Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sonia Draga. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sonia Draga. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 marca 2015

Katharsis - Erik Axl Sund





tłumaczenie: Wojciech Łygaś
tytuł oryginału: Pythians anvisningar
wydawnictwo: Sonia Draga
data wydania: 22 października 2014
ISBN: 9788375089356
liczba stron: 368


W moim czytelniczym dorobku pojawiło się już wiele mrocznych historii rodem z dobrze rozwiniętej wyobraźni ich autorów. Jedne porażały głównymi wątkami, w których trup słał się gęsto, drugie imponowały nienaganną kreacją bohaterów, a trzecie zapierającymi dech w piersiach zwrotami akcji. Które z nich cenię najmocniej? Te, które są w stanie zagwarantować mi wszystkie wymienione wartości w jednym tytule – a niełatwa to sztuka. Nieczęsto zdarza mi się trafiać na takie perełki. Aż tu nagle pewnego pięknego dnia w moje ręce wpada „Obłęd”, pierwsza część trylogii „Oblicza Victorii Bergman” szwedzkiego duetu o pseudonimie Erik Axl Sund.

Erik Axl Sund
I zaczyna się. Przerażające i drastyczne morderstwa – jedno za drugim – których ofiarami padały dzieci. Bezwzględny morderca pozbawia je wybranych części ciała i porzuca zmasakrowane zwłoki tam, gdzie teoretycznie każdy mógłby odkryć jego tożsamość, a jednak nikomu to się nie udaje: w centrum tętniącego życiem Sztokholmu. Rozwikłania dramatycznej zagadki śmierci ofiar podejmuje się pani komisarz Jeanette Kihlberg. Splot zdarzeń oraz przychylny los sprawiają, że w śledztwie pomaga jej znana i ceniona w środowisku psycholog Sofia Zetterlund.

O ile w pierwszym tomie przyglądamy się głównie samej sprawie oraz śledztwu, o tyle w drugim autorzy nakreślają nam znacznie bliżej sylwetkę Sofii – w końcu nie bez powodu uczynili ją bohaterką trylogii. A kobieta to szalenie tajemnicza, pełna zagadek, ze skomplikowaną i dramatyczną przeszłością.

Co przynosi trzeci tom pt. „Katharsis”? Na początku zdecydowanie chaos: natłok postaci oraz sytuacji odrobinę przygniata. Bardzo pomocny jest w tym momencie spis bohaterów umieszczony na początku powieści. Na szczęście ów rozgardiasz daje się szybko opanować i ustępuje on miejsca… czystej psychologii. Chyba tak najlepiej można ująć w słowa całość trzeciego tomu trylogii.

Tym razem również mamy do czynienia ze zbrodnią, z ofiarami, ze skrupulatnie i szczegółowo opisywanym śledztwem. Jednak nie to jest najważniejsze w przypadku „Katharsis”. Tu liczy się przede wszystkim mroczna otchłań nie tyle psychopatycznego mordercy, ile człowieka naznaczonego chorobą psychiczną, a także analiza motywów jego postępowania i wpływ traumatycznych przeżyć z lat dziecięcych na wybory podejmowane w dorosłości. Nie będzie przesadą, jeśli powiem, że w przypadku tej powieści mamy do czynienia z wnikliwym studium przypadku osoby naznaczonej dysfunkcją psychiczną (w dużo mocniejszym i dokładniejszym stopniu, niż to miało miejsce w „Traumie”).

Co ciekawe, autorzy nie oparli stworzonej przez siebie historii tylko na własnej fantazji. Bardzo umiejętnie pod tę fikcyjną opowieść podpięli przypadki seryjnych morderców. Zbrodnicze poczynania Eda Geina czy Andrieja Czikatiło nie miały przed duetem absolutnie żadnych tajemnic i zostały bardzo dokładnie opisane w tej książce. Podobnie rzecz ma się w jednostkami chorobowymi, które panowie zdecydowali się opisać. Jestem pod wrażeniem tak dobrego przygotowania się pisarzy.

Szybko daje się też zauważyć, że trylogia jest bardzo dobrze skomponowana, wszystkie tomy świetnie się ze sobą łączą i zazębiają, tworząc harmonijną i spójną całość. To, co nie było jasne w pierwszym czy drugim, przestaje być zagadką w trzecim. Nie jestem jedynie usatysfakcjonowana samym zakończeniem, na które autorzy się zdecydowali. Liczyłam na mocniejsze uderzenie, na epilog, który nie dałby mi spać w nocy, ale… Nie jest powiedziane, że nie spodoba się on każdemu, wszak każdy ma inny gust.

Czy teraz, gdy mam ogląd na całość cyklu, nadal chcę Wam go polecać? Jak najbardziej! Z ręka na sercu muszę przyznać, że na płaszczyźnie psychologicznej to jeden z najlepszych znanych mi tytułów (zwłaszcza tom ostatni). Naprędce ciężko mi teraz podać jeden, który choćby w małym stopniu by mu dorównywał.

Nie wyobrażam sobie także, by któryś z fanów powieści z dreszczykiem, w których psychika bohaterów stanowi ich najważniejszą siłę napędową, nie przeczytał „Obliczy Victorii Bergman”. To wyśmienita trylogia, której naprawdę fenomenalnym zwieńczeniem jest „Katharsis” – istna wisienka na torcie!

Ocena: 5,5/6

Oficjalna recenzja dla Lubimy Czytać - LINK.

Tom I - Obłęd
Tom II - Trauma
Tom III - Katharsis

czwartek, 4 września 2014

Trauma - Erik Axl Sund





tłumaczenie: Wojciech Łygaś
tytuł oryginału: Hungerelden
wydawnictwo: Sonia Draga
data wydania: 21 maja 2014
ISBN: 9788375089349
liczba stron: 408


Od czasu mojego ostatniego spotkania z autorami pierwszego tomu trylogii „Oblicza Victorii Bergman” pt. „Obłęd” minęło już pół roku. W tym czasie nie zapomniałam o głównych bohaterkach powieści, które w tajemniczy sposób nakazały mi, by do nich wrócić. Do ich świata, codzienności, rozterek oraz jakże specyficznych osobowości (zwłaszcza jeśli chodzi o samą Victorię). Na szczęście na drugi tom trylogii nie trzeba było zbyt długo czekać i oto jestem już po lekturze „Traumy” duetu Erik Axl Sund.

Przypomnę zapominalskim i tym, którzy pierwszego tomu jeszcze nie znają, co się w nim działo. Poznaliśmy tam Jeanette Kihlberg – panią komisarz, która stanęła przed zadaniem rozwikłania wyjątkowo brutalnych i przerażających morderstw, których ofiarami padały dzieci. Dramatyzmu tym zabójstwom dodawał fakt, że jeden z chłopców został pozbawiony genitaliów, drugi – oczu i nosa, a ciało jeszcze innego zostało zmumifikowane. W śledztwie pomagała również ceniona psycholog, Sofia Zetterlund, która bardzo zaangażowana była w tajemniczy przypadek Victorii Bergman i w niemal każdej wolnej chwili analizowała zapisy z przeprowadzonych z nią sesji terapeutycznych.

„Trauma” dostarcza czytelnikowi dużo nowych faktów z życia Victorii i to na jej postaci skupia się przede wszystkim ten tom. Dowiadujemy się jeszcze więcej o jej życiu, dramacie, który przeszła i jej silnym powiązaniu z Sofią. Jeanette zaś nadal mierzy się ze sprawą morderstw na dzieciach, a do grona spraw oczekujących na rozwiązanie dochodzi zabójstwo pewnego ważnego biznesmena. Nie dość, że w życiu zawodowym pani komisarz nie znajduje chwili wytchnienia, to i na polu osobistym dzieje się wiele. Pewnego dnia jej syn ginie w niewyjaśnionych okolicznościach. Na szczęście udaje się go odnaleźć, ale od tego momentu kontakt matki z synem zmienia się diametralnie na niekorzyść obojga – Jeanette nie może porozumieć się z nastolatkiem, a praca jej tego nie ułatwia. Do tego spontaniczna bliskość, jaką nawiązała z Sofią, dodaje jej życiu silnych wrażeń…

Czy „Trauma” wzbudziła we mnie równie silne emocje co „Obłęd”? Niestety nie, bo zabrakło tu mocnych momentów i konkretniejszej akcji (za wyjątkiem przedostatniego rozdziału, który zawiera w sobie tak mistrzowsko w swej prostocie opisany moment samobójstwa, że nieprędko zniknie on z mojej pamięci, jeśli w ogóle…). W poprzednim tomie czytelnik znacznie częściej spotyka się z ofiarami czarnego charakteru – tutaj mamy ich zdecydowany deficyt, nad czym ogromnie ubolewam.

Owe niedobory nadrabia jednak wątek Victorii, która tym razem jest postacią kluczową i właściwie na niej opiera się cały tom. Jest to swoiste studium jej przypadku, które rozbiera jej osobowość na czynniki pierwsze i z wielką dokładnością analizuje. Zaglądamy do jej umysłu, analizujemy myśli, uczucia, cofamy się do czasów jej dzieciństwa i… zaczynamy rozumieć, co kieruje jej poczynaniami.

„Trauma” wygrywa jako powieść stricte psychologiczna, a możliwe nawet, że nie ma sobie równych w tym gatunku (jeśli znajdę lepszą, na pewno was o tym poinformuję). Traci jednak, jak już wspomniałam, za mozolne tempo akcji i ogólny fakt, że dzieje się w niej niewiele, dlatego tym razem duet pisarski Erik Axl Sund nie dostanie u mnie najwyższej noty. Może lepiej będzie na zakończenie i „Katharsis”, które ukaże się w listopadzie tego roku, zafunduje nam taką bombę, po której trylogia na stałe zapisze się w historii kryminału i thrillera psychologicznego. Oby tak się stało.

Ocena: 4/6

Oficjalna recenzja dla portalu Lubimy Czytać - LINK.

środa, 26 lutego 2014

Obłęd - Erik Axl Sund





tłumaczenie: Wojciech Łygaś
tytuł oryginału: Kråkflickan
seria/cykl wydawniczy: Oblicza Victorii Bergman tom 1
wydawnictwo: Sonia Draga
data wydania: 15 stycznia 2014
ISBN: 9788375088618
liczba stron: 388


Nie miałam dotychczas zbyt wielu okazji, by sięgać po książki pisane przez osoby na co dzień zajmujące się muzyką. Do tej pory zrobiłam to tylko dwa razy, ale obydwa uznaję za bardzo udane. Przekonałam się, że artystyczna dusza wcale nie musi przejawiać się tylko w jednej dziedzinie – artysta może pokazywać swoje talenty na kilku płaszczyznach. Udowodnił mi to już ekscentryczny Rob Zombie w przypadku „Panów Salem”, tworząc mocny horror, którego niektóre sceny po dziś dzień wywołują u mnie gęsią skórkę…

Ostatnio zaś nasz rynek – można powiedzieć, że szturmem – zdobył szwedzki duet Erik Axl Sund, który tworzą: Jerker Eriksson i Håkan Axlander Sunquist. Chociaż obaj ściśle związani z branżą muzyczną, postanowili spróbować swych sił na polu literackim, tworząc trzymający w napięciu kryminał i thriller psychologiczny w jednym – „Obłęd”, który jest pierwszym tomem trylogii. Przyznaję, że początek powieści nie zwiastował powieści tak dobrej, jak obiecywały reklamy…

Sztokholm, jeden ze zwykłych dni. Komisariat policji, telefon od anonimowego człowieka z informacją, że w pewnym miejscu leżą czyjeś zwłoki. Gdy funkcjonariusze przybywają na miejsce zbrodni okazuje się, że to młody chłopiec ze śladami ciężkiego pobicia. Po dokładniejszych oględzinach oraz przeprowadzonych badaniach okazuje się, że jego organizm zawiera ślady obecności środków odurzających, a zwłoki są zmumifikowane.

Sprawą zajmuje się pani komisarz, Jeanette Kihlberg – kobieta po przejściach, z nowym partnerem (artystą, który jest jej utrzymankiem) i nastoletnim synem. Mimo że jej życie osobiste nie jest usłane różami, to w pracy stara się dawać z siebie wszystko, zwłaszcza, że niedawno awansowała i chce pokazać wszystkim, jak bardzo na to zasłużyła. Jednak kwestia śledztwa temu nie sprzyja: o zmumifikowanej ofierze wiadomo niewiele, a co gorsza nikt nie zgłasza faktu jej zaginięcia. Na tej okropnej zbrodni się jednak nie kończy, bo wkrótce zostają odkryte kolejne zwłoki młodych chłopców, którzy zostali potraktowani przez swojego oprawcę wyjątkowo okrutnie: morderca pozbawił ich genitaliów, a jednego z nich oczu, ust i nosa.

Dość topornie posuwające się naprzód śledztwo w końcu prowadzi Kihlberg do słynnej pani psycholog, która specjalizuje się w terapii dzieci po traumatycznych przeżyciach – Sofii Zetterlund. Okazuję się też, że oprócz znajomości tematu Sofię ze śledztwem łączy dużo więcej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Pani psycholog, jak się okazuje, również ma za sobą traumatyczne przeżycia wyniesione z dzieciństwa i szuka ukojenia w zagłębianiu się w jednym z przypadków, którymi się zajmowała – przypadku Victorii Bergman.

Pewnie zapytacie: gdzie tu to wielkie „wow!”, o którym tyle się słyszy? Faktycznie, po samym opisie fabuły nie można doszukać się w „Obłędzie” niczego niezwykłego. Ot, kolejne morderstwa, kolejne śledztwo i ktoś, kto sprawą zajmuje się w sposób mniej lub bardziej udany. Sekret tkwi jednak, po pierwsze, w samej konstrukcji powieści: nie skupiamy się tylko i wyłącznie na typowym schemacie: policja kontra morderca. Duet pisarski wychodzi poza utarte szlaki i rozszerza krąg bohaterów, który ściśle łączy się z głównym wątkiem: jest pani komisarz, psycholog, psychopata morderca a także ofiary (jeszcze za życia). Po drugie, panowie świetnie ukazali typowy mechanizm, który funkcjonuje w relacji kat-ofiara. Tę specyficzną zależność ofiary wobec oprawcy, posłuszeństwo, tę dziwną sympatię, która rodzi się między nimi, im dłużej ze sobą przebywają. A po trzecie? Po trzecie, życie osobiste bohaterów w umiejętny sposób zostało połączone z życiem zawodowym, tworząc spójną całość. Często bywa w przypadku tego typu powieści, że te dwie płaszczyzny życia bohaterów na tyle mocno od siebie odbiegają, że sprawiają wrażenie, jakobyśmy śledzili dwie różne historie tych samych postaci, tymczasem w przypadku „Obłędu” nie ma nic takiego – wszystko się ze sobą zgrywa i zazębia.

Erik Axl Sund
(źródło: www.soniadraga.pl)
Muszę też zaznaczyć, że autorzy nie cackają się z czytelnikiem, nie bawią w udawaną delikatność – opisy często są mocne, odpychające i zwyczajnie… chore. Niektórych na pewno będzie to odrzucać, dlatego książką zachwycą się przede wszystkim wytrawni fani gatunku, którzy w lekturze niejednego już doświadczyli i mało co jest ich w stanie naprawdę ruszyć.

Cóż mogę rzec na koniec? Chyba tylko tyle, że panowie popełnili naprawdę dobrą powieść z mocnym tłem psychologicznym – jedną z lepszych, powiedziałabym nawet. Mimo to stwierdzenie, że „Obłęd” bije na głowę trylogię Larssona jest przesadzone i nie dlatego, że jest gorszy od Millennium, a dlatego, że klimat i styl tych powieści jest zupełnie inny. Nie powinno ich się porównywać, bo to dwie różne bajki… tfu!… powieści.





Ocena: 5.5/6





Oficjalna recenzja dla Lubimy Czytać: LINK.


piątek, 14 lutego 2014

Żelazny dom - John Hart





tłumaczenie: Alina Siewior-Kuś
tytuł oryginału: Iron House
wydawnictwo: Wydawnictwo Sonia Draga Sp. z o.o.
data wydania: 13 listopada 2013
ISBN: 9788375087314
liczba stron: 464




Znaleziono ich w strumieniu tuż za granicą Tennessee (…). Był koniec listopada, bardzo zimno. Dwaj myśliwi usłyszeli płacz w głębi jaru. Strumień miał pół metra szerokości, ale rwący nurt. Julian był do połowy zanurzony, obaj przemarznięci. To cud, że wyszli z tegoz życiem (…)[1]

Tak, to był cud, że ci dwaj bracia – Julian i Michael – mieli szansę przeżyć, zwłaszcza że Julian był wtedy noworodkiem, a jego brat nie miał jeszcze skończonego pierwszego roku życia. Duża w tym zasługa myśliwych, którzy nie przeszli obojętnie, słysząc cichy płacz dzieci, ale nie zabrakło tu także zwykłego łutu szczęścia. Jak się okazało, potem los przestał się do braci uśmiechać, szczęście opuściło ich na długo…

Bracia wychowywali się w wyjątkowo nieprzyjaznym miejscu, jakim był Żelazny Dom, czyli sierociniec dla dzieci takich jak oni, usytuowany na Żelaznej Górze. Jakby za mało było tego, że musieli dorastać bez kochających rodziców u boku, to jeszcze los zadbał o to, by ciężar życia stał się dla nich trudny do zniesienia. Obaj byli dręczeni przez innych mieszkańców placówki – zarówno starsi, jak i młodsi w równym stopniu znęcali się nad braćmi. Julian od początku był chłopcem delikatnym, chorowitym i niezwykle wrażliwym, dlatego Michael często stawał w jego obronie jako ten, który umie postawić się małym oprawcom.

Jednak pewnego dnia w sierocińcu ma miejsce tragedia. Jeden z podopiecznych zostaje znaleziony martwy z nożem utkwionym w szyi. W tym samym czasie z placówki ucieka Michael. Podejrzenia natychmiast padają na niego. Poszukiwania zbiega nie przynoszą skutku – po Michaelu ginie wszelki ślad. Julian tymczasem zostaje adoptowany przez żonę wpływowego i majętnego senatora.

Od tej pory losy braci – będących bohaterami książki Johna Harta pt. „Żelazny dom” – biegną dwiema skrajnie różnymi drogami. Julian jest bezpieczny pod skrzydłami „nowej matki”, Michael zaś zostaje dzieckiem ulicy, a potem członkiem mafii.

Od czasu gdy był chłopcem, przemoc podążała za nim niczym zapach (…)[2]

Bo przeszłość nigdy nie daje o sobie zapomnieć tak do końca i upomina się o swoje. A teraźniejszość? Definitywne zerwanie z tym, co w niej złe, wymaga bardzo wysokich kosztów… Michael przekona się o tym, gdy będzie chciał porzucić przestępcze życie i skupić się na miłości. Czy mu się to uda?

Pozostawienie za sobą dotychczasowego stylu życia będzie trudne, zresztą… mafii nie opuszcza się ot tak sobie. Jak łatwo się domyślić, porządnej akcji u Harta nie brakuje, czytelnikom pozostawiono niewiele chwil wytchnienia. Trup ściele się gęsto, krwi leje się dużo, a broń to nieodłączny atrybut bohaterów – stąd mocna i sensacyjna płaszczyzna powieści. Obok niej pojawia się druga warstwa narracji – płaszczyzna psychologiczna, która bardzo mnie ujęła. Autor daje nam możliwość analizowania przeżyć wewnętrznych obu braci: próbującego zacząć nowe życie Michaela, Juliana walczącego z demonami przeszłości, ale także Eleny, partnerki Michaela, która z dnia na dzień dowiaduje się, że tak naprawdę nie miała pojęcia, kim jest jej ukochany… Pojawiają się także: Abigaile, która z tylko sobie znanych powodów zdecydowała się na adopcję chorowitego chłopca, i jej mąż – żądny władzy i sukcesów politycznych senator. Każda z tych osób ma w gruncie rzeczy do opowiedzenia własną historię, każda intryguje, każda jest charakterystyczna. Wszystkie na swój sposób walczą z własną przeszłością i mierzą się ze swoim prawdziwym „ja”.

John Hart
źródło: www.lubimyczytac.pl
Jedyne, co mam do zarzucenia autorowi powieści, to to, że nie zdecydował się na częstsze umiejscowienie akcji w sierocińcu, który poraża swoim zaniedbanym wyglądem i bardzo mroczną historią – spotęgowałoby to niewątpliwie atmosferę grozy, a tak mamy tu jedynie (albo „aż”) dobrze skrojony thriller z dużą dawką sensacji.

John Hart jest z wykształcenia prawnikiem, ale postanowił zrezygnować z wykonywania zawodu i oddać się pracy literackiej. Moim zdaniem była to jedna z najlepszych decyzji w jego życiu, bowiem udowodnił, że nie tylko nie brak mu talentu, ale posiada także niezły warsztat literacki, mimo że napisał dopiero kilka powieści.

Dla fanów thrillerów o wartkiej akcji i z mocno zarysowanym psychologicznym tłem to pozycja obowiązkowa.

[1] J. Hart, Żelazny dom, Sonia Draga, Katowice 2013, s. 57.
[2] Tamże, s. 12.

Ocena: 5/6





wtorek, 10 grudnia 2013

"Plugawy spisek" Maxime Chattam



tłumaczenie: Marta Olszewska
tytuł oryginału: La Conjuration Primitive
wydawnictwo: Sonia Draga
data wydania: 23 października 2013
ISBN: 9788375087611
liczba stron: 416


Maxime Chattam – pisarz, który „czuje” zbrodnię


Spójrz proszę w lustro. Kogo widzisz? Powiesz: zwykłego, niczym szczególnym niewyróżniającego się człowieka, który żyje z dnia na dzień, ma rodzinę, pracę, swoje problemy. Może nawet pasje? A jeśli powiem ci, że właśnie w tobie, w twoich oczach i twojej duszy drzemie bestia zdolna do zabijania? Nie, to nie jest ponury żart. To prawda, której korzenie sięgają pierwotnych instynktów każdego z nas…

Przemierzanie mrocznych czeluści sprawia, że prędzej czy później otwieramy drzwi do własnych otchłani. Wyciąga się je na zewnątrz. Każda istota ludzka ma w sobie odrobinę ciemności. Światło nie może istnieć bez mroku.[1]

Bohaterowie najnowszej powieści znakomitego francuskiego autora kryminałów i thrillerów Maxime’a Chattama – „Plugawy spisek” – przekonali się o tym na własnej skórze. I mimo że praca w policji, którą wykonywali na co dzień, przypominała im o tym fakcie często, to jeden, niepozorny znak graficzny sprawił, że otworzyli oni drzwi do centrum piekła, do umysłów psychopatycznych morderców ze skrajnie perwersyjnymi upodobaniami.

*e

Ten znak stał się elementem charakterystycznym, łączącym kilka morderstw popełnionych na terenie Francji, Szkocji i… Polski. Zaczęło się od martwej kobiety znalezionej u brzegu rzeki Marny. Psychopata najprawdopodobniej przelał na ofiarę całą swoją nienawiść do świata i ludzi, torturując ją bezlitośnie, wielokrotnie gwałcąc, doprowadzając do stanu przedśmiertnego po to, by ją natychmiast reanimować i znów móc się nad nią pastwić… Całość przypieczętował – niczym autografem – za pomocą litery „e” poprzedzonej gwiazdą.
Niedługo potem na jednym z peronów nastolatek rysuje na ścianie za pomocą farby w spray’u ten sam znak, a następnie wpycha pod pędzący pociąg kilkoro ludzi (w tym matkę z dzieckiem) – sam też rzuca się pod koła maszyny. Te dwa przykłady to zaledwie początek istnej fali zbrodni czy też epidemii, jak wskazuje fabuła.

Francuska żandarmeria robi wszystko, co w jej mocy, by dotrzeć do psychopatycznego zabójcy, jednak śledztwo utyka w martwym punkcie, nie ma żadnych śladów, poszlak – zupełnie nic. Zdaje się, że jedynym kołem ratunkowym, jakim można by dysponować, jest Richard Mikelis – emerytowany kryminolog, prawdziwy mistrz w swej dziedzinie. Wkrótce wraz z Alexisem Timée, Ludivine Vancker i potężnej postury czarnoskórym Segnonem przystępuje do żmudnego dochodzenia, którego finał zaskoczy każdego…

Tak, każdego – nawet mnie. Gdy wydaje mi się, że Chattam już nie jest w stanie niczym mnie zaszokować, bo tak wiele się dzieje w jego powieściach, on jednak to robi. I to w jakim stylu! Czym tym razem mnie ujął? Na pewno samą budową powieści, która podzielona jest na trzy części. W pierwszej wypadki przedstawione są z perspektywy adiutanta Alexisa, w kolejnej – oglądane oczyma kobiety Ludivine, a w trzeciej… oczyma zbrodni. Autor naprawdę potrafi zaskoczyć czytelnika – już po zakończeniu pierwszej części powieści dzieje się coś, czego nigdy byśmy się nie spodziewali. Nie na darmo nazywa się Chattama „złotym dzieckiem suspensu” – bardzo umiejętnie potrafi żonglować zwrotami akcji, nie pozwalając nam się nudzić.

Na szczególną uwagę zasługuje także sam pomysł na wątek kryminalny – powód wszystkich tragicznych wydarzeń, podłoże brutalnych morderstw jest bardzo interesujący i niebanalny. Sięga czasów II wojny światowej!

Maxime Chattam
źródło: pl.wikipedia.org
Ważne jest też, że akcja nie zamyka się w obrębie jednego miasta. Ba! Nie ogranicza się nawet do terenu jednego państwa! Mamy ich tu kilka, w tym… Polskę oraz Kraków z jego piękną Wieliczką. Pisarz, chcąc wyrazić swoją fascynację tym urokliwym dla wielu miejscem, w bardzo sympatyczny sposób (choć nie dotyczy to samych wydarzeń z fabuły!) pozdrawia polskich czytelników.

Cóż mogę rzec na koniec? Chyba tylko tyle, że Chattam znów mnie zafascynował – nie tyle samą relacją zdarzeń, akcją czy klimatem opowieści, ale swoim talentem, który ujawnia się coraz mocniej z powieści na powieść. Chattam to nie tylko twórca piszący o zbrodniach, to przede wszystkim autor, który je „czuje” i wie, jak opowiedzieć o nich czytelnikom.

Ocena: 5/6




[1] M. Chattam, Plugawy spisek, Sonia Draga, Katowice 2013, s. 272.


Recenzja dla Lubimy Czytać: LINK


piątek, 8 listopada 2013

"Otchłań zła" Maxime Chattam



tłumaczenie: Joanna Stankiewicz-Prądzyńska
tytuł oryginału: L'Ame du mal
wydawnictwo: Sonia Draga
data wydania: 2007
ISBN: 9788375080445
liczba stron: 544


Wielki, zły wilk siedzi w każdym z nas.

Tak powiedział jeden z bohaterów serialu kryminalnego pt. „Dexter”. Choćbyśmy byli najlepszymi ludźmi pod słońcem, nie zmienia to faktu, że w naszym wnętrzu drzemie potwór i tylko od nas zależy, czy zechcemy go zbudzić i wypuścić na żer…

Portland w stanie Oregon. W rzeczywistości to duże miasto, ale w momencie, gdy obiega je wieść o grasującym psychopacie, który zabija młode i piękne kobiety, staje się dziwnie małe, ciasne oraz duszne. Wiele kobiet przerażonych najświeższymi doniesieniami boi się wychodzić z domu, wciąż myśląc o tym, gdzie wilk – a raczej jak go potem określono „Kat z Portland” – znów uderzy.

Poczynania mordercy są bardzo charakterystyczne: lubi pastwić się nad swoimi ofiarami, zdaje się działać zgodnie z przekonaniami innego seryjnego mordercy, Richarda Ramireza, który twierdził:

Nie rozumiecie mnie. Nie jesteście do tego zdolni. Jestem poza możliwościami waszego pojmowania. Jestem poza dobrem i złem.[1]

Kobiety, których dotknęła tragedia spotkania z katem, traciły życie w bardzo brutalny sposób, naznaczone specyficznym znakiem na czole były pozostawiane w opuszczonych budynkach niczym nikomu niepotrzebne śmieci. Co gorsza, scenariusz jego postępowania zdaje się do złudzenia przypominać zachowanie seryjnego mordercy sprzed lat – pierwsze podejrzenia zapewne padłyby na tego psychopatę, gdyby nie zginął on od postrzału wiele lat wcześniej. Czyżby miał swojego ucznia? Był mentorem dla spaczonego umysłu kolejnego zabójcy? Brzmi prawdopodobnie, ale – jak się okazuje – cała historia nie jest taka prosta.

Głównym bohaterem trylogii Maxime’a Chattama, którą otwiera tom „Otchłań zła”, jest inspektor Joshua Brolin – niespełna trzydziestojednoletni pracownik wydziału dochodzeniowo-śledczego, szukający ukojenia po dniach pełnych stresu przy konsoli i grach, jakie ma mu do zaoferowania. Ktoś pomyśli, że to pewnie wieczny chłopiec, który zawodowo powinien spełniać się na zupełnie innym polu (mniej wymagającym i poważnym), ale to błędne założenie. Wszak Brolin jest niekwestionowanym specjalistą w tworzeniu portretów psychologicznych zbrodniarzy, dlatego przydzielono go do śledztwa w sprawie „Kata z Portland”. W prowadzeniu sprawy, oprócz wymienionego talentu i intuicji, pomaga mu była ofiara przestępcy – Juliette, której udało się wyjść cało z konfrontacji z nim. Choć już dawno powinna odciąć się od traumatycznych wydarzeń z przeszłości, wciąż drąży temat i pomaga inspektorowi, mimo że przyjdzie jej za to zapłacić słoną cenę.

Zanim jednak każdy przyszły czytelnik tej książki dotrze do tego wątku, czeka go długa wycieczka po mrocznych zakamarkach spaczonej psychiki mordercy, żmudne dochodzenie, liczne odprawy z policjantami zajmującymi się sprawą, ostre i konkretne opisy z miejsc zbrodni, bardzo fachowe analizy (ich szczegółowość naprawdę mocno i pozytywnie mnie zaskoczyła!) a także… znacząca dawka ezoteryki, czy bardziej okultyzmu.

Gdyby ktoś poprosił mnie o podsumowanie tej książki w dwóch słowach, powiedziałabym bez chwili wahania: pełen profesjonalizm! I dotyczy to zarówno całości powieści Chattama, jak i poszczególnych jej elementów. Mamy tu wyśmienite kreacje bohaterów, którzy szybko stają się nam bliscy, bo poznajemy ich uczucia, odczuwamy emocje, w tym strach, panikę, radość czy pożądanie. Mamy tu mistrzowską dbałość o szczegóły w relacjonowaniu postępowania dochodzeniowego i to nawet w momentach drastycznych, kiedy na przykład wraz z inspektorem udajemy się do prosektorium, by wraz z nim uczestniczyć w skrupulatnej sekcji zwłok ofiar (jeśli nie chcecie w nieodpowiednim momencie natknąć się na scenę wygotowywania ludzkiej głowy w celu odnalezienia na niej poszukiwanych śladów, to nie czytajcie tej powieści w okolicy posiłków…). Nie martwcie się, jeśli podczas lektury natkniecie się na wcześniej nieznane Wam terminy – autor postara się tak poprowadzić fabułę, by jasno i klarownie wytłumaczyć Wam, co to jest modus operandi, czy post mortem i tym samym uczynić podstawowe pojęcia kryminalistyczne jasnymi i zrozumiałymi.
Sama akcja toczy się nieśpiesznym i przy tym dobrze dobranym do całej historii tempem. Całość zawiera się na ponad pięciuset stronach zapisanych drobnym drukiem (w tym wydaniu, które posiadam i które Wam prezentuję), ale to w żaden sposób nie przeszkadza w ekspresowym czytaniu powieści – pochłania się ją jednym tchem! No… może dwoma.
Tym razem nie opowiem Wam o wadach książki, bo tych zwyczajnie według mnie w niej nie ma!

Maxime Chattam
źródło: www.lubimyczytac.pl
Chattama miałam okazję poznać dzięki „Obietnicy mroku”. Pamiętam, że byłam naprawdę mile zaskoczona stylem autora, jego bezpośredniością i niecackaniem się z czytelnikiem. W przypadku „Otchłani zła” znów dane mi było tego doświadczyć, ale ze zdwojoną mocą. Jestem oczarowana tym pisarzem oraz jego niebywałym talentem.

Jeśli jesteś fanem thrillerów i kryminałów, w których czarny charakter igra ze stróżami prawa a także z Tobą samym, to musisz czym prędzej zapoznać się z twórczością Maxime’a Chattama! Sama zaś żegnam się z tym autorem tylko na chwilę, po to by już niebawem zatopić się w drugim tomie trylogii pt. „W ciemnościach strachu”.

Ocena: 6/6




[1] M. Chattam, Otchłań zła, Sonia Draga, Katowice 2007, s. 385.


Recenzja bierze udział "Kryminalnym wyzwaniu".

Fanów Nory Roberts zapraszam na Dyskusyje - Marta dużo o jej twórczości wie. :)

czwartek, 28 marca 2013

"Po drugiej stronie jaźni" Wulf Dorn

"Trigger" Wulf Dorn




tłumaczenie: Wojciech Łygaś
tytuł oryginału: Trigger
wydawnictwo: Sonia Draga
data wydania: listopad 2012
ISBN: 978-83-7508-537-2
liczba stron: 344



Kto się boi Czarnego Luda?


Bywa, że widzimy coś, czego inni nie dostrzegają. Czasem jest to jakiś drobny szczegół, zjawisko trwające ułamek sekundy, zdające się być zarezerwowane tylko dla nas, skoro nikt poza nami go nie zobaczył. A co wtedy, jeśli spotykamy w swoim życiu człowieka, który stał tuż przed nami, z którym rozmawialiśmy i którego specyficzny zapach zapadł nam w pamięć, a wszyscy wokół są pewni, że ten ktoś nigdy nie istniał? Czy to otoczenie robi z nas szaleńca, czy faktycznie popadamy w obłęd?

Przed identycznym dylematem stanęła bohaterka książki pt. „Po drugiej stronie jaźni”, autorstwa Wulfa Dorna. Dorn to ekonomista-handlowiec z wykształcenia. Od 1994 roku pracuje w jednej z klinik psychiatrycznych. Od kilku lat prowadzi też projekt badawczy (wraz z grupą międzynarodowych psychiatrów), który ma przyczynić się do poprawienia sytuacji osób mających za sobą traumatyczne przeżycia oraz pomóc im w powrocie do normalnej egzystencji.

Fakt zaangażowania się autora w pracę i rehabilitację osób borykających się z zaburzeniami i chorobami psychicznymi sprawił, że z dużą dozą ciekawości podeszłam do jego debiutu. Dorn w wieku dwudziestu pięciu lat zdecydował się podjąć pracę w trudnym i zarazem fascynującym środowisku. Zdobywał tam nowe doświadczenie, które zaczął wykorzystywać w swojej twórczości literackiej. Wiedząc o tym, ustawiłam dla niego poprzeczkę znacznie wyżej niż w przypadku innych pisarzy, sięgających po ten szczególny gatunek, jakim jest thriller psychologiczny. Czy Wulf Dorn sprostał moim oczekiwaniom? O tym za chwilę…

Ellen Roth jest bardzo cenionym psychiatrą w Leśnej Klinice. Prowadzi spokojne życie, dzieląc swój czas między pracę a swojego partnera Chrisa. Pewnego dnia ten jednak wyjeżdża i pozostawia Ellen opiekę nad pacjentem, którego opatrzył tajemniczym skrótem SIP. Chodziło o Szczególnie Interesujący Przypadek, czyli – jak się okazało – o kobietę, najprawdopodobniej po trzydziestce, bardzo zaniedbaną i dotkliwie pobitą. Jej najbardziej charakterystyczną cechą okazał się strach, wypełniający ją całą, najbardziej widoczny w pełnym lęku spojrzeniu. Takiego przerażenia Ellen nie widziała chyba jeszcze nigdy. Pacjentka mówiła, że grozi jej niebezpieczeństwo, a zapytana o jego źródło wskazywała na… Czarnego Luda, który - w domyśle - miał być katującym ją mężem.

Kto się boi Czarnego Luda?
Nikt!
A jeśli przyjdzie?
Lepiej bierz nogi za pas!
(dziecięca gra)

W kolejnym dniu pacjentka znika. Nie ma jej nigdzie, ginie także jej szpitalna kartoteka. Na domiar złego personel nie odnotował nawet chwilowej obecności pacjentki na terenie kliniki! Tylko Ellen może poświadczyć, że kobieta naprawdę tam była, i tylko ona może jej pomóc oraz prawdopodobnie uchronić od kolejnego traumatycznego przeżycia. Ale gdzie szukać, skoro ślad po pacjentce zaginął? Czy ktokolwiek uwierzy Ellen, że cała ta historia nie jest tylko jej urojeniem?

Odpowiedzi na te pytania (oraz na wiele innych) może nie są specjalnie zaskakujące. Powiedziałabym nawet, że do pewnego momentu fabuła książki jest wysoce przewidywalna. I właśnie – do pewnego momentu. Potem mamy już tylko zaskoczenie… Wulf Dorn w godny pochwały sposób wykorzystał swoje doświadczenie wyniesione z pracy z osobami po traumatycznych przejściach i umiejętnie przeniósł je na karty swojej powieści, lawirując po zakamarkach duszy naznaczonej zaburzeniami (chorobą), tworząc przy tym bardzo realistyczne postaci. Niejednokrotnie posłużył się także fachową terminologią z zakresu psychiatrii, omawiając poszczególne zaburzenia w tak jasny i klarowny sposób, że nie trzeba obawiać się, że czegoś nie zrozumiemy.

Wszystko to razem czyni „Po drugiej stronie jaźni” bardzo dobrym thrillerem psychologicznym, dobrze skonstruowanym i z odpowiednio wyważonym tempem akcji. To znakomity kąsek dla fanów gatunku. Sama nie mogę się doczekać zarówno kolejnej powieści autora, jak i ekranizacji jego debiutu, która niebawem ma powstać.


Ocena: 5/6



Recenzja bierze udział w wyzwaniu: "Pochłaniam strony, bo kocham tomy!!!!" (344 strony). 

czwartek, 6 grudnia 2012

"Ostateczne wyjście" Natsuo Kirino




Data wydania: 26 września 2012r.
Tytuł oryginału: OUT
Wydawnictwo: Sonia Draga
Tłumaczenie: Marek Fedyszak
ISBN: 978-83-7508-584-6
Liczba stron: 584



"Gdy śmierć jest wybawieniem"


Znów ten sam scenariusz. Po ciężkiej pracy w godzinach nocnych wraca do domu, a w nim? Kolejny natłok obowiązków i ani jednej życzliwej twarzy wśród domowników. Zdaje się, że każdy jest jej wrogiem, który ani myśli wymienić z nią choćby zdawkowego „dzień dobry”. Gdy więc do tego smutnego obrazka dołącza wyżywający się fizycznie mąż, nie pozostaje jej już nic innego, jak posunąć się do ostateczności, a nagrodą będzie chwila napawania się… ostatnim tchnieniem tyrana.

Nie, nie… źle napisałam. W życiu Yayoi było dwóch wyżywających się na niej tyranów: mąż despota oraz praca w wyciskającej siódme poty z człowieka fabryce produkującej dania obiadowe. Tym trybem upływał dzień za dniem w marnym życiu jednej z bohaterek powieści „Ostateczne wyjście” japońskiej autorki Natsuo Kirino. Niemal co wieczór te same upokorzenia, ta sama ciężka ręka lądująca na najczulszych miejscach jej delikatnego ciała, wciąż ci sami świadkowie cierpienia: dzieci i kot. Jednak nadszedł dzień, w którym ponury los kobiety wreszcie miał się zmienić. Oto niewierny mąż hazardzista traci życie z rąk swojej żony. Zszokowana, choć odczuwająca wyraźną ulgę, desperatka postanawia poprosić o pomoc w pozbyciu się zwłok swoją koleżankę z pracy, Masako. Ta, wiedziona wizją szybkiego, choć niełatwego, zarobku podejmuje się tego zadania. A robi to (nie sama) przy pomocy noża i piły, powoli rozczłonkowując denata… Nie trzeba długo czekać na reakcję miejscowej policji, gdy ta odnotowuje odnalezienie kolejnych partii ciała, śledztwo szybko posuwa się naprzód. Dodatkowo okazuje się, że śmierć męża Yayoi jest wyjątkowo nie na rękę jednemu z japońskich mafiosów.


Choć początkowo cała sytuacja nie wydaje się być specjalnie skomplikowana, bo ofiara przemocy domowej bez większego problemu mogłaby uniknąć kary za zabicie swego oprawcy, to jednak wraz z pojawianiem się kolejnych osób, które wiedzą o tym więcej niż wiedzieć powinny, sprawa zaczyna się coraz bardziej komplikować. Przy okazji pojawia się nieodparta chęć zysku, a tam, gdzie kluczem do wszystkiego są pieniądze, nie ma mowy o szczęśliwych zakończeniach.

I w przypadku epilogu „Ostatecznego wyjścia” też łatwo nie będzie. Nie tyle dla samych bohaterów, co czytelników tej (moim zdaniem) nietypowej opowieści. Co sprawia, że jest taka oryginalna? Jest to literatura japońska, a o tej nie sposób mówić, że jest sztampowa, bez wyrazu czy przewidywalna. Jest nad wyraz specyficzna. Nie z racji stylu prowadzenia fabuły (choć przyznaję, że podobał mi się sporadyczny zabieg autorki, polegający na opisywaniu jednej sceny z punktu widzenia wielu bohaterów) czy języka (bo ten nie wyróżnia się niczym szczególnym). Tym, co intryguje w tej pozycji, jest bez wątpienia jej klimat. Powiedziałabym, że jest to świetna mieszanka klimatu azjatyckich horrorów (chociaż fantastycznych potworów tu nie uświadczycie, jedynie tych w ludzkiej postaci) z fabułą wielu norweskich thrillerów, które charakteryzuje specyficzny chłód. Trafionym zabiegiem autorki – według mnie – było też wplatanie mocnych akcentów akcji w momencie, w którym najmniej się tego spodziewamy (Yayoi morduje męża pod wpływem impulsu, nie planuje tego). Nie każdy może być tym zachwycony, tak jak i nie każdemu może przypaść do gustu scena, w której dwie kobiety, stojąc nad zwłokami mężczyzny i mając w planach ich poćwiartowanie, dywagują nad tym czy jest on przedmiotem (skoro nie żyje i dopuścił się haniebnych występków), czy też nie. Kirino, opisując ten makabryczny wątek, robi to tak, jakby była mowa o musze albo karaluchu, a nie o człowieku. Wywiera to mocne wrażenie, mnie – fance mrocznych klimatów – podobał się szczególnie, ale czy wszystkim czytelnikom przypadnie do gustu? Tego nie wiem i ręczyć za to nie będę.

Na pewno jednak mogę nakłonić Was do wyrobienia sobie własnego zdania na temat tej, oryginalnej pozycji. Choćby po to, by zobaczyć, jak może zachować się zwykły i niczym niewyróżniający się z pozoru człowiek w obliczu morderstwa; by spróbować sprawdzić, gdzie leży granica pomiędzy byciem ofiarą a bezwzględnym katem (a ta, bardzo się tutaj zaciera) i wreszcie, by odpowiedzieć sobie na pytanie, czy ostatecznym wyjściem zawsze musi byś śmierć?




Ocena: 5,5/6





sobota, 13 października 2012

"Samotna" Lisa Gardner




Tytuł oryginału: Alone
Wydawnictwo: Sonia Draga
Tłumaczenie: Tomasz Wilusz
ISBN: 978-83-7508-533-4
Liczba stron: 392


"A kuku!"


Przeszłość nigdy nie zamyka swych wrót do końca, choć zdaje się, że jest inaczej. Ona zawsze wraca, zmienia tylko oblicze. Czasem objawia się w koszmarach sennych, czasem w codziennych lękach, a innym razem przychodzi pod postacią niekoniecznie mile widzianych dawnych znajomych… Zatem, gdy nie wiedzieć czemu zaczniesz rozpamiętywać krzywdziciela z dziecięcych lat, a wrażenie, że jesteś śledzony nie odstępuje cię na krok – wiedz, że ten ktoś jest blisko. Tak blisko, że mógłby bez trudu policzyć włoski stające dęba na twym karku… I niech nie zgubi cię mylne poczucie bezpieczeństwa tuż po wejściu do auta – nie odgrodziłeś się od natrętnego obserwatora. On już w nim był! Bo skąd te czerwone ślady na tylnej szybie składające się na krótki, acz bardzo treściwy, komunikat: „A kuku!”?

Bohaterka książki Lisy Gardner pt. „Samotna” o imieniu Catherine zna to uczucie jak mało kto. Nie dość, że koszmar ze szczenięcych lat powraca w zatrważającym tempie, to kobieta nie może poradzić sobie z mężem tyranizującym ją i ich syna Nathana. Kolejna z domowych awantur zdaje się być szczęściem w nieszczęściu, mimo że mąż Catherine tuż przed nosem dwojga wymachuje bronią i ostatecznie traci życie z rąk wyspecjalizowanego snajpera. Jednak wraz ze śmiercią kata nie kończą się problemy bohaterki. W jej kierunku padają podejrzenia, jakoby miała skrupulatnie zaplanować morderstwo przy pomocy snajpera; zostaje też oskarżona o systematyczne podtruwanie własnego dziecka… Gdzie leży prawda i kto tak naprawdę jest w tym przypadku ofiarą? Catherine i jej syn, a może snajper, który stał się jedynie pionkiem w jej grze? Czy okrutny los sprzysiągł się przeciwko niewinnej kobiecie, czy to ona jest ucieleśnieniem zła?

Odpowiedź na te pytania nie pada szybko i nie jest wcale oczywista. W chwili, gdy czytając „Samotną” ma się już bezsporne przekonanie o winie któregoś z bohaterów, nagle na jaw wychodzą nowe i niespodziewane okoliczności, które całkowicie burzą nam misterny obraz uknutej intrygi. Gwarantują to liczne zwroty akcji zawarte w fabule poprowadzonej w iście mistrzowski sposób. Akcja nie dłuży się, ale i nie gna na złamanie karku – wciąga czytelnika w mroczny klimat i nie pozwala oderwać się ani na chwilę. A bohaterzy? Bardzo wyraziści ze świetnie nakreślonymi cechami psychicznymi i żywymi emocjami, wzbudzanymi przez tę skomplikowaną sprawę. Widać tu jak na dłoni strach niektórych z nich, zdezorientowanie, zagubienie, a także wyrachowanie czy drzemiącą w nich esencję zła.

Ostatecznie wymienione walory (wad nie stwierdzam) czynią „Samotną” doskonałym thrillerem psychologicznym – dla miłośników tej kategorii to jedna z lepszych pozycji na rynku, które ostatnio się ukazały. Konkretna i dobra literatura gatunku, polecam!


Ocena: 5,5/6

Oficjalna recenzja dla portalu lubimyczytac.pl: 

wtorek, 17 lipca 2012

"Obietnica mroku" Maxime Chattam



"W otchłani duszy"

Wiesz, że istnieją dwa równoległe światy? My i Oni. Ich wygląd do złudzenia przypomina odbicie w lustrze, które widujesz co rano. Jednak, gdy przyjrzysz się z bliska, możesz dostrzec mnogość różnic: a to w rysach twarzy, a to w ubiorze, a to w samym zachowaniu i stylu życia. Myśląc o tej drugiej cywilizacji, krążysz myślami gdzieś po obcej planecie? Jeśli tak, to wróć z powrotem na Ziemię, bo ten równoległy świat może istnieć tuż pod Twoimi stopami. Miasto, które jest Ci tak bliskie, i które tak dobrze znasz, może skrywać pod ulicami swój mroczny odpowiednik. Powiesz, niemożliwe? Przyjrzyj się zatem podziemnemu życiu ludzi-kretów w Nowym Jorku opisywanemu niegdyś przez Jennifer Toth („The Mole People: Life In The Tunnels Beneath New York City”).

Francuski pisarz Maxime Chattam w swojej mrocznej powieści pt. „Obietnica mroku” postanowił wykorzystać tę żywą legendę, mającą wyraźne odbicie w rzeczywistości. Stworzył niesamowitą, mocną opowieść, której tematem przewodnim jest sama esencja zła drzemiącego w ludzkiej naturze. Po kolei jednak...

Brady O’Donnel pracuje jako wolny strzelec w świecie nowojorskiego dziennikarstwa. Szukając kolejnego chwytliwego tematu do swojego artykułu, korzysta z pomysłu przyjaciela i kontaktuje się z gwiazdką porno o pseudonimie Rubis. Dzięki niej ma przyjrzeć się branży od kuchni, a także poznać jej życie i dowiedzieć się, co popchnęło dziewczynę do tak niechlubnej kariery. Cały plan idzie dobrym torem, udaje mu się spotkać z młodą kobietą, zauroczyć jej urodą, zaszokować jej głębokim wnętrzem i na koniec... patrzeć jak kula z pistoletu masakruje jej twarz, której fragmenty lądują na nim samym.

Od tej chwili życie Brady’ego nie jest już takie samo; spokój i monotonia zostają zburzone. Sytuacji nie poprawia fakt, że jego żona jest policjantką i rozpoczyna dochodzenie w sprawie tej dziwnej śmierci. W tym samym czasie toczą się dwa śledztwa: oficjalne, policyjne oraz podjęte przez dziennikarza. Przebieg prywatnego śledztwa prowadzi go w miejsca, o których istnieniu nie miał dotychczas zielonego pojęcia, a teraz pragnie tylko tego, by o nich zapomnieć. Od podszewki poznaje odmianę skrajnie perwersyjnego, brutalnego i odartego z człowieczeństwa seksu. Jeśli myślicie, że w tym temacie klimaty sadomasochizmu są najgorszą ze skrajności, to... jesteście w błędzie. Człowiek w żądzy zaspokajania swoich najniższych instynktów jest w stanie upaść znacznie niżej, tam, gdzie lateks i pejcze to niewinne zabawki.

Chattam, schodząc w swej powieści w otchłań nowojorskich podziemi, zagłębia się jednocześnie w mrok ludzkiej natury. Tam, gdzie pojęcia człowieczeństwa i granic nabierają zupełnie innych znaczeń – jakże różnych od tych, które znamy. W tej otchłani dominują zezwierzęcenie i skrajne formy zaspakajania perwersyjnych potrzeb. Jest też szaleństwo, sprawiające ból uczucie osamotnienia, pustki oraz bezsilność.

Czy można trafniej ująć skrajną odmianę zła drzemiącego w ludzkich umysłach? Nie wiem, czy któryś z pisarzy zrobiłby to lepiej niż autor „Obietnicy mroku”. Przychodzi mi na myśl jedynie Ketchum, ale to i tak nie to samo, bo ten robi to w bardzo dosadny i wyjątkowo wulgarny sposób. Chattam przeciwnie, a jeśli nawet, to w zdecydowanie mniejszym natężeniu. Ten pisarz sprawia, że czytając o najgorszych wypaczeniach, jakie zna ludzkość –choć nie bez obawy – chcemy brnąć w nie dalej, nie mamy dość (zupełnie jak Brady, który permanentnie zatracił się w historii Rubis). Styl i język jest mocny, wyrazisty, ale w żadnym wypadku nie przytłaczający; nie brakuje tu nagłych zwrotów akcji, ale nie sposób też zgubić się w fabule.

Przeszkadzał mi w tej historii tylko jeden mały szczegół. Otóż, miałam wrażenie, że Brady’emu zbyt gładko szło jego amatorskie śledztwo. Człowiek zupełnie niezwiązany z branżą filmów porno wchodzi w ten świat szybko, co rusz natrafia na kolejne tropy, spotyka odpowiednich ludzi, którzy mniej lub bardziej chętnie, ale jednak mu pomagają... Niby natrafia na przeszkody, ale wyjątkowo zgrabnie je pokonuje lub omija, zdecydowanie zbyt łatwo. Rasowy fan thrillerów pewnie to odczuje, jednak nie jest to mankament odbierający całą przyjemność z lektury, przynajmniej w moim przypadku.

Ostatecznie stwierdzam, że „Obietnica mroku” to wspaniały kąsek dla fanów psychologicznych thrillerów! Gwarantuję, że nie oderwiecie się od tej książki – przed Wami spotkanie ze wszystkim, co najgorsze w mrocznej otchłani duszy.

Ocena: 5,5/6


sobota, 9 czerwca 2012

"Bogowie deszczu" James Lee Burke


Wydawnictwo: Sonia Draga
Tytuł oryginału: Rain Gods
Tłumaczenie: Maciej Potulny
ISBN: 978-83-7508-468-9
Liczba stron: 566
Format: 123 x 195 mm
Oprawa: broszurowa



"Tam, gdzie mescal leje się litrami"

To był jeden z wielu upalnych dni, jakie dotykają o tej porze roku ten rejon świata. Susza daje się we znaki jego mieszkańcom, tumany pyłu i kurzu oblepiają wszystko wokół, a deszczu –niosącego tak potrzebne ukojenie – ani widu, ani słychu. Panująca aura zdaje się idealnie komponować z architekturą tak charakterystyczną dla tego miejsca. Stara, opuszczona stacja benzynowa ze zdezelowanym, ale wciąż czynnym aparatem telefonicznym. W sąsiedztwie szopa w domyśle służąca kiedyś za składzik na narzędzia lub warsztat. W tym obrazku, żywcem wyjętym z amerykańskich filmów akcji, jedno zdaje się tylko nie pasować do reszty – przyprawiający o mdłości, straszliwy fetor rozkładających się ciał.
Czy faktycznie mówię o scenariuszu jednej z amerykańskich produkcji? Przyznacie chyba, że powyższy opis miejsca pasuje do jednego z nich jak ulał, prawda? Jednak nie chodzi o film. Mowa o południowych rejonach Teksasu, gdzie osadzona jest akcja powieści Jamesa Lee Burke’a pt. „Bogowie deszczu”. To właśnie tam, nieopodal kościoła, Hackberry Holland odkrywa masowy grób młodych kobiet (niektóre z ofiar były jeszcze dziećmi), które postrzelono z broni palnej, a następnie spychaczem wrzucono do przygotowanego wcześniej dołu, grzebiąc część z nich żywcem.

Dla Hackberrego bycie szeryfem miasteczka położonego w Teksasie, nieopodal granicy z Meksykiem miało być rodzajem rekonwalescencji po traumatycznych przeżyciach, wyniesionych z wojny, w której brał czynny udział. Jednak los zabiera mu tę szansę i ponownie każe wrócić do brutalnych wspomnień. Na domiar złego, dochodzenie w sprawie zbiorowego mordu wskazuje na wielu potencjalnych zleceniodawców. Sprawą interesuje się FBI, urząd celny, a także imigracyjny. Wiele poszlak, długie godziny żmudnego śledztwa – czy sprawca morderstwa (a może sprawcy?) zostanie ujawniony, i czy poniesie zasłużoną karę?

O tym czytelnik dowiaduje się pod koniec tej (grubo) ponad pięciuset stronicowej lektury. Akcja powieści toczy się nieśpiesznie – jak dla mnie nawet zbyt wolno – ale ostatecznie wychodzi to „Bogom deszczu” zdecydowanie na plus. Dzięki temu znacznie lepiej poznajemy występujących w niej bohaterów. Jest ich kilkoro, a każdy pochodzi z innych stron – w efekcie możemy zetknąć się z bardzo różnorodnymi postaciami. Autor postarał się o ich dokładne nakreślenie, dbając o oryginalność i niepowtarzalność rysów osobowościowych. Ponadto każdy ich ruch zostaje uchwycony w fabule – czytając, od początku do końca dobrze wiadomo, co dzieje się z każdym z nich, a na koniec trudno jest oprzeć się wrażeniu, jakoby byli oni naszymi dobrymi znajomymi (choć wielu z nich jest wyjętych spod prawa i raczej nie chcielibyśmy się szczycić takimi znajomościami).

Książkę tę polecam przede wszystkim tym czytelnikom, którzy lubią wtopić się w akcję powieści permanentnie. Tym, którzy cenią sobie jej nieśpieszność i wnikliwość. Jeśli chcecie zasmakować w dobrym thrillerze i pomieszkać w rejonie Teksasu – gdzie żar leje się z nieba, a do szklanek całe litry mescalu – to lektura właśnie dla Was.


Ocena: 4,5/6


środa, 15 lutego 2012

"Pokój" Emma Donoghue


Są książki tak specyficzne, tak oryginalne, że chcąc wyrazić o nich swoje zdanie po prostu brakuje nam słów. Styl, jaki w nich odnajdujemy, kompletnie nas zaskakuje, mimo że jest już za nami pokaźna liczba przeczytanych publikacji i teoretycznie nic już nie powinno nas w literaturze zadziwić. Fabuła wciąga i nie daje chwili wytchnienia, mimo że czytaliśmy już masę innych, nie mniej oddziałujących na naszą psychikę, tytułów.
Jak dobrze móc pochwalić się wszystkim wokół, że właśnie taka książka skradła nam dłuższą chwilę z naszego życia. I ja niniejszym to czynię – wiedzcie, że przygarnęłam do swojego domu lekturę niezwykłą…

Część z Was na pewno już wiele dobrego słyszała o „Pokoju” autorstwa Emmy Donoghue i tym osobom specjalnie nie muszę reklamować tego tytułu. A dla tych, którzy o nim nie słyszeli lub wiedzą o nim bardzo mało, mam małą niespodziankę. Otóż przyprowadziłam dziś do Was gościa, który chce trochę opowiedzieć o sobie i o tym, co go spotkało w swym, zaledwie kilkuletnim, życiu. Posłuchajcie…

Jestem Jack. Teraz mam już pięć lat, ale jak wyskoczyłem z brzuszka Mamy miałem zero lat.
 A gdy jeszcze w nim mieszkałem wydaje mi się, że mogłem mieć nawet minus jeden lat. Wyskoczyłem z brzuszka Mamy w Pokoju na Dywanie i od tamtej pory jesteśmy tylko ja i Mama. Jest też Stary Nick, który przychodzi do nas, gdy okno się robi już całe czarne. Jak za chwilę ma się zrobić godzina dziewiąta, zakrywam się kocem w Szafie. Mama mówi, że muszę w niej być, gdy Stary Nick przychodzi, bo nie chce żeby na mnie patrzył. I gdy on tak przychodzi to zazwyczaj rozmawiają, potem liczę jak Stary Nick skrzypi łóżkiem, a potem już nie wiem, bo się wyłączam. Czasem, gdy usypiam wcześniej i nie słyszę jak on przychodzi, to i tak rano wiem, że był, bo nie ma już śmieci, które Mama naszykowała dla niego, a jest za to jedzenie, które nam przyniósł. Nie zawsze nam je przynosi, czasem gdy jest zły nie dostajemy go i musimy jeść z mamą spocony ser i to, co zostało z innych dni, ja się jeszcze częstuję od piersi Mamy – z lewej jest najlepsze. Bardzo lubię Pokój i to, co z Mamą w nim robimy, nigdy się w nim nie nudzimy, mamy telewizor i różne zabawy. Wcale nie chcę sobie z niego iść, ale Mama uparła się, że musi pokazać mi Nazewnątrz. Mówi, że jest tam dużo czlowieków takich jak w telewizorze i że tam jest całkiem inaczej. Wymyśliła nawet specjalny plan, który sprawi, ze się tam znajdziemy. Nie podoba mi się on. Źle Mama go wymyśliła, bardzo źle!

Jaki to plan, musicie sprawdzić sami, jeśli tylko jesteście gotowi przeżyć dzień po dniu tak, jak Jack i jego mama. Weźcie do ręki tę książkę, jeśli tylko jesteście gotowi na przekonanie się co oznacza kilkuletnie życie w zamknięciu pod okiem psychopaty. Nie piszę tak, by kogokolwiek przestraszyć – historia ta nie wywołuje lęku epatując brutalnością czy agresją, ona straszy a zarazem urzeka całokształtem fabuły. Fascynuje i odstręcza. Tym, co w niej odpycha jest postać Starego Nicka, który do bólu przypomina „bohaterów” dramatów osób, które latami były przetrzymywane w ukryciu, torturowane, gwałcone i odzierane z człowieczeństwa. Tym, co ciągnie niczym magnes do „Pokoju” jest wprost obłędny styl narracji. Całą historię słyszymy z ust małego dziecka wraz z popełnianymi błędami językowymi i ze „słówkowymi przekładańcami”, jak je sam nazywa.
Kolejnym plusem jest fakt, że powieść można rozpatrywać na wielu płaszczyznach. Zarówno pod kątem socjologicznym, jak i psychologicznym – co mnie akurat najbardziej interesuje.
Chwilami jednak miałam wrażenie, że niektóre szczegóły z toku akcji są z lekka nierealistyczne. Tak mi te „potknięcia” ciążyły, przeszkadzały – w tym niemal idealnym tytule – że wnikliwie zaczęłam je analizować, ostatecznie kładąc je na karb niedostatecznych umiejętności narratora, którym jest nad wyraz inteligentne, ale jednak bądź co bądź dziecko.

Myślę, że nie muszę na koniec szczególnie Was przekonywać, iż warto chwilę pomieszkać w „Pokoju”, choć nie będzie to przeżycie łatwe i przyjemne. Zachęcam do poznania tego wycinka świata widzianego oczyma dziecka, którego choć namiastkę usiłowałam nakreślić powyżej (jest to i tak tylko moja nieudolna próba, która nigdy nie odda klimatu książki). Warto to zrobić po to, by uzmysłowić sobie, jak my sami czasem stajemy się ofiarami takiego „pokoju”, w którym ktoś lub coś osacza nas ze wszystkich stron, odbiera wolność i nie pozwala żyć.

Ocena: 5,5/6