Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 4/6. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 4/6. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 maja 2015

Psy gończe - Jørn Lier Horst





tłumaczenie: Milena Skoczko
tytuł oryginału: Jakthundene
wydawnictwo: Smak Słowa
data wydania: 4 maja 2015
ISBN: 9788364846151
liczba stron: 388


Gdy natrafią na trop tego, czego szukają, nic nie jest w stanie ich powstrzymać. Ni głód, ni zmęczenie, ni czyhające na nich niebezpieczeństwo. Gdy już obiorą właściwą drogę, która wskaże im choćby najmniejszy ślad tego, co odnaleźć muszą, nic nie zatrzyma ich szaleńczego pędu, dopóki nie znajdą wroga i nie wymierzą należącej się mu kary. To policjanci – niczym sfora psów gnająca za czworonożnym nieprzyjacielem i rozszarpująca mu gardło, gdy ten tylko wpadnie w ich łapy, niczym psy gończe, nieodpuszczające, póki nie dopną swego…

Może nie wszyscy policjanci, może nie wszyscy rodem z Polski, ale ci z nowej powieści Jørna Liera Horsta pt. Psy gończe zdecydowanie tak. Szczególnie tyczy się to starego policyjnego wyjadacza, Williama Wistinga, który nigdy nie odpuszcza, nawet gdy sam jest w opałach, które zafundowała mu mroczna sprawa sprzed lat. Skomplikowane tory, którymi biegło tamto śledztwo, sprawiło, że obecnie Wisting jest posądzany o fabrykowanie dowodów. Fakt, to mocny zarzut, który na dobrą sprawę może zakończyć jego karierę w policji, jednak William zrobi wszystko, by do tego nie dopuścić. Pomoże mu w tym jego córka dziennikarka – Line. Jednak życie tych dwojga lubi kłaść im kłody pod nogi, a jakby jeszcze problemów było mało, okolicą wstrząsa wieść o zaginięciu młodej dziewczyny. Szybko okazuje się, że sprawa jest łudząco podobna do tej, z którą Wisting mierzył się przed laty. Czyżby to ten sam sprawca? A może jego naśladowca? Jedyne, co jest pewne, to to, że właśnie rozpoczął się wyścig z czasem, w którym stawką jest życie zaginionej oraz reputacja i kariera policjanta.

Przyznam szczerze, że Horst tym razem zaskoczył mnie drogą, którą wybrał przy tworzeniu swojej nowej powieści. Nie spodziewałam się, że na pierwszy plan wysunie się tu zarówno dochodzenie w sprawie fabrykowania dowodów przez policjanta, jak i on sam jako kluczowa postać powieści. Nie jest nim zaginiona, zaś motyw związany z mordercą wydaje się tu być dodany na doczepkę. I co z takiego zabiegu wyniknęło? Ano tyle, że zabrakło w niej mrocznego, owianego tajemnicą klimatu, a żmudnego śledztwa mamy w nadmiarze.

Przypomnę, że w poprzedniej powieści autora (Jaskiniowiec) element grozy i tajemnicy był wyczuwalny już od samego początku, co też przekonało mnie do jego stylu. Miałam dużą nadzieję, że i tym razem pisarz zdecyduje się na podobny zabieg – na próżno. Choć powieść jest poprawnie zbudowana i od strony technicznej nie można jej niczego zarzucić, to jednak stanowczo za mało, by miała zyskać miano kultowej.

Na plus powieści przemawia skrupulatność autora, dokładność w opisywaniu całego śledztwa, analiza dokumentacji sprawy włącznie z rysem osobowościowym domniemanego sprawcy. Szkoda tylko, że dla wzmocnienia emocji Horst nie zdecydował się na wprowadzenie większej ilości scen z podejrzanym – niewątpliwie dodałoby to Psom gończym dreszczyku emocji, który co prawda w książce występuje, ale tylko sporadycznie.

Zatem: czy definitywnie odradzam wam nową powieść tego norweskiego pisarza? Nie, bo warto też poznać jego styl od nieco innej strony – według mnie tej słabszej, ale nie na tyle, by nie było warto poświęcić mu czasu. Nie spodziewajcie się jednak powtórki z Jaskiniowca, bo to nie ten klimat. Psy gończe to dobre kryminalne czytadło w sam raz na wiosenne wieczory.


Ocena: 4/6


Za możliwość przeczytania książki dziękuje wydawnictwu Smak Słowa.

piątek, 6 marca 2015

Wiem o tobie wszystko - Claire Kendal





tłumaczenie: Piotr Lewiński
tytuł oryginału: The Book of You
wydawnictwo: Akurat
data wydania: 18 lutego 2015
ISBN: 9788377588062
liczba stron: 416


Jedną z najgorszych możliwych kar obowiązujących we współczesnym świecie jest bez wątpienia kara pozbawienia wolności. Niemożność robienia tego, na co ma się w danej chwili ochotę, niemożność podejmowania samodzielnych decyzji, niemożność odczuwania radości z samego faktu, że żyjemy jako wolni ludzie… Stwierdzisz pewnie, że nic gorszego nie mogłoby Ci się przytrafić, tak? To wyobraź sobie, że choć fizycznie jesteś w pełni wolny, żyjesz w więzieniu, w którym codziennie zamyka cię wciąż ten sam człowiek. Twoja cela nie ma krat z żelaza, ale z twojego własnego lęku. Każdego kolejnego dnia ta cela staje się mniejsza, mniejsza i mniejsza… Aż zaczynasz się dusić, rozpaczliwie szukając dostępu do tlenu.

To zaledwie mała cząstka tego, co przeżywa główna bohaterka thrillera psychologicznego Claire Kendal pt. „Wiem o tobie wszystko”. Clarissa jest młodą kobietą, której największym życiowym błędem było zaufanie pewnemu z pozoru miłemu i intrygującemu mężczyźnie, Rafe’owi. Nim zdążyła się zorientować w sytuacji, w której się znalazła, dopadł ją koszmar znany dotychczas tylko z filmów i książek. Rafe pod pozorem płomiennego uczucia zaczął sukcesywnie niszczyć jej życie, sprawiać, by przynosiło jej możliwie najgorsze doznania.

Przywłaszczył sobie jej życie. Odebrał jej prywatność[1].

Śledzenie, włamywanie do domu, grzebanie w jej śmieciach, nachodzenie, wysyłanie przyprawiających o gęsią skórkę SMS-ów czy e-maili, wreszcie szantaż i groźby… To wszystko stało się chlebem powszednim kobiety.

Clarissa padła ofiarą stalkera, a ta sytuacja doprowadziła ją do równie destrukcyjnej w skutkach obsesji na punkcie swojego prześladowcy. Czy wracając do domu, znów się na niego natknie? Czy zdoła się od niego wtedy uwolnić? Czy znajdzie się ktoś, kto zechce jej pomóc? Czy pod drzwiami znajdzie kolejny list lub niechciany prezent, który ma utwierdzić ją w przekonaniu, że stała się jego własnością? Czy on kiedykolwiek zniknie z jej życia, a jej codzienność stanie się na powrót normalna?

Mnóstwo pytań, na które tak trudno znaleźć odpowiedzi. Fabuła książki też nie udziela ich zbyt szybko, wręcz przeciwnie. Ostateczne rozstrzygnięcie losów Clarissy pojawia się na samym końcu powieści Kendal. Czy finisz zaskakuje? Nie, a jeśli już, to nieco negatywnie, ponieważ spodziewałam się większego dreszczyku emocji na do widzenia. Na szczęście momenty podnoszące ciśnienie następują wcześniej. Jednak uczulam osoby spodziewające się zawrotnego tempa akcji: tego tu nie znajdziecie. „Wiem o tobie wszystko” to przede wszystkim powieść psychologiczna, co potwierdza nie tylko sam wątek główny, lecz także budowa powieści.

Całą historię śledzimy z trzech perspektyw. Pierwsza, którą autorka podaje w narracji pierwszoosobowej, pokazuje nam stan emocjonalny bohaterki, jej codzienność z wciąż obecnym w jej życiu stalkerem. W drugiej (już z narracją trzecioosobową) widzimy życie Clarissy z poziomu obserwatora: to, jak mimo trudności próbuje żyć normalnie. Kolejna perspektywa, również trzecioosobowa, ukazuje życie zawodowe kobiety oraz jej wpływ na wydarzenia natury osobistej (i odwrotnie).

Czy książka Kendal to literatura z dreszczykiem? Zdecydowanie tak – z uwagi na temat główny. Czy to typowy thriller? Zdecydowanie nie, dlatego czytelników żądnych nagłych zwrotów akcji i jej pędzącego na oślep tempa uprzedzam, że to nie tego typu opowieść. „Wiem o tobie wszystko” poraża realizmem i idealnie wpasowuje się w obecne czasy, w których z problemem stalkingu styka się tak wielu z nas, często nie zdając sobie z tego sprawy (wszak hejterzy internetowi często balansują na granicy tego zjawiska w swoich niezdrowych poczynaniach).

Jeśli miałabym podać wam jakiś konkretny powód, dla którego warto po tę powieść sięgnąć, powiedziałabym, że warto to zrobić ku przestrodze. Czasem, złaknieni bliskości i zwykłej możliwości zaufania komuś, tracimy czujność, zagrażając własnemu bezpieczeństwu, a – jak się okazuje – stąd już tylko mały krok do koszmaru, który może zniszczyć nam całe życie…


[1] C. Kendal, Wiem o tobie wszystko, Wydawnictwo Akurat, Warszawa 2015, s. 279.

Ocena: 4/6

Oficjalna recenzja dla portalu Lubimy Czytać - LINK.

Zwiastun książki


sobota, 7 lutego 2015

Duchy wiatru - Mons Kallentoft





tłumaczenie: Anna Krochmal, Robert Kędzierski
tytuł oryginału: Vindsjälar
wydawnictwo: Rebis
data wydania: 27 stycznia 2015
ISBN: 9788378185871
liczba stron: 304


Przy okazji ostatnio czytanej przeze mnie lektury zaczęłam zastanawiać się: jaki obraz ludzi w starszym wieku funkcjonuje w naszym społeczeństwie? Czy widzimy ich jako wesołych i pełnych życia staruszków, którzy nie dają się upływowi czasu? Czy raczej jako niedołężnych starców z cierpieniem wypisanym na twarzach? Ostatecznie doszłam do wniosku, że byłby to obraz słodko-gorzki, zdecydowanie z przewagą tego drugiego…

Mons Kallentoft
Nie lepszy obraz ludzi w podeszłym wieku zamieszkujących jeden z domów starców w Linköping wyziera z kart powieści Monsa Kallentofta pt. „Duchy wiatru”, która jest kolejną częścią cyklu z komisarz M.F. w roli głównej. Keruben to miejsce z pozoru przyjazne ludziom w jesieni życia. Zdaje się, że są tu szczęśliwi, mimo że rodziny wolały ulokować ich w takim miejscu niż zająć się nimi osobiście. Mają tu zapewnioną opiekę, wikt, rozrywkę i spokój na stare lata. Teoretycznie niczego pensjonariuszom domu nie brakuje. Skoro tak, to dlaczego pewnego dnia jeden z mieszkańców ośrodka zostaje znaleziony martwy w swoim pokoju? Komisarz Malin Fors w pierwszej chwili podejrzewa, że było to samobójstwo, jednak głębsze dochodzenie wyciąga na światło dzienne wiele ciekawych faktów, które sugerują, że do śmierci pensjonariusza ktoś mógł się przyczynić.

Śledztwo obnaża brutalne realia związane z funkcjonowaniem tego rodzaju ośrodków: przemęczeni pracownicy, których wciąż jest za mało, koszmarne wyżywienie, wieczne oszczędzanie na wszystkim, nawet na środkach opatrunkowych czy pieluchach (zaniedbani staruszkowie godzinami tkwiący we własnych odchodach – to, jak się okazuje, wcale nieodosobnione przypadki).

Mimo że Malin w swojej pracy zawodowej widziała już wiele, to owo śledztwo zaskoczy ją nieraz i odsłoni przed nią nowe, niezbadane wcześniej rejony ludzkiej psychiki – te najciemniejsze, te, które sprawiają, że człowiek jest w stanie posunąć się do wszystkiego, by osiągnąć to, czego pragnie.

Oczywiście nie tylko na postaci samej komisarz opiera się cała powieść Kallentofta. Zaskoczyło mnie to, że autor zdołał zmieścić tak wielu bohaterów w dość krótkiej historii i zrobił to tak, że nie ma się poczucia, iż jest ich za dużo. Formą i stylem „Duchy wiatru” do złudzenia przypominają poprzedni tom serii, „Wodne anioły”. Tu też mamy przeplatankę narracyjną (raz narracja pierwszoosobowa, a raz trzecioosobowa) i tu też zmarli przemawiają do czytelnika zza światów. Widać wyraźnie, ze autor bardzo starał się, by jego powieść wyróżniała się w natłoku innych kryminałów i to po raz kolejny udało mu się. Jednak w całej tej opowieści brakuje napięcia, uczucia zaintrygowania tym, co za chwilę może się wydarzyć – książkę czyta się szybko, ale bez większego zaangażowania. Osobiście twierdzę też, że pisarz nie wycisnął z pomysłu osadzenia części akcji w domu starców tego, co niewątpliwie mógłby wycisnąć – nie wykorzystał w pełni jego potencjału, a szkoda, bo na tej bazie mógłby powstać naprawdę emocjonujący dreszczowiec.

Ostatecznie jednak powieść wypada dobrze i poziomem dorównuje „Wodnym aniołom”. Nie jest od poprzedniczki gorsza, a to już bez wątpienia jest plus. Wierzę, że fani Kallentofta nie przejdą wobec jego nowej pozycji obojętnie i myślę, że nie będą czuć się rozczarowani, choć do zachwytu może być im daleko. Dla nałogowych pożeraczy kryminałów skandynawskich – to naturalnie pozycja obowiązkowa.

Ocena: 4/6


Oficjalna recenzja dla Lubimy Czytać - LINK.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Śnieg przykryje śnieg - Levi Henriksen





tłumaczenie: Milena Skoczko
tytuł oryginału: Snø vil falle over snø som har falt
wydawnictwo: Smak Słowa
data wydania: 14 stycznia 2015
ISBN: 9788364846076
liczba stron: 308


Chyba każdy się ze mną zgodzi, że thrillerom i kryminałom zimowa aura nadaje odpowiedni klimat. Śmierć jest zimna niczym śnieg, ostra niczym szpikulec sopla lodu i przejmująca jak zimowy powiew wiatru. Nic dziwnego zatem, że tak wielu autorów wybiera tę porę roku na tło swych powieści, bo przy odrobinie talentu i dużej dozie dobrego pomysłu na fabułę można za jej pomocą stworzyć istny literacki majstersztyk. Na taki też liczyłam przy okazji lektury książki Leviego Henriksena pt. Śnieg przykryje śnieg. Sam tytuł, który niemal siłą próbuje czytelnika osadzić we wspomnianym przeze mnie zimowym klimacie, wywołał we mnie mieszane odczucia. Według mnie nie brzmi on dobrze, ale głębszą analizę samego tytułu książki odpuszczę – nie chcę nią nikogo zanudzać. Lepiej będzie, jak skupię się na samej fabule.

Dan Kaspersen – to mężczyzna, który szybkimi krokami zbliża się do czterdziestki. Jego życie nie było usłane różami, na co w głównej mierze sam sobie zapracował, lądując w więzieniu za działalność związaną z narkotykami. W końcu jednak przychodzi ten wielki dzień, w którym staje się wolny i postanawia wrócić w swoje rodzinne strony, do Skogli obok Kongsvinger. Chce też zrobić niespodziankę swojemu bratu, dlatego nie uprzedza go, że niebawem zapuka do jego drzwi. Ostatecznie to los robi Danowi przykrą niespodziankę, bowiem jego brat ginie śmiercią samobójczą. Dan nie może sobie poradzić z tą tragedią, zwłaszcza że był z nim mocno związany emocjonalnie. Wracając do rodzinnego domu, stara się zrozumieć okoliczności związane z nagłym odejściem Jakoba, jednocześnie doszukując się w tym swojej winy. Wspomnienia w połączeniu z tym, czego uda mu się dowiedzieć od mieszkańców wioski, odkryją przed nim nowe i zaskakujące fakty.

Jednak nie na tyle zaskakujące, by mianować Śnieg przykryje śnieg thrillerem roku 2015. Na dobrą sprawę w moim osobistym rankingu nie znajdzie się on nawet w pierwszej dziesiątce, choć czyta się go dobrze i szybko. W trakcie lektury poczułam się nieco oszukana przez autora, bowiem o tajemniczej śmierci brata Dana jest mowa na początku, a potem… długo, długo nic. Na szczęście zakończenie przynosi rozwikłanie zagadki śmierci Jakoba, jednak kryminalnego wątku w książce Henriksena jest bardzo mało. Niestety thrillera w thrillerze jest równie niewiele – dominuje tu tło psychologiczne, w którym Dan rozprawia się ze swoim życiem, z przeszłością, z życiem rodzinnym, ale też próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości, w której pojawia się miłość.

Jako powieść przede wszystkim psychologiczna, książka Henriksena sprawdza się całkiem dobrze – życie jak i wewnętrzne rozterki głównego bohatera są na tyle ciekawe i intrygujące, że nie czuć znużenia lekturą. Jeśli natomiast spodziewacie się po niej dreszczyku emocji, licznych zwrotów akcji i jej szybkiego tempa, to możecie się czuć rozczarowani. Nawet zimowa aura w tle powieści tym razem nie wpłynęła zbawiennie na jej jakość, nie dodała pożądanego, mrocznego klimatu, choć dobrze komponuje się z tym, co czytelnik widzi za swoim oknem.

Książka przypadnie do gustu fanom wątków psychologicznych (aczkolwiek w bardzo okrojonej formie, nie spodziewajcie się jakiegoś głębokiego studium przypadku) i niespiesznego tempa akcji. Fani norweskich pisarzy parających się tworzeniem thrillerów i kryminałów również nie powinni tej pozycji pomijać, jednak zwolenników silnych emocji wydobywających się z kart powieści odsyłam zdecydowanie do innych lektur.

Ocena: 4/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Smak Słowa.

sobota, 20 grudnia 2014

Będziesz następny - Gregg Hurwitz




tłumaczenie: Ewa Wojtczak
tytuł oryginału: You're next
wydawnictwo: Albatros
data wydania: czerwiec 2013
ISBN: 9788378856818
liczba stron: 480


Gregg Hurwitz wymiata! – głosi napis na książce pt. Będziesz następny. Tak przynajmniej twierdzi Harlan Coben albo raczej tak kazano mu twierdzić, co by thriller Hurwitza lepiej się sprzedał. Tak, śmiem podejrzewać, że kazano mu tak twierdzić, bo gdyby był o tym święcie przekonany, to pewnie wysiliłby się na bardziej rozbudowany komentarz, w którym wyłuszczyłby zalety twórczości kolegi po fachu. Ja, niezrażona tą marnej jakości rekomendacją, postanowiłam jednak zaznajomić się z fabułą wykreowaną przez słusznej urody pisarza (szczerze liczyłam, że uroda pójdzie tu w parze z talentem, tak jak w przypadku Maxime’a Chattama).

Hurwitz bohaterem swojej powieści uczynił młodego mężczyznę, męża oraz ojca, który zdaje się mieć już wszystko – rodzinę, dom, własny biznes, pieniądze – oprócz świadomości, kim tak naprawdę jest. Jako czterolatek zostaje porzucony na placu zabaw przez swojego ojca, a z tego zdarzenia pamięta jedynie krew na jego koszuli i obietnicę powrotu. Ojciec nie wrócił, a małemu chłopcu nadano nazwisko Wintage Mike. Po niełatwym okresie dzieciństwa oraz dorastania, mężczyzna powoli wychodzi na prostą. Na gali, w której udział ma wziąć sam gubernator, Mike ma przypieczętować sukces stworzenia ekologicznego osiedla mieszkalnego, jednak niedługo przedtem na jaw wychodzą pewne fakty, które mogą zrujnować całe przedsięwzięcie, w które włożył mnóstwo wysiłku, czasu oraz pieniędzy. W tym samym czasie Wintage zauważa, że jest śledzony, a życiu jego oraz jego rodziny grozi niebezpieczeństwo. Stosunkowo stabilny byt mężczyzny przeobraża się w istny koszmar, którego końca nie widać. Nie widać też jego początku, bo nie wiadomo dlaczego ktoś dybie na jego życie. By to odkryć, Mike będzie musiał najpierw poznać historię swojego życia, tzn. kim byli lub są jego rodzice i dlaczego został przez nich porzucony. Prawda, którą odkryje, zaskoczy wszystkich.

Mnie również zaskoczyła – nie da się odmówić autorowi Będziesz następny fantazji, pomysłów oraz polotu, bowiem fabuła nie jest oklepana. Co nie znaczy jednak, że thriller ten Wami wstrząśnie i odkryje nowe, nieznane rejony gatunku – niczym szczególnym Was nie zaskoczy ani też nie przyprawi o dreszcze na ciele. Jest to bez wątpienia książka poprawna pod kątem technicznym, kreacji bohaterów (kochająca i lojalna żona oraz rezolutna ośmioletnia córka) czy tempa akcji, ale nie zawiera w sobie nic odkrywczego, czego byście jeszcze nie znali. Niestety nie ma klimatu, którego w tego typu literaturze poszukuje wytrawny znawca thrillerów i kryminałów.

To dobry tytuł na jesienne lub zimowe wieczory, dla zabicia czasu, dobry też jako przerywnik między mocno emocjonującymi lekturami – powieść Hurwitza zdecydowanie ostudzi gorące doznania wypływające z poprzedniej lektury i da chwile wytchnienia przed kolejną.

A czy w przypadku tego autora uroda idzie w parze z talentem literackim, jak u Chattama? Hmm… Uroda idzie w parze z polotem i dobrze rozwiniętą wyobraźnią, ale talentem na miarę (popowego) Cobena bym tego nie nazwała. Na pewno nie na podstawie tego jednego tytułu. Może z czasem, gdy poznam kolejne, które wyszły spod jego pióra, zmienię zdanie. Jeśli tak się stanie, to na pewno Was o tym poinformuję.


Ocena: 4/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Albatros Andrzej Kuryłowicz.


poniedziałek, 20 października 2014

Życie i czasy Stephena Kinga - Lisa Rogak





tłumaczenie: Robert Ziębiński
tytuł oryginału Haunted Heart: The Life and Times of Stephen King
wydawnictwo: Albatros
data wydania: 8 października 2014
ISBN: 9788378859864
liczba stron: 400


Czasami człowiek musi… Inaczej się udusi… Uuu… Tak mógłby podśpiewywać sobie Stephen King, gdyby znał piosenkę Jerzego Stuhra. Bo King naprawdę musi… Musi pisać niemal codziennie – a nie tylko czasami – by nie zwariować, by znów nie sięgnąć po wódę i kokę, by jego fani nie zrobili mu zbiorowego najazdu na willę w Bangor (stan Maine) i by w akcie desperacji nie cięli swoich rąk kartami jego powieści. Musi pisać, by żyć – przesadziłam? Niekoniecznie, ale do tego jeszcze wrócę.

Stephen Edwin King – postać kluczowa niniejszego tekstu jak i nieautoryzowanej biografii, którą czytałam w ostatnich dniach, pt. Życie i czasy Stephena Kinga autorstwa Lisy Rogak. Swoiste perpetuum mobile literatury popowej urodzone 21 września 1947 roku w Portland, w stanie Maine. Człowiek, który o mały włos w ogóle nie przyszedłby na świat – wszak jego matka, Nellie Ruth Pillsbury, miała być bezpłodna. Jednak jakaś niewidzialna siła (Bóg/przeznaczenie/przypadek) bardzo chciała, by malutki Steve pojawił się wśród nas. Może gdzieś tam w gwiazdach było zapisane, że ten chudy, nadzwyczaj szybko rosnący chłopak w okularach ze szkłami jak dwa denka od butelek ma zawojować świat literatury? Co by to nie było, nie zmienia to faktu, że talent Kinga ujawnił się szybko – w zasadzie już na początku czasów szkolnych (już wtedy pochłaniał książkę za książką), kiedy napisał swoje pierwsze opowiadanie. Jako dorastający chłopiec swoje teksty rozsyłał do różnych czasopism i wcale nie zrażał się ich odmową publikacji lub zwyczajnie – brakiem odpowiedzi. Pisał jak natchniony dalej.

Gdy obowiązek uczęszczania do szkoły już się skończył, a mały Steve stał się pełnoletnim Stephenem, wcale nie zrezygnował z edukacji. Wszak to ona pomogła mu w oszlifowaniu talentu, który odziedziczył w genach (po ojcu, który… również rozsyłał swoje teksty do czasopism). King rozpoczął studia na Uniwersytecie Maine w 1966 roku, a już dwa lata później poznał swoją obecną żonę, Tabithę, z którą ma trójkę dzieci: córkę Noami Rachel oraz dwóch synów, Josepha Hillstorma i Owena.

Poślubiłem ją dla ciała. Choć nie, tak naprawdę poślubiłem ją dla jej maszyny do pisania[1].

Tak pewnego razu powiedział King. Ja dodałabym do tego jeszcze, że poślubił Tabithę, by jego ziemski anioł stróż ciągle nad nim czuwał. Gdyby nie ona, jej stanowczość i ostatecznie twardy warunek, który mu postawiła (czyli: albo ona i dzieci albo nałogi), to Mistrza zwyczajnie mogłoby już nie być na ziemskim padole. Osobiście jestem pełna uznania dla niej – nie wiem, czy będąc na jej miejscu zniosłabym tyle lat życia u boku alkoholika i – nie bójmy się powiedzieć wprost – ćpuna. Między innymi także to potwierdza fakt, że są parą dobraną idealnie, a to, co ich łączy, to – banalnie mówiąc – ta prawdziwa miłość.

Nałogi – to niejedyne zagrożenie życia, które spotkało Stephena. Jak większość wytrawnych fanów jego twórczości wie, w 1999 roku King został potrącony przez samochód. Tylko łut szczęścia sprawił, że nie zginął wtedy na miejscu, a „jedynie” odniósł kilka poważnych obrażeń, z których leczył się przez długi czas i przez które wpadł w kolejny nałóg. Nadszedł taki czas w rekonwalescencji pisarza, że zaczął zwyczajnie symulować ból, by tylko móc zażyć kolejną dawkę leków.

Na szczęście i z tym nałogiem wygrał. Został mu jednak jeden, który nie daje mu spokoju po dziś dzień. Chodzi oczywiście o pisanie – choroba nie do pokonania w jego życiu. Ciągłe „pisarskie rozwolnienie”, jak mówi sam Mistrz. Coś, co najpewniej (tuż obok Tabithy i dzieci) ratuje mu życie każdego dnia. Bo King – to człowiek pełen lęków (jego fobiami można by obdzielić kilka osób), z obecnymi często w jego życiu myślami samobójczymi. I gdyby nie świat literatury, w którym na bieżąco rozprawia się z tym, co go przeraża, gdzie ukatrupia potwory ze swojej własnej szafy, to najpewniej już dawno przed jego nazwiskiem można by dodawać skrót „Ś.P.”

Kiedyś, na jednej z konferencji prasowych King powiedział, że wszystko go przeraża. I na tym właśnie zbudował swoje życie, swoje dzieła i markę, jaką samą w sobie się stał. I co pozostaje jego fanom? Chyba tylko życzyć mu wszystkiego przerażającego, bo dzień, w którym King przestanie się bać, najpewniej będzie ostatnim, w którym zechce coś napisać – tak mniemam.

Na koniec jeszcze słów kilka o samej biografii. Zagorzałych fanów Mistrza na pewno interesuje, czy po tej lekturze wyniosą jakieś nowe o nim informacje. Otóż nie. Nie nastawiajcie się na zalew nowych newsów z życia Kinga – jeśli traficie na coś, o czym jeszcze nie słyszeliście czy nie czytaliście, to z pewnością będzie to jakiś drobny epizod czy anegdotka z jego życia. Są też mniejsze lub większe rozbieżności „w zeznaniach”, bowiem okoliczności powstania Bastionu są nieco inne wg słów samego Kinga a inne u Rogak. Rage, który miał być rzekomą inspiracją dla Michaela Carneala (który zastrzelił trzech uczniów w liceum Heath w West Paducah), według znanych mi informacji zostało znalezione w jego pokoju, z kolei według Rogak – w szkolnej szafce. Jednak wyjątkowo czepliwym chyba nie należy być odnośnie tej biografii – w końcu brak jej autoryzacji. Ogólnie czyta się ją bardzo dobrze i szybko, Rogak całkiem zgrabnie zebrała i połączyła w całość różne teksty dotyczące Kinga (choć nie zawsze w sposób idealnie spójny).

Książka będzie całkiem dobrym wyborem dla osób zainteresowanych życiem jak i fenomenem Stephena Kinga, z tym że bardziej dla tych, którzy historii jego życia w małym palcu jeszcze nie mają. Fani Kinga niczego nowego tu nie znajdą, może nawet będą nieco rozczarowani małą liczbą zdjęć (tak jak ja sama), ale dla przysłowiowego sportu przeczytać twór Lisy Rogak jak najbardziej mogą.

Ocena: 4/6




[1] L. Rogak, Życie i czasy Stephena Kinga, Albatros Andrzej Kuryłowicz, Warszawa 2014, s. 101.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Albatros Andrzej Kuryłowicz.

czwartek, 4 września 2014

Trauma - Erik Axl Sund





tłumaczenie: Wojciech Łygaś
tytuł oryginału: Hungerelden
wydawnictwo: Sonia Draga
data wydania: 21 maja 2014
ISBN: 9788375089349
liczba stron: 408


Od czasu mojego ostatniego spotkania z autorami pierwszego tomu trylogii „Oblicza Victorii Bergman” pt. „Obłęd” minęło już pół roku. W tym czasie nie zapomniałam o głównych bohaterkach powieści, które w tajemniczy sposób nakazały mi, by do nich wrócić. Do ich świata, codzienności, rozterek oraz jakże specyficznych osobowości (zwłaszcza jeśli chodzi o samą Victorię). Na szczęście na drugi tom trylogii nie trzeba było zbyt długo czekać i oto jestem już po lekturze „Traumy” duetu Erik Axl Sund.

Przypomnę zapominalskim i tym, którzy pierwszego tomu jeszcze nie znają, co się w nim działo. Poznaliśmy tam Jeanette Kihlberg – panią komisarz, która stanęła przed zadaniem rozwikłania wyjątkowo brutalnych i przerażających morderstw, których ofiarami padały dzieci. Dramatyzmu tym zabójstwom dodawał fakt, że jeden z chłopców został pozbawiony genitaliów, drugi – oczu i nosa, a ciało jeszcze innego zostało zmumifikowane. W śledztwie pomagała również ceniona psycholog, Sofia Zetterlund, która bardzo zaangażowana była w tajemniczy przypadek Victorii Bergman i w niemal każdej wolnej chwili analizowała zapisy z przeprowadzonych z nią sesji terapeutycznych.

„Trauma” dostarcza czytelnikowi dużo nowych faktów z życia Victorii i to na jej postaci skupia się przede wszystkim ten tom. Dowiadujemy się jeszcze więcej o jej życiu, dramacie, który przeszła i jej silnym powiązaniu z Sofią. Jeanette zaś nadal mierzy się ze sprawą morderstw na dzieciach, a do grona spraw oczekujących na rozwiązanie dochodzi zabójstwo pewnego ważnego biznesmena. Nie dość, że w życiu zawodowym pani komisarz nie znajduje chwili wytchnienia, to i na polu osobistym dzieje się wiele. Pewnego dnia jej syn ginie w niewyjaśnionych okolicznościach. Na szczęście udaje się go odnaleźć, ale od tego momentu kontakt matki z synem zmienia się diametralnie na niekorzyść obojga – Jeanette nie może porozumieć się z nastolatkiem, a praca jej tego nie ułatwia. Do tego spontaniczna bliskość, jaką nawiązała z Sofią, dodaje jej życiu silnych wrażeń…

Czy „Trauma” wzbudziła we mnie równie silne emocje co „Obłęd”? Niestety nie, bo zabrakło tu mocnych momentów i konkretniejszej akcji (za wyjątkiem przedostatniego rozdziału, który zawiera w sobie tak mistrzowsko w swej prostocie opisany moment samobójstwa, że nieprędko zniknie on z mojej pamięci, jeśli w ogóle…). W poprzednim tomie czytelnik znacznie częściej spotyka się z ofiarami czarnego charakteru – tutaj mamy ich zdecydowany deficyt, nad czym ogromnie ubolewam.

Owe niedobory nadrabia jednak wątek Victorii, która tym razem jest postacią kluczową i właściwie na niej opiera się cały tom. Jest to swoiste studium jej przypadku, które rozbiera jej osobowość na czynniki pierwsze i z wielką dokładnością analizuje. Zaglądamy do jej umysłu, analizujemy myśli, uczucia, cofamy się do czasów jej dzieciństwa i… zaczynamy rozumieć, co kieruje jej poczynaniami.

„Trauma” wygrywa jako powieść stricte psychologiczna, a możliwe nawet, że nie ma sobie równych w tym gatunku (jeśli znajdę lepszą, na pewno was o tym poinformuję). Traci jednak, jak już wspomniałam, za mozolne tempo akcji i ogólny fakt, że dzieje się w niej niewiele, dlatego tym razem duet pisarski Erik Axl Sund nie dostanie u mnie najwyższej noty. Może lepiej będzie na zakończenie i „Katharsis”, które ukaże się w listopadzie tego roku, zafunduje nam taką bombę, po której trylogia na stałe zapisze się w historii kryminału i thrillera psychologicznego. Oby tak się stało.

Ocena: 4/6

Oficjalna recenzja dla portalu Lubimy Czytać - LINK.

środa, 20 sierpnia 2014

Dobry ojciec - Diane Chamberlain





tłumaczenie: Alina Siewior-Kuś
tytuł oryginału: The Good Father
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 5 sierpnia 2014
ISBN: 9788379610174
liczba stron: 392


Co to znaczy być dobrym ojcem? Czy człowiek musi mieć predyspozycje do bycia rodzicem, czy można się tego nauczyć? 

Między innymi takie pytania stawia ambasadorka klubu „Kobiety to czytają”, Magdalena Kumorek, na okładce najnowszej książki Diane Chamberlain pt. „Dobry ojciec”. Pewnie jest tak, że ilu czytelników książki, tyle odpowiedzi na te pytania, bo chyba ciężko jednoznacznie określić swoje stanowisko w tej sprawie. I szczerze powiem, że powyższa lektura także i mnie tego nie ułatwiła.

Nowa powieść Chamberlain skłania do refleksji również nad tym, czy liczy się przede wszystkim dobro dziecka, czy też jego wzrastanie u boku kochających rodziców, nawet jeśli oznaczałoby to życie w bardzo niesprzyjających warunkach. Przed takim właśnie dylematem staje Travis Brown, ojciec małej Belli. Sam wychowuje swoją córeczkę, a gdy po tragicznym w skutkach pożarze umiera jego matka, jego sytuacja nie zapowiada się optymistycznie, zwłaszcza że ogień strawił jedyny dach nad głową, jaki mieli. Travisowi pozostaje już tylko mieszkanie z córką w firmowym vanie i czekanie na zlecenie, które dałoby obydwojgu środki do życia. Gdy sytuacja staje się już niemal beznadziejna, z pomocą przychodzi im nowo poznana znajoma, która oferuje dobrze płatną pracę w innym mieście. Na miejscu okazuje się, że tak naprawdę chodzi o udział w może i dobrze płatnym, ale nielegalnym przedsięwzięciu. Czy Travis postawi wszystko na jedną kartę i zaryzykuje obecność córki przy swoim boku, czy odrzuci propozycję, wybierając tym samym życie z Bellą w nędzy?

Oczywiście nie zdradzę Wam, jaką decyzję podjął Travis, ale będzie ona jedną z najtrudniejszych w jego życiu. I w związku z tym, i z ogólnym tematem książki, którym jest rodzicielstwo, nie sposób odmówić jej emocjonalnego wydźwięku, co u Chamberlain jest typowe – jest to wręcz znak rozpoznawczy tej pisarki. Styl powieści zasadniczo jest bardzo zbliżony do wielu innych jej autorstwa, bowiem i tu mamy do czynienia z narracją prowadzoną przez kilku bohaterów, nie brak też retrospekcji. Są ciekawi bohaterowie, z którymi łatwo się utożsamić, polubić lub wręcz przeciwnie – znienawidzić. Ciekawy jest też fakt, że tym razem głównym bohaterem jest mężczyzna a nie kobieta, jak to najczęściej w przypadku tej pisarki bywa. Jak chyba wszystkie powieści Chamberlain, i ta zawiera ciekawy i życiowy wątek główny, jednak nie mogę powiedzieć, że powieść „Dobry ojciec” porwała mnie w takim samym stopniu jak np. „W słusznej sprawie”. Brakuje jej mocnego uderzenia, jednak dalej czyta się ją z zainteresowaniem i w szybkim tempie.

Kogo książka zainteresuje? Na pewno fanów tematów życiowych i emocjonalnych, które dają do myślenia, rodziców aktualnych i przyszłych. Oczywiście fanów twórczości pisarki zapewne do lektury namawiać nie muszę, a sama czekam na kolejną nowość spod jej pióra, bo śmiało mogę już zaliczyć się do wielbicielek twórczości Chamberlain.

Ocena: 4/6

Oficjalna recenzja dla portalu Lubimy Czytać - LINK.

piątek, 27 czerwca 2014

Troje - Sarah Lotz




tłumaczenie: Arkadiusz Nakoniecznik
tytuł oryginału: The Three
wydawnictwo: Akurat
data wydania: 22 maja 2014
ISBN: 9788377587010
liczba stron: 480


Jeden dzień.

Cztery katastrofy.

Troje ocalonych.

Przesłanie, które zmieni losy świata.

Tak prezentuje się opis na tylnej okładce bestsellera Sarah Lotz pt. Troje. Jeszcze przed premierą książka stała się w Polsce sławna, intrygując krótkim blurbem i szatą graficzną. Dodatkowo ciekawość czytelników podsycał wydawca, rozsyłając chętnym pierwszy rozdział powieści, który na wielu – w tym na mnie – okazał się skutecznym wabikiem.

Ów rozdział opisuje moment felernego lotu do Tokio, w którym uczestniczy Pamela May Donald. Śledzimy relację z katastrofy, jak do uszu pasażerów docierają pierwsze dźwięki oznaczające, że dzieje się coś niedobrego. Jeden huk, drugi, a potem już tylko płomienie, porozrzucane części samolotu wokół i szczątki tragicznie zmarłych pasażerów. I na koniec szokujące nagranie z chwili przed śmiercią Pameli… A to nie jedyny dramat, który wydarzył się tego tragicznego dnia…

W dniu 12 stycznia 2012 roku, w tzw. Czarny Czwartek, na świecie dochodzi do trzech innych katastrof lotniczych: na Florydzie, w Wielkiej Brytanii oraz w Afryce. Na skutek tych wypadków łącznie ginie ponad tysiąc osób. Cudem z życiem uchodzą trzy, co stanowi zagadkę dla specjalistów badających katastrofę, dla mediów i dla ogółu ludzkości. Szybko tworzą się różnorakie teorie spiskowe na temat Czarnego Czwartku. Niektórzy wierzą, że to Bóg daje ludziom znaki, inni zaś widzą w tym oznakę działalności istot pozaziemskich. Świat ogarnia istne szaleństwo na punkcie katastrof, a finisz tej ogólnoświatowej paranoi przechodzi najśmielsze oczekiwania.

To, co mocno wyróżnia tę opowieść wśród innych – to forma, w jakiej jest podana. Nie ma tu typowej historii ze wstępem, rozwinięciem i zakończeniem. Wszystkie wydarzenia relacjonuje nam niejaka Elspeth Martin za pomocą przeprowadzanych przez siebie wywiadów z rodzinami ofiar, za pomocą poszczególnych biografii, zapisów z rozmów internetowych czy stenogramów. Sporadycznie sięga po cytaty z gazet i czasopism. Wszystko to razem sprawia, że książkę Lotz czyta się jakby była najprawdziwszym dokumentem a nie fikcją literacką. Autorce w fenomenalny sposób udało się wymyślonej historii nadać bardzo realistyczne cechy.

Bez wątpienia za plus należy też uznać szatę graficzną książki: czarna okładka, czarny blok, a nawet czarna koperta, w której do mnie dotarła. Wszystko razem robi naprawdę duże wrażenie.

A minusy? Czy są? Tak, w moim odczuciu to, co jest jej zaletą, co zresztą nieco wyżej wymieniłam, w pewnym momencie staje się wadą. O ile przez znaczną część książki forma, którą posługuje się autorka, intryguje i sprawia, że wyróżnia się na tle innych, w pewnym momencie zaczyna bardzo męczyć, nużyć i sprawiać, że już nie czyta się z takim zapałem jak na początku.

W samym wątku głównym (czyli wspomnianych katastrof lotniczych) też nie widzę oryginalnego pomysłu, zwłaszcza że jest to temat bardzo chwytliwy po ostatnich wydarzeniach, które miały miejsce na świecie (choćby po katastrofie samolotu malezyjskich linii lotniczych). Wygląda to troszkę tak, jakby autorka tanim chwytem chciała stworzyć bestseller, ale to tylko moje subiektywne odczucia.

Reasumując, forma i oprawa graficzna, w jakiej książka jest podana, sprawiają, że jest wokół niej tak wiele szumu. Za resztę tytuł Lotz na taki rozgłos, według mnie, już nie zasługuje. Powiedziałabym nawet, że książka jest odrobinę przereklamowana. To jednak nie zmienia faktu, że Troje – to ciekawostka na rynku wydawniczym i powiew świeżości, dlatego fanom nowości gorąco ją polecam.

Ocena: 4/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Akurat.

piątek, 9 maja 2014

Monogram - Joanna Marat





wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 20 marca 2014
ISBN: 9788378397182
liczba stron: 328


Lubię kryminały – to chyba żadna nowość dla tych, którzy śledzą moje wrażenia z przeczytanych lektur. Lubię też, gdy zawierają nieco humoru (najlepiej czarnego, ale to nie jest wymóg). W związku z tym kiedy tylko zobaczyłam w zapowiedziach tytuł, który miał stanowić mieszankę jednego z drugim, nie mogłam przejść obok niego obojętnie, zwłaszcza, że opis książki dawał nadzieję na naprawdę dobrą lekturę.

Czy taką się okazała? O tym za moment. Najpierw słów kilka o fabule „Monogramu” Joanny Marat oraz o tym, co jest bez wątpienia siłą tej książki, czyli głównych bohaterach. Są nimi przede wszystkim dwaj policjanci. Ernest Malinowski jest czterdziestokilkulatkiem o nienagannej prezencji, na którą składa się niczego sobie aparycja, nieźle wyrzeźbione ciało oraz dobry gust w doborze ubioru. Jego totalnym przeciwieństwem jest Marek Kos, zwany też Koszmarkiem. Mimo że jego pseudonim w gruncie rzeczy nie wziął się z jego wyglądu, to jednak idealnie oddaje jego stan: furtka między zębami, znoszony i wiecznie niedoprany marmurkowy garniturek oraz mała flaszeczka gorzkiej żołądkowej za pazuchą. Obaj policjanci różnią się od siebie diametralnie. Właściwie zagadką pozostaje, jakim cudem, współpracując w policji, wytrzymują ze sobą tyle czasu.

Tak czy siak dogadywać się jakoś muszą, tym bardziej, że na tapecie pojawia się okrutna zbrodnia, której okoliczności trzeba czym prędzej wyjaśnić, a jeszcze szybciej – schwytać mordercę. W Lasku Bielańskim odkryto zwłoki kobiety, zwłoki w niepełnym składzie, jak mógłby powiedzieć Kos, bo bez głowy. Śledztwo okazuje się być wyjątkowo trudne, bo początkowo ciężko o jakiekolwiek poszlaki czy wskazówki co do motywu morderstwa. Sprawy nie ułatwia także życie osobiste policjantów, którym prawie w tym samym czasie zbiera się na amory. Malinowski jedzie do Wrocławia spotkać się z kobietą poznaną za pośrednictwem Internetu, zaś Koszmarek w sposób nieudolny, ale ostatecznie skuteczny podrywa cycatą panią doktor od krojenia zwłok. Do tego osobliwego grona zalicza się też nieumiarkowana w jedzeniu oraz erotycznych igraszkach z młodszymi panami pani prokurator. Wszyscy razem starają się rozwikłać zagadkę bezgłowych zwłok, chociaż… niektórzy z nich śledztwo bardziej utrudniają niż ułatwiają.

Mimo że ten krótki opis może sugerować, że cała fabuła opiera się wyłącznie na wątku kryminalnym, to wcale tak nie jest. Jak już wspomniałam, mamy też wątki uczuciowe, choć przedstawione w sposób raczej humorystyczny. Ponadto bohaterowie rozliczają się także z przeszłością swoją oraz swoich rodziców, płacąc wyższą lub niższą cenę za ich wybory i błędy. Wszystko to w dość trudnych okolicznościach, bo w obliczu tragedii smoleńskiej.

Co mogę powiedzieć o tym tytule? Czy jest dobry, czy zły? Na pewno książka mnie zaskoczyła, bo po opisie spodziewałam się, że będzie to okraszona humorem, lekka opowiastka z tłem kryminalnym, tymczasem okazało się, że wcale tak banalna nie jest. Wątek morderstwa ma swoje głębsze dno, jego motywy nie są łatwe do przewidzenia i w ogóle sprawa jest znacznie grubsza niż może się wydawać. Postaci są szalenie charakterystyczne. Właściwie każda, którą spotykamy w „Monogramie”, jest wyrazista i nieszablonowa (nie licząc pomysłu na postać policjanta-alkoholika).

Jedyne, co mi w książce przeszkadzało, to pewne odrobinę przegadane momenty. Niektóre kwestie nie wnosiły niczego nowego czy ciekawego do fabuły, a po prostu były – zupełnie niepotrzebnie.

Niemniej „Monogram” to dobra powieść, która na tle tych schematycznych i mało wyrazistych wyróżnia się mocno, ale czy zapadnie mi w pamięć? To się okaże. Chyba że Koszmarek… Tak, ten wulgarny typ na pewno nie da mi o sobie zapomnieć.

Ocena: 4/6

Oficjalna recenzja dla Lubimy Czytać - LINK.

wtorek, 29 kwietnia 2014

Żółta sukienka - Beata Gołembiowska





wydawnictwo: Novae Res
data wydania: 2011
ISBN: 9788377221983
liczba stron: 164


Był taki okres w moim życiu, w którym bardzo pragnęłam opuścić swoje dotychczasowe miejsce zamieszkania, rzucić wszystko, niczym się nie przejmować i wyjechać gdzieś daleko. Gdzieś, gdzie wszystko zacznę od nowa, znajdę pracę, znajomych, może nawet kogoś bliskiego. Ostatecznie pragnienie to zostało stłumione na tyle, że przestało już grać w moim życiu pierwsze skrzypce – zeszło na dalszy plan. Ostatecznie żyję, mieszkam, pracuję i kocham… w Polsce.

Anna, bohaterka debiutanckiej powieści Beaty Gołembiowskiej pt. Żółta sukienka w pewnym momencie swego życia również spotyka się z tego typu rozterkami i dlatego postanawia wszystko zmienić: rzuca pracę dziennikarki, zostawia Polskę daleko w tyle i emigruje za ocean, do Kanady. Życie, jakie tam prowadzi, nie jest może szczytem jej marzeń, ale radzi sobie, mimo że bez przerwy zmienia miejsca pracy. Właśnie pojawia się przed nią perspektywa kolejnej – jako osoby do prowadzenia domu i pomocy dla niepełnosprawnego mężczyzny imieniem Paul. Początki ich znajomości nie są łatwe: Anna obawia się, czy poradzi sobie w roli, którą jej powierzono, a Paul nie ułatwia jej zadania przez swoje grubiańskie zachowanie. Okazuje się jednak, że pod maską niedostępnego i obrażonego na cały świat człowieka Paul skrywa wrażliwego, inteligentnego i ciepłego mężczyznę, który niemal od pierwszego wejrzenia zakochuje się w Annie… Ta w głębi ducha zaczyna coś podejrzewać, ale to nie jest czas na miłość w jej życiu.

Póki co, jej serce wypełniają traumatyczne wspomnienia z dzieciństwa i głęboko skrywany ból… Matka – wiecznie krzycząca dewotka i bierny ojciec, którego tak kochała to elementy charakterystyczne dla młodzieńczych lat Anny. W zasadzie jedyną powierniczką i ukojeniem w trudnych chwilach była dla niej Agnieszka – zwykła-niezwykła lalka– niemy świadek przeżyć małej Ani. W pewnej chwili pojawił się też pan, który obiecał, że da inną lalkę w zamian za „zabawę w doktora”… Nie dał zabawki, tylko fizyczny ból, zaplamioną krwią sukienkę i koszmar przeżytego gwałtu obecny w świadomości Anny już na zawsze…

Powrót do Polski po dwudziestu latach ma być swoistą, heroiczną próbą spojrzenia w oczy demona i rozprawienia się z przeszłością. Czy Anna dostanie to, po co przyjechała? Czy doczeka się ukojenia? Czy przestaną dręczyć ją koszmary senne i czy będzie w stanie patrzeć w przyszłość bez obaw i lęków?

Całość tej historii przedstawia się bardzo pesymistycznie, ale jednak jest w niej coś pozytywnego, mianowicie nadzieja. Nadzieja, że po nawet najbardziej burzliwej nocy wstanie dzień, który przyniesie choć kilka promieni słońca. Ze wszystkim można się uporać – nie wszystko zapomnieć, bo to nie zawsze jest możliwe – ale ze wszystkim można nauczyć się żyć. I mieć nadzieję, że to, co mamy już za sobą, ostatecznie da nam spokojnie iść przez dalszą drogę życia.

Żółta sukienka jest opowieścią krótką, ale treściwą. Zawiera przeżycia bohaterki, jej zmagania z przeszłością, teraźniejszością, jej dawne marzenia, a nawet przejawy talentu literackiego w formie opowiadań czy wierszy. Dużo tu emocji, choć może nie są w jakiś szczególny sposób eksponowane. Tym, co urzekło mnie w tej historii jest to, że tak naprawdę każdy z nas może odnaleźć w niej choćby maleńką cząstkę siebie. W końcu kto nigdy nie chciał, choć przez chwilkę, od kogoś lub czegoś uciec? No właśnie, nawet mnie się to zdarzyło.

Debiut pani Gołembiowskiej od tej chwili ma dla mnie wartość sentymentalną. Może nie opowiada o czymś nowym, nie ma zapierającej dech w piersiach akcji, ale całość ma w sobie to coś, co uplasuje tę książkę może w dalszych rejonach pamięci, ale na pewno w miejscu na tyle stabilnym, by nie groziło jej zapomnienie.

Ocena: 4/6



Za możliwość przeczytania książki dziękuję jej Autorce.

środa, 2 kwietnia 2014

Mroczne umysły - Alexandra Bracken





tłumaczenie: Maria Borzobohata-Sawicka
tytuł oryginału: The Darkest Minds
seria/cykl wydawniczy: Mroczne umysły tom 1
wydawnictwo: Otwarte
data wydania: 2 kwietnia 2014
ISBN: 9788375150476
liczba stron: 456


Jeśli twoje dziecko zachowuje się dziwnie, nienormalnie i podejrzanie, to wiedz, że coś się dzieje! Sparafrazowanymi słowami sławnego księdza najprościej rozpocząć opis wrażeń z lektury książki, która ostatnio zajmowała moje wolne chwile. Chodzi o bestsellerową powieść młodej, bo zaledwie dwudziestokilkuletniej pisarki, Amerykanki, Alexandry Bracken, pt. „Mroczne umysły” - pierwszy tom trylogii.

Dzieje się tu, oj dzieje, nie tylko z dziećmi (czy raczej młodzieżą), czyli głównymi bohaterami powieści, ale i z państwem, w którym toczy się akcja, czyli USA. Po dobrobycie, z którym zawsze było kojarzone, nie ma już najmniejszego śladu – Ameryka jest bankrutem. Największe i najważniejsze firmy splajtowały, procent bezrobocia rośnie z dnia na dzień, a politycy zdają się zamartwiać bardziej tym, czy uda im się utrzymać stanowisko niż tym, czy w kolejnych wyborach będzie komu iść do urn. Tym bardziej, że na skutek tajemniczej choroby zwanej OMNI-ą odsetek zdrowych a przede wszystkim żyjących dzieci drastycznie maleje. Z kolei te, które żyją, zaczynają zdradzać fakt posiadania nadnaturalnych zdolności np. potrafią czytać w myślach, siłą umysłu zmuszać kogoś do wykonania jakiejś czynności (na przykład włożenia do ust naładowanej broni i oddania strzału) czy wyrwania drzewa z korzeniami. Dla nich rząd stworzył specjalne miejsca, które oficjalnie są ośrodkami rehabilitacyjnymi, a naprawdę – obozami dla nieletnich.

Ruby – pierwszoplanowa postać książki – miała zaledwie dziesięć lat, gdy trafiła do obozu w Thurmond. Była jednym z wielu bezimiennych dzieci oznaczonym kolorem – dzieli się je według barw, które oznaczają konkretne zdolności, np. Zieloni – to dzieci ponadprzeciętnie inteligentne, a Pomarańczowi – potrafią wnikać w umysły innych ludzi. Są też Niebiescy, Czerwoni i Żółci. Wszyscy razem składają się na tzw. mroczne umysły – do nich zalicza się także Ruby. Choć podczas pierwszej selekcji udało się jej oszukać pracowników obozu, którzy zakwalifikowali ją jako Zieloną, to jednak znalazł się ktoś, kto wiedział, kim Ruby naprawdę jest, ktoś, kto postanowił dać jej nowe życie i wyzwolić z obozu. Jednak czy w świecie tak podłym i brutalnym, w którym liczy się tylko władza i własne dobro, można w pełni zaufać komukolwiek? Czy ktoś, kto wyciąga pomocną dłoń, rzeczywiście chce pomóc, czy jedynie ugrać na tym coś dla siebie?

Odpowiedzi na te pytania Ruby poznaje dość szybko. Kiedy w towarzystwie innych młodych ludzi zmierza do miejsca, w którym chcą odnaleźć człowieka, który ma zapewnić im schronienie, wie już, kto jest jej przyjacielem, a kto wrogiem, komu może ufać, a przed kim musi się ukrywać. Najbardziej jednak boi się samej siebie i tego, co w niej tkwi – potwora – jak sama go nazywa.

Przyznacie, że Alexandra Bracken nie wykreowała świata pełnego szczęścia i przyjaznych ludzi, wręcz przeciwnie – proponuje jedną z wielu ponurych wizji, które oferują autorzy powieści fantastycznych. W dodatku szybko daje się w tej wizji zauważyć tak często powielany schemat, w którym mamy do czynienia z jakąś klęską, która drastycznie wpływa na losy danego państwa czy całego globu, a główny bohater, próbując wyrwać się z tej szarej rzeczywistości, odbywa długą podróż w kierunku miejsca, które ma przynieść tak zwane „lepsze jutro”.

Negatywnie zaskoczyło mnie też to, że autorka bardzo pobieżnie potraktowała kluczowe dla powieści kwestie, tj. tajemniczą chorobę OMNI-ę czy pobyt bohaterki w obozie (na początku opowiada, jak Ruby do niego trafiła, a potem – ot tak, po prostu – przeskakuje kilka lat do przodu). Nie wiemy też, co konkretnie wywołało kryzys w Ameryce. Oczywiście istnieje prawdopodobieństwo, że pisarka nadrobi te niedociągnięcia w kolejnym tomie, ale i tak po lekturze pierwszego pozostawia to pewien niedosyt.

W prostym stylu i potocznym języku, którymi posługuje się ta młoda i początkująca dopiero pisarka, wyraźnie widać, że „Mroczne umysły” skierowane są do czytelników młodych i nie wątpię, że przez wielu nastolatków powieść zostanie odebrana bardzo pozytywnie i entuzjastycznie (co zresztą już się dzieje, jak wynika z tego, co zdążyłam zaobserwować).

Na koniec słowo odnośnie stwierdzenia umieszczonego na okładce, jakoby książka była najbardziej niepokojącą powieścią od czasów „Igrzysk śmierci”. Fanom trylogii Collins śpieszę z informacją, by nie spodziewali się historii podobnej do tej z Katniss w roli głównej – to nie ten klimat, nie ten styl. „Mroczne umysły” to opowieść zupełnie inna, której absolutnie nie należy porównywać do „Igrzysk...” Zresztą, kto chce, niech sam się przekona.

Ocena: 4/6

Oficjalna recenzja dla Lubimy Czytać - LINK.

piątek, 28 marca 2014

Minione życia - Wojciech Baran




wydawnictwo: Novae Res
data wydania: grudzień 2013
ISBN: 9788377229101
liczba stron: 484


Po thrillery sięgam zawsze chętnie i bardzo często, co pewnie wielu z Was zdążyło zauważyć, jednak po thrillery z wątkiem paranormalnym już znacznie rzadziej, bo zazwyczaj kojarzą mi się z marnymi opowieściami z ckliwym wątkiem miłosnym. Mimo to ostatnio, wiedziona pokusą, postanowiłam przełamać się i sięgnąć po książkę z tego rodzaju, autorstwa polskiego pisarza, Wojciecha Barana.

Minione życia to intrygująca i misternie utkana opowieść, w której świat rzeczywisty łączy się ze światem fantastycznym. Tytuł kwalifikuje się do tej mroczniejszej odmiany fantastyki i thrillera (możecie mi wierzyć, że ciemne tło okładki nie wzięło się znikąd). O czym opowiada? W zasadzie ciężko opowiedzieć fabułę w kilku zdaniach – dzieje się w niej wyjątkowo dużo.

Na wstępie poznajemy głównego bohatera, Piotra Wolskiego, który po rozstaniu z rodziną prowadzi mało intrygujące życie w samotności. Jednak pewien dzień diametralnie zmienia postać rzeczy. Z niespodziewaną wizytą przychodzi do Piotra młoda Rosjanka, Nadia Prokotow, z prośbą o chwilę rozmowy na temat jego syna, Marcina, który zaginął w tajemniczych okolicznościach po wyruszeniu w niebezpieczną wyprawę w rejony Rosji do Stołeczna. Miejscowość ta owiana jest mroczną legendą. Niegdyś mówiło się, że skrywa w sobie miejsce, które obiecuje bogactwo temu, kto je odnajdzie. Dzisiaj z kolei wierzy się, że ruiny położone w Stołecznie skrywają zagadkę nieśmiertelności. Nic dziwnego zatem, że co i rusz pojawiają się tam poszukiwacze tajemnic. Tyle że samo miejsce nie lubi gości i pochłania każdego, kto się do niego zbliży, nie zostawiając po nim żadnych wieści.

(…) gdzieś głęboko w syberyjskich lasach istnieje opuszczona osada… swego rodzaju miasto duchów. Nawet najodważniejsi śmiałkowie omijają to miejsce z daleka, a ci, którzy odważyli się zapuścić w te przeklęte trzęsawiska, nigdy stamtąd nie wrócili[1].

Koleje losu sprawiają, że po latach Piotr znów musi wrócić do tej sprawy i znów ryzykować życiem. Tym razem jest to o tyle trudniejsze, że po piętach depczą mu gangsterzy, którzy i swój interes mają w rozwikłaniu zagadki Stołeczna.

I to zarys fabuły w naprawdę telegraficznym skrócie, bo wątków obecnych w książce jest wiele: nie brakuje wątku miłosnego, obecne są też takie emocje jak strach, złość, poczucie osamotnienia, a z racji obecności wątku mafijnego, nie brakuje i agresji, strzelanin, a często wylewającej się z kart powieści krwi. Całość opowiedziana jest niezwykle skrupulatnym stylem – autor bardzo postarał się, by wszystko, o czym pisze, opowiedziane było ze wszystkimi szczegółami, co zasadniczo jest mocną stroną książki, ale czasami staje się jej wadą. Nie każde miejsce wydarzeń zasługiwało na wnikliwy opis, niektóre można było potraktować pobieżnie, a powieść i tak by na tym nie straciła. Tymczasem ta szczegółowość, chociaż świetnie sprawdza się w scenach grozy, znacznie potęgując odczucie strachu, czasami męczy.

Kolejna sprawa, która odrobinę mnie raziła, to przesadne upodobanie autora do dialogów, w których bohaterowie, nawet jeśli są we dwójkę, zwracają się do siebie per „Tomku”, „Marku”, „Piotrku”. Dodaje to przesadnej oficjalności historii, która nie jest tu wymagana.

Słowo komentarza należy się również autorom okładki, względem której też mam małe „ale”. I nie chodzi tu o jej ciemne tło (które, jak pisałam, jest uzasadnione), a o ledwie widoczny tytuł oraz nazwisko autora (w rzeczywistości prezentuje się to gorzej niż na okładce powyżej). W naturalnym oświetleniu informacje te zwyczajnie nie są widoczne. Gdybym patrzyła na książkę w księgarni, najpewniej w ogóle bym się nią nie zainteresowała, skoro, by dostrzec tytuł, musiałabym się jej dokładnie przyjrzeć. Wydawnictwo nie popisało się w tej kwestii.

Tak czy inaczej całokształt powieści wypada na plus, choćby dzięki jej klimatowi, pełnemu tajemnicy, mrocznych sekretów wyłaniających się z odmętów natury ludzkiej, jak i wątków paranormalnych. Minione życia polecam nie tyle fanom thrillerów, co fantastyki, bo jednak ta paranormalna płaszczyzna powieści tutaj dominuje w moim odczuciu.

Ocena: 4/6



[1] W. Baran, Minione życia, Novae Res, Gdynia 2013, s. 215.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję jej Autorowi.

wtorek, 25 marca 2014

Szczerze oddana - Pekka Hiltunen




tłumaczenie: Adam Sandach
tytuł oryginału: Vilpittömästi sinun
wydawnictwo: Zysk i S-ka
data wydania: 17 lutego 2014
ISBN: 9788377851562
liczba stron: 508


Po książki pisarzy pochodzenia fińskiego sięgam bardzo rzadko, dlatego w zasadzie nie wiem czego się po nich spodziewać. Ostatni raz miałam ku temu okazję dzięki Fantastycznemu samobójstwu zbiorowemu Arto Paasilinna. Nie byłam pod szczególnym wrażeniem – spodziewałam się książki znakomitej, a dostałam wyjątkowo przeciętną. Tym razem padło na pana Pekkę Hiltunena i jego thriller z tłem kryminalnym, pt. Szczerze oddana.

Blurb zapowiadał całkiem intrygującą lekturę, z którą przyszło mi spędzić kilka dni. Główną bohaterką jest Lia, młoda kobieta pochodząca z Finlandii, ale mieszkająca od jakiegoś czasu w Londynie i pracująca jako grafik w jednej z gazet. Wśród znajomych uchodzi za zdystansowaną i chłodną niczym kraj, z którego pochodzi, jednak to tylko pozory, bowiem emocji, często skrajnych, w Lii nie brakuje, co szybko daje się zauważyć.

Pewnego dnia kobieta przypadkiem znajduje się w miejscu (w samym środku Londynu), w którym w bagażniku jednego z aut wystawiono na widok publiczny zmasakrowane ciało. Lia, porażona samym faktem obecności w pobliżu zwłok, nie może sobie poradzić z natłokiem wynikających zeń emocji, jednak ma nadzieję, że wir codziennego życia oraz mała impreza urodzinowa w miejscowym pubie, pozwoli jej zapomnieć choć na chwilę o traumatycznym przeżyciu. I na chwilę jej się to udaje, bo w owym pubie poznaje tajemniczą kobietę imieniem Mari. Kobieta wydaje się czytać w myślach – potrafi odgadnąć takie fakty z życia (często intymnego), o których istnieniu Lia i jej znajomi mogliby wiedzieć tylko oni sami. Jak się potem okazuje, Mari nie czyta w myślach, a czyta ludzi…

Kobiety szybko zaprzyjaźniają się, dowiadują o sobie coraz więcej, a nawet zaczynają wspólną pracę w miejscu, w którym dowodzi nowopoznana przyjaciółka bohaterki. Firma Mari ma za zadanie pomagać ludziom w sytuacjach, w których zdaje się, że nie da się już nic zrobić – w jednym z przypadków zmusili jedną z firm telekomunikacyjnych do ponownego wprowadzenia na rynek tanich abonamentów, które z dnia na dzień zawiesili. Mari i jej współpracownicy często działają na pograniczu prawa, a nawet poza nim…

Wkrótce interesy Lii oraz Marii zbiegają się. Okazuje się, że jedna drugiej może pomóc w rozstrzygnięciu nurtujących je kwestii. I tak Marii pomoże Lii w znalezieniu sprawcy brutalnego morderstwa, a Lia… – tego już Wam nie zdradzę.

W fabule dzieje się tak dużo, że nie sposób krótko o niej opowiedzieć, ale przecież nie w tym moja rola. Moim zadaniem jest opowiedzieć Wam o wrażeniach wyniesionych z lektury, a te, krótko mówiąc, są skrajnie różne. Bardzo podoba mi się samo umiejscowienie akcji w Londynie i pomysł, żeby zwłoki denatki zostały znalezione w samym jego centrum, podczas gdy nikt nie wie, skąd się tam wzięły. Mamy tu też dwa wątki: jeden związany z Lią i jej prywatnym, amatorskim śledztwem, a drugi z tym, co chce osiągnąć Mari. Autor bardzo płynnie i umiejętnie przechodzi od jednego wątku do drugiego – nie ma tu niepotrzebnego chaosu, czytelnik nie gubi się w tym, co czyta. Sam pomysł na specyficzną działalność Mari jest bardzo interesujący, ale jednocześnie wywołuje lekkie poczucie nierealności. Jak już wspomniałam, ona i jej pracownicy często w swoich działaniach balansują na granicy prawa, a nawet je łamią, co na dłuższą metę nie powinno im uchodzić bezkarnie, tymczasem wydaje się, jakoby Mari i jej załoga stali ponad nim.

Działalność Mari to nie jedyny element wywołujący we mnie poczucie nierealności. Już sam fakt, że Lia podjęła się swojego amatorskiego śledztwa, nie mając ku temu najmniejszych powodów (nie licząc tych czysto emocjonalnych), jest z lekka naciągany. Kolejne wydarzenia tylko pogłębiają to wrażenie. Wymienię tylko jedno z nich: Lia, chcąc poznać więcej szczegółów związanych ze śledztwem, udaje się na komisariat policji, a tam prosi o rozmowę z osobą, która zajmuje się tą sprawą. Do rozmowy dochodzi, a pan nadkomisarz – chyba za ładne oczy – postanawia włączyć bohaterkę – ot tak, po prostu – do grona zaufanych dziennikarzy, którym zdradza się poszczególne fakty ze śledztwa (przypomnijmy, że Lia jest grafikiem a nie dziennikarzem, o czym od razu nadkomisarza informuje). Według mnie, pod względem prawdopodobności zachodzących zdarzeń Szczerze oddana niestety kuleje. I to miało duży wpływ na mój ogólny odbiór powieści.

Ostatecznie zatem nadal nie potrafię jednoznacznie ustosunkować się do literatury rodem z Finlandii. Nie mogę powiedzieć, że jest zła, że mi nie odpowiada, bo zbyt rzadko się z nią stykam, ale jak dotąd nie zapałałam do niej ogromną sympatią. Co mi pozostaje w takiej sytuacji? Tylko skusić się na kolejne tytuły. Tak samo nie zamierzam i Was odwodzić od lektury debiutu Pekki Hiltunena – sami musicie się do niej ustosunkować.

Ocena: 4/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.