Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Papierowy Księżyc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Papierowy Księżyc. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 lutego 2014

Łabędzi śpiew. Księga II - Robert McCammon




tłumaczenie: Maria Grabska-Ryńska
tytuł oryginału: Swan Song
seria/cykl wydawniczy: Łabędzi śpiew tom 2
wydawnictwo: Papierowy Księżyc
data wydania: 7 listopada 2013
ISBN: 9788361386377
liczba stron: 552


Świata, który tak dobrze znaliście, już nie ma. Pewnego roku, dnia siedemnastego lipca zło i nienawiść ludzka wzięła górę nad Ziemią i jej mieszkańcami. Rosja zapoczątkowała kolejną falę agresji, której apogeum stanowiły serie wybuchów bomb atomowych. Po tych wydarzeniach świat przypomina jedno wielkie gruzowisko i wielką połać cmentarza. Ci, którzy cudem ocaleli, wręcz potykają się o zwłoki ludzkie i zwierzęce. Skażona ziemia już nie rodzi plonów, drzewa pousychały, a picie dostępnej wody gwarantuje szybką śmierć w męczarniach.
                         
Tak wygląda świat widziany oczyma Roberta McCammona, autora powieści postapokaliptycznej pt. Łabędzi śpiew. Ta koszmarna wizja zamknęła pierwszą księgę powieści. Cóż, optymizmu w niej wiele nie było. Pozostało mieć nadzieję, że w drugiej księdze coś się wreszcie zmieni na lepsze. Jednak moje nadzieje okazały się być złudne, przynajmniej na początku.

Od zakończenia tych tragicznych wydarzeń los ocalałych nie poprawił się. Wręcz przeciwnie, żywności brakuje każdemu, posiłki przygotowywane są na bazie tego, co uda się znaleźć lub ukraść (np. zupa na bazie korzonków, pieczone szczury). O mięso jest bardzo trudno, zwłaszcza że wiele zwierząt jest również skażonych. Te, które odważą się zbliżyć do osad ludzkich, często okazują się bardzo niebezpieczne i nieprzewidywalne – widok dwugłowych stworów czy szczurów wielkości dorosłego kota to codzienność w nowym świecie. Brakuje ubrań, o lekach nie ma nawet co śnić, dlatego znachorki znające się na ziołolecznictwie stoją teraz na równi z dawnymi lekarzami. Jednak żadne zioła i wiedza byłych medyków nie potrafią uleczyć piętna Kaina, jak nazywają je niektórzy, które dotknęło wybranych ludzi. Owo piętno to specyficzna narośl, która przykrywa twarz i głowę twardą skorupą, nie ustępując nawet po zetknięciu z nożem – nazwano ją maską Hioba.

Ta dziwna przypadłość nie odpuściła również kluczowym bohaterom nowej rzeczywistości. Zeszpecona nim została młoda i piękna dziewczynka imieniem Swan, obdarzona cudownymi i uzdrawiającymi zdolnościami. Maska ogranicza jej możliwość widzenia i mowy a wszyscy, którzy dziewczynki nie znają i spotykają po raz pierwszy, uciekają od niej z krzykiem. Tylko jej towarzysz niedoli, były zapaśnik Josh, trwa przy niej niezmiennie – zna jej prawdziwą naturę i chroni najlepiej jak potrafi. Z kolei w innym miejscu Ameryki bezdomna kobieta, którą zwą Siostrą, toczy swój prywatny bój o przetrwanie. Pomaga jej w tym magiczny pierścień, który pokazuje drogę. Drogę, która wiedzie ją do utalentowanej Swan.

- Nie ma już na świecie sprawiedliwości i podłości – rzekł.- Jest tylko szybszy pistolet i wyższy poziom przemocy[1].

Mimo że życie na Ziemi samo w sobie jest teraz wyzwaniem, to przecież nie ma niczego tak złego, aby ludzie nie byli w stanie jeszcze bardziej tego zepsuć. Zawsze można sprawić, aby piekło zaistniałe na Ziemi uzyskało nowy wymiar – przemocy, żądzy sprawowania władzy, krwi, fanatyzmu religijnego i najczystszej odmiany zła. Czy z tego da się jeszcze odbudować przyjazny dla ludzi świat? Czy może ludzie, nie do końca świadomie, dążą jednak do autodestrukcji?

Na te pytania oraz szereg innych odpowie Wam sam autor Łabędziego śpiewu, który tworząc fikcyjną wizję świata, wplata całe mnóstwo jak najprawdziwszych cech ludzi z naszej, prawdziwej rzeczywistości. Jest zło (w książce przejawiające się w dwojaki sposób: jako konkretna postać i jako cecha ludzka), jest pragnienie władzy, jest bezwzględność i jest fanatyzm religijny, który – jak pokazuje przykład wielu krajów – nigdy do niczego dobrego nie prowadzi. McCammon przeraża realizmem…

Jednak pisarz nie pozostawia czytelnika na pastwę tego, co najgorsze. Zapala przed nim płomyk nadziei, sprawia, że myśli, iż jeszcze nie wszystko stracone – kreuje postać delikatnej Swan, której dobroć serca każe wierzyć, że lepsze jutro jeszcze może nadejść. By uwypuklić dobro drzemiące w dziewczynce, w ramach kontrastu zestawia z nią postać Rolanda – młodzieńca kiedyś zakochanego w brutalnych grach komputerowych, obecnie zabijającego ludzi w świecie rzeczywistym. Jego przemiana ze zwykłego nastolatka w maszynę do zabijania robi mocne wrażenie… Zresztą jak każdy bohater, którego kreacja zrodziła się w głowie McCammona.

Za co pokochałam tego pisarza? Nie tylko za świetne kreacje postaci, nie tylko za wizje przedstawianego przez siebie świata, nie tylko za szereg intrygujących wydarzeń i nie tylko za wspaniałą wyobraźnię. Pokochałam go za szczegółowość w tworzeniu swoich powieści – nie brak u niego niczego, nawet najdrobniejszych elementów. Wszystko jest dograne, wszystko się ze sobą wiąże i tworzy spójną całość. Tak było w przypadku Magicznych lat i tak jest w Łabędzim śpiewie.

Robert McCammon
(źródło: www.lubimyczytac.pl)
To wszystko nie znaczy jednak, że omawiana przeze mnie książka jest w stu procentach idealna – nie jest. W drugiej księdze powieści widać, że autor lubi podążać dobrze utartymi szlakami, mianowicie powiela dobrze znany z powieści postapokaliptycznych schemat, w którym mamy działania wojenne, a tłem dla ogarniającego świat zła jest fanatyzm religijny. Chyba już ciężko o tego typu powieść, w której zabrakłoby tych właśnie elementów. Ponadto zakończenie pozostawia według mnie wiele do życzenia. Jest zbyt proste, banalne i nieoryginalne. Po tak dobrej powieści można spodziewać się finiszu przyprawiającego o gęsią skórkę, ale niestety McCammon o to nie zadbał.

Mimo wszystko całość jest tak dobra, tak świetnie dopracowana i wciągająca w realia swojego mrocznego świata, że nie sposób odebrać jej miana jednej z najlepszych przedstawicielek nurtu. Zdecydowanie! Klimat, jaki tworzy McCammon jest niepowtarzalny – no może tylko King potrafi stworzyć lepszy, ale wcale nie o tak wiele jakby się mogło wydawać. Tych dwóch panów śmiało można już postawić na tym samym podium, choć jeszcze nie na tym samym miejscu.

Książkę polecam fanom McCammona, Stephena Kinga, mrocznych wizji świata oraz świetnie skrojonych i rozbudowanych powieści o walce dobra ze złem.

Ocena: 5/6




[1] R. McCammon, Łabędzi śpiew. Księga II, Papierowy Księżyc, Słupsk 2013, s. 45.

Łabędzi śpiew. Księga I - LINK


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Papierowy Księżyc.



NEWS Z OSTATNIEJ CHWILI! W konkursie na Blogera roku 2013 Ksiażkówka jest już na 3 miejscu! Dziękuję i proszę o głosy, jeśli ktoś jeszcze swojego nie oddał. :) KLIK

poniedziałek, 14 października 2013

"Łabędzi śpiew. Księga I" Robert McCammon





tłumaczenie: Maria Grabska-Ryńska
tytuł oryginału: Swan Song
seria/cykl wydawniczy: Łabędzi śpiew tom 1
wydawnictwo: Papierowy Księżyc
data wydania: już niedługo :), recenzja przedpremierowa
ISBN: 9788361386346
liczba stron: 500



Mówi się, że w życiu pewne są tylko podatki i śmierć. Patrząc na otaczające nas realia, dodałabym do tego jeszcze jeden pewnik – wojnę. Rejony dotknięte działaniami militarnymi nawet przed wielu laty, nadal nie mogą wyzwolić się spod tego jarzma i odczuwają tragiczne skutki prowadzonych walk. Bardzo poważnym zagrożeniem są ataki terrorystyczne, które z dnia na dzień zwiększają swój zasięg i przybierają na sile. Pozostaje więc pytanie, kto pierwszy sięgnie po broń zagrażającą całemu światu?

Korea? Rosja? Amerykanie? Robert McCammon w powieści pod wymownym tytułem „Łabędzi śpiew. Księga I”, która niebawem ukaże się na naszym rynku, przekonuje, że globalny kataklizm wywołany zostanie przez konflikt Rosji z Ameryką.

Dokładnie nie jest wiadome, kto zaczął… Wstępnie mówiono o rosyjskim ataku, ale i tak od dawna było oczywiste, że trzecia wojna światowa to już tylko kwestia czasu – choć nie wszyscy w to do końca wierzyli. Bezdomna kobieta (zwana Siostrą Nawiedzoną), która przemierzając ulice Manhattanu w poszukiwaniu resztek jedzenia wieściła wszystkim rychłe nadejście Armagedonu, dobrze wiedziała o tym, co za chwilę nastąpi. Nikt nie traktował poważnie tego, co mówiła, i nikt jej nie słuchał, bo niby po co wierzyć bezdomnej wariatce?

Tymczasem wojna staje się faktem. Wybuchy bomb atomowych zmieniają Amerykę w jedno wielkie gruzowisko. Ulice (usłane ciałami zmarłych) przemierzają ci nieliczni, którym udało się przeżyć, w tym wspomniana już Siostra, a także Joshua Hutchins (były zapaśnik) i jego mała towarzyszka podróży o imieniu Swan, obdarzona niesamowitymi umiejętnościami.

Mieli być też inni szczęśliwcy. Szczęśliwcy, którzy w bezpiecznym schronieniu powinni przetrwać zmasowany atak bomb. Tuż przed wybuchem wojny zamieszkali w tzw. Podziemnym Domu – miejscu gwarantującym w ich mniemaniu ocalenie dzięki zaawansowaniu technicznemu i solidnej konstrukcji. Gdy przyszło zagrożenie, Podziemny Dom stał się zbiorowym grobem dla większości jego mieszkańców oraz osób sprawujących  dowództwo. Ocalał pułkownik Macklin (choć pozbawiony jednej ręki) i jego młody towarzysz niedoli – Roland. Nastolatek – na co dzień zafascynowany światem brutalnych i krwawych gier – ma okazję uczestniczyć w najprawdziwszej grze na śmierć i życie, nie będącej wirtualną iluzją…

Wśród żyjących znajdują się też uciekinierzy ze szpitala psychiatrycznego, którzy w ramach rozrywki urządzają innym zabawę, w której wygrać można własne życie. Pojawia się na chwilę prezydent – człowiek, który jedną swoją decyzją zmienił bieg losów świata. Są też parchy i trupojady. Jest anarchia, walka o władzę nad tym, co pozostało, i wszechogarniające pragnienie bycia panem. Jest brud, ropiejące rany i psia karma na śniadanie – jeśli akurat komuś dopisało szczęście. Są też wygłodniałe psy i wilki, których cuchnące mięso staje się jednym z największych rarytasów. Jest przemoc, która nie zna granic – zabicie niemowlęcia postrzega się jako banalne, a gwałty to codzienność. Jest więc wszystko to, o czym… śniliśmy w najgorszych koszmarach!

Doprawdy, ciężko mówić mi o tej książce… Trudno wyrazić wrażenia po zakończonej lekturze… Tu tyle się dzieje! Nie ma chwili wytchnienia – od pierwszych stron akcja gna wartko naprzód. Wczoraj życie biegło normalnym torem, a dziś nie ma już Ameryki, a może i pozostałych kontynentów? Nikt nie wie, co dzieje się w Europie… nie ma przecież łączności.

Pojawiające się w powieści postacie przykuwają uwagę swoją różnorodnością. Mamy bohaterów dobrych i złych, słodkich i uroczych oraz odpychających i przerażających. Tych, którym od początku źle patrzyło z oczu, i takich, w których wewnętrzne zło miało się dopiero obudzić… Wszyscy są wyraziści i żywi, każdy jest na swój sposób szalenie charakterystyczny, każdy wzbudza w nas jakieś uczucia – jednych się nienawidzi, drugich uwielbia. Część z nich intryguje swoją mroczną naturą… Na przykład Roland – nastolatek jakich wiele, grzeczny chłopiec – pewnego dnia staje się bezwolną marionetką do zabijania, wypełniającą rozkazy swego animatora.

Robert McCammon
źródło: www.lubimyczytac.pl
Opis zaprezentowanego świata, sytuacji, zdarzeń i postaci jest szalenie szczegółowy. Taki z pietyzmem, chciałoby się powiedzieć. Co prawda miałam kilka zastrzeżeń co do pożywienia, które znajdowali bohaterowie, bo przecież po wybuchu bomb jądrowych wszystko powinno być skażone, a im jednak udawało się znaleźć „czysty” prowiant, po którym nie chorowali i nie umierali. Z drugiej zaś strony, gdyby wszyscy bohaterowie umarli już na samym początku, McCammon nie miałby o czym opowiadać, a przecież w końcu nie o wiarygodność tu chodzi, ale o zaprezentowanie katastroficznej wizji świata po globalnym kataklizmie.

Tak, książka jest naprawdę dobra! Określa się ją mianem jednej z najlepszych pozycji postapokaliptycznych i z tym się zgadzam, choć daleka jestem od porównywania I Księgi „Łabędziego śpiewu” do którejkolwiek powieści reprezentującej ten nurt. Moim zdaniem Robert McCammon stworzył historię, która idealnie wpasowując się w klimat świata po zagładzie, jednocześnie mocno się wyróżnia na tle innych tego typu relacji. Jest dokładna, dopracowana, napisana z rozmachem i daje nadzieję, że Księga II jako kontynuacja będzie równie wyśmienita. Ale o tym przekonam się – mam nadzieję – już niedługo i na pewno poinformuję was o wrażeniach z lektury. Zatem do miłego zobaczenia panie McCammon!

Ocena: 5.5/6



Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Papierowy Księżyc.

Przypominam o moim konkursie (LINK), w którym wygrać możecie "Doktor Sen" Kinga! :) Macie czas do najbliższego piątku godz. 23:59.

wtorek, 9 lipca 2013

"Mali książęta" Conor Grennan



tłumaczenie: Marta Kędra
tytuł oryginału: Little Princes
wydawnictwo: Papierowy Księżyc
data wydania: lipiec 2013 - recenzja przedpremierowa
ISBN: 9788361386346


Jakie są powody, dla których podróżujemy? Banalne pytanie… By poznać świat, zobaczyć jak najwięcej w swoim życiu, zwiedzić zakątki, których jeszcze nikt nie widział, i zapoznać się z kulturami tak różnymi od naszej. Podróże to pasja, czasem sposób na życie albo i jego treść. Jak się okazuje jednak, wyjątków od takiego podejścia do podróży nie brakuje. Znalazł się ktoś, kto wybrał się na bardzo długą wycieczkę dookoła świata po to, by między innymi… imponować kobietom.

Oczywiście imponowanie znajomym i rodzinie też nie zaszkodzi, ale która z kobiet oprze się młodemu mężczyźnie, który zwiedził świat, a zaczął to wszystko od wolontariatu w domu dziecka? Najprawdopodobniej żadna – z takiego założenia wyszedł Conor Grennan, rozpoczynając swoją wielką, życiową przygodę, a następnie spisując ją na kartach powieści „Mali książęta”. Nie powiem, żeby taka motywacja mnie zachwycała… Początkowo nawet kręciłam nosem, czytając szczere wyznania Grennana, ale… szybko mu to wybaczyłam w obliczu przemiany, jaką przeszedł. Z lekkoducha, któremu najpewniej niewiele w życiu kiedykolwiek brakowało, w zaradnego i dojrzałego mężczyznę.


Skąd ta pozytywna metamorfoza? Na pewno nie nastąpiła w wyniku popijania drinków ozdobionych parasolkami, w otoczeniu skąpo ubranych pań, wachlujących go wielkim liściem. Wręcz przeciwnie. To, kim się stał, jak dojrzał, zawdzięcza ogromnemu wysiłkowi, samozaparciu i przede wszystkim pewnym małym istotom, nad którymi prawdopodobnie każdy z nas załamywałby ręce, użalając się nad ich losem. I zupełnie niepotrzebnie! Bo te małe istotki, zamieszkujące jeden z nepalskich domów dziecka, to jedne z najradośniejszych dzieci pod słońcem – to Mali Książęta.

Wokół panował ciągły niepokój z powodu wojny domowej, która trwała w Nepalu przez długi czas. Łatwo się domyślić, że z tym wszystkim (pomijając już walki i politykę) wiąże się głód, brud, choroby i ogromne cierpienie ludzi, w tym małych dzieci. Nic więc dziwnego, że niektórzy z nepalskich rodziców chwytali się każdej możliwości poprawienia sytuacji życiowej swoich pociech. Trafiali na takich, którzy naprawdę pomagali, ale byli też tacy, którzy na pozornej pomocy chcieli się jedynie dorobić. I co gorsza, świetnie im to wychodziło.

W końcu pojawił się on, Conor – Amerykanin niemający bladego pojęcia o dzieciach, o kulturze Nepalu i o wszystkim, co się wiązało z tym krajem. Postanowił jednak działać. W trudach – okraszonych wieloma przekomicznymi, ale też i smutnymi sytuacjami – zrodziła się jego miłość do dzieciaków i do samego miejsca oraz żywa chęć udzielania im pomocy.

Czytając tę relację autora, śledzimy jego poczynania niemal krok po kroku, śmiejemy się razem z nim, cierpimy, idziemy hen, wysoko w góry w poszukiwaniu rodzin dzieci z domu dziecka, ryzykujemy życie, stajemy oko w oko z okrucieństwem wojny, ze śmiercią głodową maluchów… Mogłabym tak wymieniać jeszcze długo, ale po co? Nie ma sensu, bo to Wy sami musicie poznać historię Conora oraz Małych Książąt. Historię słodko-gorzką (w przewadze goryczy), ale bardzo pouczającą, otwierającą oczy na problemy takich krajów, jak Nepal, o których zdaje się, że cały świat zapomniał. Na szczęście to tylko założenie, bo w rzeczywistości są ludzie, którzy pragną chociażby w małym stopniu zmienić los tych bezbronnych istot. Ktoś powie, że nikt nie jest w stanie pomóc im wszystkim, i to będzie prawda. Jednak możliwość przywrócenia uśmiechu na twarzy choć jednemu z nich to już ogromny sukces!

Nie napiszę o wadach tej książki, bo takowych nie stwierdzam. Czyta się ją z zapartym tchem! Jest niesamowita, poruszająca i co ważne – nie opisuje sucho problemu, ale przede wszystkim opowiada, jak można z nim walczyć! Pokazuje, że można coś zmienić, zaczynając od zera, tak jak Conor. Wystarczy chcieć!




Ocena: 5.5/6



Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Papierowy Księżyc.


czwartek, 7 lutego 2013

"Siedem minut po północy" Patrick Ness




data wydania: kwiecień 2013 (recenzja przedpremierowa)
wydawnictwo: Papierowy Księżyc
tytuł oryginału: A Monster Calls
tłumaczenie: Marcin Kiszela


     Są takie książki, które mają na nas szczególny wpływ. Po przeczytaniu zaledwie jednej strony czujemy, że wciągają nas w swój tajemniczy świat i nie zamierzają nas z niego wypuścić, mimo że bardzo tego chcemy. Im dłużej w nim przebywamy, tym większy czujemy dyskomfort, potem niemal fizyczny ból i strach, który okrywa nas szczelnie z każdej strony. Nie ma z niego żadnej drogi ucieczki, a jedyną formą oderwania się od tej papierowej rzeczywistości jest przeczytanie opowieści do samego końca. Czy tego chcesz, czy nie,  zmusi cię ona, byś poznał jej przesłanie, poznał PRAWDĘ w niej zawartą… Z taką książką przyszło mi się zmierzyć w ostatnich dniach.

    Gdy obudziłam się wraz z Conorem dokładnie siedem minut po północy, nie wiedziałam, czego się spodziewać, nie wiedziałam, co za chwilę się wydarzy, choć czułam dziwny niepokój. Jeden, potem drugi podmuch wiatru za oknem, kilka liści, które wpadły do pokoju, i coś… Nie, to chyba jakieś przywidzenie… Czyżby ten ogromny cis, który rośnie na zewnątrz, się poruszył? A jednak… Po chwili przeobrażony w najprawdziwszego potwora rozmawiał z Conorem. Przyszedł, by opowiedzieć mu trzy historie i na koniec wysłuchać tej czwartej, którą opowie mu już sam chłopiec.

    Na szczęście w końcu nastał ranek. Chcę wierzyć, że te nocne sceny były tylko sennym majakiem. Tymczasem widzę, jak chłopiec sam robi sobie śniadanie i delikatny porządek w domu. Dopiero po chwili pojawia się jego zmęczona matka – leczenie nie przynosi takiego skutku, jakiego pragną, i nowotwór z dnia na dzień wyniszcza ją coraz mocniej. Mimo tych trudności Conor nie zaniedbuje swoich szkolnych obowiązków – stara się jak może, dlatego tym trudniej jest mi patrzeć, jak jego - pożal się Boże - koledzy pastwią się nad nim i dokuczają mu. Wszystko zdaje się sprzysięgać przeciwko niemu. Na domiar złego POTWÓR nie pozwala mu o sobie zapomnieć – nawiedza go regularnie, przejmując kontrolę nad  emocjami i zachowaniem trzynastolatka.

    Chwile, które spędziłam z Conorem - bohaterem małej objętościowo, ale wielkiej pod względem treści, siły przekazu i ładunku emocjonalnego, powieści „Siedem minut po północy” – to jedno z najtrudniejszych czytelniczych spotkań, jakie do tej pory mi się przydarzyły. Patrick Ness, opierając się na pomyśle przedwcześnie zmarłej (z powodu raka piersi) pisarki Siobhan Dowd, stworzył chwytającą za serce historię kilkunastoletniego chłopca mierzącego się z chorobą i utratą matki. Ów nawiedzający go potwór to nic innego, jak negatywne emocje, z którymi musi się zmagać: lęk przed chorobą nowotworową matki i perspektywą jej śmierci, złość (a nawet agresja) z powodu sytuacji, która go przerasta, i jednocześnie brak sił do życia z takim brzemieniem. Przekonujące ukazanie skrajnych emocji i próby zmierzenia się z nimi, przyznania się do nich - oto cecha charakterystyczna utworu. Jest to fenomenalne studium dziecka borykającego się ze stratą bliskiej osoby – wyraźnie ukazane zostały kolejne etapy tego zjawiska.

    Chociaż opowieść najeżona jest ogromną ilością metafor i niedopowiedzeń, co ma na celu nadanie jej szczególnej głębi i z lekka filozoficznego wymiaru, mamy tu do czynienia z komunikatywnym językiem, który nie utrudnia odbioru treści. Łatwo uruchomić własną wyobraźnię, wczuć się w sytuację bohatera, poddać się szczególnej atmosferze zaprezentowanej historii.

    „Siedem minut po północy” daje dużo do myślenia. Sama zastanawiałam się nad tym, ile już takich „potworów” nawiedziło mnie w życiu (niekoniecznie zawsze muszą mieć one związek z czyjąś śmiercią). Wspominałam, jak z nimi walczyłam, jak udało mi się je pokonać. Zaczęłam też zadawać sobie pytanie: Jak ja zachowałabym się w obliczu takiej osobistej tragedii, jakiej doświadczył Conor? Wyniosłam z tej książki konkretną naukę – nigdy nie należy ukrywać przed samym sobą swoich prawdziwych uczuć i emocji, zawsze trzeba je nazywać po imieniu, choćby nie wiem jak bardzo było to trudne.

    Rok dwa tysiące trzynasty już na początku drugiego ze swych miesięcy postarał się o to, bym doświadczyła niezwykłej literackiej przygody z książką, która na dobre zapadła mi w pamięć. Wam też gwarantuję takie przeżycie, jeśli tylko zdecydujecie się po nią sięgnąć.

Ocena: 6/6


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Papierowy Księżyc


środa, 19 grudnia 2012

"Czarne sekundy" Karin Fossum




Tytuł oryginału: Svarte sekunder
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Premiera: 2012
Liczba stron: 316
Tłumaczenie: Marcin Kiszela
ISBN: 978-83-61386-23-0



"Poprowadź to śledztwo"


Moja mała, śliczna córeczka. Ma zaledwie dziewięć lat, a już jest taka samodzielna i zaradna. Moje oczko w głowie… Tak szybko nauczyła się jeździć na rowerze, że ani się obejrzałam, jak poprosiła o kupno swojego wymarzonego modelu w żółtym kolorze. A teraz nie ma dnia, by nie wyruszała nim na przejażdżki. Dziś też wybrała się w podróż – niedaleką, bo do pobliskiego kiosku po swoje ulubione pismo i gumę do żucia. Nie ma dużo do załatwienia, więc za krótką chwilę wróci do domu. Na pewno wróci… przecież zawsze wraca…

Mniej więcej takie myśli krążyły po głowie Helgi Joner (bohaterki „Czarnych sekund” autorstwa Karin Fossum) w dniu, w którym zaginęła jej niespełna dziesięcioletnia córka Ida (niebawem miała obchodzić urodziny). Niby coś nie dawało jej spokoju, gdy Ida wychodziła z domu z uśmiechem na ustach obiecując, że niebawem będzie z powrotem. Coś wzbudzało niepokój, ale czy to od razu podstawa do zatrzymywania dziewczynki na miejscu? Może to tylko matczyna nadopiekuńczość… Gdy zbliżała się godzina dwudziesta trzecia, Helga wiedziała już, że stało się coś złego. Nie zastanawiała się ani chwili i czym prędzej, wraz z siostrą, rozpoczęła poszukiwania zaginionej. Wkrótce do poszukiwań dołącza się policja z inspektorem Konradem Sejerem na czele. Niezbyt prędko, ale jednak pojawiają się pierwsze tropy, odnajduje się rower Idy, jednak po dziewczynce ani śladu… Kto stoi za jej zaginięciem?

Tego, drogi czytelniku, dowiesz się dzięki osobiście prowadzonemu śledztwu. Tak, tak! Nie pomyliłeś się – sam będziesz odkrywał podejrzanych, bowiem autorka tak prowadzi fabułę, by przez długi czas policja nie była w stanie nikogo w jawny sposób nawet podejrzewać o próbę uprowadzenia dziewczynki, ale byś Ty, jak na dłoni, widział ich jako pierwszy. Przyznaję, że ten zabieg podobał mi się wielce – daje poczucie faktycznego uczestnictwa w akcji. Jednak to nie koniec atrakcji, jakie zafundowała nam tym razem ta norweska autorka kryminałów. Kto kojarzy nazwisko Fossum, na pewno wie, że słynie ona z nienagannej kreacji bohaterów – w przypadku „Czarnych sekund” znów pokazała swoje mistrzostwo. Niemal każda z postaci jest namacalna dzięki świetnym opisom osobowości, jak i emocji towarzyszącym w konkretnych scenach. Przyglądając się przeżyciom Helgi, czułam się tak, jakbym to ja przeżywała koszmar utraty kontaktu z własnym dzieckiem.

Pamiętam też dobrze poprzednią lekturę tej autorki – „Za podszeptem diabła” – w której urzekł mnie tak charakterystyczny dla norweskich kryminałów/thrillerów chłód wydobywający się z psychiki czarnych charakterów. Z delikatnym bólem stwierdzam, że tego mi zabrakło w „Czarnych sekundach”. Jednak, przy opisanych przeze mnie zaletach tej powieści, trzymającej w napięciu akcji, mocnych opisach w finalnych scenach, ten drobny szczegół można puścić w niepamięć.

zdjęcie pochodzi z okładki książki
Komu polecam ten tytuł? Fanom Fossum, norweskich kryminałów i tym, którzy nie boją się zmierzyć z negatywnymi, przykrymi emocjami bohaterów – bo te na pewno Was nie oszczędzą!












Ocena: 5/6







poniedziałek, 29 października 2012

"W najciemniejszym kącie" Elizabeth Haynes




Data premiery: listopad 2012 - recenzja przedpremierowa
Tytuł oryginału: Into the Darkest Corner
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Tłumaczenie: Jarosław Fejdych
ISBN: 978-83-61386-25-4


Będę czujna i rozważna – to mnie przed NIM uchroni. Zamknę drzwi na cztery spusty, a następnie porządnie sprawdzę, czy na pewno nie można przez nie wejść do środka, wtedy ON – mężczyzna z marzeń i snów – nie  dostanie się do mojego mieszkania. Przed wyjściem do pracy porządnie zasłonię okna, by w drodze powrotnej, wypatrując malutkiej szparki przepuszczającej światło, wiedzieć, czy TEN czuły i troskliwy człowiek czeka na mnie w środku. To NIEGO boję się w życiu najbardziej, choć dawał mi miłość bezgraniczną, taką, o której marzy każda kobieta. Był moim księciem w lśniącej zbroi, regularnie okładającym moje ciało ciosami swoich pięści…


Catherine Bailey, jak wiele innych kobiet, świadomie czy też nie, pragnęła prawdziwej i szczerej miłości. Niby nie szukała jej celowo, żyła chwilą, bawiła się często przekraczając niebezpieczne granice i nie sądziła, że to miłość odnajdzie ją, w dodatku w miejscu, w którym na próżno szukać zażyłości i stabilnych relacji damsko-męskich. A jednak! Urzekający swym wyglądem oraz stylem bycia ochroniarz jednego z klubów nocnych o imieniu Lee, usidlił niepokorną duszę Catherine. Jednak od samego początku ciągle coś stoi na przeszkodzie beztroskiej sielance tych dwojga. Kobiecie trudno pogodzić się z tym, że tak niewiele wie o swoim nowym partnerze oraz, że on tak niewiele chce zdradzić na swój temat… Tajemnicza praca, późne powroty do domu, siniaki, zadrapania czy nawet głębokie rany – Cathy nie miała prawa poznać ich pochodzenia. Tego początkowo życzył sobie Lee, ale nie wszystko toczy się tak, jakbyśmy tego chcieli… Bohaterka niebawem zaczyna obawiać się o własne życie, a bieg wydarzeń oraz ich psychiczne następstwa wpędzają ją w trudny i przykry świat zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych.

Pewnie część z Was pomyśli teraz, że zapowiada się na wyjątkowo ciężką lekturę? Nie mylicie się ani trochę. Nie jest to książka z kręgu lekkich, zabawnych i przyjemnych. Dotyka bowiem brutalnej tematyki przemocy domowej, hermetycznie zamkniętej w czterech ścianach. Mówi o próbie uwolnienia się od niej i totalnym braku zrozumienia ze strony najbliższego otoczenia, o całkowitym osamotnieniu w trudnych chwilach, o chorej wizji związku z psychopatą, i wreszcie, o tragicznych tego następstwach – przedstawia długi, żmudny proces walki o zdrowie, powrót do względnej równowagi. Jednak czy po czymś takim można się jeszcze podnieść? Czy można mówić o jakiejkolwiek normalności?

Na te i wiele innych pytań odpowie Wam debiut autorstwa Elizabeth Haynes pt. „W najciemniejszym kącie”. Nim jednak te odpowiedzi poznacie, czeka Was wyjątkowo długa (wg mnie można by ją odrobinę skrócić) i trudna droga przez meandry chorej natury oprawcy i przerażających doświadczeń ofiary. Historia bohaterki kreślona jest na dwóch płaszczyznach – w teraźniejszości i przeszłości. Początkowo zabieg ten daje uczucie śledzenia losów dwóch różnych kobiet, tak bardzo opowiadane historie się różnią. Jednak im mocniej zabrniecie w głąb fabuły, tym szybciej wątpliwości Was opuszczą – cały czas chodzi o jedną osobę, Catherine.
Zdawać by się mogło, że skoro autorka książki jest kobietą, to pewnie postarała się, by tę historię przekazać w możliwie jak najlżejszy sposób. Nic bardziej mylnego. Haynes nie oszczędza czytelnika, fabuła nie jest pozbawiona brutalnych opisów gwałtów czy pobić, a język stosowny – gdy trzeba używa mocnych, wulgarnych słów (nie przesadzając jednak). Wszystko to razem sprawia, że każdy, kto weźmie do ręki „W najciemniejszym kącie”, wejdzie w życie Catherine czy tego chce, czy nie…
Chwilami łapałam się na tym, że czuję się tak, jak pewnie mogła się czuć kobieta z okładki – zaszczuta, stłamszona i odarta z woli życia.

„W najciemniejszym kącie” to świetnie skonstruowany thriller psychologiczny z ogromnym ładunkiem emocjonalnym. Czy dla każdego? Kłamstwem byłaby odpowiedź twierdząca. To lektura dla odpornych psychicznie czytelników, którzy nie boją się zmierzyć z tym, co można znaleźć w najciemniejszym kącie tak dobrze nam znanego domu…

Ocena: 5/6

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu Papierowy Księżyc.


czwartek, 27 września 2012

"Rudy. Prawo do życia" Jack Ketchum




Data premiery: wrzesień 2012 - recenzja przedpremierowa
Tytuł oryginału: Red / Right to life
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Format: 143x205 mm
Tłumaczenie: Bartosz Czartoryski, Marcin Kiszela
ISBN: 978-83-61386-19-3





"Zadać ból to rzecz ludzka, choć nieuprzejma…"


Rozpoczynając długo wyczekiwaną przeze mnie lekturę jednego z moich ulubionych pisarzy, nie spodziewałam się, że już na samym początku da mi ona tak wiele do myślenia. I nie tyle stało się to za sprawą samego autora książki, co Emily Dickinson, której słowa pozwolił sobie zacytować na pierwszych kartach:

Zadać ból to rzecz ludzka, choć nieuprzejma.

Owszem, wysoce nieuprzejmym jest przytrzaśnięcie komuś palców drzwiami. Podobnie jak potrącenie kogoś w biegu tak, by ten upadając, złamał sobie rękę. A czy ból psychiczny po stracie bliskiej osoby, będzie wyrazem nieuprzejmości ze strony tego, co z pełną premedytacją przyczynił się do straty? Tak, to będzie wyjątkowej wagi nieuprzejmość…
I niech drży ten, który zostanie poddany szybkiej, acz brutalnej lekcji dobrych manier, a jego nauczycielem będzie sam pokrzywdzony.

Avery Allan Ludlow, bohater opowieści Jacka Ketchuma pt. „Rudy”, doskonale zna wagę słów cytowanej poetki. I jak nikomu innemu, zależało mu, by nauczyć grupkę młodych ludzi, dlaczego warto mówić prawdę… Pewnego dnia Ludlow wybrał się ze swoim psem (wabiącym się Rudy) powędkować nad rzekę. Nie sądził, że będą to ostanie chwile, jakie spędzi ze swoim pupilem i że straci ostatnią nić łączącą go z nieżyjąca już żoną. Nagle jakiś młodzieniec z zimną krwią zabija Rudego strzelając do niego z broni. Chłopiec wypiera się tego czynu, ale Avery jest gotowy zrobić wszystko, by usłyszeć z ust młodocianego mordercy zwierząt prawdę oraz słowa skruchy. Nie cofnie się nawet przed wykopaniem rozkładającego się truchła psa…

Bohaterka drugiego (a zarazem ostatniego) tekstu pt. „Prawo do życia”, który znalazł się w tym minizbiorze, ma na imię Sara. Poznajemy ją w momencie, kiedy wie już, że jest w ciąży ze swoim kochankiem (który jest dla niej kimś dużo ważniejszym) i udaje się do kliniki aborcyjnej. Nie dociera jednak na miejsce i wszelki słuch po niej ginie. Greg (ojciec dziecka) szuka jej bezskutecznie, tymczasem, gdzieś daleko Sara odzyskuje świadomość orientując się jednocześnie, że znajduje się wewnątrz czegoś niewiarygodnie ciasnego o drewnianych ściankach do złudzenia przypominającego trumnę…

Tyle, jeśli chodzi o krótkie przybliżenie fabuły tych dwóch opowieści – pora na kilka słów o odczuciach… Już dawno kończąc jakąś książkę, nie miałam w sobie takiego natłoku silnych wrażeń, by nie wiedzieć nawet od czego zacząć! Ketchum zaskoczył mnie po raz kolejny i tym razem zdecydowanie bardzo pozytywnie (w przeciwieństwie do średnio udanego "Potomstwa"). W przypadku „Rudego” pierwsze, co mnie uderzyło, to wyjątkowa, jak na Ketchuma, łagodność tego opowiadania. Nie ma tu tak charakterystycznej dla tego pisarza kondensacji brutalności, makabry, agresji czy wulgaryzmów – wszystko to występuje, owszem, ale w zdecydowanie słabszym natężeniu w porównaniu do innych jego tytułów. W przypadku „Rudego” dominują emocje, które wręcz wylewają się z kart tej opowieści – poczucie niesprawiedliwości i pragnienie jej przywrócenia, bólu po utracie bliskich, złość, bezsilność, osamotnienie… Mogłabym tak wymieniać długo. „Rudy” to niesamowita historia bardzo mocno chwytająca za serce i wyjątkowo trudna dla miłośników zwierząt.

Przepełniona różnorakimi emocjami po zapoznaniu się z opowieścią o życiu Avery’ego Ludlowa, ale wyjątkowo rozluźniona po tak softowej fabule, kompletnie nie spodziewałam się tego, co po chwili następuje. Po lekturze „Prawa do życia” poczułam się tak, jakbym dostała obuchem w głowę! Tutaj Ketchum wrócił do swojego starego i dobrze znanego fanom stylu, gdzie opisywane sceny z przeżyć bohaterów przerażają dosłownością, brutalnością, przemocą i tym, co najgorsze w ludzkich instynktach. Autor w ostry sposób pozbawił Sarę człowieczeństwa, odarł ją z intymności i zafundował jej to, co dla wielu kobiet stanowiłoby najgorszy koszmar, jakiego można doświadczyć…

Tym, co według mnie łączy te dwie opowieści, jest sprawiedliwość – obie kończą się w taki sposób, w jaki wielu z nas by sobie życzyło (jakkolwiek szokująco to nie brzmi dla osób znających zakończenie). Co jeszcze je łączy? Zwierzęta. Mamy tu psa i kota, które okazują się być najlepszymi przyjaciółmi bohaterów. Bo tam, gdzie działy się dramaty i nie było pomocy z rąk innych ludzi, były zwierzęta i choć nie mogły pomóc w sposób doraźny czy pocieszyć słowem, to sama ich bliskość dodawała otuchy, a niekiedy ratowała życie.

Czy warto sięgnąć po „Rudy. Prawo dożycia” Ketchuma? Z całą pewnością tak! Nikt tak jak on nie potrafi nauczyć dobrych manier i uprzejmości, choćby to miało być okupione dużym cierpieniem i litrami utraconej krwi…


Ocena: 6/6




środa, 27 czerwca 2012

"Chłopiec w walizce" Lene Kaaberbol, Agnete Friis



Do lektur skandynawskich kryminałów czy thrillerów nie trzeba mnie namawiać dwa razy. Mają one w sobie niepowtarzalny i bardzo specyficzny klimat. Te stonowane emocje, choć jednocześnie bardzo wyraziste; aura tajemniczości czy jakże specyficzny „chłód” książek o nordyckiej proweniencji. Jest w nich coś tak innego, różnego od naszych rodzimych tytułów, co szalenie mnie pociąga. Dlatego też zdecydowałam się na lekturę kryminału autorstwa duńskiego pisarskiego duetu: Lene Kaaberbol, Agnete Friis pt. „Chłopiec w walizce”.

Pewnego dnia Nina Borg, pielęgniarka Czerwonego Krzyża, zostaje poproszona przez swoją przyjaciółkę o odebranie z dworcowej szafki pewnego bagażu. Ma to zrobić w sposób możliwie jak najbardziej naturalny, niewzbudzający  żadnych podejrzeń co do zawartości walizki. Gdy zadanie udaje się zrealizować, i Nina znajduje się z bagażem w ustronnym miejscu, zaintrygowana nad wyraz ciężką zawartością, postanawia zajrzeć do środka. Okazuje się, że wewnątrz jest kilkuletni chłopiec. Skrajnie wycieńczony, ale wciąż żywy.
Początkowo kobieta nie wie jak się zachować, jakie kroki podjąć, a myśl o tym, co spowodowało, że chłopiec został wpakowany do walizki jak rzecz nie dawała jej spokoju.
Z czasem zdaje sobie sprawę, że dziecko padło ofiarą handlarzy żywym towarem. Co zrobi w tej sytuacji?

Odpowiedź na to pytanie przyniesie Wam lektura niniejszej książki. Czy każdego usatysfakcjonuje zachowanie Niny? Czy każdemu jej postępowanie wyda się słuszne? Gwarantuję, że nie. Jednak analiza jej życiowych doświadczeń zmusza czytelnika do dogłębnego zastanowienia się nad słusznością podejmowanych przez nią decyzji.

Lektura „na wejściu” nie jest zbyt łatwa w odbiorze.. Początkowo trudno odnaleźć właściwy tor i sens fabuły, ponieważ poznajemy kilka, pozornie niezwiązanych ze sobą, historii. Dopiero zanurzenie się w akcji pozwala dostrzec łączącą je nić.

Ponadto trudna jest sama tematyka „Chłopca w walizce” – handel ludźmi, nielegalna adopcja, ostry świat dużych pieniędzy, w którym kupić można dosłownie wszystko, gdzie sumienie nic nie znaczy. Kryminalne aspekty powieści zdecydowanie ustępują problematyce społecznej.

Trudno jednoznacznie zawyrokować o jakości tytułu. „Chłopiec w walizce” jest po prostu czymś innym, oryginalnym, każdy czytelnik ma prawo odebrać go na swój sposób. Na mnie zrobił dobre wrażenie choćby dlatego, że porusza tak ważne, niewygodne w obecnych czasach kwestie, o których nie każdy chce mówić. Cieszę się, że „Chłopiec w walizce” trafił w moje ręce i mam nadzieję, że Wam przypadnie do gustu tak jak i mnie.


Ocena: 4,5/6


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu Papierowy Księżyc.

czwartek, 21 czerwca 2012

"Magiczne lata" Robert McCammon



Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Tytuł: Magiczne lata
Tytuł oryginału: Boy's Life
Autor: Robert McCammon
Format: 143x205 mm                               
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Tłumaczenie: Maria Grabska-Ryńska
ISBN: 978-83-61386-15-5


"Życiodajna lektura"

Dziś mam dla Was zadanie do wykonania. Musicie zamknąć oczy, zrelaksować się, zapomnieć o troskach dnia codziennego i... oddać głos dziecku, które drzemie w każdym z Was. Obudźcie je, proszę, potem oddajcie mu władzę nad Waszymi umysłami i pozwólcie ponieść się fantazji...

Na wypadek, gdyby jednak ktoś miał problemy z wykonaniem mojego zadania, podpowiadam, kto może Wam w tym pomóc. Jego nazwisko to McCammon, Robert McCammon – amerykański pisarz. Autor niesamowitej powieści pt. „Magiczne lata”, osadzonej w Ameryce lat sześćdziesiątych, której głównym bohaterem jest dwunastoletni chłopiec imieniem Cory. Mieszka on wraz z rodzicami w małym miasteczku położonym w Alabamie, o jakże miłej dla ucha nazwie Zephyr. Chłopiec żyje pełną piersią, jak na młokosa w jego wieku przystało, uczy się, ma talent literacki, kilku dobrych kolegów i niebywały pociąg do wszystkiego, co wywołuje uczucie grozy. Niebawem ostatnia z jego fascynacji ma przybrać bardzo realne kształty...

Pewnego ranka, gdy przed rozpoczęciem zajęć szkolnych pomaga ojcu w jego pracy, omal nie staje się ofiarą wypadku samochodowego. Niewiele brakuje, by uderzyło w nich auto jadące z naprzeciwka, które ostatecznie stacza się z nasypu i ląduje w jeziorze. Gdy ojciec Cory’ego dociera do topiącego się samochodu, by nieść ratunek, okazuje się, że za kierownicą są umieszczone zwłoki mężczyzny przypięte do niej kajdankami, nagie i zmasakrowane tak, że identyfikacja człowieka na podstawie cech fizycznych nie jest możliwa. Od tego dnia mieszkańcom Zephyr przychodzi żyć ze świadomością, że wśród nich może kryć się brutalny morderca, a w dodatku jego odnalezienie staje się rzeczą niezwykle trudną dla miejscowej policji. Jednak Cory w dniu wypadku spostrzega kogoś na miejscu zdarzenia. Spostrzega czy ma jedynie przywidzenie wywołane przeżyciem silnych emocji? Czy Cory pomoże w śledztwie i tym samym zdejmie z ojca ciężar koszmarów sennych, które nękają go od czasu tego zdarzenia? I czy...

Ach, mnóstwo tych pytań, a odpowiedzi przecież udzielić nie mogę! Musicie poszukać ich sami, ale uprzedzam, że nie dokonacie tego szybko. „Magiczne lata” mają ponad sześćset stron, ale to nie ich ilość będzie powodem tego, że nieprędko odkryjecie finał sprawy, ale chęć maksymalnego wydłużenia czasu spędzonego z tą książką. To jedna z tych lektur, którą zwyczajnie żal czytać szybko, nią trzeba się delektować i cieszyć każdą chwilą poświęconą tej niesamowitej historii. Gwarantuję też, że porwie Was jej wielowątkowość. Choć głównym wątkiem jest motyw wcześniej wspomnianego przeze mnie morderstwa, to przecież przygód w życiu Cory’ego jest znacznie więcej! Jakich przygód? Wspaniałych, niepowtarzalnych, magicznych i wywołujących dreszcze na ciele. Mamy tu wszystkie rozterki dojrzewającego chłopca, wszystko to, z czym musi się on zmierzyć wewnętrznie. I na koniec pochwała samego pisarza. Jego styl jest fascynujący, tak umiejętnie bawi się gatunkami, tak dobrze nimi żongluje (jest tu i horror, i fantastyka), tworząc nową jakość. Sam Stephen King, a może nawet Neil Gaiman, mógłby pozazdrościć mu talentu. Pamiętam, jak King w niektórych swoich powieściach wciągał mnie w wykreowany przez siebie świat i nie pozwalał go opuścić nawet po skończonej lekturze... Panie King, ma pan godnego siebie konkurenta!

Już kończę zachwalanie – przyszedł czas na kilka słów o wadach „Magicznych lat”. Osobiście dostrzegam tylko jedną – ta pozycja nie ma wad. Zawiedzeni, że tym razem do niczego się nie przyczepię? Trudno, musicie to jakoś przełknąć, bowiem książka ta jest jedną z najciekawszych nowości wydanych w roku 2012 na naszym rynku (i piszę to z pełną świadomością, że w momencie publikowania tej recenzji mamy dopiero czerwiec).

Tak na koniec naszła mnie pewna myśl. Cory powiedział pewnego razu, że chciałby żyć milion razy. Po lekturze „Magicznych lat” czuję się tak, jakbym zyskała kilka żyć więcej...

Ocena: 6/6

Oficjalna recenzja dla portalu lubimyczytać.pl: http://lubimyczytac.pl/oficjalne-recenzje-ksiazek/953/zyciodajna-lektura


Ktoś jeszcze nie czytał "Magicznych lat", a bardzo by chciał? Ten niech zagląda do KUFERKA  na początku lipca. :)

środa, 8 lutego 2012

"Jedyne dziecko" Jack Ketchum



Nie mogę powiedzieć, nie mogę nic zrobić, by przestał.[1]

Słyszę już z daleka JEGO kroki. Wiem doskonale, że za chwilę stanie w drzwiach mojego pokoju. Powoli podejdzie do mojego łóżka, odsłoni moją kołdrę i każe mi przybrać ulubioną przez siebie pozycję. Ja posłusznie spełnię jego żądania, bo nie mam innego wyboru. Gdy odmówię – uderzy mnie. Choć TO, co mi robi, tak bardzo boli, nie mogę płakać, bo wiem, że i za to spotka mnie kara. 

Nie wiem, co mu zrobiłem.
Nie wiem, co zrobiłem.[2]

Często zastanawiam się, czy inni tatusiowie też robią TE rzeczy swoim dzieciom. Czy do moich szkolnych kolegów także przychodzą nocą tatusiowie, by ich dotykać? Czy ich to boli? A może to wszystko moja wina? Może to ja jestem zły i mój tatuś mnie w ten sposób karze? Tylko co mogło rozgniewać go tak bardzo, że nie zwraca uwagi na mój ból i krew? Jestem najokropniejszym dzieckiem na świecie.

Tak mniej więcej przedstawia wizję dziecka molestowanego Jack Ketchum w swojej najnowszej powieści pt. „Jedyne dziecko”. Jak się okazuje, by stworzyć najmroczniejszy thriller (choć właściwsze w tym przypadku wydaje się określenie tego horrorem), który niczym szpikulec wbije się w umysł i uczucia czytelnika, wcale nie trzeba uciekać się do fantazji. Wystarczy otworzyć gazetę przy porannej kawie lub wysłuchać wiadomości w radiu  tuż przed wyjściem do pracy – bowiem to życie pisze najstraszniejsze scenariusze. Ketchum ma tego świadomość, jak mało kto, dlatego posługując się prawdziwą historią Sherry Nance (pielęgniarki z Teksasu) stworzył mistrzowski thriller.

Mamy w nim udane małżeństwo i ośmioletnie dziecko. Jak mylny jest to obraz, przyszło się przekonać Lydii McCloud dość szybko. Pierwszą oznaką tego, że coś złego dzieje się z jej mężem Arthurem Danse’em były ostre i wyuzdane oczekiwania seksualne. Gdy Lydia stanowczo sprzeciwiła się dalszego ich praktykowania, zdawało się, że Arthur dał sobie z nimi spokój na dobre. Były to jednak pozory. Niebawem okazało się, że zachowanie jej syna Roberta zaczęło przybierać dziwną i niezrozumiałą formę. Problemy chłopca z utrzymaniem kontroli nad wypróżnianiem w nocy zmusiły ich do stosowania pieluch, i gdy kolejnego wieczoru Lydia przyszła do chłopca, by mu ją założyć, ten zrobił coś, na widok czego zamarła. Przybrał pozycję, którą ona tak dobrze znała, a której szczerze nienawidziła, tę, która tak bardzo działała na jej męża... W tym momencie rodzinne życie rozbiło się na milion drobnych kawałków, a wraz z nim psychika obu ofiar psychopaty. Jednak wola walki o dobro dziecka nie pozwoliła Lydii nawet na chwilę załamania. Rozpoczął się wyścig z czasem oraz polowanie na potwora.

Czy muszę jeszcze komuś uzmysławiać, z jak ciężkiego kalibru lekturą przyszło mi się zmierzyć? Myślę, że nie ma takiej potrzeby. Tematyka molestowania seksualnego dzieci zawsze będzie tą skrajnie poruszającą i drążącą dziurę w umyśle. A jaki będzie efekt, jeśli zajmie się nią taki pisarz, jak Ketchum? Kto choć raz przeczytał którąś z jego książek, ten wie, że nie ma on litości dla czytelnika. Każdy, kto chce się zmierzyć z jego pisarstwem, musi być na to przygotowany.

Co, oprócz miażdżącej siły przekazu, chciałabym wyróżnić? Na pewno kreację bohaterów. Każdy z nich jest „żywy”, prawdziwy i do bólu wyrazisty. Ogromnie przypadła mi do gustu sylwetka matki Roberta, czyli Lydii. Bardzo ucieszył mnie fakt, że autor tchnął w nią  ogrom woli walki o syna, hartu ducha i wewnętrznej siły. Ach, jak bardzo chciałoby się, by każdy, kogo spotka taki dramat, przyjął taką postawę, jak nasza bohaterka – o ileż ukróciłoby to cierpienie tych małych istot…
Jednak życie to nie powieść, o czym przypomniała mi historia Halszki Opfer opisana w „Kato-tacie. Nie-pamiętniku.”. U Ketchuma mamy wspaniałą matkę, która podjęła się trudnej walki za wszelką cenę, a u Opfer matkę zanoszącą własne dziecko w ramiona potwora… Nie ma najmniejszego sensu porównywać tych dwóch historii, jednak nie sposób nie wyrazić pragnienia, by woli walki w takich sytuacjach było w ludziach więcej…

Czy polecam tę lekturę? Tak, ale tylko tym najwytrwalszym i najsilniejszym czytelnikom, którzy czują się na siłach, by zmierzyć się z tak brutalną w swej prawdziwości historią. Wiedzcie, że po tej lekturze nie zaśniecie spokojnie…





[1] Jack Ketchum, Jedyne dziecko, Papierowy księżyc, Słupsk 2011, s. 125.
[2] Tamże.

Ocena: 3/6

niedziela, 15 stycznia 2012

"Poza sezonem" Jack Ketchum


Godzina 23:26
Obiecywanie sobie, że tym razem będzie w domu wcześniej nic nie dało. Przebywanie w tak doborowym towarzystwie sprawiło, że czas przestał istnieć, rozpłynął się gdzieś w powietrzu, by nagle uderzyć ze zdwojoną siłą i przypomnieć o swoim nieuchronnym upływie. Znów w pośpiechu żegna się ze znajomymi, chcąc czym prędzej znaleźć się za kierownicą. W końcu od dobrej godziny powinna już wylegiwać się w łóżku, by z rana bez problemu wstać do pracy.

Jadąc, jej myśli krążą gdzieś pomiędzy prysznicem, pościelą a wściekłą miną szefa, dlatego zupełnie nie zauważa drobnej postaci na jezdni. Nagle wciska pedał hamulca, z całej siły, robiąc niemal dziurę w podłodze auta i zatrzymuje się tuż przed swoją niedoszłą ofiarą. Serce podskoczyło jej do gardła, puls szaleje a świst nabieranego nerwowo powietrza prawie ją ogłusza. Ale co to? Dlaczego postać na ulicy się nie porusza, tylko wpatruje w nią szeroko otwartymi oczami? Zbliża twarz do przedniej szyby, by lepiej przyjrzeć się stojącej osobie i nagle dostrzega, że to mała dziewczynka. Niepokojący widok natychmiast wyrywa ją z otumanienia. Wychodzi z auta, podchodzi do niej i pyta czy nic się nie stało. Dziecko powoli, coraz szerzej się uśmiecha, obnażając zęby brudne od krwi …Dopiero teraz dociera do niej zapach, bijący od ciała dziewczynki – odór zgnilizny. Już wie, że musi uciekać, ale nie może się poruszyć…

Godzina 07:15
Jak dobrze, że ze snu można uciec! Wystarczy tylko otworzyć oczy…Wstała z łóżka, wzięła szybki prysznic, zrobiła swoją ulubioną kawę i zasiadła przed monitorem, by napisać recenzję na temat książki, która z całym impetem wdarła się poprzedniej nocy w jej sen. Spojrzała jeszcze raz na przerażającą okładkę „Poza sezonem” Jacka Ketchuma i zaczęła pisać.

Czy może istnieć lepsze miejsce do napisania książki niż stary, ale bardzo klimatyczny domek położony tuż nad brzegiem morza? Carla była oczarowana jego urokiem, sielskością i ciszą krajobrazu. Wiedziała już, że w tym otoczeniu szybko upora się ze zobowiązaniami i znajdzie jeszcze czas na słodkie lenistwo z dala od znajomych. Zanim to jednak nastąpi, czekają ją odwiedziny przyjaciół. Wszystko wskazywało na to, że wizyta upłynie w radosnej atmosferze, na beztroskim nic nie robieniu i wspólnych szaleństwach. Carla jednak zignorowała wszelkie oznaki zbliżającego się niebezpieczeństwa. Całej grupie więc przyjdzie zmierzyć się ze złem, którego nigdy nie doświadczyli. Złem zrodzonym w najprymitywniejszych zakamarkach ludzkiego umysłu, w miejscu gdzie zdolność racjonalnego myślenia ginie pod naporem zwierzęcych instynktów…

Godzina 08:00
Druga kawa, żadnego śniadania, to nie skończy się dobrze…Ale to nie jest teraz ważne. Ketchum, czy to dobry pisarz? – nieustannie zadaje sobie to pytanie. Wie, że wyróżnia go duży talent i niebywały potencjał. Dawno, u żadnego pisarza, nie spotkała tej cennej umiejętności doskonałego budowania napięcia. Ketchum potrafi w bardzo dynamiczny sposób osiągnąć niemal jego maksimum, by zaraz na następnej stronie wziąć głęboki oddech i poprowadzić czytelnika przez fabułę z największym opanowaniem. To trochę tak, jakby być w szczytowej fazie ekscytacji i nagle, na uspokojenie, oblać twarz kubłem lodowatej wody – i tak co chwilę…

Styl, w jakim autor konstruuje swoją powieść można określić jako wyjątkowy, bardzo mocny, często wulgarny (choć to dobrze komponuje się z fabułą książki), tylko dla osób wytrwałych i silnych psychicznie. Nie każda bowiem wrażliwość udźwignie brutalne opisy kanibalizmu, czy też specyficzny obraz erotyki malowany przez Ketchuma.

Czy książka tego pisarza była w stanie ją przerazić? Tak, choć nie w takim stopniu jak tego oczekiwała. Szczególnie silnie oddziaływały drastyczne opisy, gęsto pojawiające się w „Poza sezonem”, ale również świetna kreacja mrocznych postaci. Są one tak wyzute z ludzkich emocji i odruchów, że zaczynają bardziej przypominać zwierzęta.

Doszła ostatecznie do wniosku, że pomimo artystycznych wartości dzieła Ketchuma, nie powinny go czytać młode, niedojrzałe jeszcze osoby -  brutalność, sącząca się z makabrycznej historii, jest zdecydowanie nieodpowiednia dla kształtujących się dopiero osobowości. „Starzy wyjadacze” horrorów powinni natomiast koniecznie sięgnąć po tę debiutancką pozycję!

Ocena: 5/6