacyjne co rusz donoszą o nowych aktach przemocy w tych rejonach – zamieszki, burdy, lokalne podpalenia. Z prędkością światła zajścia te rozprzestrzeniają się na całą Rosję. Ponadto do mediów przedzierają się informacje o dziwnym zachowaniu niektórych ludzi – podejrzewa się u nich chorobę, która powoduje wzrost agresji, otumanienie… Zachowanie ludzi zarażonych dziwnym wirusem (?) przypomina trans wywołany niektórymi narkotykami, ale czy to o nie chodzi? Skala zjawiska jest tak duża, że trudno w to uwierzyć, a władze nie chcą udzielać żadnych informacji. Zresztą mamy tu do czynienia z władzami rosyjskimi, które wyjątkowo dużo wiedzą o uciszaniu „mówiących za wiele” i o cenzurze. Nadchodzi w końcu dzień, w którym z Rosji nie napływają już żadne informacje (ani oficjalne, ani nieoficjalne).

Podejrzana epidemia rozprzestrzenia się natychmiastowo – wychodzi poza granice Rosji i obejmuje kolejne kraje, w tym Hiszpanię. Tu mieszka pewien młody adwokat, śledzący z  trwogą najnowsze informacje. Biorąc sobie do serca ostrzeżenia władz, zaopatruje się na wypadek braku prądu i trudności w podróżowaniu we wszystko, co niezbędne, ale nie wierzy, by stan zagrożenia miał trwać zbyt długo. Póki działa Internet, mężczyzna spisuje bieżące wydarzenia na swoim blogu, potem – gdy świat wirtualny zamiera – zaczyna prowadzić dziennik w zeszycie.

Opowiada w nim krok po kroku, jak dowiedział się o tajemniczym wirusie (choć nie ma pewności, że o wirus właśnie chodzi), o domysłach dotyczących jego pochodzenia, o chaosie i wszechobecnym niepokoju, o godzinach policyjnych. Wreszcie o stopniowym upadku cywilizacji i o pojawieniu się Nieumarłych na ulicach.

Już sama forma narracji w tej książce pozytywnie przemawia do współczesnego czytelnika – blog, dziennik? Bardzo wielu z nas go przecież prowadzi (choć o różnych tematykach). Kolejnym, charakterystycznym plusem dla tej powieści jest realizm opisywanych zdarzeń. Czytając ją, naprawdę miałam wrażenie, że coś takiego może wydarzyć się w świecie, w którym aktualnie żyjemy – świat głównego bohatera takim właśnie jest! Główny bohater jest szalenie naturalny – nie jest nie bojącym się niczego supermanem ratującym świat. Boi się i to jak diabli! Ale nie traci przy tym wszystkim zdrowych zmysłów i przede wszystkim – potrafi myśleć. Już w momencie, gdy władze ostrzegały przed ewentualnymi przerwami w dostawie energii i utrudnieniami komunikacyjnymi, bohater przygotował się na tę ewentualność – na przetrwanie krótkiego odcinka czasu w skrajnie złych warunkach do życia. Jest też bardzo rzeczowy, dosadny i konkretny…

Rozbawił mnie pomysł modlenia się do Boga w sytuacji, gdy już trafiliśmy do piekła (…)[1]

Jest jeszcze Lukullus – kot adwokata. Przyznam szczerze, że z początku trochę bawiło mnie podejście bohatera do zwierzaka. Mimo że cywilizacja upadała, ulice pełne były żywych trupów, to ten często ryzykował dla tego kota życie. Dopiero potem uzmysłowiłam sobie, że to właśnie dzięki temu zwierzakowi mężczyzna nie oszalał pod naporem tragizmu zaistniałej sytuacji… Zwyczajnie miał dla kogo żyć i miał dla kogo się starać.

Manel Loureiro
źródło: www.lubimyczytac.pl
Kolejnym plusem jest tempo akcji oraz jej zwroty. Ciągle coś się dzieje, coś nieprzewidywalnego i zaskakującego – sprawia to, że naprawdę trudno oderwać się od książki.

Jedyne zastrzeżenie, jakie mogę mieć do tego tytułu, dotyczy zakończenia – jest zdecydowanie zbyt mało spektakularne i zaskakujące, ale… W końcu przed nami jeszcze dwa tomy powieści. One pewnie to nadrobią.

Moje dotychczasowe doświadczenie z tematem zombie w literaturze może nie jest zbyt wielkie, ale w porównaniu z tym, co już przeczytałam, „Apokalipsa Z. Początek końca” to naprawdę dobrze skonstruowana powieść, którą czyta się jednym tchem! Polecam ją każdemu fanowi tego nurtu.



Ocena: 5/6








[1] M. Loureiro, Apokalipsa Z. Początek końca, MUZA, Warszawa 2013, s. 230.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Muza oraz Business & Culture.