Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat Książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat Książki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 grudnia 2014

Kiedyś byliśmy braćmi - Ronald H. Balson





tłumaczenie: Jan Kraśko
tytuł oryginału: Once We Were Brothers
wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 19 listopada 2014
ISBN: 9788379434718
liczba stron: 796



Za każdym razem, gdy powracam w czytanych przez siebie książkach do czasów II wojny światowej, Holocaustu i zbrodni nazistów, na powrót zadaję sobie te same pytania, choć już wcześniej – jak mi się zdawało – znajdowałam na nie odpowiedzi. Zasadnicze pytanie, które wciąż jest aktualne i które nigdy nie traci na sile, jest najkrótsze: dlaczego? Dlaczego to wszystko się wydarzyło? Dlaczego Bóg na to pozwolił? Dlaczego ludzie na to pozwolili? Całą tę długą listę zdań zwieńczonych znakami zapytania zamyka jeszcze jedno, które padało także w komentarzach pod moimi opiniami na temat rzeczonych książek: dlaczego wciąż o tym czytasz? Przecież to tak trudny i bolesny temat… Nauczyłam się na to pytanie odpowiadać słowami Elisy Springer – czytam, by:

(…) nie zapomnieć, do jakiego szaleństwa może doprowadzić nienawiść rasowa i nietolerancja, ale nie dla rytualnych obrządków, lecz dla kultury pamięci[1].

Tymi słowami mogliby odpowiadać na pytanie dlaczego o tym piszesz? także autorzy podejmujący się tej tematyki w swoich tytułach. Bo pamiętać należy, bo każdy z nas jest to na swój sposób winien tym, którzy przeżyli ten dramat i mierzyli się z nim do końca swych dni jak i tym, którzy w mękach, bólu i głodzie umierali w obozach zagłady. Podejrzewam, że dokładnie z takiego samego założenia wyszedł autor debiutanckiej powieści pt. Kiedyś byliśmy braćmi – Ronald H. Balson – adwokat mieszkający w Chicago, którego częste podróże do naszego kraju jak i jego dramatyczna historia zainspirowały do stworzenia powieści plasującej się w kręgu historical fiction.

Rozpoczyna się mocnym uderzeniem, gdzie jeden z jej głównych bohaterów, Ben Solomon, znajdując się na jednym z chicagowskich przyjęć dobroczynnych, przystawia do twarzy pistolet znanemu i hojnemu filantropowi, Elliotowi Rosenzweigowi, oskarżając go publicznie o to, że jest byłym i nigdy niesądzonym za swoją zbrodniczą działalność nazistą o nazwisku Otto Piatek. Z racji podeszłego wieku Ben szybko zostaje uznany za człowieka nie do końca świadomego swoich czynów i słów, a samą sprawę Rosenzweig chce zdusić w zarodku. Jednak Ben twardo obstaje przy swoich racjach i za wszelką cenę chce je udowodnić oraz sprawić, by sprawiedliwości stało się zadość. By to osiągnąć, zatrudnia jedną z najlepszych prawniczek w mieście i opowiada jej historię swojego życia, w którym Rosenzweig miał odegrać rolę przyszywanego brata, który w zamian za sprawowanie nad nim opieki w dzieciństwie odpłacił się rodzinie Solomonów w najgorszy z możliwych sposobów. Czy wydarzenia, o którym opowiada Ben – to fakty? Czy też chora wizja pana w słusznym wieku?

Choć początkowo odpowiedź na te pytania zdaje się być dla czytelnika oczywista, to im dalej w las, tym więcej drzew i nabiera się wątpliwości, aby wreszcie w pewnym momencie z całą pewnością stwierdzić, że już niczego nie jest się pewnym, śledząc wersje wydarzeń obydwu bohaterów. Dopiero ostatnie strony powieści rozwiewają wszelkie wątpliwości. Fabuła tej książki – to strzał w dziesiątkę, jeśli chodzi o sam pomysł na nią jak i poprowadzenie jej – akcję śledzimy z perspektywy Bena we współpracy z adwokat Catherine Lockhart, Elliota Rosenzweiga jak i z doskoku samej Catherine, przyglądając się jej życiu osobistemu. Raz śledzimy akcję w czasie teraźniejszym, a raz – w przeszłym. I tu autorowi powinęła się nieco noga od strony technicznej, bowiem w momencie, gdy stosował retrospekcję, nie trzymał się raz obranego przez siebie czasu. W jednym z akapitów – przykładowo – opowiada o zdarzeniach w wojennym Zamościu, a w kolejnym jest już mowa o teraźniejszości. Podobnie w sytuacji odwrotnej, gdy akcja dzieje się w czasie obecnym, a za chwilę, ni stąd ni zowąd, przenosimy się wstecz. Niby autor stara się to jakoś związać, stawiając panią adwokat jako słuchaczkę opowieści Bena, któremu z kolei zdarza się też znienacka odpływać myślami gdzieś daleko, ale to i tak nie zmienia silnego wrażenia o niekonsekwencji autora.

Mam też delikatne zastrzeżenia do klimatu powieści. W momencie, gdy Ben wraca we wspomnieniach do czasów wojny, naprawdę nie czuć tu jej dramatyzmu. Bohater niby opowiada wszystko szczegółowo i starannie, ale jednocześnie dość oschle i mało emocjonalnie.

Są to jednak drobne uszczerbki, które nie wpływają negatywnie na całość tytułu, który czyta się naprawdę świetnie, który nie daje chwili wytchnienia i który – jak wiele mu podobnych – mimo że jest fikcją literacką, daje mocno do myślenia. Autor, pod wpływem emocji wyniesionych ze śledzenia wojennej historii Polski, z poznawania Holocaustu i dramatu z nim związanego, wyraża swój sprzeciw wobec faktu, że tak wielu nazistów nigdy nie doczekało się zasłużonej kary za swoją zbrodniczą działalność (np. Josef Mengele). W pełni to rozumiem i popieram każdy, choćby najmniejszy wyraz sprzeciwu wobec tej niesprawiedliwości, nawet jeśli ma się on wyrażać tylko (albo aż) za pośrednictwem książek takich jak Kiedyś byliśmy braćmi. Warto o tym pisać, warto czytać dla wspomnianej już kultury pamięci i dla tych, którzy tego dramatu zasmakowali.

Jest wiele powodów, aby poznawać Holocaust i o nim nauczać, ale chyba najważniejszym jest niedopuszczenie do tego, żeby się powtórzył[2].

Ocena: 5/6




[1] E. Springer, Milczenie żywych, Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau, Oświęcim 2001, s. 16.
[2] R. H. Balson, Kiedyś byliśmy braćmi, Świat Książki, Warszawa 2014, s. 228.


Oficja;na recenzja dla portalu Lubimy Czytać - LINK.


piątek, 11 lipca 2014

Najbardziej niebieskie oko - Toni Morrison





tłumaczenie: Sławomir Strudniarz
tytuł oryginału: The Bluest Eye
wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 30 kwietnia 2014
ISBN: 9788379433452
liczba stron: 232


Mniej więcej w kwietniu tego roku światło dzienne ujrzała lista sporządzona przez Stowarzyszenie Amerykańskich Bibliotek, zawierająca dziesięć tytułów książek, które w zeszłym roku zakazano kupować amerykańskim szkołom i bibliotekom lub które próbowano z nich usunąć. Szczerze przyznam, że o ile obecność na tej liście Pięćdziesięciu twarzy Greya ani trochę mnie nie dziwi, to już obecność hitu spod pióra Suzanne Collins pt. Igrzyska śmierci wprawiła mnie w osłupienie. Do tego osobliwego grona należy także książka, którą miałam okazję czytać w ostatnich dniach, autorstwa laureatki literackiej Nagrody Nobla z 1993 roku, tj. Toni Morrison, mianowicie Najbardziej niebieskie oko.

Wiedziałam, że książka będzie miała wydźwięk co najmniej melancholijny, ale nie spodziewałam się, że będzie wręcz smutny i gorzki… W czym rzecz? W brzydocie. Bo czarnoskórzy ludzie są brzydcy albo przynajmniej byli w czasach, w których najmocniej ich dyskryminowano. W taki sposób ich odbierano i tak przedstawia sprawę autorka, nakreślając wizerunek rodziny Breedlove, do której należy najważniejsza bohaterka powieści – młodziutka Pecola.

Breedlove’owie mieszkali w tej norze nie dlatego, że przeżywali przejściowe trudności spowodowane cięciami w zakładzie pracy. Mieszkali tam, ponieważ byli czarnymi biedakami. Ponieważ wierzyli, że są brzydcy[1].

Dziewczynka właśnie wchodzi w okres dojrzewania, a jej rodzina się rozpada. Zostaje przyjęta pod opiekę przez bardzo niezadowoloną z tego faktu kobietę, która traktuje Pecolę jak balast, kulę u nogi, która nie dość, że śmie w ogóle istnieć, to jeszcze wypija ogromne ilości cennego mleka. Tymczasem Pecola – to tak naprawdę bardzo spokojna i dobra dziewczynka, która od życia nie oczekuje wiele. Właściwie ma tylko jedno marzenie – pragnie mieć niebieskie oczy, dzięki którym poczuje się piękna i lubiana.

Noc w noc modliła się o niebieskie oczy. Modliła się żarliwie przez cały rok. Choć ogarniało ja zniechęcenie, nie traciła nadziei. Żeby wydarzyło się coś tak wspaniałego, potrzeba było dużo, dużo czasu[2].

Pewnego dnia jej marzenie spełnia się, choć w bardzo specyficzny sposób. I to wszystko, z czego młoda Pecola może się cieszyć, ponieważ jej życie staje się pasmem nieszczęść. Osoba, która powinna dawać jej miłość i bezpieczeństwo, staje się zwyrodniałym oprawcą. Historia Pecoli kończy się fatalnie… I może nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego i nie zrobiłoby to na mnie takiego wrażenia (wszak wiele lektur ciężkiego kalibru już za mną) gdyby nie styl i język, którym posłużyła się Morrison. Niby fakt, że ów jest bardzo dosadny i chwilami wulgarny sam w sobie nie jest niczym nowym, ale w połączeniu z niektórymi z przedstawionych scen i delikatna tematyką rasizmu robi mocne wrażenie. Jeśli dodać do tego pełen metafor poetycki język, to mocne wrażenia kumulują się.

Wracając do kwestii, czy tytuł ten powinien być tym zakazanym, to ciężko mi konkretnie się określić. Z jednej strony faktycznie niektóre sceny przedstawione są ostro i za pomocą równie ostrego języka, które mogłyby mieć zły wpływ na psychikę młodego czytelnika, ale z drugiej strony nie brak na rynku innych powieści skierowanych do młodzieży, które podane są w znacznie mocniejszej formie, które kwiecistego języka zdecydowanie nie nadużywają (chyba, że nazwać tak łacinę podwórkową). Najbardziej niebieskie oko może jest lekturą dosadną, ale ma w sobie głębsze dno, daje do myślenia i to w niej najbardziej się liczy.

Ja sama jestem zaintrygowana talentem autorki, bo tego bez wątpienia odmówić jej się nie da. Jestem też na tyle zaciekawiona, jak ów talent się rozwinął (Najbardziej niebieskie oko jest debiutem pisarki), że na pewno skuszę się na któryś z kolejnych jej tytułów. Zatem… do zobaczenia wkrótce, pani Morrison!

Ocena: 5/6





[1] T. Morrisom, Najbardziej niebieskie oko, przeł. Sławomir Studniarz, Świat Książki, Warszawa 2014, s. 51.
[2] Tamże, s. 60.


Oficjalna recenzja dla portalu Lubimy Czytać - LINK.

czwartek, 30 stycznia 2014

Urodzony w obozie nr 14 - Blaine Harden





tytuł oryginału: Escape from Camp 14
wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 20 listopada 2013
ISBN: 9788379432387
liczba stron: 256


Ten koszmar się jeszcze nie skończył…


Północnokoreańskie obozy dla więźniów politycznych istnieją dwa razy dłużej niż stalinowskie łagry i dwanaście razy dłużej niż hitlerowskie obozy koncentracyjne.

Jeszcze kilka lat temu ta informacja zamieszczona na okładce ostatnio przeczytanej przeze mnie książki najpewniej wzbudziłaby we mnie ogromny szok i przerażenie, bo stosunkowo niedawno dotarło do mnie, że to, czego dopuszczali się m.in. naziści nie zakończyło się wraz z okresem ich panowania. Ten koszmar trwa po dziś dzień i chyba tak naprawdę niewiele da się z tym zrobić, póki rząd Korei Północnej pod wodzą dynastii Kimów nie opamięta się (co mało prawdopodobne) lub zwyczajnie nie upadnie.

O obozach tych zrobiło się bardzo głośno mniej więcej na początku roku 2013, kiedy to znana dobrze wszystkim korporacja Google opublikowała zdjęcia satelitarne, na których można zobaczyć te miejsca. Skupiają one więźniów politycznych, stanowiących według władz Korei zagrożenie dla państwa. Znaleźć się może w nim każdy, także ten, kto np. nie uczcił urodzin wielkiego władcy w odpowiedni sposób (obecnie „Wielkiego następcy” Kim Dong II, czyli Kim Dzong Una) lub zwyczajnie chciał wyjechać z kraju (ci uznawani są najczęściej za szpiegów). Czary goryczy dopełnia fakt, że w Korei Północnej obowiązuje system odpowiedzialności zbiorowej, czyli wraz z głównym „przestępcą” karę ponosi cała jego rodzina – wszyscy trafiają do obozu, a niektórzy właśnie w nim się rodzą, tak jak Shin Dong-hyuk, o którym opowiada książka Blaine Ardena „Urodzony w obozie nr 14”.

Ten młody, bo zaledwie trzydziestodwuletni mężczyzna, przeszedł w swoim życiu więcej niż niejeden człowiek. Można powiedzieć, że przeszedł prawie tyle, co wielu więźniów obozów koncentracyjnych za panowania nazistów w Europie. Tyle samo, co oni, albo mniej, albo więcej – zależy jak na to spojrzeć. Do obozów stworzonych przez nazistów trafiali ludzie czujący, kochający, niezapominający o człowieczeństwie, przeżywający emocje – Shin, w odróżnieniu od nich, tego wszystkiego był pozbawiony. Urodził się bowiem w Obozie nr 14 (do istnienia którego władze Korei się nie przyznają – oficjalnie taki nie istnieje) w Kaeczon, jako „człowiek maszyna”, któremu obce są uczucia (m.in. miłość do rodziny), a najważniejsza jest lojalność wobec strażników i trzymanie się obozowego kodeksu:

1. Nie próbuj uciekać.
Jeśli spróbujesz i zostaniesz na tym przyłapany – będziesz rozstrzelany (tak jak każdy inny świadek tego zajścia, który nie powiadomi o tym władz obozu).
2. Zgromadzenia więcej niż dwóch więźniów są zabronione.
3. Nie kradnij.
Shin przytacza w swoich wspomnieniach historię dziewczynki, która została zakatowana na śmierć za kradzież pięciu ziaren zboża.
4. Strażników należy bezwarunkowo słuchać.
5. Każdy, kto zobaczy zbiega lub podejrzaną osobę, musi o tym natychmiast zameldować.
6. Więźniowie muszą obserwować się nawzajem i natychmiast meldować o wszelkich podejrzanych zachowaniach.
7. Więźniowie muszą przekraczać normy pracy wyznaczone na dany dzień.
8. Poza miejscem pracy nie może być kontaktów pomiędzy płciami w celach osobistych. 
Jakiekolwiek kontakty seksualne pomiędzy więźniami groziły rozstrzelaniem (choć
w niektórych przypadkach kontakty były dozwolone, np. między więźniarkami
a strażnikami).
9. Więźniowie muszą szczerze żałować swoich błędów.
10. Więźniowie, którzy naruszają obozowe zasady i reguły, zostaną natychmiast rozstrzelani.[1]


Shin znał te zasady od małego i sumiennie ich przestrzegał, dlatego nie wahał się przed podjęciem decyzji o poinformowaniu strażnika o zamyśle ucieczki swojego brata. Zrobił to z zazdrości o porcję ryżu, jaką matka wydała jego bratu w ramach „wyprawki” na drogę, oraz mając nadzieję na nagrodę za donos do władz obozu. Nagrody nie było, a „w podzięce” za brak lojalności wobec rodziny obejrzał brutalny spektakl, w którym matka oraz brat zostali straceni.

Przyznaję, że historia ta zrobiła na mnie piorunujące wrażenie, jednak daleka jestem od oceniania podejmowanych przez Shina decyzji. W jaki sposób i według jakiej miary może człowiek w stu procentach wolny, któremu w zasadzie niczego nie brakuje, oceniać tego, kto z konieczności jada szczury? Tego, kto nigdy nie widział szczoteczki do zębów i nie wie, jak się jej używa? Którego torturowano – w celu wyciągnięcia odpowiednich informacji wieszano pod sufitem, przypalano i obcięto palec u ręki? Ciężko to wszystko sobie nawet wyobrazić, a co dopiero pokusić się o ocenę postępowania takiej osoby…

Na szczęście dla Shina udało mu się uciec. Gdy osiedlił się w jednym miejscu, przyszedł czas na nauczenie się normalnego życia: poznanie aktualnych zdobyczy techniki, nowego i nieznanego wcześniej jedzenia, przyzwyczajenie się do zdrowych relacji międzyludzkich, gdy wreszcie nie ma przymusu donoszenia na kogokolwiek i można komuś zaufać. Coś, co dla nas jest tak zwyczajne i codzienne, dla niego było najtrudniejsze – stawanie się człowiekiem.

Blaine Harden
źródło: www.npr.org
Shin jest młodym mężczyzną i wierzę, że z czasem uda mu się pokonać wszystkie lęki, wyzbyć się koszmarów i oswoić z własnymi emocjami (np. nauczyć się płakać). Tak wiele przed nim… Martwi mnie jednak sytuacja tych, którzy nadal przebywają w obozach rozsianych po Korei Północnej – czy im też się uda? Czy nadejdzie dzień, w którym staną się wolni? Czy świat znajdzie sposób na to, by im pomóc? Czy brutalne rządy Kimów kiedyś w końcu upadną?

Chcę wierzyć, że tak się stanie. Że ten koszmar, tak skwapliwie pielęgnowany przez nazistów w latach drugiej wojny światowej, jednak kiedyś się skończy. Pełna rozterek rozstaję się z tą trudną lekturą… Pod względem literackim nie mam jej nic do zarzucenia, ale oceniać jej nie zamierzam. Nie o to w przypadku tej książki przecież chodzi.




[1] B. Harden, Urodzony w obozie nr 14, Świat Książki, Warszawa 2013, s. 241-244.

Recenzja dla Lubimy Czytać: LINK.

środa, 24 kwietnia 2013

"Nic nie trwa wiecznie" Maureen Lee

"Nothing lasts forever" Maureen Lee


O tym, co oczywiste




tłumaczenie: Ewa Morycińska-Dzius
wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: październik 2012
ISBN: 978-83-7799-186-2
ilość stron: 368



Chyba dla nikogo nie jest tajemnicą fakt, że najciekawsze scenariusze filmowe czy fabuły książek pisze samo życie. Stąd też tak ogromna popularność literatury obyczajowej (głównie wśród kobiet, ale wyjątki się zdarzają). Postanowiłam zatem przeprosić się z tym gatunkiem i znów wpuścić go do mojego życia czytelniczego (gdy byłam nastolatką, pochłaniałam takich książek naprawdę wiele). Niestety, z literaturą obyczajową jest podobnie jak z serialami – w przypadku niektórych w ogóle nie czuć, że są zwykłymi, życiowymi tasiemcami (jak nazywa je moja dobra koleżanka), bo są tak dobrze zrobione, a inne… lepiej nie mówić.

Skuszona jedną z blogowych recenzji sięgnęłam po raz pierwszy po tytuł angielskiej pisarki, parającej się tworzeniem opowiadań oraz powieści – Maureen Lee. Czy dobrze zrobiłam, wybierając na początek „Nic nie trwa wiecznie”? Tego nie wiem i zanim poproszę Was o zdanie na ten temat, zachęcam do przyjrzenia się bliżej fabule tej książki.

Mamy tutaj historie kilku kobiet. Brodie próbuje jakoś poradzić sobie ze świadomością, że czasy świetności jej małżeństwa już minęły, a jego koniec zbliża się wielkimi krokami. By zająć czymś myśli, korzysta z możliwości przeprowadzki do wielkiego domu z ogrodem, w którym spędziła dzieciństwo. Ponieważ willa jest duża, a ona sama nie ma zbyt wielkiego dochodu, postanawia wynająć kilka pokoi. Niemal natychmiast pojawia się pierwsza lokatorka – Diana. Dziewczyna po długim okresie bycia matką i panią domu dla swoich braci decyduje się wyprowadzić, gdyż jeden z nich postanawia ulokować w nim na stałe swoją ciężarną partnerkę. Lokatorką Brodie zostaje także Vanessa – trzydziestoletnia kobieta z dużą nadwagą (chce się jej pozbyć, odcinając się od znajomych i rodziny, i zamieszkując na rok w willi) oraz ogromną raną w sercu, powstałą w dniu, w którym jej narzeczony porzucił ją przed ołtarzem. Poznajemy też młodziutką Rachel, która w wieku zaledwie piętnastu lat zostaje mamą i wraz z córeczką szuka u Brodie kryjówki, by nikt nie zdołał jej rozłączyć z maleństwem.

Wszystkie kobiety w mgnieniu oka zaprzyjaźniają się ze sobą (Diana i Brodie wręcz nienaturalnie szybko). Mieszkając pod wspólnym dachem, z dnia na dzień opowiadają o sobie coraz więcej, aż… wydarza się tragedia. I owa tragedia to tak naprawdę wszystko, jeśli chodzi o mocniejsze akcenty książki – pozostałe jej wątki nie robią wrażenia ani oryginalnością, ani silnym ładunkiem emocji, ani zaskakującymi zwrotami akcji. Chociaż jest to opowieść o przyjaźni, miłości, potrzebie akceptacji i zrozumienia, czyli o tym, co bliskie każdemu z nas, nie byłam w stanie zżyć się z bohaterkami, żadna nie wzbudziła we mnie głębszej sympatii, a jedna z nich nawet z lekka mnie irytowała swoim niepoważnym podejściem do kwestii uczuć.

Język powieści jest prosty i niczym szczególnym się nie wyróżnia (choć kilkukrotne użycie na początku całej historii wyrazu „tele” zamiast „telewizja” trochę mnie zdziwiło, bo niespecjalnie pasowało do całości).

Reasumując, swoje bratanie się z tym gatunkiem mogłam zacząć zdecydowanie lepiej – myślę, że tak by było, gdybym skusiła się na inny tytuł. „Nic nie trwa wiecznie” to typowa, niczym szczególnym niewyróżniająca się „obyczajówka”, z morałem zawartym już w samym tytule (niespecjalnie odkrywczym, trzeba dodać).

Nie czuję się tą lekturą usatysfakcjonowana, ale nie jest żadną tajemnicą fakt, że lubuję się w mocniejszych akcentach fabuły i pewnie stąd wzięła się moja niechęć do tej książki właśnie. Dlatego nikomu jej nie odradzam, polecam natomiast wszystkim wrażliwym fanom powieści obyczajowych.


Ocena: 3/6


Oficjalna recenzja dla portalu lubimyczytac.pl: http://lubimyczytac.pl/oficjalne-recenzje-ksiazek/2164/o-tym-co-oczywiste



Recenzja bierze udział w wyzwaniu: "Pochłaniam strony, bo kocham tomy!!!!" (368 stron)

wtorek, 8 stycznia 2013

"Podczłowiek. Wspomnienia członka Sonderkommanda" Anatol Chari, Timothy Braatz





Tłumacz: Michał Antkowiak
Data wydania: 31 sierpnia 2012
Liczba stron: 256



Każdy mól książkowy od czasu do czasu ma sobie coś do zarzucenia w kwestii własnego czytelnictwa. Ja biję się w pierś z powodu zaniedbania, jakiego dopuściłam się wobec gatunku, który jest mi bardzo bliski. Mówię tu o literaturze faktu z zakresu tematyki obozów koncentracyjnych, nazizmu i Holocaustu. Gdy tylko zobaczyłam w ofercie Świata Książki nowość z tego okresu, nie zastanawiałam się zbyt długo nad podjęciem się lektury, zwłaszcza że historia, jaką w sobie kryje, jest dość kontrowersyjna…
Chodzi o tytuł, który w rzeczywistości jest mieszanką biografii Anatola Chariego i wspomnień z czasów, gdy jego życie upływało pod znakiem Holocaustu i koszmaru pobytu w kolejnych obozach koncentracyjnych. Zwierzeń byłego więźnia wysłuchał, a następnie je spisał Timothy Braatz, opatrując je tytułem „Podczłowiek. Wspomnienia członka Sonderkommanda”. Anatol pochodził z uprzywilejowanej rodziny za sprawą pozycji społecznej swojego ojca Piotra, który oprócz tego, że w latach przedwojennych był posiadaczem dwóch kamienic i sklepu tekstylnego, to zasiadał również w prezydium łódzkiej izby handlowo-przemysłowej oraz w radzie gminy żydowskiej. Plusy wynikające z tego faktu ujawniły się niemal natychmiast po wkroczeniu Niemców do Polski – choć naziści pozbawili życia Piotra Chariego, to ten zza grobu przez długi czas sprawował pieczę nad swym synem. Cały okres jego pobytu w łódzkim getcie upłynął pod protekcją najpewniej nieżyjącego już ojca i w znacznym stopniu Chaima Rumkowskiego (który przed wojną również należał do kahału, a w okresie istnienia getta łódzkiego utworzył prywatne gimnazjum). To dzięki Rumkowskiemu właśnie, Chari (po ukończeniu szkoły) trafił do służby policyjnej w Sonderkommando. Mimo tragedii, jaka działa się wokół, trudno nie zauważyć na podstawie niniejszych wspomnień, że młodzieńcowi powodziło się w czasach służby wyjątkowo dobrze – nie cierpiał głodu ani chłodu. Wszystko to zapewniło mu nazwisko. Karta jednak miała się niebawem odwrócić – młody Chari stanął przed bramą obozu w Auschwitz, gdzie jego nazwisko rodowe nie znaczyło już nic, a ojcowska ochrona skończyła się definitywnie. Tam poznał smak prawdziwego cierpienia oraz przyjrzał się z bliska niczym niepohamowanej agresji, nienawiści i bezsensownej śmierci wielu więźniów. Gdy zmienił miejsce egzystencji na Gross-Rosen, wcale nie było lepiej. Swoistym „ukoronowaniem” jego migracji po obozach był pobyt w Bergen-Belsen, zwanym obozem śmierci. Chari jednak, w całym swoim nieszczęściu i tragicznym położeniu, doświadczał też ogromnego szczęścia, które pozwoliło mu przeżyć ten straszny czas.
Choć to bez wątpienia wstrząsająca lektura, jak niemal każda z zakresu tej tematyki, to jednak mam mieszane odczucia po jej zakończeniu. Złożyło się na to kilka szczegółów. Pierwszym jest rozbieżność co do faktu historycznego, jakim było wyzwolenie obozu Bergen-Belsen. Chari mówi, że tego dnia główną ulicą obozu przejechał wóz Czerwonego Krzyża ogłaszając, iż więźniowie od tej chwili są pod opieką tejże organizacji. Historycy zaś podają, że to brytyjskie wojsko uwolniło więźniów. Zdaję sobie sprawę, że tak traumatyczne przeżycia na pewno nie są pomocne w zapamiętywaniu niektórych szczegółów, ale rozbieżność ta i tak nakazała mi traktować niniejszą relację bardziej jako ciekawostkę i dodatek do znanych mi już faktów, niż w stu procentach wiarygodny dokument historyczny. Co jeszcze rzuciło mi się w oczy? Wyjątkowo łagodna relacja z okresu, w którym Chari należał do Sonderkommanda. Każdy – kto choć w minimalnym stopniu orientuje się w tematyce – wie, że służby te brały nierzadko czynny udział w mordowaniu osadzonych, a już na pewno w bezlitosnym biciu ich. Anatol co prawda wzmiankuje o tym, że pomagał przy wywożeniu ludzi z getta (podczas jego likwidacji), ale nie wypowiada się szerzej o aktach tragicznej w skutkach przemocy. Zupełnie, jakby tego nie widział albo udawał, że tego nie było. Irytowały mnie też jak mantra powtarzane słowa, że „znów ochroniły mnie poły płaszcza mojego ojca”. Jak Chari sam zauważył, niejedna osoba korzystała, jak tylko mogła, z posiadanych znajomości, co jest w pełni zrozumiałe w ówczesnej sytuacji, ale jaki cel ma uporczywe przypominanie (w sposób mniej lub bardziej dosłowny), jak ważną osobą był ojciec? Na szczęście były więzień potrafił też żartować ze swojego wyjątkowego uprzywilejowania:
(…) wycierając głowę zauważyłem na ręczniku wesz.(…) Jedna jedyna wszawa wesz wystarczyła, żeby mnie przyprawić o chorobę – czy to się mieści w ludzkim pojęciu? No tak, ktoś zapomniał ją uprzedzić, że należę do warstwy uprzywilejowanej.*
Doceniam też to, iż Anatol nie próbował zagłuszyć swojego sumienia, które na wiele lat po wojnie nie dawało mu spokoju i przypominało o wielu przypadkach, gdy jako ten uprzywilejowany mógł komuś pomóc (co niejednokrotnie przyczyniłoby się do uratowania ludzkiego życia), nie tracąc na tym wiele lub nic – ale nie robił tego. Faktem jest, co prawda, że nikomu nie zaszkodził w sposób świadomy czy z premedytacją (tak przynajmniej relacjonuje).
Wszystko to razem sprawiło, że niniejsze wspomnienia i biografia w jednym są dla mnie – jak już wspomniałam na początku – pozycją kontrowersyjną. Jednak postanowiłam traktować ją jako dodatek do mojej literackiej podróży w rejony historii II wojny światowej, a nie pierwszorzędnej jakości dokument historyczny, dlatego nie będę się dłużej rozwodzić na temat walorów i wad. Ocenę tego tytułu pozostawiam innym.

*Cytat za: A. Chari, T. Braatz, Podczłowiek. Wspomnienia członka Sonderkommanda, Świat Książki, Warszawa 2012


poniedziałek, 10 września 2012

"Czarny styczeń" Sylwester Latkowski



"Trudne dobrego początki..."

Czasem po latach brodzenia w błocie mrocznego świata, taplania się w odmętach ciemnych interesów i spotykania na swojej drodze najgorszych przedstawicieli marginesu społeczeństwa przychodzi moment, by powiedzieć wreszcie głośno i wyraźnie: DOŚĆ! Wtedy wiadomo już, że psychika nie wytrzyma więcej, nie udźwignie bogacenia się na cierpieniu i naiwności innych, a zagrożenie utraty zdrowia czy nawet życia skutecznie spędza sen z powiek. Tylko czy można na zawołanie zerwać z niechlubną przeszłością?

Filip Kosiński, bohater książki Sylwestra Latkowskiego pt. "Czarny styczeń", nie znał odpowiedzi na to pytanie, ale postanowił podjąć próbę zerwania z kryminalną przeszłością tuż po wyjściu z więzienia. Jak to jednak w życiu bywa trudne są dobrego początki… Przeszłość dość szybko zapukała do drzwi i nieproszona wtargnęła do mieszkania, burząc harmonijny plan ustatkowania się Filipa. Przyszła pod postacią starego znajomego spod celi, Roberta, który rozpaczliwie szuka intymnego azylu w obawie przed prześladującymi go ludźmi. Filip, bardzo niechętnie, ale jednak decyduje się pomóc znajomemu. Czy słusznie? Szybko okazuje się, że popełnia błąd. Wkrótce pojawiają się pierwsze śmiertelne ofiary skomplikowanej sprawy, w której ugrzązł Robert, a na domiar złego sam Kosiński staje się podejrzanym numer jeden w sprawie śmierci jednej z nich. Czy uda mu się wybrnąć z zagrażającej życiu sytuacji?

Ponoć mafia nigdy nie wybacza, a już na pewno nie zapomina o zdradzie, którą bez wątpienia jest próba odcięcia się od grupy. Policja również nie traci czasu i depcze Kosińskiemu po piętach. A sam bohater tego kryminału robi wszystko, by dociec prawdy, staje się detektywem w sprawie, by ocalić własna skórę. I to ciekawy zabieg autora, wszak nie często zdarza się w powieściach kryminalnych, by bohater będący ofiarą niesprzyjającego mu losu, przyjmował tę rolę. Latkowski przy pomocy swojego bohatera dogłębnie wnika w świat ciemnych interesów – handlu narkotykami, ludźmi, prostytucji czy korupcji. Tyle że sam Filip zdaje mi się być taki mało wyraźny, nie do końca wiadomo, co chodzi mu po głowie. Akcja jest poprowadzona dobrze, w iście detektywistycznym – choć do pewnego momentu jednak z lekka sennym – stylu, ale bez licznych zwrotów akcji. Sytuacja zmienia się nieco bliżej zakończenia kryminału, ale ostatecznie nie przyprawia o zawrót głowy.

W licznych recenzjach dotyczących "Czarnego stycznia", jakie zdarzyło mi się do tej pory przeczytać, padały spostrzeżenia jakoby język bohaterów był zbyt delikatny jak na rzecz o mafii i ludziach z nią związanych. Przyznaję, że i ja miałam z tego powodu odczucia swoistej nierealności tej fabuły. Naturalnie nie spodziewałam się tu dialogów najeżonych wulgaryzmami rodem z "Psów" Pasikowskiego, aczkolwiek można by je bardziej podrasować. Akcja powieści nie byłaby wtedy tak grzeczna i delikatna.

Ostatecznie uznaję "Czarny styczeń" za dobry i udany czarny kryminał z całkiem pokaźną dozą wątku detektywistycznego, dlatego fanom takiego połączenia polecam ten tytuł szczególnie. Wiem, że takich smakoszy nie brakuje, zwłaszcza wśród starszych wiekiem czytelników.

Ocena: 4/6




środa, 23 maja 2012

"Siostra" Rosamund Lupton


"Barwy śmierci"

Zastanawiałeś się kiedyś, jakiego koloru jest śmierć? Czy można ją uchwycić, malując obraz jedynie plamami z barw? Powiesz, oczywiście, nie ma problemu – po czym chwycisz pędzel uprzednio zamoczony w czarnej farbie. Ktoś inny wtrąci, nie! Śmierć odda wyłącznie biel – to ona razi w oczy, gdy spojrzeć na postać z kosą. Czy śmierć, wypisana na ludzkiej twarzy, może być podobna?

Nie da się opisać koloru śmierci, nie ma we wzorniku numeru, który odpowiadałby barwie twojej twarzy. To było przeciwieństwo koloru, przeciwieństwo życia.[1]

Na twarzy zaledwie dwudziestojednoletniej Tess Hemming na próżno szukać barw odkąd straciła życie, choć w nim samym nigdy ich nie brakowało. Jej codzienność to nieustająca gra kolorów, która wypełniała jej ciało, umysł, a najsilniej duszę. Nawet wówczas, gdy los rzucał jej pod nogi kłody, potrafiła przez nie przejść z niekłamanym uśmiechem na twarzy, bez żadnego uszczerbku. Aż do dnia, w którym znaleziono ją z podciętymi tętnicami w jednym z zapuszczonych szaletów.
Choć przyczyna śmierci zdawała się być oczywista, bo wszystko wskazywało na popełnienie samobójstwa, jej siostra imieniem Beatrice (lub Bee jak czule nazywała ją zmarła) nie była w stanie w to uwierzyć. Nazbyt dobrze znała swą siostrę, by dać wiarę, że ktoś tak kochający życie mógł je sobie odebrać. Ale co zrobić, gdy ani policja, ani najbliżsi nie chcą przyjąć do wiadomości, że młoda dziewczyna mogła paść ofiarą mordercy? Bee nie pozostaje nic innego jak rozpocząć śledztwo na własną rękę i wytropić oprawcę. Jednak czy gra jest warta świeczki? Czy warto stawiać wszystko na jedną kartę, jeśli całe otoczenie zaczyna posądzać samozwańczą detektyw o obłęd? Czy warto tak wiele tracić na rzecz – być może błędnej –teorii?

Beatrice, będąca główną bohaterką wyżej opisanej książki autorstwa Rosamund Lupton pt. „Siostra”, jak nikt inny wie, że siostrzana miłość jest warta każdych wyrzeczeń i każdego –choćby najbardziej ryzykownego – posunięcia.
Cały tok powieści, która ma formę długiego listu pisanego przez Bee do siostry, uwidacznia moc żywionych do niej uczuć. Przyznaję, że już dawno nie czytałam książki o tak ogromnym emocjonalnym ładunku. Każda strona przepełniona jest miłością, uczuciem pustki i ogromnym bólem po stracie bliskiej osoby. Im dalej podążać w głąb fabuły, tym bardziej można doszukać się poczucia winy bohaterki. Ostatecznie stopień nasilenia i ilość emocji, jakie wręcz wylewają się z kart książki, przyćmiewa inne jej atrybuty. Po lekturze stwierdzam jednak, że był to całkiem udany zabieg Lupton. Dzięki temu akcja toczy się trybem, można by rzec, sennym, wyjątkowo mocno kojarzącym się z jej umiejscowieniem – deszczowym Londynem. Na próżno szukać w niej typowych dla thrillera silnych wrażeń czy grozy wywołującej dreszcze. Owa emocjonalność, o której wspomniałam, tak mocno zajmuje myśli czytelnika, tak go pochłania, że ten – w gruncie rzeczy – na nic innego nie zwraca już uwagi. Owszem, mnie się to udało, ale zapewne tylko dlatego, że jestem fanką silnych doznań podczas lektury, zwłaszcza thrillera. A jeśli już mowa o próbie klasyfikacji „Siostry”, to ja zdecydowanie bardziej byłabym skłonna widzieć ją w kategorii lekkiego i typowo kobiecego kryminału.

Komu więc polecę tę lekturę? Na pewno delikatnym duszom, które mimo obaw chciałyby się zmierzyć z wątkiem śmierci w literaturze; ceniącym sobie emocjonalny przekaz, ale nie czujących się na siłach, by wziąć do rąk thriller dużego kalibru.

Polecam także tym, którzy chcą odkryć swoje barwy śmierci, bowiem każdy widzi ją w innych odcieniach. Tess kochała żółć żonkili, więc może…?


Ocena: 4,5/6



[1] R. Lupton, Siostra, Świat Książki, Warszawa 2012, s. 65.


Oficjalna recenzja dla portalu lubimyczytać.pl:  http://lubimyczytac.pl/oficjalne-recenzje-ksiazek/839/barwy-smierci


piątek, 11 maja 2012

"I więcej nic nie pamiętam" Adina Blady-Szwajger




Od dawna wychodzę z założenia, że aby odczuć siłę grozy lektury niekoniecznie trzeba uciekać się do fantazji pisarzy. Bardzo często wystarczy sięgnąć po literaturę faktu. Według mnie absolutny prym w sile oddziaływania literatury z życia wziętej wiedzie tematyka nazizmu, Holocaustu i obozów zagłady. Chcę jednak podkreślić temat, który przeraża i boli najmocniej, choć być może niektórym z Was może wydawać się dziwne takie „wyróżnianie” jednej z cząstek tzw. literatury piekła.

Mam tu na myśli rzecz o losach dzieci w okresie II wojny światowej, ich pobytu w obozach i gettach. Myślę, że nawet najtwardsze serca zmiękczyłaby relacja z cierpień, jakich doświadczały te bezbronne, małe istoty.

Pomna ostatniej lektury z tego zakresu pt. „Dzieciństwo w pasiakach” Bogdana Bartnikowskiego, wiedziałam już, czego mniej więcej mogę się spodziewać po zapisie z tego trudnego okresu życia Adiny Blady-Szwajger. Mimo hartu ducha, jaki od dawna towarzyszy mi przy tak trudnych lekturach, tej obawiałam się szczególnie mocno, do tego wręcz stopnia, że często nie korzystałam z możliwości zakupu „I więcej nic nie pamiętam”. W końcu powiedziałam sobie, że przecież muszę, choćby nie wiem jak trudno by mi było.

I było trudno, choć autorka w realia tamtego czasu wprowadza czytelnika dość ostrożnie. Zaczyna swe wspomnienia od nakreślenia początków swojej drogi edukacyjnej na studiach medycznych, które nagle przerywa wybuch wojny. Mimo strachu przed jej brutalnymi realiami, młoda, dobrze zapowiadająca się lekarka postanawia pomagać ludziom w szpitalu im. Bersonów i Baumanów w Warszawie, jak najlepiej wykorzystując swoje umiejętności. To tutaj styka się z ogromem cierpienia tych małych istot; to tu zbyt często musi bezradnie patrzeć na ich śmierć. Zdaje się jednak, że w całej tej relacji nie sam fakt utraty życia przez dzieci jest najbardziej wstrząsający. Jeszcze mocniej może przerażać ogromny przeskok w stopniu dojrzałości, obserwowanie, jak z beztroskich maluchów w mgnieniu oka przeistaczają się w „nieletnich dorosłych”.
Oto jak jedno z nich skomentowało fakt, że Adina nie odwiedziła ich na oddziale po śmierci małego pacjenta:

Pani doktor, my wiemy, dlaczego pani do nas nie przyszła. Ale nie trzeba się bać. My nie rozpaczamy. A z nami będzie przecież tak samo.[1]

Nie wyobrażam sobie, jak wielkim hartem ducha trzeba było się odznaczać, by znieść te słowa i nie dać po sobie poznać słabości, a następnie patrzeć na śmierć jednego po drugim. Działalność Adiny Blady-Szwajger wzbudziła we mnie ogromny szacunek i zapewne podobne uczucia wzbudzi w niejednym z czytelników tej relacji, choć nie we wszystkich, jak sądzę. Myślę, że niektórzy z Was mogliby może nie tyle zwątpić w nieskazitelność jej działań, co nie zgodzić się ze słusznością niektórych decyzji.

Gdy wojenne realia brutalnie przerwały możliwość niesienia pomocy dzieciom w szpitalu, autorka wspomnień wstąpiła w szeregi Żydowskiej Organizacji Bojowej. Nie minęło zbyt wiele czasu, gdy i tam musiała przypomnieć sobie o zawodowym powołaniu. Tylko, jak mówić o ratowaniu i niesieniu pomocy, gdy rzecz często tyczyła się wykonywania zabiegów aborcji? Czy mimo wszystko były to jednak morderstwa, do których przyłożyła rękę, czy też pewna forma „ratowania”? Oto jak o tym pisała, gdy o sprawie dowiedział się mężczyzna bliski jej sercu:

A co miałam mu powiedzieć? Czy miałam mu wyjaśnić, że żyjemy w czasach, w których dzieci nie mają prawa się rodzić, bo wolno je rodzić tylko dla życia, a nie dla umierania?[2]

Każdy, kto chce i ma w sobie na tyle siły, może spróbować poddać postępowanie autorki ocenie. Ja nie chcę i nie potrafię tego zrobić, zresztą, to chyba nie ma większego sensu. Najważniejsze, że historia ma na swych kartach zapis osoby, która była CZŁOWIEKIEM w tamtych nieludzkich czasach, o co – wbrew pozorom – łatwo nie było.

Czy warto przeczytać „I więcej nic nie pamiętam”? Oczywiście, że tak, ale to lektura tylko dla najsilniejszych, zwłaszcza że te wstrząsające wspomnienia są gęsto przeplatane fotografiami obrazującymi różne aspekty działalności Adiny Blady-Szwajger.
Ocenę punktową pozostawiam innym.




[1] A. Blady-Szwajger, I więcej nic nie pamiętam, Świat Książki, Warszawa 2010, s. 55.
[2] Tamże, s. 243.

wtorek, 24 kwietnia 2012

"Jak kamień w wodę" Chevy Stevens




Niektóre wspomnienia są tak złe, że natychmiast chcielibyśmy pozbyć się ich z pamięci. Wyrzucić z umysłu niczym zalegające odpady. Jednak one jak rak drążą nasz organizm, rozpleniając się w nim za pomocą licznych przerzutów. Im bardziej chcemy się ich pozbyć, tym mocniej dają o sobie znać. Przywołują na myśl wszystkie odczucia, które nam wtedy towarzyszyły, jak: strach, obawa, żal, smutek, a także niepohamowana złość na wszystko, co miało związek z danym wydarzeniem, często także złość na nas samych. Z czasem jedynie miejsce zdarzenia delikatnie zaciera się w pamięci. Niby wiemy, gdzie to się zdarzyło, ale nie widzimy tego wyraźnie – zupełnie jakby owo miejsce zasnute było mgłą.

Macie takie wspomnienia? Jeśli wydaje się Wam, że nie, to spójrzcie – proszę – na okładkę „Jak kamień w wodę” autorstwa Chevy Stevens. Nie wiem, jakie odczucia Wam towarzyszą przy śledzeniu tego obrazu, ale mnie od razu uderzyło silne poczucie lęku rodzące się z tego rozmytego widoku na dom stojący na odludziu. Czujecie podobnie?
Nawet nie śledząc opisu na tylnej stronie książki, można z powodzeniem spodziewać się, że nie czeka nas lektura z kategorii lekkich i przyjemnych. Z dobrze już zakorzenionym we mnie uczuciem lęku rozpoczęłam lekturę tego thrillera i szybko przekonałam się, że moje domniemania o mrocznej fabule miały swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości.
Annie O’Suliivan (główna bohaterka) jest agentką nieruchomości. Nie prowadzi jakiegoś nad wyraz wyjątkowego i oryginalnego stylu życia – jego treść stanowi praca, bliski jej sercu mężczyzna, pies o imieniu Emma oraz niezbyt łatwa w codziennym życiu matka. Dzień, który zaważył na całym dalszym życiu Annie nie odznaczał się niczym szczególnym, miała jedynie zaprezentować dom potencjalnemu nabywcy i zdążyć na randkę z Lukiem. Nie miała pojęcia, że za chwilę rozpocznie się największy koszmar jej życia…

„Świr to szaleńców król, rajcuje go strach i ból. Świr to szaleńców król, rajcuje go strach
i ból.”
[1]

Poznajcie Świra – niezwykle przystojnego mężczyznę, którego urok byłby w stanie zmiękczyć niejedno niewieście serce i niejedno z nich pociąć nożem, gdyby tylko przyszła mu na to ochota. Świr (jak nazwała go Annie) to ucieleśnienie zła i brutalności, choć wynikające z poważnych zaburzeń psychicznych. Jedyne, czego tak naprawdę pragnie, to nieustające poczucie lęku u swojej ofiary, a każde odstępstwo od tej chorej normy zostaje przez niego surowo ukarane. Złamanie jakiejkolwiek z narzuconych przez niego zasad może zaowocować dotkliwym pobiciem, a nawet utratą życia, dlatego Annie dostosowywała się do nich najlepiej, jak tylko umiała. Ubierała się w wybraną przez niego odzież, do WC chodziła w ściśle określonych porach, a gdy była grzeczna dostawała nawet zezwolenie na posłodzenie herbaty…
Czy będąc zniewolonym w ten sposób przez długi czas można jeszcze kiedykolwiek wrócić do normalnego życia? I co od tego momentu jest tak naprawdę normalne? Czy Annie ma szansę wymazać z pamięci choć część tych przykrych wspomnień, a resztę pamiętać jak przez mgłę?

Odpowiedź, zarówno na to pytanie, jak i szereg innych, przyniesie Wam lektura tej bardzo wciągającej książki. Już od pierwszej strony zaskakuje oryginalny styl i wyjątkowo wnikliwa fabuła. Za sprawą narracji pierwszoosobowej główna bohaterka wprowadzi Was do gabinetu psychologa, z którym odbywa swoje sesje terapeutyczne, przeplatając je przerażającymi wspomnieniami.

Całokształt „Jak kamień w wodę” składa się na świetnej jakości połączenie thrillera z okazałym i mocnym wątkiem psychologicznym. Napięcie, jakie utrzymuje się przez cały tok akcji, nie pozwala oderwać się od lektury, by osiągnąć moment kulminacyjny na samym jej końcu – myślę, że zakończenie wprawi w osłupienie niejednego z Was, przynajmniej ja się takiego nie spodziewałam.
Miłośnicy psychologii też się nie zawiodą. Postępowanie kata, reakcje ofiary oraz następstwa traumatycznego zdarzenia składające się na ogół pojęcia „zespołu stresu pourazowego” pozwolą Wam na wnikliwe rozłożenie na części pierwsze nie tylko psychiki prześladowcy, ale także poszkodowanej.

Jestem pod mocnym i bardzo pozytywnym wrażeniem tego tytułu. Pokuszę się nawet
o stwierdzenie, że to jeden z najlepszych thrillerów, jaki dane mi było w życiu przeczytać. Polecam go każdemu fanowi dreszczu (bo o dreszczyk tu trudno) emocji!

Ocena: 6/6




[1] C. Stevens, Jak kamień w wodę, Świat Książki, Warszawa 2011, s. 67.  

Na koniec przypominam o wciąż trwającym u mnie konkursie (albo wygrywajce jak kto woli) urodzinowym. >>> KLIK <<<

środa, 14 grudnia 2011

"Sekretny język kwiatów" Vanessa Diffenbaugh


Na świecie funkcjonuje obecnie cała gama języków, przy pomocy których porozumiewają się ludzie. Są jednak momenty, w których jakiekolwiek słowa stają się zbędne, gdyż same czyny mają siłę, by o wszystkim powiedzieć. Nie brak też w naszym życiu chwil, kiedy nie trzeba nawet używać słów czy wyrażać myśli poprzez działanie – wystarczy bowiem tylko spojrzeć drugiej osobie głęboko w oczy i z nich czytać …
A gdyby tak coś innego mogło mówić za nas?

Oczywiście, coś takiego istnieje i przynajmniej raz w życiu każdy z Was zetknął się tą specyficzną mową. Kto nie dostał lub nie wręczył nigdy czerwonej róży wyrażającej płomienne uczucie? Zresztą wręczanie kwiatów, nawet bez znajomości ich symboliki, niesie ze sobą ogromne przesłanie. Pokazują one jak cenna jest dla nas osoba, którą nimi obdarowujemy.


Victoria, bohaterka mojej kolejnej lektury, doskonale o tym wie – zna siłę języka kwiatów. Sama porozumiewa się za ich pomocą z otaczającym ją światem. Najpierw nie do końca świadomie, ale z czasem co raz lepiej poznaje ich istotę, współistnieje z nimi, by następnie z pasją zdobywać wiedzę na ich temat, wyszukiwać wiadomości o nich niemal w każdej książce, w czasie rozmowy z każdą napotkaną osobą, która również zna ten język.

Skąd u Victorii taki a nie inny system wyrażania uczuć? Cóż… los nie był dla niej łaskawy. Jako dziecko została porzucona przez biologiczną matkę i odkąd sama pamięta, tułała się od jednej rodziny zastępczej do drugiej. Nie była łatwym dzieckiem i nie starała się, by któraś z tych rodzin zechciała ją zatrzymać na zawsze. W końcu trafiła na Elizabeth…

Losy Victorii nie są jednak opisane w schematyczny sposób – od dzieciństwa do dorosłości. Te dwa etapy przeplatają się nawzajem, co znacznie ułatwia zrozumienie krnąbrnego charakteru dziewczyny. I tak, lawirując pomiędzy jej wczesną młodością a dojrzałością, czytelnik dociera do momentu, w którym ta specjalistka od języka kwiatów poznaje swojego męskiego odpowiednika - Granta. Czy poczuje się zagrożona, gdy obcy mężczyzna wkroczy w jej sekretny świat, czy też może zawiąże się między nimi swoista nić porozumienia? Sprawdźcie sami…

Ja, kuszona ogromną ilością pozytywnych recenzji przeczytanych na temat tej książki, zaryzykowałam i sprawdziłam, jaki będzie bieg wydarzeń w życiu Victorii. I cóż…? Przepadłam w jej świecie... Książki co prawda nie charakteryzuje szczególny, poetycki styl, ale zdaje się bić z jej kartek jakieś przyjemne ciepło. „Sekretny język kwiatów” kryje niepowtarzalną magię, która jest w stanie poruszyć najczulsze struny serca chyba każdej kobiety (bo najlepiej przemówi ten tytuł właśnie do kobiet, ale mogę się mylić).

Nie dziwi mnie już wcale powszechny zachwyt pozycją pani Diffenbaugh. Bardzo klimatyczna fabuła, interesujące postaci, a całość utworu zamknięta w pięknej oprawie graficznej po prostu muszą zrobić wrażenie! Kto się jeszcze nad tą lekturą zastanawia, niech natychmiast przestanie i czym prędzej rozpocznie jej poszukiwania. A panowie? Proszę, obdarujcie tą książką swoje kobiety i dołączcie do niej kwiaty…

Ocena: 6/6

piątek, 18 listopada 2011

"Handlarze czasem" Tomasz Jachimek


Równowaga w naturze musi być, moi Drodzy! Jeśli przed chwilą raczyliśmy się lekturą cięższego kalibru, to należy czym prędzej stan rzeczy odmienić i zrelaksować się przy tekście mniej absorbującym.



W związku z tym, recenzja ta nie będzie poważna tak jak moja ostatnia lektura („Milczenie żywych”). Jeśli ktoś oczekuje powagi, nie chce i nie zamierza się śmiać, jest proszony o opuszczenie tego „lokalu”.

Ok, widzę, że wszyscy zostali – twardziele…! Drodzy zebrani, pozwólcie, że podzielę się z Wami zaskakującym odkryciem, którego ostatnio dokonałam. Otóż okazało się, że mnie, największej fance sztuki kabaretowej, umknęła książka, która wyszła spod pióra (tak wiem – klawiatury, kto by się teraz podjął walki z kleksami) kabareciarza. No wzięła i (to bardzo, bardzo kolokwialne wyrażenie, które nie brzmi najładniej, więc dobrze je będzie usunąć, ale decyzję pozostawiam Pani) wyszła w roku pańskim 2010, a ja się o tym dowiaduję ledwie ze dwa miesiące temu (albo coś koło tego, bo ostatnio z rachubą czasu u mnie kiepsko, ale spokojnie, to jeszcze nie Alzheimer)…!  Na szczęście na blogi recenzenckie można liczyć o każdej porze dnia i nocy i tak oto dzięki Samash dowiedziałam się o „Handlarzach czasem” Tomasza Jachimka.

Po otwarciu książki „wyskoczył” z niej wuj Franciszek. Wuj jak wuj, chciałoby się powiedzieć, bez specjalnych cech, które wykraczałyby poza utarty schemat „wujowania”, ale nie! Jednak ten wuj jest inny! To wybitny wynalazca, lecz kompletnie niedoceniany… Stworzył w swoim życiu wiele wspaniałych urządzeń, które były w mniejszym lub większym stopniu doceniane przez domowników (choć tak naprawdę każdy miał po dziurki w nosie jego technicznych tworów). Gdy wuj po raz kolejny zaczął się zamykać na całe dni w warsztacie, do przewidzenia stało się, że ten znów coś tworzy. Nikomu jednak z jego rodziny nawet przez ułamek sekundy przez myśl nie przeszło, że tym razem będzie to prawdziwe arcydzieło inżynierii technicznej, będące jednocześnie istną żyłą złota! Oto bowiem światło dzienne ujrzało urządzenie do handlowania czasem. Kto tylko chciał co nieco zarobić, mógł za odpowiednią opłatą odsprzedać komuś potrzebującemu odpowiednią ilość swojego czasu. Od tej pory nikogo nie dziwiło już, że doba jednej osoby trwa czterdzieści minut, a doba innej jest tak długa, że można podczas niej nadrobić zaległe obowiązki zawodowe, wykonać dodatkową pracę, ponad normę, zjeść kilkanaście obiadów i tyleż samo kolacji, skoczyć na Bahamy albo…przeczytać wszystkie książki świata.

Zdaje się, że takie urządzenie przyniosłoby kres wielu problemom, z którymi boryka się ludzkość. Ale czy na pewno? Czy nie byłoby wręcz przeciwnie i wynalazek nie przysporzyłoby więcej trudności? Pan Tomek pokazuje w książce swoją wersję wydarzeń, ale tak naprawdę każdy może ją poprowadzić wedle własnego uznania. Trzeba tylko dobrze przeanalizować styl własnego życia i wnikliwie przyjrzeć się wyznawanemu systemowi wartości. Skąd ta nagła zmiana nastroju w moim tekście, z żartobliwego na poważny? A z książki właśnie. Autor pod pozorem dowcipu i zabawy umiejętnie poruszył bardzo ważne życiowe tematy, które dotyczą każdego z nas. W sposób lekki i przystępny „sprzedał” wywód o hierarchii ludzkich wartości. Przyznaję, że takie połączenie bardzo mi się spodobało i przede wszystkim do mnie przemówiło. Może nie śmiałam się do rozpuku podczas lektury, bo do łez bawi mnie troszkę inne poczucie humoru niż to, które serwuje Pan Jachimek, ale… przecież nie tylko o śmiech w tym tytule chodzi. Dlatego też  każdy musi ocenić jego wartość wedle własnego uznania.

Wracając do koncepcji handlu czasem…Gdybyście mieli możliwość kupna czyjegoś czasu lub sprzedaży własnego, czy byście to zrobili? Która z ról byłaby Wam bliższa – kupującego czy sprzedającego? Jeśli o mnie chodzi odkupiłabym kilka godzin od znawcy trunków niskobudżetowych, wyczekującego dzień w dzień pod miejscowym sklepem…

Ocena: 4/6

poniedziałek, 19 września 2011

"Bezimienna" Hanri Magali + WYGRYWAJKA


źródło okładki: wydawnictwo Świat Książki


Popatrz, jaka piękna okładka! Czyż nie jest urzekająca i magiczna? Te barwy, choć jesienne to niezwykle ciepłe i przyjazne. Stonowana czerwień i żółć, delikatna zieleń. Burza włosów a w niej kwiaty, liście i motyle…To musi zwiastować niezwykłą zawartość – delikatną, pełną magii treść. Masz jeszcze jakieś wątpliwości odnośnie sięgnięcia po tę książkę? Myślę, że nie, ale jeśli jednaj jakieś obawy Tobą targają to pozbądź się ich natychmiast!

Na pewno wiele razy towarzyszył Wam tego rodzaju wewnętrzny głos – czy to w chwili, w której po raz pierwszy zobaczyliście okładkę „Bezimiennej” Hanri Magali czy w przypadku zupełnie innej pozycji. Głoś ten zwany przez wielu intuicją to niezwykle przydatny atrybut – potrafi ostrzec przed niebezpieczeństwem, popełnieniem złej decyzji lub też…wprowadzić w błąd. A co byłoby gdyby owy doradca nigdy się nie mylił?

Tytułowa „Bezimienna” dała mi namiastkę odpowiedzi na te pytanie. Zanim jednak do tego doszło to mocno mnie zaszokowała, bo nie dość, że jej imię nie jest tajemnicą to w dodatku brzmi niezwykle swojsko. Bohaterką niniejszej książki jest Zuzanna, której życie diametralnie odmienia się, gdy pewne miłe małżeństwo postanawia wprowadzić do swojego domu więcej życia, radości i uśmiechu, decydując się na adopcje właśnie niej. Próby budowania swojego wspólnego, szczęśliwego życia, podjęli nieopodal Krakowa w małej miejscowości (pewnie wielu z Was spodziewało się miejsca akcji w każdym rejonie świata tylko nie w Polsce, prawda?) w sąsiedztwie z przemiłą i uczynną staruszką. Jednak czy zdecydowaliby się na ten krok gdyby wcześniej mieli świadomość, jakimi zdolnościami obdarzona jest Zuzanna? Oczywiście, ta młoda dama powinna ich o wszystkim uprzedzić, ale niestety nie było to możliwe, bo…ona sama nie wiedziała, do czego jest zdolna… Od zawsze miała świetny kontakt z naturą, zwierzętami, ale ani raz nie przyszło jej do głowy by doszukiwać się w tym głębszego sensu. A szkoda, bo gdyby wcześniej dało jej to bardziej do myślenia być może teraz te magiczne zdolności nie uderzyłyby w nią ze zdwojoną siłą? Na nic jednak zdadzą się teraz teoretyczne rozważania, nie ma na to czasu. W tej chwili priorytetem numer jeden stało się dla niej rozwikłanie zagadki własnego pochodzenia – kim jest i kim są (lub byli) jej rodzice? Co tak naprawdę kryje się za przyjazną powłoką zielarki z sąsiedztwa? Czy jest przyjacielem czy może wrogiem umiejętnie zagłuszającym czujność dziewczyny?

Nie sposób odpowiedzieć na te pytania pokrótce – to wymaga zdecydowanie większego nakładu czasu i zapisanych kartek papieru. Nie spodziewajcie się jednak, że losy Zuzanny (lub jakkolwiek tak naprawdę brzmi jej imię) staną się dla Was jasne już po kilkudziesięciu stronach – co to, to nie. Do rozwinięcia się akcji, nazwijmy to – właściwej, trzeba gruntownego prześledzenia połowy książki. Nie jest to tempo piorunujące jednak warto dobrnąć do samego końca.
Ci, których umysły śledziły już wiele fabuł powieści z gatunku fantasy, i których niewiele jest w stanie już zaskoczyć nie będą raczej zaskoczeni tym tytułem. Dla wytrawnego zjadacza magii literackiej zabraknie tu specyficznego klimatu gatunku i porywającej akcji od pierwszych stron. Dla wielu wiek głównej bohaterki może zbyt mocno rzucać się w oczy i w jakimś stopniu przeszkadzać w lekturze, ale…
Jeśli czytelnikiem książki będą młode osoby w wieku lat nastu (do których zresztą tytuł ten jest kierowany) to bez wątpienia wczucie się w myśli oraz emocje bohaterki będzie niezwykle prostym i pochłaniającym zadaniem. Zatem, droga młodzieży! „Bezimienna” w dłoń i do…nie, nie do ataku. Do miłego zaczytania.

Ocena 4/6

----------------------------------------------

Wiem, że jest wiele takich osób, które już teraz chciałyby móc bliżej poznać się z „Bezimienną”, dlatego specjalnie dla Was organizuję kolejną (ale pierwszą pod nowym adresem) wygrywajkę, w której do zgarnięcia jest właśnie ta książka! Zapraszam wszystkich, chętnych do udziału.

Regulamin udziału w konkursie.

  1. W komentarzu pod tym postem wpisz „zgłaszam się” w dniach 19.09. – 30.09 (włącznie).
  2. Jeśli nie posiadasz blogu, koniecznie zostaw swój adres e-mail (zgłoszenia bez żadnych namiarów będą przeze mnie ignorowane).
  3. Jeśli posiadasz blog, umieść na nim baner konkursowy. Skopiuj podany kod HTML, zmodyfikuj jego wymiary, jeśli trzeba i wklej w wybranym miejscu.  Bez proszenia się o spełnianie tego warunku powiem, że ci którzy blog posiadają, a nie umieszczą na nim banera, nie wezmę udziału w losowaniu.

    <a href="http://ksiazkowka.blogspot.com/2011/09/bezimienna-hanri-magali-wygrywajka.html"><img src="http://img847.imageshack.us/img847/6413/wygrywajkabezimienna.jpg" border="0" /></a>


    Ogłoszenie wyników w dniu 1-ego  października. Powodzenia!


    PONIEWAŻ DO KONKURSU NADAL ZGŁASZAJĄ SIĘ OSOBY TO MOŻLIWOŚĆ KOMENTOWANIA ZOSTAŁA WYŁĄCZONA - KONKURS DAWNO SIĘ ZAKOŃCZYŁ.

    piątek, 9 września 2011

    "Biała Maria" Hanna Krall


    źródło okładki: wydawnictwo Świat Książki

    Są takie książki, które mimo szczerych chęci bardzo trudno jest zrecenzować. Mało tego – często dotyczą tematyki, która nas bardzo nęci i które pochłaniamy w mgnieniu oka. A jednak po przeczytaniu ostatniej ze stron i próbie przelania myśli na papier (w tym przypadku ten wirtualny) okazuje się, że to zadanie jest niemal równe z niemożliwym. Czy na pewno? Nie, chęć przekazania swoich odczuć po tak niezwykłej lekturze jest zdecydowanie silniejsza, zatem spróbuję podjąć wyzwanie…

    Już od jakiegoś czasu nosiłam się z zamiarem przeczytania „Białej Marii” autorstwa Hanny Krall jednak ciągle odkładałam ją na później. Aż w końcu miły splot wydarzeń sprawił, że egzemplarz sam wpadł mi w ręce. To, co ukazało się moim oczom nie było książką o „standardowej” fabule, jakich wiele…Pierwsze, co uderzyło mnie podczas lektury to chaos – możliwe, że tylko ja tak odebrałam słowa autorki, ale tak właśnie było. Uderzyła mnie burza myśli i słów, które pozornie chwilami się ze sobą nie łączą w ciąg tych samych zdarzeń, ale to nadal tylko pozory…Okazuje się, bowiem, że pod tym płaszczykiem słów wszelakich, kryje się historia życia Hanny Krall (w domyśle, bo jednoznaczne stwierdzenie tego, nie pada w książce ani raz). Dzieli się ona na trzy części tj. „Ósme przykazanie”, „Podwójne życie porucznika W.” i „Dom opieki”. W pierwszej z nich poznajemy historię życia małej, żydowskiej dziewczynki, dla której szukano ocalenia pod postacią sakramentu chrztu. Następnie mowa o kimś, kto miał zostać rodzicem chrzestnym dziewczynki, ale…nim nie został. Za to później sumiennie pełnił swoją rolę w Urzędzie Bezpieczeństwa. A trzecia część? Jest opowieścią tytułowej Marii, o tym jak uratowała małą Żydówkę wraz z jej matką.

    Choć książka liczy ledwie ponad 140 stron to jednak ten krótki zapis treści, jaki zamieściłam powyżej zdaje się być tylko jego telegraficznym skrótem, samą esencją zdarzeń. Może nie widać w niej uczuć i emocji na pierwszy rzut oka, ale jednak tych tu nie brakuje, trzeba je tylko wychwycić między splątanymi słowami, miedzy mnogością myśli wzburzonych.
    Dla niektórych może to być zadanie trudne by wbić się w rytm, jaki nadała autorka swojemu małemu wielkiemu dziełku – nie dla każdego będzie one łatwe w odbiorze (jeśli w ogóle dla kogoś takie może być). Dodatkowo, nie w każdej chwili swojej literackiej drogi można podjąć się poznania „Białej Marii” – zasługuje ona (i tak naprawdę wymaga) chwili spowitej melancholią, zadumą i skupieniem. Wtedy to będzie szansa na to, że odbierzemy ten tytuł najlepiej.

    A czy warto? Bez wątpienia tak. Po to by przybliżyć sobie życie tej utalentowanej pisarki, ale także po to by spotkać się (być może niektórzy po raz pierwszy tak jak ja) z nietypowym i szalenie oryginalnym stylem przekazu, którego nie sposób przybliżyć za pomocą recenzji, bowiem tak pisać potrafi chyba tylko pani Hanna Krall.

    Ocena 5/6