Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura współczesna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura współczesna. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 września 2014

Jeśli powiesz mi, bym przyszedł, rzucę wszystko i przyjdę... ale musisz mnie poprosić - Albert Espinosa





tłumaczenie: Jerzy Żebrowski
tytuł oryginału: Si tú me dices ven lo dejo todo... pero dime ven
wydawnictwo: Albatros
data wydania: kwiecień 2014
ISBN: 9788378856375
liczba stron: 208


Nauczona doświadczeniem wiem już od jakiegoś czasu, że po książkach autorów hiszpańskojęzycznych nigdy nie wiadomo, czego się spodziewać. Bardzo często zaskakują, intrygują i zapadają w pamięć jako te wyjątkowe. Tak było w przypadku powieści Esther Garcia Llovet pt. Surowe, której jakże oryginalna forma utknęła mi w głowie chyba na zawsze. Inaczej natomiast było z ostatnią moją lekturą rodem z Hiszpanii, czyli Jeśli powiesz mi, bym przyszedł, rzucę wszystko i przyjdę… ale musisz mnie poprosić autorstwa Alberta Espinosy.

Podobnie jak Surowe, powieść Espinosy nie grzeszy objętością – mamy tu raptem trochę ponad dwieście stron zawierających bardzo krótkie rozdziały i pokaźnych rozmiarów czcionkę (jak mniemam, to celowy zabieg wydawnictwa, by dodać książce nieco rozmiaru). Historia weń zawarta nie jest szalenie intrygująca, nie spotkacie się tu z konkretną fabułą i nie dającą chwili wytchnienia akcją. Spotkacie za to głównego bohatera, który oryginalnością bije na głowę wielu innych, bowiem jest nim karzeł na co dzień parający się pracą detektywa. W dodatku zlecenia, jakich się podejmuje, nie są pierwsze lepsze – podchodzi do nich bardzo rygorystycznie i wybiera wedle własnego uznania. Poszukuje zaginionych dzieci.

W dzień, w którym na głowę wali mu się jego prywatny świat i jego ukochana postanawia go opuścić, dostaje kolejne zlecenie i być może dla dobra związku by je odrzucił, gdyby nie miejsce, w jakie będzie musiał się udać, by sprawa ruszyła z miejsca. Jest to Capri, które nierozerwalnie związane jest z detektywem za sprawą jego młodzieńczych lat.

I tak rozpoczyna się podróż bohatera pomiędzy czasem teraźniejszym a całym mnóstwem retrospekcji, które wiodą czytelnika do lat jego dzieciństwa. Po drodze nasz bohater kilkakrotnie próbuje zacząć temat swoich niepowodzeń na polu uczuciowym i gdy już prawie zaczyna zdradzać nam, dlaczego ukochana postanowiła się z nim rozstać, znów wraca pamięcią do lat szczenięcych. Byłam już niemal pewna, że ostatecznie nie dowiem się, co wpłynęło na rozstanie się tych dwojga i że autor zrobi mnie w bambuko, ale… na szczęście tak się nie stało.

Koniec tej krótkiej powieści przynosi odpowiedź na wszystkie pytania. I nawet po epilogu nie jestem w stanie zmienić zdania i powiedzieć, bym miała za sobą opowieść wyjątkową, choć przyznaję, że z początku zachłysnęłam się filozoficznymi wstawkami autora, które oscylują wokół życiowych tematów dotyczących każdego z nas. Myślałam, że im dalej w las, tym owe mądrości czymś mnie zaskoczą, a przede wszystkim odkryją przede mną swą głębię, ale nic takiego nie wydarzyło się. Wszystkie prawidła podane tu w bardzo przystępnym i lekkim stylu są zwyczajnie płytkie i nie niosą ze sobą nic nadzwyczajnego czy odkrywczego.

Jest to świetna lektura na jeden wieczór, jeden niezobowiązujący raz. W mojej pamięci na pewno na długo nie zostanie, ale być może jest ktoś wśród Was, kto doceni jej walory znacznie bardziej niż ja.

Ocena: 3/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Albatros A. Kuryłowicz.

poniedziałek, 24 lutego 2014

Wszystkie boże dzieci tańczą - Haruki Murakami





tłumaczenie: Anna Zielińska-Elliott
tytuł oryginału: Kami no kodomo-tachi wa mina odoru
wydawnictwo: MUZA
data wydania: 10 stycznia 2007
ISBN: 83-7495-181-4
liczba stron: 182


Właśnie sprawdziłam, że w marcu 2012 roku pierwszy raz miałam okazję spotkać się z Harukim Murakamim. Oczywiście nie dosłownie – jedynie za pośrednictwem jednej z jego książek, mianowicie 1Q84. Bardzo chciałam poznać pisarza, który obecnie jest chyba jednym z flagowych autorów literatury współczesnej i spodziewałam się, że miłość do jego twórczości porazi mnie natychmiast i że nigdy mnie nie opuści. Niestety, strzała Amora mnie nie ugodziła. Być może leciała w moim kierunku, ale nagle, nie wiedzieć czemu, zmieniła tor i chybiła.

Nie znaczy to jednak, że postanowiłam raz na zawsze odpuścić sobie powieści tego pana. Obiecałam sobie, że jeszcze kiedyś po którąś z nich sięgnę i wtedy ostatecznie zdecyduję o mojej ewentualnej sympatii do jego twórczości. Szczęśliwy traf sprawił, że wygrałam konkurs, a w ramach nagrody przywędrował do mnie zbiór sześciu opowiadań autorstwa Murakamiego właśnie, pt. Wszystkie boże dzieci tańczą. Teksty te są krótkie, zwarte i ciekawe, dzięki czemu szybko je przeczytałam.

Wspólnym mianownikiem dla wszystkich opowiadań jest tragedia, która dotknęła miasto Kobe, położone na wyspie Honsiu w Japonii – trzęsienie ziemi z 1995 roku. Trzęsienie to w mniejszym lub większym stopniu obecne jest w życiu bohaterów zbioru. I tak np. w UFO ląduje w Kushiro poznajemy mężczyznę, którego żona opuściła, pod wpływem relacji telewizyjnych, z miejsca dotkniętego kataklizmem. Przed odejściem napisała mu krótką wiadomość, w której stwierdziła, że odchodzi bo życie z nim przypominało życie z grudą stwardniałego powietrza[1]. Bohater Krajobrazu z żelazkiem jest dojrzałym mężczyzną, który opuścił Kobe już jakiś czas temu, zostawiając tam rodzinę. Mieszka w nowym miejscu, przyjaźniąc się z dwójką młodych ludzi i fascynując się ogniskami – uwielbia te duże, w których odbija się wewnętrzny spokój ludzi… Poza tym boi się śmierci w lodówce, dlatego w swoim mieszkaniu jej nie posiada. W opowiadaniu Wszystkie boże dzieci tańczą poznajemy dziecko samego Boga, a w Tajlandii (które polubiłam chyba najbardziej) – pewną kobietę, panią doktor, która właśnie w tym kraju spędza urlop, a kierowca, który ją wozi z miejsca na miejsce, zabiera ją również w podróż sentymentalną – w głąb samej siebie.

Haruki Murakami
(źródło: www.lubimyczytac.pl)
W zasadzie każdy z bohaterów uczestniczy w takiej podróży, każdy się czegoś o sobie dowiaduje, mierzy się ze swoimi problemami, z rozterkami, samotnością. Rozważa nad życiem i śmiercią. Wszystko to w melancholijnej oprawie, nierzadko z nutką magii. Murakami, balansując na pograniczu świata rzeczywistego i nierealnego, tworzy proste historie z głębią, która mają czytelnika poruszyć. Cóż, mnie nie poruszyły. Przeciwnie, jestem niewzruszona wobec tego, co miały na mnie wymóc. Znam inne tytuły, które w dużo większym stopniu skłaniały mnie do przemyśleń na tematy poruszane przez Murakamiego. Mam jednak świadomość, że za mało wiem o literaturze Wschodu, zbyt rzadko się z nią spotykam, aby wystarczająco dobrze odczytać przekaz autora. A może jednak zwyczajnie między mną a Murakamim nie ma i nie będzie już chemii?

W każdym razie nie zamierzam oceniać tegoż tytułu, bo chyba jestem jedną z ostatnich osób, które powinny to robić. A samej sobie już na pewno nie będę mogła zarzucić, że nie próbowałam się z tym pisarzem zaprzyjaźnić. Chęci miałam szczere – nie wyszło.




[1] H. Murakami, Wszystkie boże dzieci tańczą, MUZA, Warszawa 2011, s. 31.

środa, 24 kwietnia 2013

"Nic nie trwa wiecznie" Maureen Lee

"Nothing lasts forever" Maureen Lee


O tym, co oczywiste




tłumaczenie: Ewa Morycińska-Dzius
wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: październik 2012
ISBN: 978-83-7799-186-2
ilość stron: 368



Chyba dla nikogo nie jest tajemnicą fakt, że najciekawsze scenariusze filmowe czy fabuły książek pisze samo życie. Stąd też tak ogromna popularność literatury obyczajowej (głównie wśród kobiet, ale wyjątki się zdarzają). Postanowiłam zatem przeprosić się z tym gatunkiem i znów wpuścić go do mojego życia czytelniczego (gdy byłam nastolatką, pochłaniałam takich książek naprawdę wiele). Niestety, z literaturą obyczajową jest podobnie jak z serialami – w przypadku niektórych w ogóle nie czuć, że są zwykłymi, życiowymi tasiemcami (jak nazywa je moja dobra koleżanka), bo są tak dobrze zrobione, a inne… lepiej nie mówić.

Skuszona jedną z blogowych recenzji sięgnęłam po raz pierwszy po tytuł angielskiej pisarki, parającej się tworzeniem opowiadań oraz powieści – Maureen Lee. Czy dobrze zrobiłam, wybierając na początek „Nic nie trwa wiecznie”? Tego nie wiem i zanim poproszę Was o zdanie na ten temat, zachęcam do przyjrzenia się bliżej fabule tej książki.

Mamy tutaj historie kilku kobiet. Brodie próbuje jakoś poradzić sobie ze świadomością, że czasy świetności jej małżeństwa już minęły, a jego koniec zbliża się wielkimi krokami. By zająć czymś myśli, korzysta z możliwości przeprowadzki do wielkiego domu z ogrodem, w którym spędziła dzieciństwo. Ponieważ willa jest duża, a ona sama nie ma zbyt wielkiego dochodu, postanawia wynająć kilka pokoi. Niemal natychmiast pojawia się pierwsza lokatorka – Diana. Dziewczyna po długim okresie bycia matką i panią domu dla swoich braci decyduje się wyprowadzić, gdyż jeden z nich postanawia ulokować w nim na stałe swoją ciężarną partnerkę. Lokatorką Brodie zostaje także Vanessa – trzydziestoletnia kobieta z dużą nadwagą (chce się jej pozbyć, odcinając się od znajomych i rodziny, i zamieszkując na rok w willi) oraz ogromną raną w sercu, powstałą w dniu, w którym jej narzeczony porzucił ją przed ołtarzem. Poznajemy też młodziutką Rachel, która w wieku zaledwie piętnastu lat zostaje mamą i wraz z córeczką szuka u Brodie kryjówki, by nikt nie zdołał jej rozłączyć z maleństwem.

Wszystkie kobiety w mgnieniu oka zaprzyjaźniają się ze sobą (Diana i Brodie wręcz nienaturalnie szybko). Mieszkając pod wspólnym dachem, z dnia na dzień opowiadają o sobie coraz więcej, aż… wydarza się tragedia. I owa tragedia to tak naprawdę wszystko, jeśli chodzi o mocniejsze akcenty książki – pozostałe jej wątki nie robią wrażenia ani oryginalnością, ani silnym ładunkiem emocji, ani zaskakującymi zwrotami akcji. Chociaż jest to opowieść o przyjaźni, miłości, potrzebie akceptacji i zrozumienia, czyli o tym, co bliskie każdemu z nas, nie byłam w stanie zżyć się z bohaterkami, żadna nie wzbudziła we mnie głębszej sympatii, a jedna z nich nawet z lekka mnie irytowała swoim niepoważnym podejściem do kwestii uczuć.

Język powieści jest prosty i niczym szczególnym się nie wyróżnia (choć kilkukrotne użycie na początku całej historii wyrazu „tele” zamiast „telewizja” trochę mnie zdziwiło, bo niespecjalnie pasowało do całości).

Reasumując, swoje bratanie się z tym gatunkiem mogłam zacząć zdecydowanie lepiej – myślę, że tak by było, gdybym skusiła się na inny tytuł. „Nic nie trwa wiecznie” to typowa, niczym szczególnym niewyróżniająca się „obyczajówka”, z morałem zawartym już w samym tytule (niespecjalnie odkrywczym, trzeba dodać).

Nie czuję się tą lekturą usatysfakcjonowana, ale nie jest żadną tajemnicą fakt, że lubuję się w mocniejszych akcentach fabuły i pewnie stąd wzięła się moja niechęć do tej książki właśnie. Dlatego nikomu jej nie odradzam, polecam natomiast wszystkim wrażliwym fanom powieści obyczajowych.


Ocena: 3/6


Oficjalna recenzja dla portalu lubimyczytac.pl: http://lubimyczytac.pl/oficjalne-recenzje-ksiazek/2164/o-tym-co-oczywiste



Recenzja bierze udział w wyzwaniu: "Pochłaniam strony, bo kocham tomy!!!!" (368 stron)

piątek, 5 kwietnia 2013

"Więźniowie własnych myśli" Alex Pattakos

"Prisoners of our thoughts" Alex Pattakos





tłumaczenie: Elżbieta Smoleńska
wydawnictwo: Czarna Owca
data wydania: listopad 2012
ISBN: 978-83-7554-407-7
liczba stron: 208


W poszukiwaniu tego, co najważniejsze



Gdy po raz pierwszy zetknęłam się z książką zatytułowaną „Człowiek w poszukiwaniu sensu”, autorstwa Viktora E. Frankla, która traktuje o tym, jak ważne jest odnalezienie celu życia - szczególnie w tych najtrudniejszych jego momentach, nie wiedziałam jeszcze, że będzie to dla mnie jedna z najbardziej wartościowych lektur. Tym bardziej nie spodziewałam się, że za jakiś czas przyjdzie mi poznać interesującą kontynuację myśli Frankla.

A jednak! W zeszłym roku (2012) wydawnictwo Czarna Owca pokusiło się o wypuszczenie na rynek książki pt. „Więźniowie własnych myśli”, której autorem jest Alex Pattakos, czerpiący inspirację z cennej spuścizny pozostawionej przez Frankla. Przypomnę, że ten światowej sławy psychiatra był twórcą oryginalnego systemu terapeutycznego – logoterapii. Twierdził on, że jeśli dopatrzymy się sensu w każdej chwili naszego życia, to jesteśmy w stanie podjąć odpowiedzialność za nie, mieć wpływ na własne decyzje i dostrzec wartość istnienia nawet w takich sytuacjach, gdy wydaje nam się to całkiem niemożliwe (opierał się przy tym na solidnym fundamencie - własnym doświadczeniu wyniesionym z pobytu w obozie koncentracyjnym).

Pattakos przeanalizował siedem zasad logoterapii, które mogą zmienić spojrzenie człowieka na poczucie sensu w życiu zawodowym, pomóc w pokonywaniu problemów z nim związanych oraz w odkryciu potencjału, który drzemie w każdym z nas. Najpierw, korzystając z założeń logoterapii, omawia szerzej pojęcie „wolnej woli”. Potem podejmuje kwestię „woli sensu”, by wykazać, że każdy z nas może odnaleźć wartość w swojej pracy zawodowej (dobrym przykładem jest tu jego listonoszka, która codziennie wykonuje swoje obowiązki z uśmiechem na ustach, a zapytana, skąd czerpie optymizm, odpowiada, że jej praca to nie tylko nużące roznoszenie przesyłek, lecz pomaganie ludziom w kontaktowaniu się ze sobą). Następnie wyjaśnia, czym jest sens absolutny (supersens) – dla wielu takim sensem może być miłość. Kolejny rozdział traktuje o „intencji paradoksalnej”, czyli o przesadnym koncentrowaniu się na wyniku swojej pracy, co prowadzi do autodestrukcji. Autor zwraca także uwagę na pojęcie „samoodłączenia”, które stało mi się na swój sposób bardzo bliskie; jego istotą jest spojrzenie na siebie z dystansem, wyrobienie w sobie umiejętności śmiania się z samego siebie. Pattakos podkreśla także, jak ważna jest umiejętność skupienia uwagi w momencie traumatycznego przeżycia na czymś zupełnie z nim niezwiązanym (szczerze mówiąc, jeszcze nie udało mi się w swoim życiu tego dokonać, ale może teraz osiągnę to dzięki świadomym wysiłkom?). Kończąc analizę tych siedmiu zasad, autor przybliża temat duchowego wydźwięku sensu absolutnego.

Choć „Więźniowie własnych myśli” to publikacja profesjonalna, której nie brak filozoficznego wymiaru, czyta się ją bardzo dobrze. Nie trzeba obawiać się, że jest to tytuł przeznaczony wyłącznie dla osób związanych z psychiatrią, pasjonujących się różnymi teoriami z tej dziedziny. Książka tak naprawdę adresowana jest do każdego, kto chce spojrzeć na swoje życie zawodowe i osobiste pod znacznie szerszym kątem. Wiadomo, że porażki w pracy przenoszą się na życie prywatne, dlatego rozważania Pattakosa mogą pomóc wielu osobom w walce z tym zjawiskiem (jeśli występuje nagminnie) lub w profilaktycznym uchronieniu się przed nim.

Polecam wszystkim osobom zainteresowanym psychiatrią, psychologią, ciągłym doskonaleniem się, jak i tym, którzy lekturę Frankla mają już za sobą – będzie jej doskonałym uzupełnieniem.

Ocena: 5/6






Recenzja bierze udział w wyzwaniu: "Pochłaniam strony, bo kocham tomy!!!!" (208 stron).

poniedziałek, 18 marca 2013

"Poradnik pozytywnego myślenia" Matthew Quick

"The Silver Linings Playbook" Matthew Quick




tłumaczenie: Maria Borzobohata-Sawicka, Joanna Dziubińska
tytuł oryginału: The Silver Linings Playbook
wydawnictwo: Wydawnictwo Otwarte
data wydania: marzec 2013
ISBN: 9788375152647
liczba stron: 380


    Troszkę dłużej niż miesiąc temu opowiadałam Wam o filmie, którym ukoronowałam walentynkowy dzień. Obraz ten miał osiem nominacji do Oscara, w tym za role pierwszoplanowe dla odtwórców dwóch głównych ról, czyli Bradley’a Coopera i Jennifer Lawrence – mowa oczywiście o „Poradniku pozytywnego myślenia” w reżyserii Davida O. Russella. Ostatecznie to Jennifer odebrała statuetkę (w dość spektakularny sposób) za swoją rolę i moim zdaniem jest to bardzo zasłużona nagroda dla tej utalentowanej i wciąż rozwijającej się aktorki.

    Nic więc dziwnego, że po sukcesie, jaki osiągnął ten film, przyszła pora na wyjście z cienia literackiego pierwowzoru, który był inspiracją dla kinowego hitu. Powieść stworzył pisarz amerykańskiego pochodzenia Matthew Quick i opatrzył ją wspomnianym już tytułem „Poradnik pozytywnego myślenia”.
Fabuła w swej istocie niczym się nie różni od ekranizacji. Przypomnijmy zatem, że  głównym bohaterem jest Pat, który po wyjściu z zamkniętego ośrodka (nazywa go „niedobrym miejscem”) stara się na nowo ułożyć swoje życie, a motorem napędzającym go do pozytywnych zmian jest perspektywa powrotu jego żony Nikki. Stara się dla niej jak może – traci zbędne kilogramy, biegając codziennie w worku na śmieci, myśli o ekologii i przede wszystkim… wierzy w to, że uda mu się osiągnąć swój upragniony cel. Jednak życie to pasmo niespodzianek i tak na drodze Pata pojawia się ekscentryczna i bezpośrednia Tiffany. A co może wydarzyć się, gdy spotka się dwoje tak nietypowych i odstających od reszty społeczeństwa ludzi? Wierzcie mi -- bardzo wiele.

    Jak się przekonałam, film w ogólnym zarysie dobrze odzwierciedla powieść, jednak jest uboższy o kilka scen (np. mama Pata wcale nie jest takim grzecznym aniołem, a listów od Nikki bohater dostał znacznie więcej niż ten jeden, o którym była mowa w filmie). Kreacja bohaterów i tu i tu jest bardzo dobra, choć naturalną koleją rzeczy emocje, których doświadcza Pat, są nakreślone w książce znacznie mocniej, wyraziściej. Ekranowa Tiffany  bardzo przypadła mi do gustu -- jako postać konkretna, wiedząca, czego chce, dość ostra, ale jednocześnie ujmująca swoją wrażliwością; w książce cechy te są spotęgowane.

    Generalnie byłabym skłonna stwierdzić, że książka znaczących wad nie ma i wypada w ogólnym rozrachunku równie dobrze co film, ale… No właśnie, maleńkie „ale” musi się pojawić. Zauważyłam taką dziwną (według mnie) tendencję niektórych amerykańskich autorów prozy do zbytniego rozpisywania się na temat futbolu, jeśli akurat w ich książkach znajduje się taki wątek. Zupełnie jakby zakładali, że większość ludzi na świecie w jakimś stopniu fascynuje się tą dyscypliną sportu, a przecież tak nie jest. Matthew Quick również serwuje czytelnikom porządną jego dawkę, co mnie -- szczerze mówiąc -- trochę męczyło.

    To jednak niewielki mankament (ale dla wielu z Was może to być przecież atut) w porównaniu z całością. „Poradnik pozytywnego myślenia” czyta się szybko i dobrze. Dodatkowo zauważyłam, że opowieść ta wzbudziła we mnie przeświadczenie o tym, że jeśli uwierzymy w osiągnięcie upragnionego celu, to naprawdę możemy tego dokonać przy pomocy uporu i zaangażowania.

    Jeśli ktoś z Was jeszcze tego filmu nie widział, niech zacznie – obowiązkowo – od książki, a jeśli już go widzieliście i myślicie, że nie ma sensu czytać powieści, to odrzućcie to błędne przeświadczenie, bo jest ona świetnym uzupełnieniem kinowej wersji.

Ocena: 4/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Otwarte.



Recenzja bierze udział w wyzwaniu: "Pochłaniam strony, bo kocham tomy!!!!" (380 stron).

czwartek, 6 września 2012

"Dziennik Bridget Jones" Helen Fielding



Marudne, humorzaste, złe, apodyktyczne, zagubione, roztrzepane, rozkojarzone, niepotrafiące czytać map, nieumiejące w sposób klarowny wytłumaczyć zagubionemu drogi do celu, rzadko znające się na motoryzacji i innych typowo „męskich sprawach” – są takie istoty na świecie! Często dużo wymagają, bywają despotyczne i w oczach wielu osobników płci brzydkiej stanowią zło tego świata. Jednak czy ten potrafiłby się obejść bez nich? Najprawdopodobniej nie, bo to właśnie KOBIETY są jego siłą napędową (moja zgryźliwa natura nakazuje mi dodać, że tuż obok pieniędzy i seksu, ale nie… nie powstrzymam się… ;)).

A jak one się na to zapatrują? Pewnie wiele pań zgodzi się ze mną, że świat dla płci pięknej jest jak dzika i niebezpieczna dżungla, gdzie na każdym kroku czyhają zasadzki, a w tej dżungli najgroźniejszymi drapieżnikami są… oczywiście mężczyźni! Nieustająca wojna płci od zawsze była źródłem literackich dywagacji. Czy to na poważnie, czy z przymrużeniem oka – nieważne. Ważne, że tego tematu nie sposób wyczerpać ani się nim znudzić.

Pewnie między innymi z tego powodu „Dziennik Bridget Jones” autorstwa Helen Fielding cieszy się niesłabnącym powodzeniem od chwili pojawienia się na rynku, a ekranizacja chyba już na dobre umocniła książkę w kanonie lektur rozrywkowych. Jednak czy powinno się ją rozpatrywać tylko w kategorii rozrywki? O tym za chwilę. Najpierw kilka słów o samej fabule, którą i tak pewnie większość czytelników mojego bloga już zna, ale na wypadek, gdyby znalazł się jeszcze jakiś rodzynek…

Bridget Jones to trzydziestokilkuletnia stara panna lub singielka (jak kto woli), ale niekoniecznie z wyboru. Bridget bardzo chciałaby poznać mężczyznę swego życia, lecz jej zwichrowana natura albo zły, okrutny i nieustępliwy los ciągle podsuwa jej emocjonalnych (i nie tylko) popaprańców, którzy zdają się czyhać na dogodną chwilę, by zapolować z maczetą na jej delikatne i wątłe serce. Owe zamachy kończą się zazwyczaj sukcesem, a biedna Bridget znów zaczyna studiować poradniki tyczące się relacji damsko-męskich, zapijając sowicie cierpienie alkoholem, trując je dużą dawką nikotyny i atakując zmasowaną ilością słodkości. Kończy się to zwykle dantejskimi scenami po bliskim spotkaniu z wagą, która niewzruszona rozpaczą bohaterki pokazuje coraz to wyższe wartości. Zatem jaki może być finał zakochania i romansu z szefem, który jest (delikatnie rzecz ujmując) wyjątkowo kochliwy i wrażliwy na kobiece wdzięki? No cóż… sprawdźcie sami.

Gwarantuję, że ta gorzko-wesoła historia pisana w formie pamiętnika nie pozwoli Wam się nudzić i wywoła naprawdę wiele chwil z uśmiechem na twarzy. Ta nieporadna, roztrzepana, chwilami infantylna i dziecinna kobieta ma tak niebywały urok, że nie sposób mu się oprzeć. Zabawna i z pozoru niewnosząca nic wartościowego w życie czytelnika historia, tak naprawdę okazuje się być świetną formą autoterapii w chwilach zwątpienia i w tzw. gorszych dniach. Przypomina nam, że wszystko, co złe, kiedyś wreszcie musi się skończyć, bo szczęście w końcu puka do drzwi i każdy na nie zasługuje. Mówi także o tym, że nie ma wśród nas ideałów, że każdy ma swoje wady, w każdym z nas można też odnaleźć większą lub mniejszą cząstkę Bridget Jones. Wszak ona jest prawdziwa, pełnokrwista – jak my.

Przeciwnicy „Dzienika Bridget Jones” – krzyczący że to dno, wodorosty i sto metrów mułu – niech mówią, co chcą. Ja chyba już zawsze będę cenić sobie tę pozycję za chwile radości, które potrafią dać nadzieję na lepsze jutro. A Wy? Lubicie tę kobietkę?

Ocena: 4,5/6


środa, 13 czerwca 2012

"Dziewczyna, która pływała z delfinami" Sabina Berman



1. Nie umiem kłamać. 2. Nie mam wyobraźni. To znaczy nie bolą mnie ani nie martwią rzeczy, które nie istnieją. 3. Wiem, że wiem tylko to, co wiem, i jestem pewna, że nie wiem tego, czego nie wiem, a jest tego dużo więcej.[1]


Nie, nie! To nie o mnie mowa w powyższym cytacie, choć nie kryję, że są chwile w moim życiu, w których chciałabym funkcjonować na co dzień mając za dewizę te trzy punkty. Dlaczego? O tym za chwilę. Najpierw opowiem Wam co nieco o autorce tych słów, którą jest bardzo specyficzna i wyjątkowa osoba.

Ma na imię Karen i dla 90% populacji ludzkiej jest ucieleśnieniem pogranicza pojęć imbecylizmu i debilizmu. Dla 10% jest zaś nieodgadnionym geniuszem. Karen to dziewczyna ociężała umysłowo, która przez długi okres swojego życia nie mówi, nie potrafi pisać ani czytać, a jej codzienność wypełnia smakowanie piasku na plaży i nagie morskie kąpiele pośród delfinów. Mimo to, pewnego dnia, staje się znaczącą osobą w firmie (przetwórni tuńczyka), którą jej ciotka odziedziczyła po swej siostrze, a jej matce. To właśnie Karen, tak wrażliwa na cierpienie zwierząt, obmyśla plan ulżenia im w ostatnich chwilach życia i sprawienia, by toksyny nie zatruwały ich ciał na skutek stresu przed nadchodzącą śmiercią.
Nim do tego wszystkiego dojdzie, przed dziewczyną jeszcze długa i żmudna praca nad sobą, polegająca na jako takim przystosowaniu się do życia w społeczeństwie: nabycie umiejętności rozumienia rządzących nim mechanizmów, panowania nad własnymi emocjami, nauka mimiki oraz wyuczenie całej masy innych czynności, które sprawią, że świat spojrzy na Karen jak na geniusza z ogromnym potencjałem.

Cały ten proces, jak i mnogość przygód Karen, prześledzić można w powieści autorstwa Sabiny Berman pt. „Dziewczyna, która pływała z delfinami”. Książka ta miała swoją premierę już jakiś czas temu i zdążyłam od tego czasu przeczytać mnóstwo pochlebnych opinii na jej temat. Z większością z nich zdecydowanie się zgadzam. Historia Karen daje dużo do myślenia, zmusza do refleksji nad własnym życiem i nad tym, co się w nim tak naprawdę liczy. Zwraca uwagę na te wartości i szczegóły, które normalnie – w natłoku codziennych zajęć – gdzieś nam umykają.

Jednak nie tylko pozytywne opinie zaważyły na tym, że wzięłam ten tytuł do ręki. Zachęciło mnie (zapewne nie tylko mnie) też hasło umieszczone na froncie okładki głoszące, jakoby „Dziewczyna, która…” mogła śmiało konkurować z „Forrestem Gumpem”. Niestety okazało się to skutecznym, acz tylko chwytem marketingowym, bo choć powieść Sabiny Berman jest bez wątpienia dobra, to jednak bardzo dużo brakuje jej do historii Winstona Grooma. Obie fabuły opowiadają o osobie autystycznej, która mimo swej ułomności odnosi w życiu sukces, jednakże klimat obu tytułów jest nieco inny – z Forrestem dużo łatwiej się zżyć niemal od początku lektury, a miedzy Karen i czytelnikiem przez znaczną jej część daje się wyczuć dystans. Przynajmniej w moim przypadku tak właśnie było.
Ponadto po „Dziewczynie, która…” spodziewałam się większej głębi i silniejszego przekazu; może czegoś na miarę „Rain Mana” z Dustinem Hoffmanem w roli głównej? Generalnie autorka mogła wycisnąć z tej tematyki znacznie więcej niż zostało przedstawione w fabule. Nie zmienia to jednak faktu, że Karen pozostanie w mojej pamięci na bardzo długo, w końcu nie bez powodu napisałam na początku tej recenzji, że chwilami chciałabym funkcjonować wedle jej prawd. Dlaczego? Bo życie widziane oczyma Karen jest czyste i klarowne, pełne wrażliwości, niespecjalnie skomplikowane i pozbawione wielu niepotrzebnych zmartwień. Na pewno jest odarte z wielu wspaniałych aspektów, których doświadczają osoby zdrowe (tj. niedotknięte autyzmem), ale wcale nie gorsze.

Ocena: 4,5/6



[1] S. Berman, Dziewczyna, która pływała z delfinami, Znak, Kraków 2011, s. 26.

środa, 18 kwietnia 2012

"Merde! Rok w Paryżu" Stephen Clarke


Większość z Was zapewne wie, że każdej nacji przypisuje się pewne cechy. Te swoiste „łatki” to stereotypy powstające na gruncie mniej lub bardziej zgodnych z prawdą opinii osób innych narodowości. Można polemizować, ile jest w nich prawdy, a ile żartów czy złośliwości, ale  jedno jest pewne – te schematy nie biorą się znikąd. Przyjęło się mówić o niemieckiej dokładności, skąpstwie czy… fizycznej brzydocie. Hiszpanie uznawani są za temperamentnych, wybuchowych, ale też niegrzeszących pracowitością. Polak? Mówi się, że złodziej i pijak. Jak postrzegani są Francuzi? Często uznaje się ich za nieprzyjemnych, aroganckich, mających fioła na punkcie swojego ojczystego języka i raczący się nietypową kuchnią (żabie udka, ślimaki itd.). O tym, ile jest w tym prawdy, miałam okazję w sposób (niestety tylko) teoretyczny przekonać się w ostatnich dniach, kiedy to czas uprzyjemniała mi  lektura autorstwa Stephena Clarke’a pt. „Merde! Rok w Paryżu”. Wymyślona przez pisarza historia Paula Westa jak w soczewce skupia cechy statystycznego Francuza i jego otoczenia.

Główny bohater jest Brytyjczykiem, który skuszony ciekawą ofertą pracy postanawia zamieszkać w kraju nad Loarą. Jako marketingowiec ma stworzyć tam sieć herbaciarni, ale czy uda mu się tego dokonać w miejscu, w którym warunkiem przetrwania jest arogancja wobec reszty świata, a przejście ulicą wymaga zakładania foliowych torebek na obuwie, chroniących przed połamaniem nóg na psich odchodach? Tu, nawet składając zamówienie w kawiarni, trzeba wykazać się znajomością specjalnego szyfru, którym posługują się kelnerzy – w przeciwnym wypadku zamiast małej czarnej dostaniemy całą miednicę kawy.

Zdaje się, że Francja jest wyjątkowo nieprzyjazna dla rasowego Brytyjczyka, choć na początku z pozoru jest wprost przeciwnie, bo który mężczyzna przeszedłby obojętnie wobec takiego widoku:

Odszukałem budynek, w którym znajdowały się biura mojego nowego pracodawcy (…)
i trafiłem prosto na orgię. Jedni obsypywali się pocałunkami, czekając na windę. Inni całowali się przed automatem z napojami. Nawet recepcjonistka, wychylona nad kontuarem, kogoś obcałowywała
(…)[1].

O ile publiczne orgie (jak nazywa wyraz francuskich grzeczności Paul) da się znieść, o tyle pobudkę o siódmej rano z inicjatywy mieszkających piętro wyżej sąsiadów już trudniej tolerować. Tak bowiem gospodyni wspomnianego mieszkania rozpoczyna budzenie swoich pociech:

Latorośle rzucają na podłogę worki z kulami armatnimi, a potem, ciągnąc za sobą młoty kowalskie, pędzą do kuchni (…). Mniej więcej co minutę któreś z młodych wpada do kuchni, strzelając po drodze z armaty, i po sekundzie wraca w towarzystwie rodziny kangurów[2].

W służbie zdrowia nie jest łatwiej, a kupno domu to też nie lada wyzwanie. A kobiety? Takie wyzwolone i otwarte na nowe przygody erotyczne… Podsumowując, nasz bohater nie mógł narzekać na nudę w tym pięknym kraju. Zaaklimatyzował się czy uciekł gdzie pieprz rośnie po chwili pobytu? Tego nie powiem, rzecz jasna. Kto będzie chciał mile spędzić czas z tą lekturą i przede wszystkim dowiedzieć się co nieco o francuskiej kulturze i humorystycznie przedstawionych zwyczajach, ten powinien zaznajomić się z tą pierwszą częścią serii autorstwa Stephena Clarke’a.

Jak ta lektura wypada w moim ostatecznym rozrachunku? Bardzo dobrze, choć nie kryję, że jej ocena końcowa będzie mocno uzależniona od oczekiwań czytelnika. Jeśli spodziewacie się  powieści wybitnej, z głębią – spotka Was zawód. Jednak usatysfakcjonuje poszukiwaczy relaksu i dobrej zabawy – w towarzystwie pana Westa jest to gwarantowane. Przy „Merde! Rok w Paryżu” bawiłam się przednio.

Ocena: 5/6




[1] S. Clarke, Merde! Rok w Paryżu, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011, s. 12.
[2] Tamże, s. 183-184.


piątek, 30 marca 2012

"Fantastyczne samobójstwo zbiorowe" Arto Paasilinna


Co byście powiedzieli na propozycję podróży autokarem po całej Europie? Wystarczyłoby „jedynie” wziąć urlop w pracy (ewentualnie „wymiksować się” z obowiązków szkolnych lub uczelnianych), spakować najpotrzebniejsze rzeczy, podjąć trochę gotówki i zająć sobie odpowiednie miejsce w autobusie. Naturalnie nie jechalibyście sami – towarzyszyliby Wam ludzie o podobnym światopoglądzie, zbliżonych problemach życiowych i przede wszystkim – bardzo Wam przyjaźni. Kusząca perspektywa, prawda? Jest tylko jeden mały haczyk. Otóż, przejechalibyście Europę wzdłuż i wszerz ze świadomością, że na końcu tej osobliwej wycieczki wszyscy razem popełnicie samobójstwo.

Już słyszę te wyrazy oburzenia i podejrzenia mnie o doszczętne postradanie zdrowego rozsądku. Rozumiem więc, że ze wspólnej wycieczki nici? A tak już bardziej poważnie, to wyobrażacie sobie w ogóle taki scenariusz? Przyznam szczerze, że ja jak dotąd nie, dopóki nie wpadła mi w ręce książka jednego z fińskich pisarzy nazwiskiem Arto Paasilinna pt. „Fantastyczne samobójstwo zbiorowe”.
Swoją opowieść zaczyna on od historii dyrektora Onniego Rellonema, który kierowany niepowodzeniami na polu zawodowym oraz rozpadem małżeństwa postanawia popełnić samobójstwo. Bierze do ręki broń i udaje się w stronę starej i opuszczonej stodoły. Jednak na miejscu okazuje się, że nie jest w niej sam. Towarzyszem niedoli okazał się być były wojskowy Hermanni Kemppainen. Fakt, iż Onni zastał pułkownika z pętlą na szyi był bardzo jasnym sygnałem, że ten udał się w do opuszczonego budynku dokładnie w tym samym celu. Obaj wybrali to samo miejsce, by zakończyć swój żywot – choć każdym powodowało coś innego.
Po nieudanym akcie samobójczym postanowili, że niebawem znów wrócą do swego założonego planu pozbawienia się życia, jednak rozważając o nastrojach psychicznych swych rodaków doszli do wniosku, że takich ludzi jak oni jest w Finlandii na pewno więcej. Zatem dlaczego by nie skrzyknąć większej grupy w celu przeprowadzenia samobójstwa zbiorowego?
Jak pomyśleli, tak zrobili. Na dniach ukazało się adekwatne do zamiaru ogłoszenie w prasie. A potem? Potem już tylko podróż po różnych zakątkach Europy z myślą, że na samym jej końcu wszyscy razem odejdą z tego padołu. Jednak, jak na grupę prawdziwych nieudaczników życiowych przystało, trzeba się spodziewać licznych komplikacji po drodze. Ostatecznie sprawa śmierci wcale nie jest jeszcze przesądzona. Czy dopięli swego? Kto będzie chciał, ten sam sprawdzi. Ja mogę jedynie napomknąć o swoich wrażeniach z lektury, które były wyjątkowo… mieszane.
Jakiś czas temu, gdy po raz pierwszy zetknęłam się z opisem tej książki, wpadłam niemal w zachwyt. Przeczuwałam, że mam przed sobą coś zupełnie innego od dotychczasowych powieści, a mimo ciężkiej tematyki jest więcej niż pewne, że tytuł ten podbije moje serce.

Istota „Fantastycznego samobójstwa zbiorowego” nie okazała się być jednak trudna. Była początkowo intrygująca, przez cały tok akcji delikatnie zabawna, ale przede wszystkim... nużąca. Po fabule spodziewałam się natłoku skrajnych emocji wprost się zeń wylewających, a w gruncie rzeczy otrzymałam taką sobie humorystyczną opowiastkę. Niby przygody, na jakie napotykają uczestnicy eskapady są liczne i dość interesujące, ale nie na tyle, by odpędzić natrętnie powracające pytanie: – To popełnią w końcu to samobójstwo czy nie? – Przyznaję, że autor tej powieści niczym szczególnym mnie nie ujął – tempo akcji jest miarowe, a o jakieś wybitne jej zwroty tu ciężko; język jest zwyczajny, dla każdego zrozumiały, nie zaskakuje; humor bardzo delikatny, może gdyby tak podnieść jego natężenie byłoby lepiej? Ale to już tylko moje gdybanie…

Ostatecznie publikację tę można uznać za świetny przerywnik, niezobowiązującą lekturę na jeden wieczór, ale uniesień nie ma się co spodziewać.

Ocena: 3,5/6

środa, 21 marca 2012

"1Q84" Haruki Murakami




Znacie to uczucie bardzo długiego oczekiwania na możliwość przeczytania książki pisarza niemal wszechobecnego? Media co jakiś czas przypominają o mającej się niebawem ukazać nowości sygnowanej nazwiskiem sławy świata literackiego, a rozliczne recenzje wcześniejszych publikacji obiecują niezapomniane wrażenia podczas lektury. Nie jestem żadnym wyjątkiem, który na powyższe pytanie odpowiedziałby przecząco. Bardzo długo przyszło mi czekać na pierwsze chwile sam na sam z twórczością Harukiego Murakamiego.

W ostatnim czasie „padłam ofiarą” udanej akcji wzajemnego wypożyczenia niektórych okazów własnych biblioteczek z osobą z blogowego świata (i tu ukłony w kierunku Książki w mieście). Po otwarciu przesyłki moim oczom ukazały się same atrakcyjne tytuły, będące wyśmienitymi kąskami dla mojej bibliofilskiej duszy. Wśród nich znalazł się osławiony już tytuł Harukiego Murakamiego – „1Q84”. Choć o książce tej przeczytałam niezliczoną ilość pochlebnych recenzji, to tak do końca nie wiedziałam, czego się spodziewać. Pisarz i jego twórczość były dla mnie jak egzotyczna potrawa, której zawsze chciałam skosztować, ale obawiałam się, że jej walory smakowe mogą nie być zbieżne z moim gustem. Jak było w istocie? O tym za chwilę. Najpierw kilka słów o samej fabule.

Ta podzielona jest na zapis życia dwóch osób. Tengo – umysł ścisły lubujący się w naukach matematycznych, jednak z zamiłowaniem do pisarstwa, w którym stawia swoje pierwsze kroki. Wolny ptak spełniający raz w tygodniu swoje erotyczne fantazje z kochanką.
Aomame – kobieta o dwóch twarzach. Na co dzień i oficjalnie instruktorka sztuk walki, która w czasie wolnym od pracy przeistacza się w bezwzględną zabójczynię niepozbawioną jednak zasad. Aomame jest osobą inteligentną, świadomą swoich atutów, wad oraz potrzeb. Nie gardzi licznymi seksprzygodami z mężczyznami poznawanymi na jedną noc. Losy tych dwojga bohaterów już kiedyś się zbiegły. Po wielu latach zanosi się na to, że znów przyjdzie im się spotkać. W jakich okolicznościach?

Murakami splata losy tych dwóch osób w nader interesujący sposób. Nim jednak do tego dojdzie, daje możliwość wnikliwego poznania każdej z osobna. Wszystko to łączy ze sobą przy pomocy wątków magicznych osadzonych w twardej rzeczywistości, elementów grozy, a także dobrej, choć często dosadnej erotyki.

„1Q84” nie jest powieścią z gatunku banalnych i komercyjnych. Nie będę też nikogo zapewniać, że każdy, kto tylko zechce, polubi jego styl od pierwszego wejrzenia i pozostanie mu wierny, ponieważ dla mnie samej proces poznawania specyfiki jego talentu literackiego nie był łatwy. I choć nie jest to może powieść, która za sprawą fabuły wciąga czytelnika od pierwszej strony, to ma ona w sobie magiczną moc wpływania na wyobraźnię, i takiego przedstawiania zdarzeń, że nie sposób o niej zapomnieć.

Wielu z Was już pokochało Murakamiego, czy ci, którzy jeszcze go nie znają, również mają szansę na miłość od pierwszego przeczytania? Tego obiecać nie mogę, ale wiem, że warto dać mu szansę. Sama do twórczości tego pisarza na pewno jeszcze kiedyś wrócę.

Ocena: 4/6

środa, 7 marca 2012

"Światła września" Carlos Ruiz Zafón



Kochany…

Pamiętasz prezent, który ostatnio mi wręczyłeś? Tak, tak! Mówię o książce z okładką w ciepłych, choć zarazem ciemnych barwach. O tej samej, która na pierwszy rzut oka budzi obawy mrocznym klimatem na swym froncie, rozwiewając je zarazem dającym nadzieję światłem morskiej latarni.

Po jej otwarciu okazuje się, że swoisty klimat nie traci na swej sile, a wręcz się pogłębia – pozwalając poczuć woń morza i usłyszeć dźwięk fal rozbijających się o klify. To urokliwe, choć jednocześnie przyprawiające o dreszcze na ciele, miejsce, wchłonęło mnie natychmiast i kazało śledzić krok po kroku swoją historię, której początkiem była tragiczna miłość…

Legenda głosi, że dawno temu, podczas corocznej maskarady w Normandii, jeden z jej uczestników mimowolnie dostrzegł kobietę w masce, zdążającą prędko w stronę łodzi – zupełnie jakby przed kimś lub przed czymś usiłowała uciec (snuto na ten temat rozmaite domysły). Jednak, gdy tylko odbiła od brzegu, natychmiast rozpętała się gwałtowna burza. Nikt już od tamtej pory nie widział tajemniczej kobiety, a ludzie mówią, że co roku w ten sam czas wyspa rozbłyskuje całą paletą świateł… Ponoć to jej duch próbuje dotrzeć do celu, którego kiedyś nie było mu dane osiągnąć…

Podobno w każdej legendzie tkwi ziarno prawdy. Czy to prawda, przekonali się wszyscy bohaterowie książki, która dzięki Tobie do mnie trafiła, i która bezpardonowo na kilka godzin skradła moje myśli. Na pewno już wiesz, że mówię o „Światłach września” Carlosa Ruiza Zafona.
Opowiada ona o losach Simone Sauvelle i jej dwójki dzieci: córce Irene i synu Dorianie. Ich spokojne życie legło w gruzach w momencie, w którym (targany chorobą) opuścił ich nieodżałowany ojciec i mąż. Pech chciał, że pozostawił on wdowę z długami, których nie zdołał spłacić za życia. Simone tracąc na rzecz spłaty wierzycieli cały majątek, zaczęła rozpaczliwie poszukiwać pracy, która pozwoliłaby jej uporać się z problemami oraz dała utrzymanie całej trójce. Dlatego, gdy tylko trafiła jej się wspaniała oferta ze strony szczodrego fabrykanta zabawek imieniem Lazarus Jann, nie zastanawiała się długo i niemal natychmiast rozpoczęła nowe życie w ogromnej rezydencji nowego pracodawcy. Do jej głównych obowiązków należało przede wszystkim sumienne wypełnianie powierzonych jej zadań (z utrzymaniem odpowiednich schematów) oraz rzecz z pozoru najprostsza – nie ingerowanie zanadto w prywatne sprawy fabrykanta. Nic skomplikowanego, prawda? Niby tak, ale jak tu nie interesować się bliżej losami człowieka, którego „zabawki” ożywają i przypominają ludzi, a wieczorami jego rezydencję wypełnia terkot tych maszyn? Aurę tajemniczości i grozy dopełnia nagła śmierć mieszkanki posiadłości Lazarusa, a wszystko wskazuje na to, jakoby on sam miał coś z tym wspólnego, ale być może to tylko ułuda?

Silna potrzeba rozwikłania zagadki wprost nie dała mi się oderwać od tej książki. Jednak nie tylko to sprawiło, że pochłonęłam ją w mgnieniu oka. O klimacie już wspomniałam, ale nie dodałam jeszcze, że styl w jakim Zafon prowadzi fabułę, jest nadzwyczaj dobry. Tempo rozgrywającej się akcji wzrasta miarowo, początkowo pozwalając dobrze przyjrzeć się bohaterom, następnie jej umiejscowieniem, by na koniec przyprawić o szybsze bicie serca rozgrywającymi się scenami. Wszystko to opisane jest ujmującym językiem, chwilami brzmiącym z lekka poetycko. W „Światłach września” wspaniałe jest też to, że niemal każdy odnajdzie coś dla siebie, coś, co szczególnie przypadnie mu do gustu, bo jest tu piękna miłość, porywający świat fantasy, a obok nich najprawdziwsza groza! Połączenie tych dwóch ostatnich elementów wywołało u mnie déjà vu i skojarzyło z twórczością N. Gaimana, który równie dobrze potrafi „straszyć” przy pomocy fantasy. 

Cóż więcej dodać? To było moje pierwsze spotkanie z panem Zafonem i to bardzo udane – urzekł mnie całokształtem swojego talentu. Mam cichą nadzieję, że kolejne jego tytuły wywrą na mnie podobne wrażenie, jeśli nie lepsze. 

A Tobie, mój Drogi… dziękuję za prezent, który dał mi chwileczkę zapomnienia w tak wspaniałym wydaniu. Cudna to była przygoda…

Ocena: 5/6

środa, 15 lutego 2012

"Pokój" Emma Donoghue


Są książki tak specyficzne, tak oryginalne, że chcąc wyrazić o nich swoje zdanie po prostu brakuje nam słów. Styl, jaki w nich odnajdujemy, kompletnie nas zaskakuje, mimo że jest już za nami pokaźna liczba przeczytanych publikacji i teoretycznie nic już nie powinno nas w literaturze zadziwić. Fabuła wciąga i nie daje chwili wytchnienia, mimo że czytaliśmy już masę innych, nie mniej oddziałujących na naszą psychikę, tytułów.
Jak dobrze móc pochwalić się wszystkim wokół, że właśnie taka książka skradła nam dłuższą chwilę z naszego życia. I ja niniejszym to czynię – wiedzcie, że przygarnęłam do swojego domu lekturę niezwykłą…

Część z Was na pewno już wiele dobrego słyszała o „Pokoju” autorstwa Emmy Donoghue i tym osobom specjalnie nie muszę reklamować tego tytułu. A dla tych, którzy o nim nie słyszeli lub wiedzą o nim bardzo mało, mam małą niespodziankę. Otóż przyprowadziłam dziś do Was gościa, który chce trochę opowiedzieć o sobie i o tym, co go spotkało w swym, zaledwie kilkuletnim, życiu. Posłuchajcie…

Jestem Jack. Teraz mam już pięć lat, ale jak wyskoczyłem z brzuszka Mamy miałem zero lat.
 A gdy jeszcze w nim mieszkałem wydaje mi się, że mogłem mieć nawet minus jeden lat. Wyskoczyłem z brzuszka Mamy w Pokoju na Dywanie i od tamtej pory jesteśmy tylko ja i Mama. Jest też Stary Nick, który przychodzi do nas, gdy okno się robi już całe czarne. Jak za chwilę ma się zrobić godzina dziewiąta, zakrywam się kocem w Szafie. Mama mówi, że muszę w niej być, gdy Stary Nick przychodzi, bo nie chce żeby na mnie patrzył. I gdy on tak przychodzi to zazwyczaj rozmawiają, potem liczę jak Stary Nick skrzypi łóżkiem, a potem już nie wiem, bo się wyłączam. Czasem, gdy usypiam wcześniej i nie słyszę jak on przychodzi, to i tak rano wiem, że był, bo nie ma już śmieci, które Mama naszykowała dla niego, a jest za to jedzenie, które nam przyniósł. Nie zawsze nam je przynosi, czasem gdy jest zły nie dostajemy go i musimy jeść z mamą spocony ser i to, co zostało z innych dni, ja się jeszcze częstuję od piersi Mamy – z lewej jest najlepsze. Bardzo lubię Pokój i to, co z Mamą w nim robimy, nigdy się w nim nie nudzimy, mamy telewizor i różne zabawy. Wcale nie chcę sobie z niego iść, ale Mama uparła się, że musi pokazać mi Nazewnątrz. Mówi, że jest tam dużo czlowieków takich jak w telewizorze i że tam jest całkiem inaczej. Wymyśliła nawet specjalny plan, który sprawi, ze się tam znajdziemy. Nie podoba mi się on. Źle Mama go wymyśliła, bardzo źle!

Jaki to plan, musicie sprawdzić sami, jeśli tylko jesteście gotowi przeżyć dzień po dniu tak, jak Jack i jego mama. Weźcie do ręki tę książkę, jeśli tylko jesteście gotowi na przekonanie się co oznacza kilkuletnie życie w zamknięciu pod okiem psychopaty. Nie piszę tak, by kogokolwiek przestraszyć – historia ta nie wywołuje lęku epatując brutalnością czy agresją, ona straszy a zarazem urzeka całokształtem fabuły. Fascynuje i odstręcza. Tym, co w niej odpycha jest postać Starego Nicka, który do bólu przypomina „bohaterów” dramatów osób, które latami były przetrzymywane w ukryciu, torturowane, gwałcone i odzierane z człowieczeństwa. Tym, co ciągnie niczym magnes do „Pokoju” jest wprost obłędny styl narracji. Całą historię słyszymy z ust małego dziecka wraz z popełnianymi błędami językowymi i ze „słówkowymi przekładańcami”, jak je sam nazywa.
Kolejnym plusem jest fakt, że powieść można rozpatrywać na wielu płaszczyznach. Zarówno pod kątem socjologicznym, jak i psychologicznym – co mnie akurat najbardziej interesuje.
Chwilami jednak miałam wrażenie, że niektóre szczegóły z toku akcji są z lekka nierealistyczne. Tak mi te „potknięcia” ciążyły, przeszkadzały – w tym niemal idealnym tytule – że wnikliwie zaczęłam je analizować, ostatecznie kładąc je na karb niedostatecznych umiejętności narratora, którym jest nad wyraz inteligentne, ale jednak bądź co bądź dziecko.

Myślę, że nie muszę na koniec szczególnie Was przekonywać, iż warto chwilę pomieszkać w „Pokoju”, choć nie będzie to przeżycie łatwe i przyjemne. Zachęcam do poznania tego wycinka świata widzianego oczyma dziecka, którego choć namiastkę usiłowałam nakreślić powyżej (jest to i tak tylko moja nieudolna próba, która nigdy nie odda klimatu książki). Warto to zrobić po to, by uzmysłowić sobie, jak my sami czasem stajemy się ofiarami takiego „pokoju”, w którym ktoś lub coś osacza nas ze wszystkich stron, odbiera wolność i nie pozwala żyć.

Ocena: 5,5/6

piątek, 23 grudnia 2011

"Wieści" William Wharton i nie tylko :)


Patrząc na stronę mojego bloga można by pomyśleć, że nie czuję ducha nadchodzących świąt, prawda? Nic bardziej mylnego! Otóż duch jest i ma się wyśmienicie, a swoje prawdziwe oblicze ukazuje tylko przed moją rodziną. Jest jednak coś, czym chciałam się z Wami podzielić. W bożonarodzeniowy klimat wprowadziła mnie pewna osoba.

Tym kimś jest nie kto inny jak William Wharton, którego utwory goszczą w mojej domowej biblioteczce już po raz trzeci. Tym razem pojawiła się tam iście świąteczna książka pt. „Wieści”. Poznajemy w niej bardzo zwyczajnych bohaterów – takich jak Ty, on czy ja. Nie są obdarzeni wspaniałymi talentami ani magicznymi mocami, choć sama forma, w jakiej Wharton opisuje ich losy, zdecydowanie ma w sobie coś czarodziejskiego.

Will to filozof, który chce spędzić cudowne święta w rodzinnym gronie. Choć jego rodzina stanowi zlepek bardzo różniących się od siebie osobowości, a tak sprzeczne charaktery nigdy nie są w stanie dojść do porozumienia,  bohater dwoi się i troi, by aktualne święta obchodzić w niezwykłym klimacie domowego ogniska. Warunki, w jakich mają je spędzić, zdecydowanie odbiegają od norm pięciogwiazdkowych hoteli. Są wręcz ekstremalne, gdyż zmuszają rodzinę do brania kąpieli w miednicy. Czar tego miejsca rekompensuje jednak  wszelkie niewygody. Mowa bowiem o starym młynie położonym w dolinie Morvandeon we Francji. Bożonarodzeniowe dekoracje zupełnie nie pasują do krajobrazu; nie nadaje się nawet choinka, którą rodzina Kelly, wedle tradycji, zwykle kradnie na święta. Niestrudzonemu Willowi nic jednak nie stanie na przeszkodzie! Zrobi wszystko w imię spędzenia kilku wspaniałych dni w gronie najbliższych mu osób… Czy powiedzie się cały plan Willa? Tego oczywiście nie zdradzę. Musicie sprawdzić sami.

Powiem jedynie, że Wharton znów mnie nie zawiódł. Wręcz przeciwnie! Myślę, że z trojga powieści jego autorstwa jakie dane mi było przeczytać („Ptasiek”, „Szrapnel” i aktualnie „Wieści”), to najlepsza pozycja. Czym mnie zachwyciła? Na pewno nie wymyślną fabułą, bo tej tu nie znajdziecie. Na pewno nie zawrotną akcją – tej też się nie spodziewajcie. „Wieści” ujmują swoją prostotą i przedstawieniem świata ludzi tak podobnych do nas. Można odnieść wrażenie, że śledzimy serial obyczajowy o losach pewnej rodziny, ale oczywiście nie utrzymany w typowym dla telenowel kiczowatym stylu.

Nieustająco namawiam wszystkich do sięgania po lektury Whartona, bo jak mało kto, ten pisarz potrafi za pomocą słowa pisanego zjednoczyć się z czytelnikiem – zbliżyć swój wykreowany świat z Twoim, drogi książkofilu…

Ocena: 5/6


---------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kochani! Z okazji nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia życzę Wam wszystkiego co najlepsze - smakołyków na stole, skompletowania jak największej liczby członków rodziny przy nim, radosnego klimatu tych dni, wielu uśmiechów, wspaniałych prezentów oraz spełnienia marzeń w nadchodzącym roku 2012.
Ach, bym zapomniała...Samych wartościowych lektur również Wam życzę, by jedna przebijała jakością kolejną...I by w Waszym życiu oraz sercach nigdy nie zabrakło miejsca na literaturę. :) 
Ściskam każdego z osobna bardzo mocno! :)

czwartek, 29 września 2011

"Gra o pałac" Monika B. Janowska


źródło okładki: wydawnictwo Zysk i S-ka


Klara Czempińska wkracza do akcji! Taką oto wieść niesie okładka kolejnej książki, która wpadła mi w ręce. Choć nie do końca wiedziałam, czego się po niej spodziewać, to jednak miałam pewne obawy, czy może bardziej przypuszczenia, że za chwilę poznam kolejną historię o twardej i jednocześnie zniewalająco pięknej kobiecie, dla której tarapaty są chlebem powszednim. Oczywiście, nie mogłoby tutaj także zabraknąć wspaniałego i dzielnego mężczyzny, który ratowałby ją z tych opresji…
Ostatecznie żaden z moich domysłów nie okazał się być prawdą. Może jedynie owe „tarapaty” mogłabym uznać i powiedzieć: ciepło, cieplej, … ale nie gorąco.

Główną bohaterką książki Moniki B. Janowskiej pod tytułem „Gra o pałac” jest... Nie, ja jej nie przedstawię, niech zrobi to sama:
„Klara. Mam na imię Klara. Ale nie jestem tego pewna. Równie dobrze mogłabym być Matyldą, Katarzyną, Hermenegildą albo Brunhildą. Wszystko jedno. Wszystko jedno wynika z braku wszelakich wiadomości na mój temat.”*

Do tego bardzo skromnego w konkretne informacje opisu dorzucę jeszcze kilka faktów. Klara nie jest w stanie zdradzić więcej na temat swojego pochodzenia, ponieważ wychowała się w domu dziecka i nigdy nie znała swoich rodziców. Po opuszczeniu murów placówki wkroczyła w etap życia dorosłego, co nie jest łatwym zadaniem dla ludzi bez wsparcia rodzinnego. Jednak ona poradziła sobie z tym całkiem dobrze. Kupiła mieszkanie za zaciągnięty wcześniej kredyt, zamieszkała w nim i spłacała go imając się różnych form pracy zarobkowej. Poczynając od tłumaczenia z języka niemieckiego, oprowadzania wycieczek po mieście, w którym żyje i które bardzo kocha (mowa tu o Legnicy), a kończąc na bazowym miejscu dorobku, jakim była i jest redakcja miejscowej gazety, dla której pisze artykuły jako dziennikarka.

Do jej życiowego inwentarza należałoby dorzucić także najlepszą przyjaciółkę, Ankę, z którą kroczy przez meandry życia już od czasów bidula, oraz niezbyt oszałamiające szczęście w sferze uczuć.

Pole, na którym Klara czuje się dość pewnie i odnosi jako takie sukcesy, to praca. Zatem, gdy tylko pojawia się możliwość wzbogacenia doświadczenia zawodowego i jednocześnie, wspomożenia domu dziecka, który dał jej wikt i opierunek, wówczas Czempińska bez chwili wahania bierze się do realizacji zadania. Chodzi tutaj konkretnie o pałac położony przy ulicy Nowodworskiej i zdobycie o nim jak największej ilości informacji. Wiadomo jedynie, iż przed wojną pałac ten należał do rodziny o nazwisku Ruthordofr, a następnie został przejęty przez Rosjan, by w czasach obecnych stać się opustoszałą i zaniedbaną ruderą wymagającą ratunku. Dziennikarka niebawem przekonuje się, że budynek nie jest taki do końca osamotniony, ponieważ jest ktoś, kto stoi na straży jego bezpieczeństwa…

Podążanie tropem dziejów pałacu, zawodzi Klarę do kraju naszych zachodnich sąsiadów, gdzie udaje się z zamiarem poznania samego właściciela. I nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie to, że właściciel, z którym przyszło jej stanąć oko w oko tak naprawdę… nie żyje. Spotkała ducha, zapytacie? Otóż…Chyba nie wierzyliście, że zdradzę Wam ten wątek? Jeżeli tak, to jednak Was rozczaruję i zwyczajnie odeślę do lektury.
Czy warto? Jak najbardziej! Przyznam szczerze, że mocno zdziwiłam się, gdy moje początkowe podejrzenia okazały się być niesłuszne. „Gra o pałac”, to nie ckliwe romansidło, czy zwykłe „czytadło”. Nie jest to też literatura niebywale wysokich lotów, ale na miano bardzo dobrej powieści zdecydowanie zasługuje.

Świetna kreacja bohaterów. Autorka doskonale ukazuje ich prawdziwe oblicza. Mam tutaj na myśli szczególnie takie cechy, jak: naturalność i autentyczność, co bez wątpienia jest również ogromnym plusem. W końcu nie każdą bohaterkę stać na wyznanie, że ma „udziec przeżarty cellulitisem.”** Jedynie chwilowa, ale dość przesadna ufność Klary w pewnym momencie mocno mnie poirytowała.

Sam pomysł na fabułę i jego realizacja jest bez zarzutu, gdyż jest on podszyty humorem, czasem delikatną gapowatością Czempińskiej i przede wszystkim dobrze wyważonym tempem akcji, dzięki czemu nie doświadczyłam nudy podczas lektury.
Naprawdę mile zaskoczyła mnie ta książka. Natomiast zarówno opis, jak i okładka nie zwiastują tak dobrej zawartości. Polecam!

*Monika B. Janowska, Gra o pałac, s. 7.
** Tamże; str. 60.


Za możliwość przeczytania niniejszej książki dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

Ocena: 5,5/6

poniedziałek, 26 września 2011

"Morderstwo niedoskonałe" Agnieszka Krawczyk


źródło okładki: wydawnictwo SOL

Ostatnimi czasy dość gęsto się zrobiło w mojej biblioteczce od tytułów polskich autorów. Czy to dobrze czy źle? To zależy od tego czy ich dzieła są jakościowo dobre, bo jeśli nie to wcale nie miałabym powodu do chwalenia się czytaniem książek naszych rodzimych pisarzy. Z moich statystyk wynika, że większość z nich otrzymuje ode mnie ocenę dobrą (ostatnio tylko pani Noszczyńska zaburzyła nieco moją analizę - na plus). Nie jest źle w takim razie, ale do oszałamiającego efektu daleko…Jednak niezrażona tym, postanowiłam iść dalej tropem pisarzy wywodzących się z naszego jakże pięknego kraju.

Traf chciał, że do moich rąk tym razem wpadła książka pani Agnieszki Krawczyk pt. „Morderstwo niedoskonałe”.
Już na starcie poznałam weń Mareczka. Mareczek wiedzie prym (tak mi się przynajmniej wydaje) w kilkuosobowej grupie, zamieszkującej w godzinach pracy pokój zwany „slumsem” w pewnym wydawnictwie. Oprócz niego towarzyszą mu w nim Marta i Adela. Marta to „kobieta od bajek” i uosobienie spokoju i opanowania, czym doszczętnie ujmuje Mareczka oraz wyraźnie kontrastuje z Adelą. Ta zaś, mimo swej niewyróżniającej się niczym specjalnym, budowy ciała nadrabiała ten fakt wszystkim innym – poczynając od stylu ubierania się, makijażu i fryzury a kończąc na stylu wypowiedzi, gdzie trzeba położyć nacisk (wielkości słonia) na jej charakterystyczne powiedzonka typu: „miał przeszczep osobowości” czy „trafił jak kurą w płot”. Niektórym zdaje się to być znajome? Nic dziwnego, ale o tym za chwilę.
Priorytetem numer jeden w wydawnictwie pewnego dnia staje się niebywały gniot autorstwa pewnego jegomościa nazwiskiem Kusibab. Razu pewnego przysłał on swe wątpliwej jakości dzieło do wyżej wymienionego miejsca z zamiarem wydania go. Ponieważ Adela nie wróżyła gniotowi żadnej kariery szybko pozbyto się balastu. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie to, że prezes zażyczył sobie wydania tejże książki. Po ogłoszeniu stanu alarmowego i wszczęciu poszukiwań w trybie natychmiastowym udało się odzyskać tylko część twórczości Kusibaba – brakowało jedynie środka…
Na domiar złego wkrótce okazało się, że to nie jedyne braki związane z ową książką…Nie wiedzieć jak i kiedy zapodział się gdzieś sam autor gniota! Nie minęło wiele czasu, a pojawiły się pogłoski o morderstwie…Czy szalona ekipa ze „slumsa” podoła wyzwaniom i pokona problemy?

Tego ja oczywiście nie zdradzę, ale pani Agnieszka – owszem. Cały swój pomysł ubrała w bardzo interesującą formę – stworzyła kryminał w bardzo krzywym zwierciadle z niezwykle charakterystycznymi postaciami. Najbardziej wyrazista według mnie była właśnie Adela, której nie sposób nie porównać do jednej z bohaterek „Brzyduli”, dokładnie Violi. Sama nie śledziłam ich losów, ale jej charakterystyczne powiedzonka były mi dobrze znane z opowieści koleżanek czy po prostu Internetu, gdzie aż się od nich roiło w czasie świetności serialu. Może ktoś powie, że „to już było” i po co ponownie „odgrzebywać” ten pomysł? Jeśli ktoś taki jest to myślę, że po lekturze zmieniłby zdanie – w końcu śmiech się nigdy nie nudzi, a jeśli jest ku temu dobry pretekst…? To oby więcej takich pomysłów.
Cały humor książki nie leży tylko na barkach biednej Adeli (choć pełna życia i charyzmy to jednak taka odpowiedzialność mogłaby być za ciężka dla jej kruchej kobiecości), sam styl powieści jest niezwykle lekki i zabawny, przyznaję że bawiłam się podczas lektury świetnie i nieraz „cieszyłam się” do kartek.

Nie ocenię jednak niniejszego tytułu maksymalnie, bo do wystawienia noty najwyższej potrzebuję czegoś więcej niż tylko dobrego humoru – mimo że wad jako takich w nim nie stwierdziłam. Ot, świetny „zabawiacz” lub „wypełniacz czasu”. Każdemu, kto takiej lektury właśnie potrzebuje, polecam po stokroć.
Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu SOL.

Ocena 5/6

środa, 21 września 2011

"Last minute" Sylwia Kubryńska


źródło okładki: wydawnictwo Nowy Świat

A gdyby tak móc zostawić wszystkie problemy i zmartwienia, spakować walizki, zabrać w nich to, co najpotrzebniejsze – dokumenty, trochę ubrań, wygodne buty oraz trochę słońca i wyjechać hen, daleko? Chociaż nie…Lepiej wyjechać tam gdzie słońca nigdy nie brakuje, gdzie optymizm innych jest niemal namacalny, a uśmiech da się dostrzec nawet w oczach.
Gdyby tak móc zafundować sobie ucieczkę od codzienności, szarej rzeczywistości i nie mieć z tego tytułu wyrzutów sumienia. Niemożliwe, powiecie? Ponoć dla chcącego nic trudnego, zatem…pakujcie się! Wyruszamy do Tunezji!

Kiedyś zabrałam Was w długą i trudną podróż w głąb Rosji. Choć było ciekawie to na pewno nie tak sielsko i przyjemnie jak będzie w tym pięknym i ciepłym kraju – zmarzluchy będą zadowolone, zaręczam!
Oczywiście nie wybieramy się tam sami. Jak w przypadku każdej innej wycieczki potrzebujemy przewodników. W tym przypadku będą nimi dwie młode kobiety – Agnieszka i Zuzanna, przyjaciółki. Zuza, chcąc wyciągnąć koleżankę z silnych i nieustępliwych macek depresji postanowiła zafundować jej rozrywkę życia, wykupując (bez większego namysłu) podróż do Tunezji. Choć jedna nie przepadała za rdzennymi mieszkańcami tej krainy, a druga niespecjalnie kwapiła się do jakichkolwiek wypadów poza obręb własnego łóżka to i tak niebawem wsiadły w samolot by po pewnym czasie postawić swoje białe i delikatne stópki na gorącej ziemi.
Za nim zadomowiły się na dobre w tunezyjskim hotelu na pewno miały świadomość tego, że czeka je cała masa dobrej zabawy, upału i niezliczone ilości drinków, ale czy któraś spodziewała się, że się zakocha? W końcu Europejkom ciężko oprzeć się pokusie śniadej męskiej cery i świdrujących ciemnych oczu, obiecujących niesamowite doznania dzięki gorącym i niezwykle żywiołowym, południowym temperamentom.
Jednak czy koniec tej historii będzie happy endem? Ostatecznie życie to nie jest bajka…Życie naszych bohaterek także nią nie jest.

Sylwia Kubryńska wplatając w losy kobiet także smutne epizody, trudne i tak bardzo ludzkie potrafi zmusić czytelnika do odrobiny melancholii i chwili zastanowienia nad tym, co w życiu jest ważne. Nie zawsze trzeba być grzecznym i poukładanym, nie zawsze trzeba (albo należy) mieć wszystko zaplanowane i dopięte na ostatni guzik, bo…nikt nie wie, co przyniesie jutro. Może jutro nigdy nie nadejdzie? A może będzie trwało w nieskończoność? Przyszłość nie jest znana tak naprawdę nikomu (choć jasnowidze mogą mieć na ten temat inne zdanie), dlatego trzeba żyć tak jakby dany dzień miał być tym ostatnim, mimo że w obecnych czasach to takie trudne.
Poza samym przekazem na uznanie zasługuje moim zdaniem styl, jakim posłużyła się autorka. Chwilami wydaje się być z lekka chaotyczny, ale jednocześnie nie ma problemu ze zrozumieniem bohaterów – kobiety są…po prostu kobietami, prawdziwymi z krwi i kości wraz ze swoimi wadami i zaletami, autorka nie kreuje ich na „supermenki” naszych czasów, których codzienne troski nie dotyczą.
Kolejna rzecz, która również bardzo mi się spodobała to sposób, w jaki Kubryńska wplotła w fabułę „Last minute” odpowiednio wyważoną, choć wyrazistą erotykę – nie jest nachalna, niesmaczna a na tyle obrazowa by dreszcze na ciele bohaterki odczuwać wyraźnie także na sobie (doświadczenie pani Sylwii w snuciu opowieści z podtekstem erotycznym daje się odczuć – w pozytywnym sensie, rzecz jasna).
Jedyne, czego życzyłabym sobie a tego było mi brak w niniejszym tytule to więcej dynamiki akcji i jej zwrotów – to dodałoby tej książce więcej animuszu, żywiołu. Osoby lubujące się w stonowanym tempie biegu wydarzeń w literaturze będą na pewno bardzo zadowolone, a ci z podobnymi preferencjami do mnie? Po prostu zapoznają się z dobrą i stonowaną literaturą.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Nowy Świat.

Ocena 4,5/6