Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura obyczajowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura obyczajowa. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 marca 2015

Milcząca siostra - Diane Chamberlain





tłumaczenie: Tomasz Wilusz
tytuł oryginału: The Silent Sister
wydawnictwo::  Prószyński i S-ka
data wydania: 19 lutego 2015
ISBN: 9788379611676
liczba stron: 456


A jeśli całe twoje dotychczasowe życie okazuje się zbudowane na kłamstwie…

Takie słowa widnieją na okładce najnowszej powieści pt. „Milcząca siostra” autorstwa uznanej amerykańskiej powieściopisarki Diane Chamberlain. Zdanie to, początkowo wzbudzające jedynie drobny niepokój, po zakończonej lekturze uderza w czytelnika ze zdwojoną siłą. Co byś zrobił, gdyby twoje spokojne, ułożone życie w ciągu chwili zmieniło się o 180 stopni? A ludzie, którym ufasz i których kochasz, tak naprawdę powinni odgrywać w twoim życiu zupełnie inną rolę, niż to było dotychczas? Co, jeśli cały twój świat, który tak misternie sobie budowałeś, od lat opiera się na fundamencie z kłamstw? Bez wątpienia jest to porażająca perspektywa, ale dokładnie taki scenariusz spotkał główną bohaterkę powieści Chamberlain, Riley MacPherson.

Historia rozpoczyna się w jednym ze smutniejszych momentów życia Riley: chwilę po śmierci jej ojca. Pozostawił on po sobie całkiem pokaźny majątek, w tym dom rodzinny. Dziewczyna chce jak najszybciej uporać się z formalnościami dotyczącymi spadku oraz pozbyć się tego, czego nie chce zatrzymać. Jednocześnie usiłuje uporać się ze smutkiem po utracie ojca i nauczyć żyć ze świadomością, że oprócz brata nie ma żadnej rodziny. Matka zmarła już jakiś czas temu, a jej dużo starsza siostra Lisa lata temu popełniła samobójstwo na skutek ciężkiej depresji. Tak jej się przynajmniej wydawało do chwili obecnej.

Dowody znalezione podczas sprzątania domu wskazują na pewne nieścisłości w kwestii rzekomej śmierci siostry. Osoby z bliskiego otoczenia Riley zdają się coś wiedzieć na ten temat, jednak niekoniecznie chcą o tym mówić. Jak więc wygląda prawda? Prawda jest dużo bardziej zagmatwana, niż mogłoby się wydawać. To, co kobieta brała do tej pory za pewnik, stało się wielką niewiadomą, nie tylko pod względem tajemniczych losów jej siostry, lecz także jej własnych. Może jej obecne życie było naznaczone samotnością, ale cechowała je dobrze jej znana i bezpieczna stabilność. W jednej chwili straciła także to…

Chamberlain stworzyła powieść wyjątkowo emocjonującą, gdzie czytelnik przeżywa losy bohaterki wraz z nią. Wszelkie negatywne odczucia, których ona doświadcza, spadają również na nasze barki. Na szczęście tak samo jak ona pragniemy rozwikłania całej tej zagadki związanej z przeszłością Riley i epilog nam to przynosi. Czy czułam się usatysfakcjonowana zakończeniem, które wybrała pisarka? Nie do końca. Idąc tropem całej powieści: brakło mi tu emocji i silnego zwrotu akcji. Można śmiało powiedzieć, że finisz jest przewidywalny. Cóż, oby tylko dla mnie.

Książka poprowadzona jest prostym i charakterystycznym dla Chamberlain stylem. Jak zawsze w jej przypadku, liczy się tu akcja i jej zwroty – teraz też stoją one na wysokim poziomie (z wyjątkiem zakończenia). Jeśli ktoś preferuje pierwszoosobową narrację oraz liczne retrospekcje, to nie zawiedzie się, ponieważ i tym razem u Chamberlain tego nie zabrakło. Podziwiam jej talent do tak zgrabnego i płynnego łączenia jednego z drugim; widać tu jak na dłoni dobry warsztat autorki.

Podsumowując: Diane Chamberlain kolejny raz mnie nie zawiodła. Znów stworzyła porywającą historię, która mocno chwyta za serce, i z uwagi na naprawdę dobry pomysł na fabułę powieści znów nie dała mi się nudzić. Czasem mam wrażenie, że wyobraźnia pisarki nie ma żadnych granic oraz że jest studnią bez dna, z której może czerpać wiadrami bez obawy, że kiedykolwiek wyschnie. Serdecznie polecam lekturę „Milczącej siostry” każdemu!

Ocena: 5,5/6

Oficjalna recenzja dla portalu Lubimy Czytać - LINK.

środa, 8 października 2014

Szept cyprysów - Yvette Manessis Corporon





tłumaczenie: Agnieszka Jacewicz
tytuł oryginału: When the Cypress Whispers
wydawnictwo: Rebis
data wydania: 29 lipca 2014
ISBN: 9788378186182
liczba stron: 352


Jesieni nadszedł czas i choć w tym roku jest to czas typowo polskiej, bo złoto-czerwonej jesieni, to jednak momentami stosunkowo chłodnej. A ze mnie zmarzluch przeokrutny, więc ratuję się, jak mogę i rozgrzewam ciało za pomocą gorących napojów i umysł – za pomocą książek, które zabierają mnie tam, gdzie słońce nagrzewa powietrze do moich ulubionych temperatur. Gdzieś daleko, gdzie łatwo zapomnieć o otaczającej mnie rzeczywistości i gdzie ludzie zachwycają swoją odmiennością pod względem kulturowym, mentalnym czy pod względem siły temperamentu.

Yvette Manessis Corporon
Zgadniecie, gdzie tym razem wybrałam się w podróż literacką? Nie musicie, bo chętnie sama Wam opowiem. Swoje piękne i urzekające podwoje otwarła przede mną Grecja i jej wyspa – Erikusa – w książce Yvette Manessis Corporon pt. Szept cyprysów. Za sprawą głównej bohaterki o imieniu Daphne początkowo zderzają się tu dwa światy, tj. nowoczesny, zatłoczony i głośny Nowy Jork oraz malownicza, klimatyczna i urzekająca swoim pięknem Grecja. Daphne po wielu latach nieobecności w swojej ojczyźnie powraca na jej łono, by odwiedzić tak dawno niewidzianych krewnych oraz przedstawić im swoją córkę. Kobieta po traumatycznych przeżyciach (jej mąż zginął w tragicznych okolicznościach) stara się na nowo ułożyć swoje życie. Po okresie niepowodzeń dostaje od losu szansę – otwiera własną grecką restaurację i zaręcza się z bogatym mężczyzną. Tymczasem powrót na rodzinne tereny przynosi nowe doświadczenia, nowe uczucia i mnóstwo rozterek, z którymi przyjdzie się zmierzyć Daphne.

Opisy codzienności życia kobiety na wyspie przeplatają się z magicznymi opowieściami babci Evangelii, która nie używając specjalnie kwiecistego czy wymyślnego języka, oczarowuje czytelnika pięknem Grecji. To zdecydowanie największy atut Szeptu cyprysów i choćby tylko z tego względu warto spędzić chwilę z tą książką – klimat tego miejsca jest niemal namacalny, ciepło wdziera się do domu z kart powieści, słońce rozgrzewa, a szum tytułowych cyprysów rozpieszcza uszy. Evangelia bardzo interesująco opowiada też o historii wyspy, związanych z nią legendach, mentalności mieszkańców, ich tradycjach, przyzwyczajeniach czy specyficznych zachowaniach.

I szkoda, że w gruncie rzeczy zalety książki na tym się kończą. O postaciach, które niczym nie urzekają (nie licząc gawędziarstwa Evangelii), nic dobrego powiedzieć się nie da. Sama opowieść jest infantylna i sprawia wrażenie bajki dla wiecznie rozmarzonych i bujających w obłokach fanek powieści obyczajowych – oto bowiem biedny i poszkodowany kopciuszek wygrywa życiowy los na loterii i poznaje księcia, który się w niej natychmiast zakochuje i zapewnia o szczęśliwym oraz dostatnim życiu u jego boku. Jakoś to wszystko niezwykle proste, banalne i zwyczajnie nierealne.

Kto lubi powieści proste, niewymagające, lekkie i będące właśnie swoistymi bajkami dla dorosłych, ten Szeptami cyprysów będzie zachwycony, zwłaszcza że klimat miejsca, w którym osadzona jest powieść, robi dobre wrażenie. Dla mnie to jednak zbyt mało. Oczekuję od powieści zdecydowanie więcej niż ładnie ujętego miejsca akcji. Dla mnie powieść musi mieć moc, dostarczać mocnych wrażeń, a według mnie autorka tej książki kompletnie się o to nie postarała.


Ocena: 2.5/6


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Rebis.

środa, 20 sierpnia 2014

Dobry ojciec - Diane Chamberlain





tłumaczenie: Alina Siewior-Kuś
tytuł oryginału: The Good Father
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 5 sierpnia 2014
ISBN: 9788379610174
liczba stron: 392


Co to znaczy być dobrym ojcem? Czy człowiek musi mieć predyspozycje do bycia rodzicem, czy można się tego nauczyć? 

Między innymi takie pytania stawia ambasadorka klubu „Kobiety to czytają”, Magdalena Kumorek, na okładce najnowszej książki Diane Chamberlain pt. „Dobry ojciec”. Pewnie jest tak, że ilu czytelników książki, tyle odpowiedzi na te pytania, bo chyba ciężko jednoznacznie określić swoje stanowisko w tej sprawie. I szczerze powiem, że powyższa lektura także i mnie tego nie ułatwiła.

Nowa powieść Chamberlain skłania do refleksji również nad tym, czy liczy się przede wszystkim dobro dziecka, czy też jego wzrastanie u boku kochających rodziców, nawet jeśli oznaczałoby to życie w bardzo niesprzyjających warunkach. Przed takim właśnie dylematem staje Travis Brown, ojciec małej Belli. Sam wychowuje swoją córeczkę, a gdy po tragicznym w skutkach pożarze umiera jego matka, jego sytuacja nie zapowiada się optymistycznie, zwłaszcza że ogień strawił jedyny dach nad głową, jaki mieli. Travisowi pozostaje już tylko mieszkanie z córką w firmowym vanie i czekanie na zlecenie, które dałoby obydwojgu środki do życia. Gdy sytuacja staje się już niemal beznadziejna, z pomocą przychodzi im nowo poznana znajoma, która oferuje dobrze płatną pracę w innym mieście. Na miejscu okazuje się, że tak naprawdę chodzi o udział w może i dobrze płatnym, ale nielegalnym przedsięwzięciu. Czy Travis postawi wszystko na jedną kartę i zaryzykuje obecność córki przy swoim boku, czy odrzuci propozycję, wybierając tym samym życie z Bellą w nędzy?

Oczywiście nie zdradzę Wam, jaką decyzję podjął Travis, ale będzie ona jedną z najtrudniejszych w jego życiu. I w związku z tym, i z ogólnym tematem książki, którym jest rodzicielstwo, nie sposób odmówić jej emocjonalnego wydźwięku, co u Chamberlain jest typowe – jest to wręcz znak rozpoznawczy tej pisarki. Styl powieści zasadniczo jest bardzo zbliżony do wielu innych jej autorstwa, bowiem i tu mamy do czynienia z narracją prowadzoną przez kilku bohaterów, nie brak też retrospekcji. Są ciekawi bohaterowie, z którymi łatwo się utożsamić, polubić lub wręcz przeciwnie – znienawidzić. Ciekawy jest też fakt, że tym razem głównym bohaterem jest mężczyzna a nie kobieta, jak to najczęściej w przypadku tej pisarki bywa. Jak chyba wszystkie powieści Chamberlain, i ta zawiera ciekawy i życiowy wątek główny, jednak nie mogę powiedzieć, że powieść „Dobry ojciec” porwała mnie w takim samym stopniu jak np. „W słusznej sprawie”. Brakuje jej mocnego uderzenia, jednak dalej czyta się ją z zainteresowaniem i w szybkim tempie.

Kogo książka zainteresuje? Na pewno fanów tematów życiowych i emocjonalnych, które dają do myślenia, rodziców aktualnych i przyszłych. Oczywiście fanów twórczości pisarki zapewne do lektury namawiać nie muszę, a sama czekam na kolejną nowość spod jej pióra, bo śmiało mogę już zaliczyć się do wielbicielek twórczości Chamberlain.

Ocena: 4/6

Oficjalna recenzja dla portalu Lubimy Czytać - LINK.

poniedziałek, 12 maja 2014

W słusznej sprawie - Diane Chamberlain





tytuł oryginału: Necessary Lies
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 10 kwietnia 2014
ISBN: 9788378397496
liczba stron: 456


Muszę przyznać, że o eugenice do tej pory nie wiedziałam zbyt wiele. Oczywiście, główna idea była mi znana, choć od tej zdecydowanie złej strony, związanej z nazistowskimi planami tworzenia „czystej” rasy – na świat miały przychodzić dzieci tylko o pożądanych przez władze cechach. Jednak pojęcie to istnieje zarówno w teorii, jak i w praktyce znacznie dłużej niż od czasów panowania Hitlera i oznacza, jak podaje internetowy słownik języka polskiego PWN, system poglądów zakładający możliwość doskonalenia cech dziedzicznych człowieka.

Teoretyczny wydźwięk tego pojęcia wydaje się bardzo pozytywny, jednak człowiek potrafi zepsuć wszystko, co z założenia miało być dobre... W dążeniu do stworzenia wolnej od wad istoty ludzkiej człowiek był (i chyba tak naprawdę nadal jest) w stanie posunąć się bardzo daleko, cały czas podpierając się szczytną ideą. W dawnych czasach liczne programy eugeniczne pozwalały na m. in. segregację rasową, ludobójstwo czy przymusową sterylizację. Temu ostatniemu tematowi miałam okazję przyjrzeć się nieco bliżej za sprawą nowości autorstwa Diane Chamberlain pt. „W słusznej sprawie”, która niedawno miała swoją premierę na naszym rynku.

Autorka zdecydowała się poruszyć szalenie trudny i emocjonalny temat, którego podstawą jest obowiązujący do 1975 roku na terenie Karoliny Północnej (USA) program sterylizacji eugenicznej. Akcja powieści toczy się głównie na początku lat 60. ubiegłego wieku. W okręgu Grace, na jednej z tamtejszych farm tytoniowych dzięki – nazwijmy to – uprzejmości właściciela mieszkają dwie młode dziewczyny, tj. piętnastoletnia Ivy i dwa lata starsza od niej Mary Ella, a także jej synek William, nazywany przez nie Dzidziusiem, oraz ich babcia Nonnie. Wiodą stosunkowo spokojne życie, aczkolwiek wypełnione ciężką pracą i wyzierającą z każdego kąta biedą, więc nic dziwnego, że dziewczyny próbują urozmaicić tę mało barwną codzienność za pomocą uczuć i marzeń. Mary Ella przez opiekę społeczną uznawana jest za opóźnioną w rozwoju, dlatego tuż po urodzeniu Williama lekarze poddali ją zabiegowi sterylizacji. Ivy, choć młodsza od swej siostry, przejawia już zainteresowanie chłopcami, co przekłada się na częste spotkania pod osłoną nocy z synem farmera, na których nie tylko snują wizje o wspólnym wyjeździe do Kalifornii, ale coraz mocniej się do siebie zbliżają.

Zdaje się, że nieszczęście wisi w powietrzu, w związku z wchodzeniem Ivy w czas, w którym emocje i szalejące hormony biorą górę. Tak przynajmniej twierdzą pracownicy opieki społecznej, którzy znają tę rodzinę oraz problemy, z którymi się zmaga. W ich trudny dla zwykłego człowieka świat zostaje wprowadzona nowa pracownica ośrodka – Jane. Młoda, świeżo upieczona małżonka dobrze zapowiadającego się pediatry nie ma zbyt dużego doświadczenia zawodowego, a w pracy socjalnej – wcale, choć nie brak jej solidnego zaplecza edukacyjnego. Bardzo chce móc pomagać potrzebującym tego ludziom i robi to mimo braku aprobaty męża (pracująca żona lekarza nie jest zbyt dobrze odbierana w środowisku, bowiem każe myśleć, że ten najpewniej zarabia zbyt mało, by utrzymać rodzinę). Wybór tak niedoświadczonego pracownika na tak poważne stanowisko w efekcie końcowym przynosi jednak wiele nieoczekiwanych zdarzeń: nad Mary Ellą krąży widmo utraty Williama, zaś Ivy może zostać wysterylizowana…

To, co ostatecznie dzieje się w życiu tych kobiet, przechodzi najśmielsze oczekiwania. Sytuacja robi się z dnia na dzień coraz bardziej dramatyczna i nie wiadomo do końca, co jest temu bardziej winne: czy niedoświadczenie oraz nazbyt emocjonalne podejście Jane do pełnionej funkcji, czy obowiązujące prawo. Szalenie trudno mi opowiedzieć się po którejś ze stron, bo jest to trochę jak walka rozumu z sercem. Nie wiadomo, które rozwiązanie jest tak naprawdę dla tej rodziny najlepsze, jednak zakończenie całej sprawy mnie osobiście usatysfakcjonowało – jest takie, jakie być powinno.

Chamberlain na ogół tworzy bardzo emocjonujące i wciągające historie, ale tym razem postarała się wyjątkowo mocno, by nawet po zakończonej lekturze nie móc przestać myśleć o tym, co właśnie przeczytaliśmy. Niby jest to opowieść zmyślona, niby postaci są fikcyjne, ale nie sposób nie pokusić się o rozważania na temat sensu i moralnego aspektu eugeniki. Podstawowe pytania, jakie nasuwają się po zakończonej lekturze, to: Jak daleko można posunąć się w myśl wielkich idei? Jak mocno można ingerować w czyjeś życie? Każdy z nas musi na nie odpowiedzieć sobie samodzielnie.

„W słusznej sprawie” to trzecia powieść tej autorki, którą dane mi było przeczytać. Tak jak w dwóch poprzednich, tak i tu znalazłam pełnokrwiste postaci, z którymi nie sposób się nie zżyć (w przypadku Ivy autorka zadbała nawet o język, jakim bohaterka się posługuje, dzięki czemu nie mamy wątpliwości, z jakiej warstwy społecznej się wywodzi). Jedyne, co na ogół nie podobało mi się w poprzednich książkach, to dający się czasem wyczuć brak realizmu, jednak tym razem to uczucie mnie nie spotkało, dlatego pokuszę się o stwierdzenie, że „W słusznej sprawie” jest zdecydowanie najlepszą książką Chamberlain, którą do tej pory czytałam. Jest w niej wszystko, co powinna zawierać dobra „obyczajówka” plus naprawdę ciekawy i poruszający temat.

Kto z Was jeszcze nie skusił się na tę nowość, niechaj szybko to nadrobi. Gwarantuję, że nie oderwiecie się od tej książki aż do ostatniej strony.

Ocena: 6/6




Oficjalna recenzja dla Lubimy Czytać - LINK.

czwartek, 20 marca 2014

Wybory - Ruta Sepetys





tłumaczenie: Paweł Kruk
tytuł oryginału: Out of the Easy
wydawnictwo: Nasza Księgarnia
data wydania: 22 stycznia 2014
ISBN: 9788310124944
liczba stron: 336



Moja matka jest prostytutką. Ale nie taką ordynarną flądrą, co szlifuje bruki. Właściwie jest całkiem ładna, umie się wysławiać i dobrze się ubiera. Ale sypia z mężczyznami za pieniądze i prezenty, tak więc według słownikowej definicji jest prostytutką[1].

Tak, Josie, bohaterka nowej powieści Ruty Sepetys pt. Wybory, nie ma łatwego życia. Nie dość, że jej matka uprawia najstarszy zawód świata po to, by móc połechtać otrzymywanymi dobrami materialnymi swoje próżne ego, to o swoim ojcu nic nie wie – nigdy go nie poznała. Gdy tylko skończyła jedenaście lat sama zamieszkała w pokoju nad księgarnią, w której obecnie pracuje. Dla matki Jo, fakt jej wyprowadzki to duża ulga, bo nie musi już zajmować się tym „czymś”, co zniszczyło jej narzędzie pracy, czyli ciało, ale jednocześnie nie ma już na kim się wyżywać i okładać parasolką w chwilach złości.

W czasie nieobecności matki, piecze nad losem Josie przejmowała Willie – zaawansowana wiekowo, ale nadal dziarska i ostra burdelmama. Z wdzięczności, ale też z sentymentu do starszej pani, Josie przychodzi do agencji z rana, by posprzątać pozostałości po klientach z ostatniej nocy i zaparzyć „szefowej” kawę tak dobrze, jak tylko ona potrafi to zrobić.

Jedyną osłodą tego smutnego z pozoru życia prawie pełnoletniej już panny jest praca w księgarni, kontakt z literaturą (Josie zawstydziłaby niejednego recenzenta – czyta około sto pięćdziesiąt książek rocznie!) i obecność syna właściciela przybytku – Patricka. Z nikim innym tak dobrze się nie czuje i z nikim tyle jej nie łączy. Gdy ktoś wchodzi do sklepu, po wyglądzie i zachowaniu klienta obstawiają, z jakiego gatunku książkę wybierze, dając sobie umówione znaki – kładąc palce w odpowiedni sposób na ladzie. Cóż to za piękna przyjaźń!

Jednak na tym świat Josie się nie kończy. Pewnego dnia ktoś uświadamia jej, że może wiele osiągnąć, jeśli tylko zechce, że jej marzenia o studiowaniu na prestiżowej uczelni to nie są tylko mrzonki. Co prawda nauka kosztuje majątek i wymaga odpowiednich rekomendacji wysoko postawionych ludzi, ale od czego ma się głowę na karku? Głowę skrywającą umysł nader inteligentny, któremu nie brak przebiegłości, czasem bezczelności, uporu i sprytu. Gdy wszystko powoli zmierza w obranym przez Josie kierunku, nagle Dzielnicę Francuską (Nowy Orlean) obiega zatrważająca wieść o śmierci pewnego turysty, którego drogi zegarek oraz inne poszlaki wiodą detektywa zajmującego się tajemniczym zgonem właśnie do Jo…

I tak to spokojne życie naszej bohaterki przemienia się w pasmo kłamstw, oszustw i intryg. Ha! Nawet szantaż się znajdzie! Jednak Josie to dziewczyna, która nie da sobie w kaszę dmuchać – ma swój charakterek i zrobi wiele, by wybrnąć z trudnej sytuacji, w której się znalazła. Dlatego, spędzając czas z nową powieścią Sepetys, nie ma mowy o nudzie! Tempo akcji zbliżone jest do poziomu innych powieści osadzonych na początku lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, podobnie jak styl – dość charakterystyczny, stonowany i z ciekawie ukazanym tłem tego okresu (choć niemal bez politycznych akcentów).

Dwa ogromne plusy tej powieści, które szybko rzuciły mi się w oczy, to po pierwsze barwny i bogaty stylistycznie język, pełen metafor, porównań czy ironii, a po drugie świetnie skonstruowane, wyróżniające się postaci. Sama Josie nie jest grzeczna panienką, która pod naporem trudnego dzieciństwa zamyka się w sobie i godzi na wszystko, przeciwnie, jest na swój sposób dziarska i potrafi walczyć o swoje. Willie – starsza wiekiem burdelmama – mistrzostwo samo w sobie! Jak ona rządzi, jak trzyma krótko swoje pracownice!

– Myślisz, że siedzisz sobie pod gruszą? Ja tu sprzedaję seks![2]

Ta postać aż prosi się o przeniesienie na ekran kinowy. Kolejne pochwały należą się Sepetys za matkę Jo, czyli Louise – tak irytującej, okropnej i ohydnej pod względem charakteru baby (bo nazwanie jej kobietą byłoby w pełni niezasłużoną pieszczotliwością) dawno nie miałam okazji poznać.

Dla niektórych wątek kryminalny powieści, w którym omawiany jest tajemniczy zgon turysty może być mniejszym lub większym minusem, bo jest on wyjątkowo słabo rozwinięty. Jednak moim zdaniem to dobrze, bo obyczajowy wymiar powieści jest tu zdecydowanie ważniejszy.

Cóż mogę więcej dodać? Ruta Sepetys po raz drugi pozytywnie mnie zaskoczyła. W przypadku Szarych śniegów Syberii przyprawiła mnie o naprawdę duże wzruszenie (co mało któremu pisarzowi się udaje), natomiast Wyborami przyjemnie zaskoczyła i przypieczętowała swój bezsprzeczny talent literacki. Nie poszła za ciosem i nie powieliła, na fali popularności, swojej pierwszej powieści. Stworzyła coś zupełnie innego, co odbiega od Szarych śniegów… dosłownie wszystkim: klimatem, tematyką, umiejscowieniem akcji. Chociaż nie! Jedno się powtórzyło – intrygująca historia napisana świetnym stylem, która zapada w pamięć i pozostawia po sobie mocno zaakcentowane wspomnienie oraz poczucie, że właśnie przeczytało się jedną z lepszych powieści w danym roku (nawet biorąc pod uwagę fakt, że bieżący dopiero się zaczął).

No i mamy też przesłanie, aby dobrze zastanawiać się, zanim dokonamy jakiegokolwiek wyboru. Wszak to wybory właśnie kształtują nasze losy i wpływają na koleje naszego życia, które albo przyniesie nam nagrody za prawidłowo podjęte decyzje, albo wypnie się na nas swoją mniej przyjazną stroną i zabierze to, co mieliśmy najlepsze…

Ocena: 6/6

[1] R. Sepetys, Wybory, Nasza Księgarnia, Warszawa 2014, s., s. 5.
[2] Tamże, s. 35.


Oficjalna recenzja dla Lubimy Czytać - LINK.

wtorek, 11 marca 2014

Bridget Jones. Szalejąc za facetem - Helen Fielding






tłumaczenie: Katarzyna Karłowska , Jan Karłowski
tytuł oryginału: Bridget Jones: Mad About the Boy
wydawnictwo: Wydawnictwo Zysk i S-ka
data wydania: 3 marca 2014
ISBN: 9788377853924
liczba stron: 584



Dziś opowiem Wam historię pewnej znajomości, która tyczy się mnie i pewnej popularnej kobiety. Kobiety kochanej przez wielu i przez tyleż samo ludzi nienawidzonej. Cóż, to typ, który siłą rzeczy wzbudza emocje dość skrajne. O tych stonowanych mowy być raczej nie może. Nie w jej przypadku.

Bridget Jones, bo o niej mowa, poznałam dzięki dziennikowi, który skrupulatnie prowadziła w latach dziewięćdziesiątych. Przedstawiła mi się wtedy jako osoba bardzo nietuzinkowa w swojej prostolinijności, mocno roztrzepana, zabawna, bardzo emocjonalnie podchodząca do spraw damsko-męskich, szalenie mocno łaknąca miłości oraz zrozumienia i okazująca to wszystko w sposób nader osobliwy. Na przykład ładując się w związek bez przyszłości z lekkoduchem, któremu tylko jedno w głowie. Na szczęście aspekty damsko-męskie to nie jedyne (choć dominujące), które obecne są w życiu Bridget. Jest jeszcze aspekt silnego pragnienia osiągnięcia spektakularnego sukcesu na polu zawodowym: trafić do elity, być podziwianym i poważanym, ach… Jednak na tym polu, w efekcie końcowym, pojawia się więcej spektakularnych i jakże efektownych porażek niż zwycięstw. Jest też permanentna nienawiść do przybywających kilogramów i obezwładniające uzależnienie od wagi, słodyczy i sera. Mocne ciągoty do alkoholu też pojawiają się, ale uzależnieniem nazwać tego jeszcze nie trzeba.

W końcu koleje burzliwego życia Bridget biegną w kierunku serca Marka Darcy’ego, który związał się z nią na dłużej. Ktoś pomyśli, że skoro już wpadła w stateczne i odpowiedzialne ramiona Darcy’ego, to na pewno spoważniała i wydoroślała. Nie, nic z tych rzeczy. Nadal ładuje się w niesamowite kłopoty z racji swego roztargnienia i wrodzonego wariactwa, których szczytem jest pobyt w tajlandzkim więzieniu za przemyt narkotyków.

Czas jednak nie stoi w miejscu. Bridget lat przybywa i w tej chwili jest już po pięćdziesiątce (co niektórych dziwi, bo przekonanie o tym, że upływ czasu jej nie dotyczy jest bardzo silne wśród fanów). Jak donosi aktualna wersja jej dziennika, pt. Bridget Jones. Szalejąc za facetem, jest w tej chwili bogatą wdową z dwójką dzieci (Mabel i Billym), które charakterem zdają się bardziej przypominać matkę niż świętej pamięci ojca. Darcy, przed udaniem się na tamten świat, należycie zadbał o to, by Bridget już nigdy nie musiała pracować, ale ona sama nie zamierza z tego przywileju w pełni korzystać i oddawać się nieróbstwu. Stara się jak może, dwoi i troi, by stworzyć chwytliwy scenariusz, którym jakiś dobry producent się zainteresuje. Oczywiście nie tylko praca i dzieci są treścią jej życia. Jest matka i są starzy dobrzy znajomi, którzy nic się nie zmienili: Tom, Jude i Daniel. Ten ostatni nadal myśli i mówi tylko o jednym, ostro pije i, co tu kryć, reprezentuje gatunek podstarzałych playboyów.

źródło: http://www.filmweb.pl 
A Bridget? Czy się zmieniła? Naturalnie, fakt nagłej utraty małżeństwa oraz posiadania dwójki niesfornych dzieciaków ma znaczny wpływ na jej osobowość (okazuje się, że Bridget potrafi być dobrą i troskliwą matką), jednak wpływ ten nie pozbawia jej tego, co w niej charakterystyczne: nadal jest pozytywnie zakręcona, nadal nie przyswoiła sobie skróconej instrukcji obsługi faceta (a także telewizora, pilota, konsoli i innych cudów techniki) oraz podstawowych zasad randkowania. Nadal nadmiernie przeżywa wszystko, co związane z relacjami damsko-męskimi, cały czas walczy ze zbędnymi kilogramami (zapisuje się nawet do specjalnej kliniki) oraz ciągotami do alkoholu i tartego sera. Nowościami, które stara się rozgryźć, są dobrodziejstwa Internetu, tj. Twitter i portale randkowe. Uświadamia sobie też, że mimo wieku i faktu bycia matką nadal posiada potrzeby seksualne, więc szybko uskutecznia plan złowienia kogoś, kto przypomni jej jak to jest być młodą, szczęśliwą i zaspokojoną. I znajduje… niespełna trzydziestoletniego Adonisa o wyglądzie modela z okładek branżowych magazynów.

Szczerze powiem, że do pewnego momentu lektury byłam zirytowana faktem, że u Bridget nic się nie zmieniło poza wiekiem, że nadal jest postrzelona i nierozgarnięta. Że mając dzieci u boku, myśli tylko o tym, czy na Twitterze ma nowych obserwatorów, czy facet, z którym się umawia, napisał SMS, a jak nie to dlaczego, że nazywa go chłopczykiem… Myślałam, że to totalnie bez sensu wstawić psychikę niedojrzałej podfruwajki w ciało dojrzałej kobiety, ale już pod koniec lektury naszły mnie refleksje. Czy fakt, że Bridget ma ponad pięćdziesiąt lat i dwójkę dzieci odbiera jej możliwość życia pełną piersią? Czy ciało naznaczone piętnem czasu nie zasługuje na odrobinę przyjemności?

Znienacka zobaczyłam samą siebie jako jedną z tych starszych kobiet, które uparcie tkwią w domach za zaciągniętymi zasłonami i przez większość życia snują się przy świetle kominków lub świec, a gdy ktoś do nich przychodzi, malują krzywo usta[1].

Utarło się w ogólnej świadomości społeczeństwa, że kobieta w podobnej sytuacji, w której obecnie znajduje się Bridget, ma obowiązek być umęczoną Matką Polką (nie wiem czy inne kraje mają swój odpowiednik takowej) bez prawa do czerpania przyjemności z życia, którą należy zagonić w kąt i wyposażyć w różaniec. Czy ja też chciałabym w tym wieku mieć odgórnie narzucony zakaz na wszystko to, co nie wiąże się z faktem posiadania potomstwa i małżeństwa w przeszłości? Nie, nie chciałabym i dlatego cieszę się ostatecznie, że Bridget do końca pozostaje sobą – wraz ze swoimi wadami i zaletami, bo przecież za to ją pokochaliśmy, za to też ja doceniłam znajomość z nią.

Helen Fielding (źródło: okładka książki)
Sposób, w jaki Fielding opisała aktualne perypetie Bridget niczym szczególnym nie odbiega od tego z poprzednich dwóch części – nadal śledzimy je w formie dziennika, nadal mamy wstępy z aktualną wagą bohaterki, ilością spożytego alkoholu itd., jednak prawie sześćset stron to stanowczo za dużo jak na typowe babskie czytadło. Po czasie zaczyna nużyć, długie relacje z posiedzeń bohaterki na Twitterze męczą okrutnie, ale… lektury mimo to przerwać się nie chce i nie da. Grunt to zabrać się za nią w odpowiednim momencie, gdy naprawdę będziemy potrzebowali odskoczni od rzeczywistości i/lub lektur ciężkiego kalibru. Wtedy zasmakuje niczym delikatnie przesłodzone ciastko, które samo w sobie jest tak dobre, że mimo nadmiaru cukru nie jesteśmy w stanie uronić z niego ani okruszka. I taka jest Bridget.

Ocena, z sympatii do bohaterki: 4/6



[1] H. Fielding, Bridget Jones. Szalejąc za facetem, Zysk i S-ka, Poznań 2014, s. 293.

piątek, 24 stycznia 2014

"Sucha sierpniowa trawa" Anna Jean Mayhew





tłumaczenie: Paweł Lipszyc
tytuł oryginału: The Dry Grass of August
seria/cykl wydawniczy: Seria Kaszmirowa
wydawnictwo: Black Publishing
data wydania: 15 stycznia 2014
ISBN: 9788375366921
liczba stron: 304

Ameryka – kontynent mlekiem i miodem płynący. Symbol wolności, wielkich możliwości i spełniania marzeń. Przodująca pod względem tolerancji maści wszelakiej. W dzisiejszych czasach jakoś trudno wyobrazić sobie, że nie tak znowu dawno temu było zupełnie inaczej. Ameryka była miejscem, w którym istniało ogromne zapotrzebowanie na czarnoskórych niewolników – w bezwzględny sposób wykorzystywanych do katorżniczej pracy, pozbawionych w praktyce wszelkich praw. Trudno uwierzyć, że tak wyglądała Ameryka lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, a jednak…



Po takie właśnie tło historyczne i taki wątek, czyli nietolerancji na tle rasowym, sięgnęła amerykańska pisarka Anna Jean Mayhew, debiutująca w wieku – uwaga! – siedemdziesięciu jeden lat powieścią „Sucha sierpniowa trawa”, którą w ostatnich dniach miałam przyjemność czytać. Historia opowiadana jest przez trzynastoletnią June, zwaną Jubie, i rozpoczyna się tuż przed podróżą bohaterki na Florydę w odwiedziny do wujka Taylora. Towarzystwo w tej podróży jest liczne – jej starsza siostra Stella, młodsza Pudding, braciszek Davie, w roli kierowcy mama, Paula i Mary – czarnoskóra pomoc domowa oraz opiekunka do dzieci w jednym.

Wszechobecny rasizm, którym przepełnione są karty powieści, daje o sobie znać bardzo szybko. W stanie Georgia powitał je napis:

MURZYNI Przestrzegajcie godziny policyjnej! Po zachodzie słońca! TYLKO DLA BIAŁYCH[1]

Młodziutka Jubie nie mogła pojąć, o co w tym wszystkim chodzi. Skąd te podziały? Dlaczego ludzie o ciemnej skórze są tak źle postrzegani? Przecież Mary jest taka wspaniała, kochana i pomocna… Wiele pytań roiło się w głowie Jubie, ale nie mogła nigdzie znaleźć na nie odpowiedzi – umysł nastolatki nie mógł poradzić sobie ze zrozumieniem istoty rasizmu. Ale to nie jedyny problem, z jakim musiała się zmierzyć: dochodzi też podejrzany smutek mamy, dziwne napięcie w domu między rodzicami, szepty, a czasem nerwy i kłótnie, znikąd pojawiające się słowa „cudzołóstwo” czy „dziwka”… I to wszystko dziwnie łączące się z osobą ojca…

Jedyną ostoją dla młodej bohaterki w tej trudnej rzeczywistości, gdy jedna tajemnica goni kolejną i pełno jest niedomówień oraz przemilczanych tragedii, staje się właśnie Mary – dziewczyna do pomocy. Mimo że dzieli je znaczna różnica wieku, to jest ona dla Jubie kimś w rodzaju przyjaciółki. Dlatego świat tej dojrzewającej dziewczyny mocno chwieje się w posadach, gdy Mary dzieje się krzywda…

Tak wygląda pokrótce fabuła debiutu Mayhew. Debiutu, który mnie może nie tyle zaskoczył, co pozostawił po sobie bardzo miłe wrażenie. Jest to bowiem spokojna, wyważona powieść obyczajowa, która nie epatuje emocjami bohaterów, a porusza bardzo głębokie i ważkie tematy, tj. problem rasizmu (przecież nadal tak aktualny), kłamstwa, zdrady… Wszystko to ma miejsce w świecie widzianym oczyma bohaterki dopiero wkraczającej w dorosłość. W świecie, w którym panuje społeczne przyzwolenie na piętnowanie kolorowych: nie mogą na przykład myć się w łazienkach przeznaczonych dla białych, często nie wolno im spać z nimi w tym samym pomieszczeniu i broń Boże! nie mogą korzystać z tych samych toalet. Że o fizycznym znęcaniu się nad czarnoskórymi nie wspomnę…

I to ten społeczny wymiar powieści jest w tym przypadku najważniejszy. Mnie co prawda zabrakło w niej choć odrobiny żywszego tempa akcji, jako że jestem przyzwyczajona do tekstów, które podnoszą ciśnienie, ale to tylko moje subiektywne odczucie, wynikające z osobistych preferencji – nie powinniście się nim kierować przy wyborze tej lektury.

„Sucha sierpniowa trawa” to mocna pozycja w ofercie nowej oficyny wydawniczej Black Publishing, powołanej do życia przez wydawnictwo Czarne. Przypadnie ona do gustu fanom zmuszających do głębszej refleksji powieści obyczajowych, których akcja osadzona jest w realiach Ameryki lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku.

Ocena: 4.5/6





[1] A. Mayhew, Sucha sierpniowa trawa, Black Publishing, Wołowiec 2014, s. 19.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Black Publishing.


piątek, 6 grudnia 2013

"Kłamstwa" Diane Chamberlain




tłumaczenie: Maciejka Mazan
tytuł oryginału: The Lies We Told
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 6 września 2011
ISBN: 978-83-7648-907-0
liczba stron: 352


Każda rodzina ma swoją historię. Najpiękniejsze jest to, że te historie są nakreślone na piasku, nie wykute w granicie. To cudowne – ponieważ możemy je zmieniać. Możemy uwolnić się od kłamstw i spojrzeć w oczy prawdzie. I żyć dalej.[1]

Jednak czy zawsze tak jest? Czy każde kłamstwo jesteśmy w stanie wepchnąć w najciemniejszy i najodleglejszy kąt naszej pamięci? Czy wszystko jesteśmy w stanie wybaczyć? Zdaje się, że to rzecz bardzo indywidualna – ile ludzi, tyle odpowiedzi na te pytania. Nic więc dziwnego, że niedawno poznana przeze mnie pisarka, Diane Chamberlain, postanowiła osobiście przyjrzeć się zjawisku kłamstwa i zbadać jego siłę rażenia przy pomocy wykreowanej przez siebie historii. A wszystko zaczęło się tak…

Karolina Północna w USA. Wybrzeże nawiedza wyjątkowo silny huragan, który sieje spustoszenie i niszczy wszystko, co spotka na swojej drodze. Niektórych ludzi pozbawia nie tylko dorobku, ale także życia, a w najlepszym przypadku wywołuje znaczący uszczerbek na zdrowiu. Pomoc lekarska jest na wagę złota, dlatego Rebecca Ward – ceniona i utalentowana lekarka – nie zastanawia się zbyt długo z podjęciem decyzji o wyjeździe w rejony kataklizmu. Namawia do tego również swoją młodszą siostrę Mayę (także lekarkę). Jednak Maya – tak skrajnie odmienna od swojej siostry: krucha, delikatna i lękliwa – bardzo obawia się wyjazdu w tak niebezpieczne miejsce; nie chce też porzucać pracy, która jest dla niej ostoją. Ostatecznie Rebecca wyjeżdża w towarzystwie męża siostry – Adama.

Na miejscu zastają wszystko, czego się spodziewali, jednak na znacznie większą skalę – ogromne rozmiary zniszczeń, ludzkie cierpienie, śmierć… Pomimo to podejmują starania, by uratować każde istnienie ludzkie. W tym czasie Maya ponownie rozważa możliwość wyjazdu do Karoliny Północnej, aż pewnego dnia podejmuje decyzję.

Zdaje się, że podświadoma niechęć Mayi do przedsięwzięcia nie wzięła się znikąd, bo już na początku pobytu młodej lekarki w rejonie dotkniętym klęską żywiołową rozgrywa się tragedia. Helikopter, którym podróżowała (wraz z pacjentami), wpada do rwącej rzeki. I od tej pory siostry wiodą osobne życie. Rebecca – przekonana, że jej siostra nie żyje – stopniowo zbliża się do Adama. Pomiędzy nimi rodzi się uczucie, na jaw wychodzą nieznane im wcześniej fakty z życia siostry, które skrzętnie ukrywała pod osłoną kłamstw. Z kolei Maya stara się odnaleźć w nowej rzeczywistości, w której przyszło jej żyć, i planuje wydostać się z początkowo przyjaznego miejsca, odsłaniającego z czasem swoje mroczne oblicze…

Choć powyższy opis fabuły pewnie wyda się Wam bardzo obszerny (a może nawet nazbyt?), to wierzcie mi – jest to zaledwie mały wycinek z całości akcji. Dzieje się tu szalenie dużo! To nie jest kolejna słaba opowiastka o zakazanym uczuciu i kłamstwach, choć i jedno, i drugie jest fundamentem tej historii. Na bazie uczuć i tego, co jest nam tak dobrze znane, autorka stworzyła niebanalną opowieść z naprawdę interesującą otoczką.

Diane Chamberlain
źródło: www.proszynski.pl
Sama konstrukcja przedstawionej relacji też nie jest banalna – o tym, co dzieje się u Rebecki, dowiadujemy się za pośrednictwem narracji trzecioosobowej, kolei Maya sama opowiada nam o swoich losach. Początkowo obawiałam się, że pisarka użyła takiego chwytu, aby czytelnik od razu i nieświadomie bardziej przywiązał się do Mayi. Okazało się, że na szczęście obie bohaterki stały mi się bardzo bliskie; także Rebecca zyskała moją sympatię, mimo że jej zachowanie niejednokrotnie wydawało mi się niewłaściwe.

A co mogę powiedzieć o zakończeniu? Moim zdaniem to chyba największy i jedyny minus tej książki. Jest zbyt nierealne i chyba trochę za „słodkie”, ale… to tylko moja własna, subiektywna ocena. Dla Was, drodzy, może być ono jednym z najlepszych zakończeń, jakie w życiu czytaliście.

Co dodać na koniec? Chyba tylko to, że pani Chamberlain po raz kolejny mnie nie zawiodła. Znów jej książkę czytało mi się wyśmienicie i sama nie wiem, kiedy ją skończyłam, wprost pochłonęłam jednym tchem. Myślę, że Diane Chamberlain ma szansę zostać jedną z moich ulubionych powieściopisarek – niechaj tylko wezmę do ręki jej kolejną powieść i znów się nią zachwycę.

Ocena: 4/6




[1] D. Chamberlain, Kłamstwa, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011, s. 348.


Już tylko do północy macie szansę na wygranie książki Neda Vizziniego i Chrisa Columbusa pt. "Dom tajemnic"! KLIK

środa, 19 czerwca 2013

"Sekretne życie CeeCee Wilkes" Diane Chamberlain


"The Secret Life of CeeCee Wilkes" Diane Chamberlain


tłumaczenie: Tomasz Wilusz
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 5 lutego 2013
ISBN: 978-83-7839-442-6
liczba stron: 544




Pani Picoult, ma pani godną konkurentkę!



Diane Chamberlain to Jodi Picoult amerykańskiego południa. 
Tak głosi okładka książki, z jaką w ostatnich dniach spędzałam czas. Z Jodi Picoult jako pisarką miałam (jak do tej pory) do czynienia tylko raz przy okazji lektury „Świadectwo prawdy”. Podobnie jak z panią Chamberlain, ale zgodnie z głosem mojego sumienia śmiało mogę powiedzieć, że zdanie z okładki jest mocno przesadzone. Diane zdecydowanie przerosła Jodi!

Zanim przejdę do wyrażenia mojego zachwytu nad pisarstwem tej amerykańskiej autorki (choć nie bez nutki goryczy), opowiem co nieco o fabule „Sekretnego życia CeeCee Wilkes” (bo to o tym tytule mowa). Wierzcie mi, że opowiedzenie o tej książce w taki sposób, by nie zdradzić za dużo, a jednocześnie zainteresować Was nią, nie będzie łatwe, ale podejmę to wyzwanie.

Mamy rok 1977. Świat obiega zatrważająca informacja: ciężarna żona gubernatora Russella, Genevieve, została porwana. Choć żądania przestępców (Timothy’ego Gleasona i jego brata) szybko stają się znane, to cała historia nie kończy się dla kobiety pomyślnie. Dwadzieścia lat później zostają odnalezione szczątki ofiary, jednak nie ma przy nich najmniejszego śladu po jej dziecku. 


CeeCee Wilkes – mimo że w czasie, gdy o tej sprawie było bardzo głośno, miała zaledwie szesnaście lat – wie o niej bardzo dużo. Posiada informacje, które mogą wstrząsnąć światem, jednak wyjawienie ich stanowi zagrożenie dla niej samej oraz jej rodziny. Z kolei wyjście prawdy na jaw może przyczynić się do uratowania życia Timothy’ego, który został oskarżony o morderstwo kobiety. Czy w CeeCee górę weźmie sumienie i nie pozwoli ona na skazanie na śmierć mężczyzny? A może zamilknie na zawsze i do końca swoich dni będzie żyć z piętnem kłamstwa oraz poczuciem odpowiedzialności za wyrok śmierci, któremu można było zapobiec?

Pytań, jakie pojawiają się już na początku lektury, jest bardzo wiele, a odpowiedzi na nie… są szalenie ciekawe! Z ręką na sercu przyznaję, że już dawno nie czytałam tak dobrej prozy obyczajowej! A pamiętacie chyba, jak całkiem niedawno marudziłam, że nie mogę trafić na naprawdę dobry tytuł należący do tego typu literatury? I w końcu się udało! Przyszło mi na to trochę poczekać, ale było warto.

Ogromnym i najważniejszym plusem tej książki jest wartka akcja. W powieści niemal cały czas coś się dzieje, coś się zmienia, pojawiają się komplikacje, zagrożenia, problemy, ale też momenty ukojenia w chwilach szczęścia bohaterów. Ponadto autorka doskonale wiedziała, kiedy powinna bardziej szczegółowo opisać niektóre fakty, a kiedy przyspieszyć relację i przeskoczyć w kolejnym rozdziale do wydarzeń z następnego roku. Zniwelowało to do zera uczucie znużenia lekturą – nie zaznałam go przy poznawaniu życia CeeCee ani razu. 

Czy są jeszcze jakieś plusy? Naturalnie: jak na porządną „obyczajówkę” przystało – sporo emocji. Niemal w każdej chwili życia tytułowej bohaterki wiemy, co dzieje się w jej głowie i sercu. Wczuwamy się w jej sytuację, wręcz dorastamy wraz z nią! Uczymy się życia, cieszymy się nim oraz popełniamy z te same błędy, w końcu słono za nie płacąc.

Na początku mojej recenzji wspomniałam, że powieść Chamberlain ma pewną rysę. Chociaż nie jest ona zbyt pokaźnych rozmiarów, to jednak znacznie zaniża końcową ocenę powieści. Otóż w związku z głównym wątkiem fabuły nie mogłam wyzbyć się poczucia nierealności niektórych z zaprezentowanych zdarzeń. Do tego dochodzi fakt przeraźliwej naiwności głównej bohaterki. Muszę jednak przyznać, że akcja wciągnęła mnie w swój wir tak mocno, że postanowiłam nie być zbyt drobiazgowa, przymknąć oko na te uchybienia i dałam się ponieść opowieści. I co? I naprawdę tego nie żałuję. Wiem też, że to na pewno nie ostatnie moje spotkanie z panią Chamberlain. 

Diane Chamberlain
źródło: www.lubimyczytac.pl



Książkę tym razem polecam każdemu, bez wyjątku! Nawet tym, którzy za „obyczajówkami” nie przepadają – możecie być naprawdę mile zaskoczeni tą lekturą. Zupełnie jak ja sama.

Ocena: 4.5/6











środa, 14 grudnia 2011

"Sekretny język kwiatów" Vanessa Diffenbaugh


Na świecie funkcjonuje obecnie cała gama języków, przy pomocy których porozumiewają się ludzie. Są jednak momenty, w których jakiekolwiek słowa stają się zbędne, gdyż same czyny mają siłę, by o wszystkim powiedzieć. Nie brak też w naszym życiu chwil, kiedy nie trzeba nawet używać słów czy wyrażać myśli poprzez działanie – wystarczy bowiem tylko spojrzeć drugiej osobie głęboko w oczy i z nich czytać …
A gdyby tak coś innego mogło mówić za nas?

Oczywiście, coś takiego istnieje i przynajmniej raz w życiu każdy z Was zetknął się tą specyficzną mową. Kto nie dostał lub nie wręczył nigdy czerwonej róży wyrażającej płomienne uczucie? Zresztą wręczanie kwiatów, nawet bez znajomości ich symboliki, niesie ze sobą ogromne przesłanie. Pokazują one jak cenna jest dla nas osoba, którą nimi obdarowujemy.


Victoria, bohaterka mojej kolejnej lektury, doskonale o tym wie – zna siłę języka kwiatów. Sama porozumiewa się za ich pomocą z otaczającym ją światem. Najpierw nie do końca świadomie, ale z czasem co raz lepiej poznaje ich istotę, współistnieje z nimi, by następnie z pasją zdobywać wiedzę na ich temat, wyszukiwać wiadomości o nich niemal w każdej książce, w czasie rozmowy z każdą napotkaną osobą, która również zna ten język.

Skąd u Victorii taki a nie inny system wyrażania uczuć? Cóż… los nie był dla niej łaskawy. Jako dziecko została porzucona przez biologiczną matkę i odkąd sama pamięta, tułała się od jednej rodziny zastępczej do drugiej. Nie była łatwym dzieckiem i nie starała się, by któraś z tych rodzin zechciała ją zatrzymać na zawsze. W końcu trafiła na Elizabeth…

Losy Victorii nie są jednak opisane w schematyczny sposób – od dzieciństwa do dorosłości. Te dwa etapy przeplatają się nawzajem, co znacznie ułatwia zrozumienie krnąbrnego charakteru dziewczyny. I tak, lawirując pomiędzy jej wczesną młodością a dojrzałością, czytelnik dociera do momentu, w którym ta specjalistka od języka kwiatów poznaje swojego męskiego odpowiednika - Granta. Czy poczuje się zagrożona, gdy obcy mężczyzna wkroczy w jej sekretny świat, czy też może zawiąże się między nimi swoista nić porozumienia? Sprawdźcie sami…

Ja, kuszona ogromną ilością pozytywnych recenzji przeczytanych na temat tej książki, zaryzykowałam i sprawdziłam, jaki będzie bieg wydarzeń w życiu Victorii. I cóż…? Przepadłam w jej świecie... Książki co prawda nie charakteryzuje szczególny, poetycki styl, ale zdaje się bić z jej kartek jakieś przyjemne ciepło. „Sekretny język kwiatów” kryje niepowtarzalną magię, która jest w stanie poruszyć najczulsze struny serca chyba każdej kobiety (bo najlepiej przemówi ten tytuł właśnie do kobiet, ale mogę się mylić).

Nie dziwi mnie już wcale powszechny zachwyt pozycją pani Diffenbaugh. Bardzo klimatyczna fabuła, interesujące postaci, a całość utworu zamknięta w pięknej oprawie graficznej po prostu muszą zrobić wrażenie! Kto się jeszcze nad tą lekturą zastanawia, niech natychmiast przestanie i czym prędzej rozpocznie jej poszukiwania. A panowie? Proszę, obdarujcie tą książką swoje kobiety i dołączcie do niej kwiaty…

Ocena: 6/6