Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Baza recenzji Syndykatu ZwB. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Baza recenzji Syndykatu ZwB. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 grudnia 2012

"Domofon" Zygmunt Miłoszewski




Premiera: marzec 2005
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 384
ISBN: 83-7414-068-2


W przypadku niektórych moich recenzji albo raczej ich wstępu proszę Was o wykonanie jakiegoś zadania, przykładowo: „wyobraźcie sobie, że…”. Tym razem znów mam dla Was zadanie, ale troszkę odmienne od wcześniejszych…
Czy w chwili obecnej (czyli w momencie czytania tego tekstu) w pobliżu Was znajduje się przynajmniej jedna osoba, która jest jedną z tych najważniejszych w Waszym życiu? Jeśli nie to odłóżcie proszę lekturę mojej recenzji na czas, gdy któraś z nich będzie obecna choćby
w pokoju obok.

Już jest? Czujecie jej obecność oraz wynikające z niej błogie poczucie bezpieczeństwa? Dobrze, to teraz zamknijcie oczy i przy pomocy wyobraźni zobaczcie ostrze noża coraz mocniej napierające na Wasze gardło. To nie żaden włamywacz próbuje Wam odebrać życie, ani złodziej… to ta najbliższa Wam osoba coraz mocniej przyciska zimny nóż do waszej szyi i z wyrazem triumfu uśmiecha się coraz szerzej…

Agnieszka, jedna z wielu bohaterów „Domofonu” Zygmunta Miłoszowskiego, nigdy nie spodziewała się, by ten najważniejszy mężczyzna w jej życiu mógł mieć w głowie podobne myśli. Lada moment mieli zacząć wspólny rozdział życia w nowym miejscu, w otoczeniu nowych ludzi, w nowym mieszkaniu. Nie mieli wiele. Ona, oprócz bagażu, wiozła ze sobą wiarę i niepohamowaną radość wynikającą z nadchodzących zmian; on zaś – lekkie obawy i nadzieję, że tam, gdzie zamieszkają, wena twórcza nigdy się nie skończy i pozwoli mu stworzyć wiele pięknych obrazów. Kto by się więc spodziewał, że tuż po przekroczeniu progu bloku przywita ich wiadomość o rozczłonkowanych zwłokach w pobliżu windy… Od samego początku wszystko wokół zdaje się krzyczeć do nich, by opuścili to mroczne miejsce, bo ich pobyt tu skończy się tragicznie… Jednak nie spłoszyły ich coraz okrutniejsze koszmary senne nawiedzające ich co noc, nie zrobiły tego też dziwne odgłosy ani TO, co Agnieszka zobaczyła w windzie… Zło tu mieszkające jednocześnie przerażało i nie pozwalało od siebie uciec. Czy ta historia ma choćby najmniejsze szanse skończyć się dobrze?

Zawsze są na to szanse, ale nie zawsze okoliczności ku temu sprzyjają… Tutaj nic nie wydaje się być proste, klarowne i normalne. Tu wszystko jest dziwne… Na domiar złego COŚ powoduje, że ludzie zaczynają być wobec siebie nawzajem bardzo wrogo nastawieni. Byle błahostka jest w  stanie doprowadzić do tragedii.
Autor nie pozwala się nudzić czytelnikowi, przedstawiając pokaźną liczbę bohaterów, ale nie na tyle, by się pogubić w ich losach. Każdy z nich jest bardzo wyraźnie nakreślony wraz ze swoimi słabościami, dziwactwami czy lękami. Sporadycznie w toku akcji pojawia się też tajemniczy lokator bloku – kim jest, jaki ma związek z zaistniałą sytuacją? Powiem jedynie, że nie pojawia się bez powodu. A samo pochodzenie owego zła? Historia jego źródła przyprawia o dreszcze, wierzcie mi.

Szukając swego czasu informacji na temat debiutu Miłoszowskiego, natknęłam się na wiele bardzo pochlebnych opinii i teraz już wiem, że nie wzięły się znikąd. Jedynym mankamentem „Domofonu” jest moim zdaniem zakończenie, które wydaje się zbyt proste, ale… przy wielości posiadanych zalet jest to drobny szczegół. Świetnie poprowadzona akcja, bardzo dobrze nakreślone rysy osobowościowe bohaterów, zgrabne lawirowanie pomiędzy thrillerem a horrorem. Autor pokazuje także, że jest dobrym obserwatorem społeczeństwa – umiejętnie ukazał w fabule typowość blokowisk, polegającą na wzajemnej anonimowości i obojętności (choć nie twierdzę, że to bezwzględna norma – nie chcę tu nieopatrznie kogoś urazić zbyt dalekimi uogólnieniami).
I co jeszcze? Wyobraźcie sobie, że pierwszy raz od dawna literatura grozy naprawdę wywołała u mnie strach – czytałam i w wielu odpowiednich ku temu momentach… najzwyczajniej w świecie się bałam. A przyznam szczerze, że jak na moje doświadczenie
z tym gatunkiem, coraz trudniej o taką reakcję.

Jestem zdumiona i szczerze zaskoczona faktem, że „Domofon” jest debiutem autora. Życzyłabym sobie (a także innym osobom z zapędami literackimi), by ich pierwsze powieści były chociaż w połowie tak dobre, jak ta Zygmunta Miłoszowskiego.


Ocena: 5,5/6



Książka przeczytana w ramach wyzwania: "Polacy nie gęsi,czyli czytajmy polską literaturę!"

środa, 19 grudnia 2012

"Czarne sekundy" Karin Fossum




Tytuł oryginału: Svarte sekunder
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Premiera: 2012
Liczba stron: 316
Tłumaczenie: Marcin Kiszela
ISBN: 978-83-61386-23-0



"Poprowadź to śledztwo"


Moja mała, śliczna córeczka. Ma zaledwie dziewięć lat, a już jest taka samodzielna i zaradna. Moje oczko w głowie… Tak szybko nauczyła się jeździć na rowerze, że ani się obejrzałam, jak poprosiła o kupno swojego wymarzonego modelu w żółtym kolorze. A teraz nie ma dnia, by nie wyruszała nim na przejażdżki. Dziś też wybrała się w podróż – niedaleką, bo do pobliskiego kiosku po swoje ulubione pismo i gumę do żucia. Nie ma dużo do załatwienia, więc za krótką chwilę wróci do domu. Na pewno wróci… przecież zawsze wraca…

Mniej więcej takie myśli krążyły po głowie Helgi Joner (bohaterki „Czarnych sekund” autorstwa Karin Fossum) w dniu, w którym zaginęła jej niespełna dziesięcioletnia córka Ida (niebawem miała obchodzić urodziny). Niby coś nie dawało jej spokoju, gdy Ida wychodziła z domu z uśmiechem na ustach obiecując, że niebawem będzie z powrotem. Coś wzbudzało niepokój, ale czy to od razu podstawa do zatrzymywania dziewczynki na miejscu? Może to tylko matczyna nadopiekuńczość… Gdy zbliżała się godzina dwudziesta trzecia, Helga wiedziała już, że stało się coś złego. Nie zastanawiała się ani chwili i czym prędzej, wraz z siostrą, rozpoczęła poszukiwania zaginionej. Wkrótce do poszukiwań dołącza się policja z inspektorem Konradem Sejerem na czele. Niezbyt prędko, ale jednak pojawiają się pierwsze tropy, odnajduje się rower Idy, jednak po dziewczynce ani śladu… Kto stoi za jej zaginięciem?

Tego, drogi czytelniku, dowiesz się dzięki osobiście prowadzonemu śledztwu. Tak, tak! Nie pomyliłeś się – sam będziesz odkrywał podejrzanych, bowiem autorka tak prowadzi fabułę, by przez długi czas policja nie była w stanie nikogo w jawny sposób nawet podejrzewać o próbę uprowadzenia dziewczynki, ale byś Ty, jak na dłoni, widział ich jako pierwszy. Przyznaję, że ten zabieg podobał mi się wielce – daje poczucie faktycznego uczestnictwa w akcji. Jednak to nie koniec atrakcji, jakie zafundowała nam tym razem ta norweska autorka kryminałów. Kto kojarzy nazwisko Fossum, na pewno wie, że słynie ona z nienagannej kreacji bohaterów – w przypadku „Czarnych sekund” znów pokazała swoje mistrzostwo. Niemal każda z postaci jest namacalna dzięki świetnym opisom osobowości, jak i emocji towarzyszącym w konkretnych scenach. Przyglądając się przeżyciom Helgi, czułam się tak, jakbym to ja przeżywała koszmar utraty kontaktu z własnym dzieckiem.

Pamiętam też dobrze poprzednią lekturę tej autorki – „Za podszeptem diabła” – w której urzekł mnie tak charakterystyczny dla norweskich kryminałów/thrillerów chłód wydobywający się z psychiki czarnych charakterów. Z delikatnym bólem stwierdzam, że tego mi zabrakło w „Czarnych sekundach”. Jednak, przy opisanych przeze mnie zaletach tej powieści, trzymającej w napięciu akcji, mocnych opisach w finalnych scenach, ten drobny szczegół można puścić w niepamięć.

zdjęcie pochodzi z okładki książki
Komu polecam ten tytuł? Fanom Fossum, norweskich kryminałów i tym, którzy nie boją się zmierzyć z negatywnymi, przykrymi emocjami bohaterów – bo te na pewno Was nie oszczędzą!












Ocena: 5/6







czwartek, 6 grudnia 2012

"Ostateczne wyjście" Natsuo Kirino




Data wydania: 26 września 2012r.
Tytuł oryginału: OUT
Wydawnictwo: Sonia Draga
Tłumaczenie: Marek Fedyszak
ISBN: 978-83-7508-584-6
Liczba stron: 584



"Gdy śmierć jest wybawieniem"


Znów ten sam scenariusz. Po ciężkiej pracy w godzinach nocnych wraca do domu, a w nim? Kolejny natłok obowiązków i ani jednej życzliwej twarzy wśród domowników. Zdaje się, że każdy jest jej wrogiem, który ani myśli wymienić z nią choćby zdawkowego „dzień dobry”. Gdy więc do tego smutnego obrazka dołącza wyżywający się fizycznie mąż, nie pozostaje jej już nic innego, jak posunąć się do ostateczności, a nagrodą będzie chwila napawania się… ostatnim tchnieniem tyrana.

Nie, nie… źle napisałam. W życiu Yayoi było dwóch wyżywających się na niej tyranów: mąż despota oraz praca w wyciskającej siódme poty z człowieka fabryce produkującej dania obiadowe. Tym trybem upływał dzień za dniem w marnym życiu jednej z bohaterek powieści „Ostateczne wyjście” japońskiej autorki Natsuo Kirino. Niemal co wieczór te same upokorzenia, ta sama ciężka ręka lądująca na najczulszych miejscach jej delikatnego ciała, wciąż ci sami świadkowie cierpienia: dzieci i kot. Jednak nadszedł dzień, w którym ponury los kobiety wreszcie miał się zmienić. Oto niewierny mąż hazardzista traci życie z rąk swojej żony. Zszokowana, choć odczuwająca wyraźną ulgę, desperatka postanawia poprosić o pomoc w pozbyciu się zwłok swoją koleżankę z pracy, Masako. Ta, wiedziona wizją szybkiego, choć niełatwego, zarobku podejmuje się tego zadania. A robi to (nie sama) przy pomocy noża i piły, powoli rozczłonkowując denata… Nie trzeba długo czekać na reakcję miejscowej policji, gdy ta odnotowuje odnalezienie kolejnych partii ciała, śledztwo szybko posuwa się naprzód. Dodatkowo okazuje się, że śmierć męża Yayoi jest wyjątkowo nie na rękę jednemu z japońskich mafiosów.


Choć początkowo cała sytuacja nie wydaje się być specjalnie skomplikowana, bo ofiara przemocy domowej bez większego problemu mogłaby uniknąć kary za zabicie swego oprawcy, to jednak wraz z pojawianiem się kolejnych osób, które wiedzą o tym więcej niż wiedzieć powinny, sprawa zaczyna się coraz bardziej komplikować. Przy okazji pojawia się nieodparta chęć zysku, a tam, gdzie kluczem do wszystkiego są pieniądze, nie ma mowy o szczęśliwych zakończeniach.

I w przypadku epilogu „Ostatecznego wyjścia” też łatwo nie będzie. Nie tyle dla samych bohaterów, co czytelników tej (moim zdaniem) nietypowej opowieści. Co sprawia, że jest taka oryginalna? Jest to literatura japońska, a o tej nie sposób mówić, że jest sztampowa, bez wyrazu czy przewidywalna. Jest nad wyraz specyficzna. Nie z racji stylu prowadzenia fabuły (choć przyznaję, że podobał mi się sporadyczny zabieg autorki, polegający na opisywaniu jednej sceny z punktu widzenia wielu bohaterów) czy języka (bo ten nie wyróżnia się niczym szczególnym). Tym, co intryguje w tej pozycji, jest bez wątpienia jej klimat. Powiedziałabym, że jest to świetna mieszanka klimatu azjatyckich horrorów (chociaż fantastycznych potworów tu nie uświadczycie, jedynie tych w ludzkiej postaci) z fabułą wielu norweskich thrillerów, które charakteryzuje specyficzny chłód. Trafionym zabiegiem autorki – według mnie – było też wplatanie mocnych akcentów akcji w momencie, w którym najmniej się tego spodziewamy (Yayoi morduje męża pod wpływem impulsu, nie planuje tego). Nie każdy może być tym zachwycony, tak jak i nie każdemu może przypaść do gustu scena, w której dwie kobiety, stojąc nad zwłokami mężczyzny i mając w planach ich poćwiartowanie, dywagują nad tym czy jest on przedmiotem (skoro nie żyje i dopuścił się haniebnych występków), czy też nie. Kirino, opisując ten makabryczny wątek, robi to tak, jakby była mowa o musze albo karaluchu, a nie o człowieku. Wywiera to mocne wrażenie, mnie – fance mrocznych klimatów – podobał się szczególnie, ale czy wszystkim czytelnikom przypadnie do gustu? Tego nie wiem i ręczyć za to nie będę.

Na pewno jednak mogę nakłonić Was do wyrobienia sobie własnego zdania na temat tej, oryginalnej pozycji. Choćby po to, by zobaczyć, jak może zachować się zwykły i niczym niewyróżniający się z pozoru człowiek w obliczu morderstwa; by spróbować sprawdzić, gdzie leży granica pomiędzy byciem ofiarą a bezwzględnym katem (a ta, bardzo się tutaj zaciera) i wreszcie, by odpowiedzieć sobie na pytanie, czy ostatecznym wyjściem zawsze musi byś śmierć?




Ocena: 5,5/6





środa, 7 listopada 2012

"Lato martwych zabawek" Antonio Hill





Tytuł oryginału: EL VERANO DE LOS JUGUETES MUERTOS
Data premiery: lipiec 2012
Wydawnictwo: Albatros
Tłumaczenie: Elżbieta Sosnowska
Liczba stron: 432
ISBN: 978-83-7659-830-7



"O dziewczynce, która nauczyła się być lalką"



Wtedy zauważyłem lalki: unosiły się na wodzie plecami do góry, jak Iris, jak ona martwe. Jak martwe małe dziewczynki.[1]

Pewien ranek w życiu jednego z bohaterów książki autorstwa Antonia Hilla pt. „Lato martwych zabawek” od początku zwiastował nadejście czegoś złego. Powietrze zdawało się być jeszcze bardziej wilgotne i cięższe niż zazwyczaj, a ciepło w tym barcelońskim mieście dawało się we znaki niemal od pierwszych promieni słońca.

Gdy Marc zauważył, że jego młodszej siostry nie ma w pokoju, nie tracił ani chwili.  Natychmiast wyruszył na poszukiwania wokół domu, w którym spędzali letni obóz. Nie potrzebował wiele czasu, szybko odnalazł ją, dotarłszy na brzeg basenu. Była tam; jej ciało unosiło się na wodzie w orszaku lalek – martwych jak ona…

Jak to się stało, że mała Iris utonęła? To dzieło nieszczęśliwego przypadku czy też czyjegoś zamierzonego działania? Odpowiedź na to pytanie nie pada prędko. Mało tego, historia związana z głównym wątkiem książki jest bardzo mocno rozbudowana. Pojawia się w niej wiele wydarzeń i liczni bohaterowie. Do końca tak naprawdę nie wiadomo, które z opisanych sytuacji mają bezpośredni związek ze śmiercią dziewczynki, a które są tylko jej tłem. Czytelnik cały czas próbuje się czegoś domyśleć, ale nie jest to łatwe zadanie. By rozgryźć tę mroczną tajemnicę, trzeba całkowicie zatracić się w klimacie tego miasteczka i wsiąknąć w strukturę rodziny oraz poznać rządzące nią mechanizmy. A gdy już tam dotrzemy, czeka nas pokaźnych rozmiarów zaskoczenie.
Nie jest to tytuł z zawrotną akcją o niezliczonej ilości suspensów (nie mówię, że nie ma ich wcale). Emocje nie uderzają w czytelnika niczym taran, ale jednocześnie coś nie pozwala oderwać się od lektury. To głęboki wątek psychologiczny „Lata martwych lalek” nakazuje szybko do niej wracać. Udane rysy osobowościowe bohaterów czynią ich postaciami bardzo realnymi i namacalnymi.

Podsumowując, tytuł Hilla nie jest książką, którą czyta się jednym tchem, ale nie dlatego, że nudzi (co to, to nie!). Wciąga w swój świat i osadza czytelnika w gorących i parnych realiach Barcelony w otoczeniu mrocznych instynktów jej mieszkańców.

Polecam ją fanom thrillerów psychologicznych, wyważonego tempa akcji oraz skąpanych w słońcu południowych klimatów.

Ocena: 5/6




[1] A. Hill, Lato martwych zabawek, Albatros, Warszawa 2012, s. 266.






sobota, 13 października 2012

"Samotna" Lisa Gardner




Tytuł oryginału: Alone
Wydawnictwo: Sonia Draga
Tłumaczenie: Tomasz Wilusz
ISBN: 978-83-7508-533-4
Liczba stron: 392


"A kuku!"


Przeszłość nigdy nie zamyka swych wrót do końca, choć zdaje się, że jest inaczej. Ona zawsze wraca, zmienia tylko oblicze. Czasem objawia się w koszmarach sennych, czasem w codziennych lękach, a innym razem przychodzi pod postacią niekoniecznie mile widzianych dawnych znajomych… Zatem, gdy nie wiedzieć czemu zaczniesz rozpamiętywać krzywdziciela z dziecięcych lat, a wrażenie, że jesteś śledzony nie odstępuje cię na krok – wiedz, że ten ktoś jest blisko. Tak blisko, że mógłby bez trudu policzyć włoski stające dęba na twym karku… I niech nie zgubi cię mylne poczucie bezpieczeństwa tuż po wejściu do auta – nie odgrodziłeś się od natrętnego obserwatora. On już w nim był! Bo skąd te czerwone ślady na tylnej szybie składające się na krótki, acz bardzo treściwy, komunikat: „A kuku!”?

Bohaterka książki Lisy Gardner pt. „Samotna” o imieniu Catherine zna to uczucie jak mało kto. Nie dość, że koszmar ze szczenięcych lat powraca w zatrważającym tempie, to kobieta nie może poradzić sobie z mężem tyranizującym ją i ich syna Nathana. Kolejna z domowych awantur zdaje się być szczęściem w nieszczęściu, mimo że mąż Catherine tuż przed nosem dwojga wymachuje bronią i ostatecznie traci życie z rąk wyspecjalizowanego snajpera. Jednak wraz ze śmiercią kata nie kończą się problemy bohaterki. W jej kierunku padają podejrzenia, jakoby miała skrupulatnie zaplanować morderstwo przy pomocy snajpera; zostaje też oskarżona o systematyczne podtruwanie własnego dziecka… Gdzie leży prawda i kto tak naprawdę jest w tym przypadku ofiarą? Catherine i jej syn, a może snajper, który stał się jedynie pionkiem w jej grze? Czy okrutny los sprzysiągł się przeciwko niewinnej kobiecie, czy to ona jest ucieleśnieniem zła?

Odpowiedź na te pytania nie pada szybko i nie jest wcale oczywista. W chwili, gdy czytając „Samotną” ma się już bezsporne przekonanie o winie któregoś z bohaterów, nagle na jaw wychodzą nowe i niespodziewane okoliczności, które całkowicie burzą nam misterny obraz uknutej intrygi. Gwarantują to liczne zwroty akcji zawarte w fabule poprowadzonej w iście mistrzowski sposób. Akcja nie dłuży się, ale i nie gna na złamanie karku – wciąga czytelnika w mroczny klimat i nie pozwala oderwać się ani na chwilę. A bohaterzy? Bardzo wyraziści ze świetnie nakreślonymi cechami psychicznymi i żywymi emocjami, wzbudzanymi przez tę skomplikowaną sprawę. Widać tu jak na dłoni strach niektórych z nich, zdezorientowanie, zagubienie, a także wyrachowanie czy drzemiącą w nich esencję zła.

Ostatecznie wymienione walory (wad nie stwierdzam) czynią „Samotną” doskonałym thrillerem psychologicznym – dla miłośników tej kategorii to jedna z lepszych pozycji na rynku, które ostatnio się ukazały. Konkretna i dobra literatura gatunku, polecam!


Ocena: 5,5/6

Oficjalna recenzja dla portalu lubimyczytac.pl: 

poniedziałek, 10 września 2012

"Czarny styczeń" Sylwester Latkowski



"Trudne dobrego początki..."

Czasem po latach brodzenia w błocie mrocznego świata, taplania się w odmętach ciemnych interesów i spotykania na swojej drodze najgorszych przedstawicieli marginesu społeczeństwa przychodzi moment, by powiedzieć wreszcie głośno i wyraźnie: DOŚĆ! Wtedy wiadomo już, że psychika nie wytrzyma więcej, nie udźwignie bogacenia się na cierpieniu i naiwności innych, a zagrożenie utraty zdrowia czy nawet życia skutecznie spędza sen z powiek. Tylko czy można na zawołanie zerwać z niechlubną przeszłością?

Filip Kosiński, bohater książki Sylwestra Latkowskiego pt. "Czarny styczeń", nie znał odpowiedzi na to pytanie, ale postanowił podjąć próbę zerwania z kryminalną przeszłością tuż po wyjściu z więzienia. Jak to jednak w życiu bywa trudne są dobrego początki… Przeszłość dość szybko zapukała do drzwi i nieproszona wtargnęła do mieszkania, burząc harmonijny plan ustatkowania się Filipa. Przyszła pod postacią starego znajomego spod celi, Roberta, który rozpaczliwie szuka intymnego azylu w obawie przed prześladującymi go ludźmi. Filip, bardzo niechętnie, ale jednak decyduje się pomóc znajomemu. Czy słusznie? Szybko okazuje się, że popełnia błąd. Wkrótce pojawiają się pierwsze śmiertelne ofiary skomplikowanej sprawy, w której ugrzązł Robert, a na domiar złego sam Kosiński staje się podejrzanym numer jeden w sprawie śmierci jednej z nich. Czy uda mu się wybrnąć z zagrażającej życiu sytuacji?

Ponoć mafia nigdy nie wybacza, a już na pewno nie zapomina o zdradzie, którą bez wątpienia jest próba odcięcia się od grupy. Policja również nie traci czasu i depcze Kosińskiemu po piętach. A sam bohater tego kryminału robi wszystko, by dociec prawdy, staje się detektywem w sprawie, by ocalić własna skórę. I to ciekawy zabieg autora, wszak nie często zdarza się w powieściach kryminalnych, by bohater będący ofiarą niesprzyjającego mu losu, przyjmował tę rolę. Latkowski przy pomocy swojego bohatera dogłębnie wnika w świat ciemnych interesów – handlu narkotykami, ludźmi, prostytucji czy korupcji. Tyle że sam Filip zdaje mi się być taki mało wyraźny, nie do końca wiadomo, co chodzi mu po głowie. Akcja jest poprowadzona dobrze, w iście detektywistycznym – choć do pewnego momentu jednak z lekka sennym – stylu, ale bez licznych zwrotów akcji. Sytuacja zmienia się nieco bliżej zakończenia kryminału, ale ostatecznie nie przyprawia o zawrót głowy.

W licznych recenzjach dotyczących "Czarnego stycznia", jakie zdarzyło mi się do tej pory przeczytać, padały spostrzeżenia jakoby język bohaterów był zbyt delikatny jak na rzecz o mafii i ludziach z nią związanych. Przyznaję, że i ja miałam z tego powodu odczucia swoistej nierealności tej fabuły. Naturalnie nie spodziewałam się tu dialogów najeżonych wulgaryzmami rodem z "Psów" Pasikowskiego, aczkolwiek można by je bardziej podrasować. Akcja powieści nie byłaby wtedy tak grzeczna i delikatna.

Ostatecznie uznaję "Czarny styczeń" za dobry i udany czarny kryminał z całkiem pokaźną dozą wątku detektywistycznego, dlatego fanom takiego połączenia polecam ten tytuł szczególnie. Wiem, że takich smakoszy nie brakuje, zwłaszcza wśród starszych wiekiem czytelników.

Ocena: 4/6




czwartek, 30 sierpnia 2012

"Pamiętam cię" Yrsa Sigurdardóttir



"Pamiętasz mnie?"


To ja, twój koszmar z dzieciństwa. Wróciłem, by przypomnieć Ci dźwięk skrzypiących desek w twoim domu, gdy późną nocą udawałeś się w kierunku łazienki. To mnie szukałeś rozbieganym wzrokiem za drzwiami lub po kątach. Myślałeś, że jestem tym cieniem, który właśnie mignął ci przed oczyma, ale to tylko złudzenie. Wtedy byłem tuż za tobą i chłodziłem twój kark zimnym oddechem. Pamiętasz ten dreszcz, który cię wtedy przeszedł, prawda? Naprawdę tam byłem…
Bohaterowie najnowszej książki autorstwa Yrsy Sigurdardóttir pt. "Pamiętam cię" również poznali smak takiego koszmaru i im bardziej próbowali wmówić sobie, że wszystko, co ich spotkało, to przywidzenia lub psikusy pobudzonego umysłu, tym owe zdarzenia stawały się bardziej wiarygodne, zdawały się być niemal namacalne.
Gdy cała trójka (Katrin, Gardar i Lif) zawitała do starego i opuszczonego domu w niezamieszkałej islandzkiej osadzie, mając na celu wyremontowanie go i otwarcie konkretnego biznesu, ani trochę nie spodziewała się, że przeżyje chyba najgorszy koszmar swego życia. To właśnie ten dom za pomocą różnorodnych znaków (skrzypienia starej podłogi, dziwnych mokrych śladów na niej czy tajemniczych przekazów słownych wysyłanych za pomocą niektórych przedmiotów) starał się wypędzić ich ze swego wnętrza.
Jednak to nie koniec fabuły. Tuż obok wątku trojga bohaterów toczy się jeszcze jeden, który pozornie nie ma nic wspólnego z pierwszym. Oto bowiem w pewnym przedszkolu okolicznego miasteczka ma miejsce tajemniczy akt wandalizmu, w efekcie którego na ścianach powstały rozliczne bazgroły. Incydentem zajmuje się między innymi psychiatra (Freyr), który pomny tragicznych wydarzeń z przeszłości, związanych z zaginięciem jego syna, postanawia od nich uciec, zaszywając się właśnie w tym rejonie. Od pewnej osoby dowiaduje się, że podobne zdarzenie już miało kiedyś tutaj miejsce, a na domiar złego, poprzedziło je zaginięcie pewnego chłopca…
Niby dwie niezwiązane ze sobą historie, prawda? Jednak czy na pewno? A jeśli nawet coś je łączy, to co jest tym spoiwem? Odpowiedź na te pytania może nie jest nadzwyczaj zaskakująca, ale nie na tym polega majstersztyk tytułu. Jego wyjątkowość leży w świetnym połączeniu przez Sigurdardóttir dwóch gatunków: horroru i kryminału. Robi to w godnym pochwały stylu, delikatnie lawirując między nimi, a kiedy trzeba, mocno je akcentując. Na nudę czy brak wrażeń podczas lektury nie można narzekać, mimo że początkowo akcja nie porywa zawrotnym tempem. Zresztą nie w tempie tkwi jej siła, przejawia się ona w coraz mocniejszych doznaniach, jakie serwuje czytelnikowi autorka – im bliżej końca, tym mocniej bije serce. Styl, jakim posługuje się pisarka, jest godny pozazdroszczenia, łatwo się go przyswaja, a język jest chwilami – powiedziałabym – wręcz młodzieżowy (co rusz trafiają się sformułowania typu: „dżizas” czy „pliz”, co mnie osobiście troszkę raziło), ale nie jest to mankament przesądzający o braku uroku tej mrocznej lektury.
Ostatecznie uważam "Pamiętam cię" za kawał porządnej literatury grozy. Jest w czym się zagłębić i stracić poczucie rzeczywistości, nie tracąc przy tym niemal ani na chwilę uczucia strachu przed tym, co jeszcze ukaże przed nami ten stary, islandzki dom. A zapewniam, że jego cząstkę może odkryć każdy z Was w swoich mrocznych wspomnieniach z dzieciństwa. Tak odległy dziś koszmar może znów zapukać do Waszych drzwi z pytaniem: Pamiętasz mnie?
Ocena: 5/6


Oficjalna recenzja dla portalu lubimyczytac.pl: http://lubimyczytac.pl/oficjalne-recenzje-ksiazek/1219/pamietasz-mnie


środa, 15 sierpnia 2012

"Dajcie mi jednego z was" Jacek Getner


Nie ma na świecie ludzi idealnych, bez skazy w swym myśleniu i uczynkach. Każdy choć raz dopuścił się czegoś, co ciąży mu na sumieniu; czym w bardziej lub mniej świadomy sposób wyrządził innemu krzywdę, przysporzył cierpienia. Na domiar złego, nie brakuje też osób czyniących zło z pełną premedytacją, by osiągnąć osobiste korzyści. Na pewno poznaliście w swoim życiu choć jednego takiego człowieka… Myślicie, że takie osoby dalej zatracałyby się w swojej bezwzględności i wyrachowaniu, mając świadomość nieuchronnej, najwyższej kary? 

Czwórka bohaterów książki, z którą spędziłam niedługą chwilę (z racji jej objętości, ale nie tylko), na własnej skórze przekonała się, co to znaczy być ukaranym za wyrządzone innym krzywdy. Mowa o pozycji autorstwa Jacka Getnera pt. „Dajcie mi jednego z was”. Poznajemy w niej byłego, dość ostrego wojskowego, który zyskuje przydomek Kapral. Kolejnym z tej czwórki jest bardzo bogaty biznesmen, nazywany Szczęściarzem. Jest i Przystojniak, który wabił kobiety pięknem słów, a nie urodą fizyczną, jak na pierwszy rzut oka sugeruje jego przydomek. Na koniec został jeszcze do przedstawienia guru sekty religijnej – Prorok. Wszyscy pewnego dnia znaleźli się w jednym, zamkniętym pomieszczeniu, a mężczyzna, który nakazał im nazywać się Głosem obiecał, że w ramach kary za niecne występki, których się dopuścili, któryś z nich straci życie. Który? Wybór nie miał być dziełem przypadku czy też decyzją samego Głosu…To oni sami mieli wytypować osobę najbardziej zasługującą na śmierć, wybawiając tym samym pozostałą trójkę z jej objęć. Czy ta ponura historia skończy się zgodnie z zamysłem chorej gry Głosu?

Odpowiedź na to pytanie zaskakuje, zapewniam was. I każdy, kto zdecyduje się na tę lekturę, zakończenie jej mrocznej historii pozna szybko – i to nie tylko dlatego, że pozycja ta jest niezbyt obszerna. Jej akcja jest poprowadzona tak sprawnie, z tak dobrze wyważoną dawką emocji i niepewności, że nie sposób się od tego tytułu oderwać, czytelnik zanurza się w fabule, poddając się sile ciekawości aż do ostatniej kartki. To jeden z atutów „Dajcie mi jednego z was”. Kolejnym są bardzo wyraziste postaci – mężczyźni mają świetnie nakreślone charakterystyczne cechy osobowościowe, pokazujące przyczyny dla których znaleźli się w tym niechlubnym miejscu. Jedynie postać Głosu wydawała mi się być zbyt łagodna, zbyt grzeczna, opanowana. Koniec atutów? Nie, jest jeszcze jeden, mianowicie morał, który wręcz oślepia na końcu lektury i naprawdę daje do myślenia. Wyjątkowo go nie zdradzę, odkryjcie pointę sami.
Jeśli chodzi o słabe strony książki, to muszę przyznać, że kilka razy podczas lektury wracałam do stopki redakcyjnej w poszukiwaniu nazwiska osoby odpowiedzialnej za korektę – bezskutecznie. Czyżby nie było jej w ogóle? Szkoda, bo pozycja ta niestety nie jest wolna od niedociągnięć właśnie na tym polu. Nie sugerujcie się jednak tym, podejmując decyzję o sięgnięciu po nią, bo to zdecydowanie niewielkie uchybienie w obliczu całokształtu tego kryminału (korci mnie mocno, by nazwać tę książkę thrillerem, bo to określenie chyba bardziej pasuje).

Na blogu Krainy Czytania, która również recenzowała „Dajcie mi jednego z was” (link), w komentarzach pod tekstem spotkałam się z porównaniem książki przez Felicję79 do filmu pt. „Piła”. Droga Felicjo, to bardzo trafne spostrzeżenie. Motyw zamknięcia i „pokutowania za grzechy” w taki, a nie inny sposób od razu przywiódł mi na myśl właśnie ten obraz. Dla czytelników znających film fabuła książki nie będzie specjalną nowością i zaskoczeniem; pozostali zaś mogą być pewni, że ta historia wywrze na nich ogromne wrażenie – i tym osobom polecam ten kryminał (thriller!) w szczególności.

Ocena: 4,5/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję jej autorowi Jackowi Getnerowi.

środa, 1 sierpnia 2012

"Ani żadnej rzeczy..." PM Nowak



Chyba większość z nas ma jakieś noworoczne postanowienia, prawda? Ja też je mam, a tych dotyczących planów czytelniczych na rok bieżący miałam całe mnóstwo. Między innymi postanowiłam, by wbrew własnemu przekonaniu, iż mało jest naszych rodzimych pisarzy, którzy potrafią mnie pozytywnie zaskoczyć swoimi dokonaniami, czytać jak najwięcej polskiej literatury spod znaku kryminału, thrillera czy horroru. Niniejszym słowa dotrzymuję.

W ostatnim czasie w moje ręce miała przyjemność trafić pozycja PM Nowaka pod tytułem „Ani żadnej rzeczy…”, będąca jednocześnie debiutem autora. Przyznacie chyba, że sam pisarz jak i tytuł książki są wyjątkowo tajemniczy, prawda? Ogólny zarys fabuły również nie zdradza zbyt wiele, bo oto dowiadujemy się, że w posiadłości położonej w Podkowie Leśnej nieopodal Warszawy w wyniku rany postrzałowej ginie niespełna trzydziestodziewięcioletnia kobieta. Komisarz Jacek Zakrzeński, zajmujący się sprawą tego tajemniczego morderstwa, dość szybko trafia na tropy potencjalnych zabójców denatki. Jednak ten, który miał rzekomo najwięcej korzyści ze śmierci kobiety ma najmocniejsze alibi – mowa o jej mężu nazwiskiem Cebulski. Następnie podejrzenia padają na eks-męża Cebulskiej, a także na siostrzeńca ostatniego z mężów. W oczach komisarza każdy z nich mógł mieć powody, by pozbyć się kobiety, ale czy rzeczywiście jest pośród nich morderca? Tego musicie się już dowiedzieć sami.

Zanim jednak przystąpicie do lektury, poznajcie charakterystyczne dla tego tytułu cechy. Pamiętacie kryminały z dawnych lat, których wizytówką było z lekka ospałe tempo akcji naznaczone smugą dymu z cygara (może fajki) i pieczołowicie ukryta pod długim płaszczem i rondem kapelusza postać detektywa zajmującego się daną sprawą? Kryminał PM Nowaka ma w sobie właśnie to coś rodem z czarno-białych ekranów. Akcja toczy się wyjątkowo wolno, każdy szczegół śledztwa omawiany jest niezwykle dokładnie, powiedziałabym nawet, że każdy szczegół wszystkiego, o czym mowa w toku fabuły jest wnikliwie opisywany przez autora – nie zawsze potrzebnie. Niektóre fragmenty miałam ochotę zwyczajnie z lektury wykreślić. 
Sam pomysł na fabułę nie poraża nadzwyczajną oryginalnością – morderstwo, podejrzani, śledztwo… Jak na mój gust za mało w „Ani żadnej rzeczy…” zwrotów akcji, dynamizmu, jednakże ogólnie pojęte założenia kryminału książka ta spełnia dobrze.

Komu zatem polecam debiut PM Nowaka? Fanom kryminałów w starszej odsłonie, lubiącym zagłębić się w nieśpieszny tok akcji i tym, dla których szczegółowość to nieodzowny element każdej dobrej lektury.

Ocena: 4/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi Zbrodnia w Bibliotece oraz jej autorowi PM Nowakowi.

sobota, 28 lipca 2012

"36 tydzień" Sofie Sarenbrant



"Kryminał z morałem"

„Kochanie, gdybym tylko wiedział, że ten wieczór skończy się w taki sposób, to za żadne skarby świata nie pozwoliłbym Ci odejść samej od naszego stolika. Gdybym tylko wiedział, że za chwilę znikniesz, a kilkanaście godzin później będziesz poszukiwana przez policję, wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej. Jestem głupcem, któremu alkohol odebrał chwilowo rozum i oderwał uwagę od tego, co liczy się w moim życiu najbardziej – od Ciebie i naszego, mającego na dniach się narodzić, dziecka...”

Właśnie tak mogłyby wyglądać myśli Tobby’ego, jednego z bohaterów książki Sofie Sarenbrant pt. „36 tydzień”, w chwili, gdy zaginięcie jego żony Agnes stało się ponurym faktem. Nie tak miał się zakończyć ich wakacyjny wypoczynek, na który wybrali się wraz z parą najlepszych przyjaciół (Johanną, również będącą w ciąży, i Erykiem), ale przecież nikt nie spodziewał się takiego obrotu wydarzeń. Najpierw sprzeczka Tobby’ego i Agnes, potem brak kontroli mężczyzny nad ilością spożywanego alkoholu i ostatecznie rezygnacja Agnes ze wspólnej zabawy. Następnego dnia rano Tobby z przerażaniem stwierdza, że jego żona zniknęła. Ponadto wszczęte dochodzenie w sprawie wskazuje, jakby on sam miał coś wspólnego z całym incydentem. Czy tok śledztwa biegnie w odpowiednim kierunku?

O tym każdy z Was może się przekonać na końcu tej trzymającej w napięciu lektury. Autorka długo każe czekać na jakiekolwiek wieści o stanie, w jakim znajduje się Agnes. Gdy już decyduje się na uchylenie rąbka tajemnicy, robi to w sposób bardzo niespodziewany. Od tego momentu nie sposób oderwać się od książki, bo chęć poznania trudnych losów bohaterki jest wprost niepohamowana. O tak, trzeba przyznać, że Sofie Sarenbrant potrafi budować napięcie; początkowo jest ono delikatne, a im dalej wchodzimy w głąb fabuły, tym mocniej przybiera na sile.

Koniecznie muszę też przyznać autorce ogromnego plusa za kreację emocji męża Agnes – są wyraziste, namacalne i bardzo prawdziwe, nie ma w nich krzty przesady czy ckliwości i przesłodzenia, bardzo dobrze oddają to, co może czuć zakochany mężczyzna, gdy miłość jego życia ginie w tajemniczych okolicznościach. Świetnie ukazuje jego zmagania z samym sobą, walkę z bezsilnością oraz przyznanie się do popełnianych błędów.

A zakończenie? Robi wrażenie! Jedna z ostatnich scen poruszyła mnie szczególnie, wywołując dreszcze na ciele. Sarenbrant pokazała, że wcale nie trzeba przyprawiać czytelnika o szybsze bicie serca już na starcie lektury. Można dawkować mocne doznania tak, by na koniec pozostawić najsilniejszą dawkę i sprawić, że odbiorca ma chęć na jeszcze.

Zazwyczaj po zakończonej lekturze sugeruję, kto powinien ją przeczytać, ale tym razem wskażę, kto nie powinien brać jej do rąk. Myślę o młodych mamach i tych kobietach, które dopiero nimi zostaną. Zdecydowanie to lektura zbyt ostra i brutalna (przypominam, że obie bohaterki są w ostatniej fazie ciąży), niektóre z opisanych tu scen mogłyby źle odbić się na samopoczuciu, zatem te panie proszę o odłożenie tej książki na późniejszy czas.

Polecam zaś „36 tydzień” osobom o mocnych nerwach i tym, którzy także w beletrystyce lubią doszukiwać się morałów. Jaki wypływa z tej pozycji? Nie żegnaj się z bliskimi Ci osobami w atmosferze złości i nie przyczyniaj się do czyjegoś smutku w sercu, bo może się nagle okazać, że nie będzie ci dane tego naprawić...

Ocena: 5/6




wtorek, 17 lipca 2012

"Obietnica mroku" Maxime Chattam



"W otchłani duszy"

Wiesz, że istnieją dwa równoległe światy? My i Oni. Ich wygląd do złudzenia przypomina odbicie w lustrze, które widujesz co rano. Jednak, gdy przyjrzysz się z bliska, możesz dostrzec mnogość różnic: a to w rysach twarzy, a to w ubiorze, a to w samym zachowaniu i stylu życia. Myśląc o tej drugiej cywilizacji, krążysz myślami gdzieś po obcej planecie? Jeśli tak, to wróć z powrotem na Ziemię, bo ten równoległy świat może istnieć tuż pod Twoimi stopami. Miasto, które jest Ci tak bliskie, i które tak dobrze znasz, może skrywać pod ulicami swój mroczny odpowiednik. Powiesz, niemożliwe? Przyjrzyj się zatem podziemnemu życiu ludzi-kretów w Nowym Jorku opisywanemu niegdyś przez Jennifer Toth („The Mole People: Life In The Tunnels Beneath New York City”).

Francuski pisarz Maxime Chattam w swojej mrocznej powieści pt. „Obietnica mroku” postanowił wykorzystać tę żywą legendę, mającą wyraźne odbicie w rzeczywistości. Stworzył niesamowitą, mocną opowieść, której tematem przewodnim jest sama esencja zła drzemiącego w ludzkiej naturze. Po kolei jednak...

Brady O’Donnel pracuje jako wolny strzelec w świecie nowojorskiego dziennikarstwa. Szukając kolejnego chwytliwego tematu do swojego artykułu, korzysta z pomysłu przyjaciela i kontaktuje się z gwiazdką porno o pseudonimie Rubis. Dzięki niej ma przyjrzeć się branży od kuchni, a także poznać jej życie i dowiedzieć się, co popchnęło dziewczynę do tak niechlubnej kariery. Cały plan idzie dobrym torem, udaje mu się spotkać z młodą kobietą, zauroczyć jej urodą, zaszokować jej głębokim wnętrzem i na koniec... patrzeć jak kula z pistoletu masakruje jej twarz, której fragmenty lądują na nim samym.

Od tej chwili życie Brady’ego nie jest już takie samo; spokój i monotonia zostają zburzone. Sytuacji nie poprawia fakt, że jego żona jest policjantką i rozpoczyna dochodzenie w sprawie tej dziwnej śmierci. W tym samym czasie toczą się dwa śledztwa: oficjalne, policyjne oraz podjęte przez dziennikarza. Przebieg prywatnego śledztwa prowadzi go w miejsca, o których istnieniu nie miał dotychczas zielonego pojęcia, a teraz pragnie tylko tego, by o nich zapomnieć. Od podszewki poznaje odmianę skrajnie perwersyjnego, brutalnego i odartego z człowieczeństwa seksu. Jeśli myślicie, że w tym temacie klimaty sadomasochizmu są najgorszą ze skrajności, to... jesteście w błędzie. Człowiek w żądzy zaspokajania swoich najniższych instynktów jest w stanie upaść znacznie niżej, tam, gdzie lateks i pejcze to niewinne zabawki.

Chattam, schodząc w swej powieści w otchłań nowojorskich podziemi, zagłębia się jednocześnie w mrok ludzkiej natury. Tam, gdzie pojęcia człowieczeństwa i granic nabierają zupełnie innych znaczeń – jakże różnych od tych, które znamy. W tej otchłani dominują zezwierzęcenie i skrajne formy zaspakajania perwersyjnych potrzeb. Jest też szaleństwo, sprawiające ból uczucie osamotnienia, pustki oraz bezsilność.

Czy można trafniej ująć skrajną odmianę zła drzemiącego w ludzkich umysłach? Nie wiem, czy któryś z pisarzy zrobiłby to lepiej niż autor „Obietnicy mroku”. Przychodzi mi na myśl jedynie Ketchum, ale to i tak nie to samo, bo ten robi to w bardzo dosadny i wyjątkowo wulgarny sposób. Chattam przeciwnie, a jeśli nawet, to w zdecydowanie mniejszym natężeniu. Ten pisarz sprawia, że czytając o najgorszych wypaczeniach, jakie zna ludzkość –choć nie bez obawy – chcemy brnąć w nie dalej, nie mamy dość (zupełnie jak Brady, który permanentnie zatracił się w historii Rubis). Styl i język jest mocny, wyrazisty, ale w żadnym wypadku nie przytłaczający; nie brakuje tu nagłych zwrotów akcji, ale nie sposób też zgubić się w fabule.

Przeszkadzał mi w tej historii tylko jeden mały szczegół. Otóż, miałam wrażenie, że Brady’emu zbyt gładko szło jego amatorskie śledztwo. Człowiek zupełnie niezwiązany z branżą filmów porno wchodzi w ten świat szybko, co rusz natrafia na kolejne tropy, spotyka odpowiednich ludzi, którzy mniej lub bardziej chętnie, ale jednak mu pomagają... Niby natrafia na przeszkody, ale wyjątkowo zgrabnie je pokonuje lub omija, zdecydowanie zbyt łatwo. Rasowy fan thrillerów pewnie to odczuje, jednak nie jest to mankament odbierający całą przyjemność z lektury, przynajmniej w moim przypadku.

Ostatecznie stwierdzam, że „Obietnica mroku” to wspaniały kąsek dla fanów psychologicznych thrillerów! Gwarantuję, że nie oderwiecie się od tej książki – przed Wami spotkanie ze wszystkim, co najgorsze w mrocznej otchłani duszy.

Ocena: 5,5/6


poniedziałek, 9 lipca 2012

"Aż gniew twój przeminie" Åsa Larsson




"Śmierć najgorsza z możliwych"

Nazywam się Wilma Persson. Nie żyję. Nie wiem jeszcze dokładnie, co to znaczy.[1]

Czy według Was można jeden rodzaj śmierci uznać za okrutniejszy od innego? Czy śmierć w płomieniach jest gorsza od uduszenia się? A może śmierć w wyniku zadanych ran kłutych sprawia najwięcej cierpienia? Nie jesteście w stanie odpowiedzieć na to pytanie? Zrobię to za Was.

Najbrutalniejszą formą jest ta, w której wydając swoje ostatnie tchnienie, widzimy ratunek na horyzoncie, człowieka, który śpieszy w naszym kierunku. Wyciągamy rękę ostatkiem sił, ten chwyta naszą dłoń i... z głupim uśmiechem na twarzy bawi się nią, by ostatecznie pchnąć nas w ramiona kostuchy. To ten rodzaj śmierci, kiedy bardzo komuś zależy, aby pozbawić nas życia.

Wilma Persson nie spodziewała się, że pewnego dnia, gdy wraz ze swoim chłopakiem uda się nad jezioro, by nurkować, doświadczy na sobie samej tego najgorszego z rodzajów umierania. Początkowo tragedia wygląda na nieszczęśliwy wypadek, jednak za sprawą snu prokurator Rebeci Martinsson śledztwo w sprawie zatacza szerszy krąg i potwierdza się wersja, że dziewczyna, jak i jej chłopak padli ofiarą zabójcy.

Popłoch wśród mieszkańców wsi Piilijarvi jest wprost proporcjonalny do postępów w dochodzeniu, bo przy okazji tragicznej śmierci nastolatków na światło dzienne znów wychodzi pewna mroczna sprawa sprzed lat, a jej korzenie sięgają czasów panowania Hitlera. Co może mieć wspólnego śmierć młodych ludzi z dawną historią, w którą zamieszani są mieszkańcy wsi?

A jednak coś te dwa zdarzenia łączy. Dodatkowo śmierć tych dwojga okazuje się być tylko małym trybikiem niewygodnej sprawy...

Bardzo spodobał mi się pomysł tak rozbudowanego wątku głównego. Jak ma to miejsce w niewielu kryminałach, nie koncentruje się on wyłącznie na śmierci konkretnego bohatera, jego zasięg jest znacznie szerszy, co czyni lekturę o wiele bardziej ciekawą i wciągającą. Ponadto świetnie przedstawiona jest postać Wilmy, która od początku do końca pojawia się w akcji, mimo że... nie żyje. Nie gorzej jest z pozostałymi postaciami, których rys psychologiczny jest świetnie nakreślony i dobrze widoczny.

Tempo akcji może nie porywa, ale myślę, że jak najbardziej odpowiada fabule, świetnie z nią współgrając. Język jest prosty i nieskomplikowany. Jedynie zakończenie nie bardzo przypadło mi do gustu, ale to już kwestia indywidualnych upodobań każdego z czytelników.

Całokształt powieści dowodzi, że kobiety również potrafią stworzyć naprawdę wciągającą historię z dreszczykiem emocji, w niczym nie ustępując mistrzom tego gatunku.

Ocena: 5/6







[1] Å. Larsson, Aż gniew twój przeminie, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012, s.113

środa, 4 lipca 2012

"Małe miasteczko" Adam Zalewski



"Duże zło w małym miasteczku"

Pragnę wprowadzić Cię w klimat książki, z jaką ostatnio się zetknęłam. W tym celu znów poproszę Cię o uruchomienie wyobraźni. Zobacz, proszę, małe miasteczko cieszące się wśród mieszkańców – za sprawą spokoju, jaki je otacza i wypełnia wewnątrz – dobrą sławą. Każdy zna każdego, między mieszkańcami niemal brak jakichkolwiek tajemnic, a ewentualne problemy są rozwiązywane wspólnymi siłami. W tym miasteczku mieszkasz Ty wraz ze swoją rodziną. Pewnego dnia sielanka tego osobliwego miejsca zmienia się w koszmar – Twoje dziecko ginie w niewyjaśnionych okolicznościach, a Tobie pozostaje po nim jedynie bucik znaleziony w okolicy domu…

Czy trudno o coś straszniejszego? Nie, nie trudno i udowodnił to Adam Zalewski w swojej najnowszej książce pt. „Małe miasteczko”. Powieść przybliża czytelnikowi obraz małej i wyjątkowo spokojnej miejscowości o nazwie Abraham, położonej w Ameryce Północnej, w której życie upływa w wyjątkowej błogości oraz ze wszechobecną i wzajemną sympatią mieszkańców. Miasteczko nie jest duże, więc potencjalnie brak w nim zupełnie obcych sobie osób – czas jednak pokaże, że nie jest to do końca prawdą, bowiem pewnego dnia okolicą wstrząsa wieść o zatrważającym przestępstwie. Sprawa szokuje tym bardziej, że ofiarami potwora w ludzkiej skórze padają dzieci. Czy krwawa zagadka zostanie rozwiązana?

Tego dowiesz się, mój drogi czytelniku, pod koniec tej lektury. Zanim jednak dotrzesz do jej kresu, zgłębisz historię powstania miasteczka Abraham, następnie zaznajomisz się z jego topografią i poznasz bliżej mieszkańców, tj. nowego szeryfa, listonosza Maxa czy też kontrowersyjną postać, Very Cooder. Nie zgubisz się w toku fabuły, ponieważ tempo akcji jest nieśpieszne; nie pozwala oderwać się od lektury, nie nudzi, ale i nie przyprawia o zawrót głowy biegiem zdarzeń. Autor zadbał szczególnie o warstwę psychologiczną – precyzyjnie i wnikliwie ukazuje charaktery postaci, takie a nie inne powody ich postępowania czy też emocje, które im towarzyszą. Groza związana z wydarzeniami w Abraham jest cały czas wyczuwalna, jednak nie przygniata swoją mocą, nie wywołuje dreszczy na ciele. Mocnych, przepełnionych agresją i ociekających krwią scen jest jak na lekarstwo (na dobrą sprawę mocny jest tylko początek i finał lektury). Czy to dobrze, czy źle? To już sam możesz ocenić, jeśli tylko zechcesz; każdy ma inny próg wytrzymałości na silne bodźce wypływające z czytanej historii.

Jeśli o mnie chodzi, to jestem pod dużym i pozytywnym wrażeniem stylu autora, tego jak zbudował swoją opowieść i gdzie umiejscowił jej akcję. Zastosowane zabiegi literackie sprawiły, że poczułam się cząstką tego miejsca, zżyłam się z mieszkańcami i przeżywałam koszmar wraz z nimi. Całokształt „Małego miasteczka” pozostawia wrażenie literatury grozy na dobrym i światowym poziomie (myślę, że wielu naszych rodzimych pisarzy mogłoby Zalewskiemu pozazdrościć doskonałego pióra). Jednak, by nie przesłodzić, dodam szczyptę goryczki: zabrakło choć odrobiny więcej horroru, mocnych scen (np. z miejsc zbrodni) pozwalających poczuć w pełni klimat Abraham i rozgrywających się wydarzeń.

Cieszę się, że wreszcie mogłam poznać pióro Zalewskiego i choć to dopiero początek mojej przygody z jego twórczością, to wiem już, że chcę więcej. A Ty? Jesteś gotowy poznać siłę zła drzemiącego w Abraham?

Ocena: 5/6



środa, 27 czerwca 2012

"Chłopiec w walizce" Lene Kaaberbol, Agnete Friis



Do lektur skandynawskich kryminałów czy thrillerów nie trzeba mnie namawiać dwa razy. Mają one w sobie niepowtarzalny i bardzo specyficzny klimat. Te stonowane emocje, choć jednocześnie bardzo wyraziste; aura tajemniczości czy jakże specyficzny „chłód” książek o nordyckiej proweniencji. Jest w nich coś tak innego, różnego od naszych rodzimych tytułów, co szalenie mnie pociąga. Dlatego też zdecydowałam się na lekturę kryminału autorstwa duńskiego pisarskiego duetu: Lene Kaaberbol, Agnete Friis pt. „Chłopiec w walizce”.

Pewnego dnia Nina Borg, pielęgniarka Czerwonego Krzyża, zostaje poproszona przez swoją przyjaciółkę o odebranie z dworcowej szafki pewnego bagażu. Ma to zrobić w sposób możliwie jak najbardziej naturalny, niewzbudzający  żadnych podejrzeń co do zawartości walizki. Gdy zadanie udaje się zrealizować, i Nina znajduje się z bagażem w ustronnym miejscu, zaintrygowana nad wyraz ciężką zawartością, postanawia zajrzeć do środka. Okazuje się, że wewnątrz jest kilkuletni chłopiec. Skrajnie wycieńczony, ale wciąż żywy.
Początkowo kobieta nie wie jak się zachować, jakie kroki podjąć, a myśl o tym, co spowodowało, że chłopiec został wpakowany do walizki jak rzecz nie dawała jej spokoju.
Z czasem zdaje sobie sprawę, że dziecko padło ofiarą handlarzy żywym towarem. Co zrobi w tej sytuacji?

Odpowiedź na to pytanie przyniesie Wam lektura niniejszej książki. Czy każdego usatysfakcjonuje zachowanie Niny? Czy każdemu jej postępowanie wyda się słuszne? Gwarantuję, że nie. Jednak analiza jej życiowych doświadczeń zmusza czytelnika do dogłębnego zastanowienia się nad słusznością podejmowanych przez nią decyzji.

Lektura „na wejściu” nie jest zbyt łatwa w odbiorze.. Początkowo trudno odnaleźć właściwy tor i sens fabuły, ponieważ poznajemy kilka, pozornie niezwiązanych ze sobą, historii. Dopiero zanurzenie się w akcji pozwala dostrzec łączącą je nić.

Ponadto trudna jest sama tematyka „Chłopca w walizce” – handel ludźmi, nielegalna adopcja, ostry świat dużych pieniędzy, w którym kupić można dosłownie wszystko, gdzie sumienie nic nie znaczy. Kryminalne aspekty powieści zdecydowanie ustępują problematyce społecznej.

Trudno jednoznacznie zawyrokować o jakości tytułu. „Chłopiec w walizce” jest po prostu czymś innym, oryginalnym, każdy czytelnik ma prawo odebrać go na swój sposób. Na mnie zrobił dobre wrażenie choćby dlatego, że porusza tak ważne, niewygodne w obecnych czasach kwestie, o których nie każdy chce mówić. Cieszę się, że „Chłopiec w walizce” trafił w moje ręce i mam nadzieję, że Wam przypadnie do gustu tak jak i mnie.


Ocena: 4,5/6


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu Papierowy Księżyc.

sobota, 9 czerwca 2012

"Bogowie deszczu" James Lee Burke


Wydawnictwo: Sonia Draga
Tytuł oryginału: Rain Gods
Tłumaczenie: Maciej Potulny
ISBN: 978-83-7508-468-9
Liczba stron: 566
Format: 123 x 195 mm
Oprawa: broszurowa



"Tam, gdzie mescal leje się litrami"

To był jeden z wielu upalnych dni, jakie dotykają o tej porze roku ten rejon świata. Susza daje się we znaki jego mieszkańcom, tumany pyłu i kurzu oblepiają wszystko wokół, a deszczu –niosącego tak potrzebne ukojenie – ani widu, ani słychu. Panująca aura zdaje się idealnie komponować z architekturą tak charakterystyczną dla tego miejsca. Stara, opuszczona stacja benzynowa ze zdezelowanym, ale wciąż czynnym aparatem telefonicznym. W sąsiedztwie szopa w domyśle służąca kiedyś za składzik na narzędzia lub warsztat. W tym obrazku, żywcem wyjętym z amerykańskich filmów akcji, jedno zdaje się tylko nie pasować do reszty – przyprawiający o mdłości, straszliwy fetor rozkładających się ciał.
Czy faktycznie mówię o scenariuszu jednej z amerykańskich produkcji? Przyznacie chyba, że powyższy opis miejsca pasuje do jednego z nich jak ulał, prawda? Jednak nie chodzi o film. Mowa o południowych rejonach Teksasu, gdzie osadzona jest akcja powieści Jamesa Lee Burke’a pt. „Bogowie deszczu”. To właśnie tam, nieopodal kościoła, Hackberry Holland odkrywa masowy grób młodych kobiet (niektóre z ofiar były jeszcze dziećmi), które postrzelono z broni palnej, a następnie spychaczem wrzucono do przygotowanego wcześniej dołu, grzebiąc część z nich żywcem.

Dla Hackberrego bycie szeryfem miasteczka położonego w Teksasie, nieopodal granicy z Meksykiem miało być rodzajem rekonwalescencji po traumatycznych przeżyciach, wyniesionych z wojny, w której brał czynny udział. Jednak los zabiera mu tę szansę i ponownie każe wrócić do brutalnych wspomnień. Na domiar złego, dochodzenie w sprawie zbiorowego mordu wskazuje na wielu potencjalnych zleceniodawców. Sprawą interesuje się FBI, urząd celny, a także imigracyjny. Wiele poszlak, długie godziny żmudnego śledztwa – czy sprawca morderstwa (a może sprawcy?) zostanie ujawniony, i czy poniesie zasłużoną karę?

O tym czytelnik dowiaduje się pod koniec tej (grubo) ponad pięciuset stronicowej lektury. Akcja powieści toczy się nieśpiesznie – jak dla mnie nawet zbyt wolno – ale ostatecznie wychodzi to „Bogom deszczu” zdecydowanie na plus. Dzięki temu znacznie lepiej poznajemy występujących w niej bohaterów. Jest ich kilkoro, a każdy pochodzi z innych stron – w efekcie możemy zetknąć się z bardzo różnorodnymi postaciami. Autor postarał się o ich dokładne nakreślenie, dbając o oryginalność i niepowtarzalność rysów osobowościowych. Ponadto każdy ich ruch zostaje uchwycony w fabule – czytając, od początku do końca dobrze wiadomo, co dzieje się z każdym z nich, a na koniec trudno jest oprzeć się wrażeniu, jakoby byli oni naszymi dobrymi znajomymi (choć wielu z nich jest wyjętych spod prawa i raczej nie chcielibyśmy się szczycić takimi znajomościami).

Książkę tę polecam przede wszystkim tym czytelnikom, którzy lubią wtopić się w akcję powieści permanentnie. Tym, którzy cenią sobie jej nieśpieszność i wnikliwość. Jeśli chcecie zasmakować w dobrym thrillerze i pomieszkać w rejonie Teksasu – gdzie żar leje się z nieba, a do szklanek całe litry mescalu – to lektura właśnie dla Was.


Ocena: 4,5/6


środa, 23 maja 2012

"Siostra" Rosamund Lupton


"Barwy śmierci"

Zastanawiałeś się kiedyś, jakiego koloru jest śmierć? Czy można ją uchwycić, malując obraz jedynie plamami z barw? Powiesz, oczywiście, nie ma problemu – po czym chwycisz pędzel uprzednio zamoczony w czarnej farbie. Ktoś inny wtrąci, nie! Śmierć odda wyłącznie biel – to ona razi w oczy, gdy spojrzeć na postać z kosą. Czy śmierć, wypisana na ludzkiej twarzy, może być podobna?

Nie da się opisać koloru śmierci, nie ma we wzorniku numeru, który odpowiadałby barwie twojej twarzy. To było przeciwieństwo koloru, przeciwieństwo życia.[1]

Na twarzy zaledwie dwudziestojednoletniej Tess Hemming na próżno szukać barw odkąd straciła życie, choć w nim samym nigdy ich nie brakowało. Jej codzienność to nieustająca gra kolorów, która wypełniała jej ciało, umysł, a najsilniej duszę. Nawet wówczas, gdy los rzucał jej pod nogi kłody, potrafiła przez nie przejść z niekłamanym uśmiechem na twarzy, bez żadnego uszczerbku. Aż do dnia, w którym znaleziono ją z podciętymi tętnicami w jednym z zapuszczonych szaletów.
Choć przyczyna śmierci zdawała się być oczywista, bo wszystko wskazywało na popełnienie samobójstwa, jej siostra imieniem Beatrice (lub Bee jak czule nazywała ją zmarła) nie była w stanie w to uwierzyć. Nazbyt dobrze znała swą siostrę, by dać wiarę, że ktoś tak kochający życie mógł je sobie odebrać. Ale co zrobić, gdy ani policja, ani najbliżsi nie chcą przyjąć do wiadomości, że młoda dziewczyna mogła paść ofiarą mordercy? Bee nie pozostaje nic innego jak rozpocząć śledztwo na własną rękę i wytropić oprawcę. Jednak czy gra jest warta świeczki? Czy warto stawiać wszystko na jedną kartę, jeśli całe otoczenie zaczyna posądzać samozwańczą detektyw o obłęd? Czy warto tak wiele tracić na rzecz – być może błędnej –teorii?

Beatrice, będąca główną bohaterką wyżej opisanej książki autorstwa Rosamund Lupton pt. „Siostra”, jak nikt inny wie, że siostrzana miłość jest warta każdych wyrzeczeń i każdego –choćby najbardziej ryzykownego – posunięcia.
Cały tok powieści, która ma formę długiego listu pisanego przez Bee do siostry, uwidacznia moc żywionych do niej uczuć. Przyznaję, że już dawno nie czytałam książki o tak ogromnym emocjonalnym ładunku. Każda strona przepełniona jest miłością, uczuciem pustki i ogromnym bólem po stracie bliskiej osoby. Im dalej podążać w głąb fabuły, tym bardziej można doszukać się poczucia winy bohaterki. Ostatecznie stopień nasilenia i ilość emocji, jakie wręcz wylewają się z kart książki, przyćmiewa inne jej atrybuty. Po lekturze stwierdzam jednak, że był to całkiem udany zabieg Lupton. Dzięki temu akcja toczy się trybem, można by rzec, sennym, wyjątkowo mocno kojarzącym się z jej umiejscowieniem – deszczowym Londynem. Na próżno szukać w niej typowych dla thrillera silnych wrażeń czy grozy wywołującej dreszcze. Owa emocjonalność, o której wspomniałam, tak mocno zajmuje myśli czytelnika, tak go pochłania, że ten – w gruncie rzeczy – na nic innego nie zwraca już uwagi. Owszem, mnie się to udało, ale zapewne tylko dlatego, że jestem fanką silnych doznań podczas lektury, zwłaszcza thrillera. A jeśli już mowa o próbie klasyfikacji „Siostry”, to ja zdecydowanie bardziej byłabym skłonna widzieć ją w kategorii lekkiego i typowo kobiecego kryminału.

Komu więc polecę tę lekturę? Na pewno delikatnym duszom, które mimo obaw chciałyby się zmierzyć z wątkiem śmierci w literaturze; ceniącym sobie emocjonalny przekaz, ale nie czujących się na siłach, by wziąć do rąk thriller dużego kalibru.

Polecam także tym, którzy chcą odkryć swoje barwy śmierci, bowiem każdy widzi ją w innych odcieniach. Tess kochała żółć żonkili, więc może…?


Ocena: 4,5/6



[1] R. Lupton, Siostra, Świat Książki, Warszawa 2012, s. 65.


Oficjalna recenzja dla portalu lubimyczytać.pl:  http://lubimyczytac.pl/oficjalne-recenzje-ksiazek/839/barwy-smierci