Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stephen King. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stephen King. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 stycznia 2015

Przebudzenie - Stephen King





tłumaczenie: Tomasz Wilusz
tytuł oryginału: Revival
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 13 listopada 2014
ISBN: 9788379610709
liczba stron: 536


Każdy, kto choć raz w życiu zainteresował się biografią Stephena Kinga, każdy, kto prześledził jego losy na polu prywatnym i literackim, zapewne spotkał się ze stwierdzeniem, że jego powieści zbudowane są na fundamentach z jego własnych fobii. Ciekawa forma autoterapii? A może skrajny masochizm? Czym by to nie było, nie zmienia to faktu, że osiągnęło już punkt kulminacyjny. Skąd ten wniosek? Stąd, że ostatnia powieść Mistrza, pt. Przebudzenie, która ukazała się na naszym rynku, już nie bazuje na lękach tylko samego pisarza. Bazuje na lękach nas wszystkich.

Narratorem tej powieści autor uczynił Jamiego Mortona, mężczyznę w słusznym już wieku, który nim odejdzie z tego świata, chce opowiedzieć nam swoją mroczną historię. Opowieść rozpoczyna, sięgając do czasów, kiedy był małym chłopcem i mieszkał wraz z rodzicami i rodzeństwem w małej miejscowości w Nowej Anglii. Lada dzień spodziewano się tam przybycia nowego pastora, co było dużym wydarzeniem dla religijnej rodziny Mortonów. Gdy Charles Jacobs wreszcie przybył na miejsce, większość mieszkańców Harlow obawiała się, czy ten młody człowiek podoła tak trudnemu zadaniu, jakim jest poprowadzenie ich kościoła, ale jak szybko okazało się, nie było ku temu podstaw – pastor świetnie wypełniał powierzone mu obowiązki. Jednak do czasu. Pewnego dnia dramat, który dotyka Jacobsa, diametralnie zmienia jego nastawienie do wiary i religii, co definitywnie kończy jego posługę w parafii miasteczka.

Czas mija. Mały Jamie staje się dorosłym mężczyzną. Nie żyje spokojnie i zgodnie z kanonami wiary, za to w jego życiu nie brak atrakcji i silnych wrażeń. Nie stroni od używek i grania na gitarze tam, gdzie zechcą go posłuchać, choć tych miejsc z dnia na dzień jest coraz mniej. Gdy już dotyka dna i zdaje się, że nie ma dla niego ratunku, na jego drodze staje… przeszłość – fanatyczna, przerażająca i wyniszczająca.

Tak jak miałam problem z pozbieraniem swoich myśli (i szczęki z podłogi) po zakończonej lekturze, tak teraz mam problem z przelaniem ich w to miejsce. King mnie poraził, moi drodzy! Poraził tak mocno, jak już dawno tego nie zrobił (kilka ostatnich jego powieści było w moim odczuciu co najwyżej dobrych). Nie zrobił tego jednak za pomocą scen rodem z rasowego horroru, nie nastraszył mnie kosmicznymi stworami czy nawiedzonym autem. Mistrz tym razem postawił na straszenie czymś, wobec czego obawy żywi każdy z nas (myślę, że bez wyjątku).

Wiele z recenzji, które miałam okazję przeczytać, sugerowały, że Przebudzenie w większości jest przegadane, że jest typowym dla Kinga słowolejstwem, a dopiero zakończenie powieści daje czytelnikowi mocno popalić. O ile z zarzutem słowolejstwa jestem w stanie się zgodzić (ten pan już tak ma i ja m.in. za to właśnie kocham jego twórczość), o tyle ze stwierdzeniem, że bać możemy się dopiero na końcu – już nie. Stać się to może (i w moim przypadku tak właśnie było) dużo wcześniej za sprawą pastora Jacobsa (Straszne Kazanie), który w mocny i dosadny sposób otwiera oczy czytelnika na jeden z najważniejszych dla świata tematów. King za pomocą swojej postaci bardzo mocno sygnalizuje zagrożenie zeń wypływające, daje do myślenia i zwyczajnie przeraża prawdą, którą podaje nam w surowej formie.

A zakończenie to istny majstersztyk. To, co serwuje nam Mistrz, przechodzi najśmielsze oczekiwania, przyprawia o gęsią skórkę i drżenie rąk. Na długo po zakończonej lekturze (jeśli nawet nie do końca życia) będę zadawać sobie wciąż to samo pytanie: a co jeśli King ma rację? Co jeśli to, co wpaja się nam od dzieciństwa, w co wiarę umacniamy latami – to jedna wielka ułuda? Jeśli to prawda (a przypominam, że niektóre powieści Mistrza były na swój sposób prorocze), to King brutalnie obdziera każdego czytelnika Przebudzenia ze wszelkich złudzeń, marzeń a nawet nadziei. King – to sadysta z piórem w ręku… Sadysta, którego ja, jego oddana masochistka, wielbię jeszcze mocniej.

Każdego, kto zdecyduje się sięgnąć po najnowszą powieść Mistrza, ostrzegam, że po zakończeniu tej lektury może zrobić się Wam w głowach niezły bałagan, nad którym niełatwo będzie zapanować. A wśród tego chaosu prym będzie wiódł tylko jeden cytat:

Coś. Się stało. Coś się stało (…) Coś, coś[i].

Dlaczego ten? Zrozumiecie, gdy przeczytacie…




[i] S. King, Przebudzenie, Prószyński i S-ka, Warszawa 2014, s. 232.


Ocena: 5.5/6


poniedziałek, 20 października 2014

Życie i czasy Stephena Kinga - Lisa Rogak





tłumaczenie: Robert Ziębiński
tytuł oryginału Haunted Heart: The Life and Times of Stephen King
wydawnictwo: Albatros
data wydania: 8 października 2014
ISBN: 9788378859864
liczba stron: 400


Czasami człowiek musi… Inaczej się udusi… Uuu… Tak mógłby podśpiewywać sobie Stephen King, gdyby znał piosenkę Jerzego Stuhra. Bo King naprawdę musi… Musi pisać niemal codziennie – a nie tylko czasami – by nie zwariować, by znów nie sięgnąć po wódę i kokę, by jego fani nie zrobili mu zbiorowego najazdu na willę w Bangor (stan Maine) i by w akcie desperacji nie cięli swoich rąk kartami jego powieści. Musi pisać, by żyć – przesadziłam? Niekoniecznie, ale do tego jeszcze wrócę.

Stephen Edwin King – postać kluczowa niniejszego tekstu jak i nieautoryzowanej biografii, którą czytałam w ostatnich dniach, pt. Życie i czasy Stephena Kinga autorstwa Lisy Rogak. Swoiste perpetuum mobile literatury popowej urodzone 21 września 1947 roku w Portland, w stanie Maine. Człowiek, który o mały włos w ogóle nie przyszedłby na świat – wszak jego matka, Nellie Ruth Pillsbury, miała być bezpłodna. Jednak jakaś niewidzialna siła (Bóg/przeznaczenie/przypadek) bardzo chciała, by malutki Steve pojawił się wśród nas. Może gdzieś tam w gwiazdach było zapisane, że ten chudy, nadzwyczaj szybko rosnący chłopak w okularach ze szkłami jak dwa denka od butelek ma zawojować świat literatury? Co by to nie było, nie zmienia to faktu, że talent Kinga ujawnił się szybko – w zasadzie już na początku czasów szkolnych (już wtedy pochłaniał książkę za książką), kiedy napisał swoje pierwsze opowiadanie. Jako dorastający chłopiec swoje teksty rozsyłał do różnych czasopism i wcale nie zrażał się ich odmową publikacji lub zwyczajnie – brakiem odpowiedzi. Pisał jak natchniony dalej.

Gdy obowiązek uczęszczania do szkoły już się skończył, a mały Steve stał się pełnoletnim Stephenem, wcale nie zrezygnował z edukacji. Wszak to ona pomogła mu w oszlifowaniu talentu, który odziedziczył w genach (po ojcu, który… również rozsyłał swoje teksty do czasopism). King rozpoczął studia na Uniwersytecie Maine w 1966 roku, a już dwa lata później poznał swoją obecną żonę, Tabithę, z którą ma trójkę dzieci: córkę Noami Rachel oraz dwóch synów, Josepha Hillstorma i Owena.

Poślubiłem ją dla ciała. Choć nie, tak naprawdę poślubiłem ją dla jej maszyny do pisania[1].

Tak pewnego razu powiedział King. Ja dodałabym do tego jeszcze, że poślubił Tabithę, by jego ziemski anioł stróż ciągle nad nim czuwał. Gdyby nie ona, jej stanowczość i ostatecznie twardy warunek, który mu postawiła (czyli: albo ona i dzieci albo nałogi), to Mistrza zwyczajnie mogłoby już nie być na ziemskim padole. Osobiście jestem pełna uznania dla niej – nie wiem, czy będąc na jej miejscu zniosłabym tyle lat życia u boku alkoholika i – nie bójmy się powiedzieć wprost – ćpuna. Między innymi także to potwierdza fakt, że są parą dobraną idealnie, a to, co ich łączy, to – banalnie mówiąc – ta prawdziwa miłość.

Nałogi – to niejedyne zagrożenie życia, które spotkało Stephena. Jak większość wytrawnych fanów jego twórczości wie, w 1999 roku King został potrącony przez samochód. Tylko łut szczęścia sprawił, że nie zginął wtedy na miejscu, a „jedynie” odniósł kilka poważnych obrażeń, z których leczył się przez długi czas i przez które wpadł w kolejny nałóg. Nadszedł taki czas w rekonwalescencji pisarza, że zaczął zwyczajnie symulować ból, by tylko móc zażyć kolejną dawkę leków.

Na szczęście i z tym nałogiem wygrał. Został mu jednak jeden, który nie daje mu spokoju po dziś dzień. Chodzi oczywiście o pisanie – choroba nie do pokonania w jego życiu. Ciągłe „pisarskie rozwolnienie”, jak mówi sam Mistrz. Coś, co najpewniej (tuż obok Tabithy i dzieci) ratuje mu życie każdego dnia. Bo King – to człowiek pełen lęków (jego fobiami można by obdzielić kilka osób), z obecnymi często w jego życiu myślami samobójczymi. I gdyby nie świat literatury, w którym na bieżąco rozprawia się z tym, co go przeraża, gdzie ukatrupia potwory ze swojej własnej szafy, to najpewniej już dawno przed jego nazwiskiem można by dodawać skrót „Ś.P.”

Kiedyś, na jednej z konferencji prasowych King powiedział, że wszystko go przeraża. I na tym właśnie zbudował swoje życie, swoje dzieła i markę, jaką samą w sobie się stał. I co pozostaje jego fanom? Chyba tylko życzyć mu wszystkiego przerażającego, bo dzień, w którym King przestanie się bać, najpewniej będzie ostatnim, w którym zechce coś napisać – tak mniemam.

Na koniec jeszcze słów kilka o samej biografii. Zagorzałych fanów Mistrza na pewno interesuje, czy po tej lekturze wyniosą jakieś nowe o nim informacje. Otóż nie. Nie nastawiajcie się na zalew nowych newsów z życia Kinga – jeśli traficie na coś, o czym jeszcze nie słyszeliście czy nie czytaliście, to z pewnością będzie to jakiś drobny epizod czy anegdotka z jego życia. Są też mniejsze lub większe rozbieżności „w zeznaniach”, bowiem okoliczności powstania Bastionu są nieco inne wg słów samego Kinga a inne u Rogak. Rage, który miał być rzekomą inspiracją dla Michaela Carneala (który zastrzelił trzech uczniów w liceum Heath w West Paducah), według znanych mi informacji zostało znalezione w jego pokoju, z kolei według Rogak – w szkolnej szafce. Jednak wyjątkowo czepliwym chyba nie należy być odnośnie tej biografii – w końcu brak jej autoryzacji. Ogólnie czyta się ją bardzo dobrze i szybko, Rogak całkiem zgrabnie zebrała i połączyła w całość różne teksty dotyczące Kinga (choć nie zawsze w sposób idealnie spójny).

Książka będzie całkiem dobrym wyborem dla osób zainteresowanych życiem jak i fenomenem Stephena Kinga, z tym że bardziej dla tych, którzy historii jego życia w małym palcu jeszcze nie mają. Fani Kinga niczego nowego tu nie znajdą, może nawet będą nieco rozczarowani małą liczbą zdjęć (tak jak ja sama), ale dla przysłowiowego sportu przeczytać twór Lisy Rogak jak najbardziej mogą.

Ocena: 4/6




[1] L. Rogak, Życie i czasy Stephena Kinga, Albatros Andrzej Kuryłowicz, Warszawa 2014, s. 101.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Albatros Andrzej Kuryłowicz.

wtorek, 15 lipca 2014

Stephen King. Sprzedawca strachu - Robert Ziębiński




wydawnictwo: Replika
data wydania: 16 kwietnia 2014
ISBN: 9788376742847


Dziwię się, naprawdę dziwię się, że dopiero w tym roku ukazała się polska książka na temat twórczości Stephena Kinga. Może nikt nie czuł się na siłach, by podjąć się tematu? Może ktoś już na to czaił się, ale przerósł go pokaźny dorobek pisarza? Może powody były też zupełnie inne, jednak ważne jest to, że w końcu ktoś podjął wyzwanie. Zrobił to nie kto inny jak jeden z fanów Króla, mianowicie Robert Ziębiński. Trzeba tu niezwłocznie zaznaczyć, że Ziębiński nie napisał typowej biografii Stephena, choć wątków z często niełatwego życia pisarza w książce pt. Stephen King. Sprzedawca strachu nie brakuje, szczególnie tych, które miały znaczący wpływ na jego twórczość. Autor pokusił się o stworzenie książki będącej swoistym niezbędnikiem dla każdego, kto chce zaznajomić się z ekranizacjami utworów Kinga.

Carrie
Trzeba przyznać, że Ziębiński zabrał się do rzeczy z głową, przemyślał, jak książka powinna wyglądać, by po pierwsze, była jak najbardziej czytelna w przekazie, po drugie, nie nudziła a po trzecie, nie wprowadzała zbędnego chaosu w opisie kolejnych ekranizacji tytułów Kinga, których jest multum. Autor w swoim pokaźnych rozmiarów wstępie tłumaczy nam, za co uwielbia Kinga i krok po kroku to uzasadnia. Potem rozpoczyna dość zwięzłą, ale ciekawą podróż po tytułach Mistrza, które zostały przeniesione na ekran kinowy lub telewizyjny. Nie mogło tu zabraknąć kilku słów o nieśmiertelnej i jedynej w swoim rodzaju ekranizacji Carrie w reżyserii De Palmy (która tak naprawdę otworzyła pisarzowi drzwi do kariery – nie sama książka), znienawidzonego przez samego Kinga Lśnienia Kubricka (Nicholson zadeklarował, że już nigdy więcej nie wystąpi w adaptacji prozy Kinga i jak dotąd słowa dotrzymuje), kultowego Cujo czy Christine.

Lśnienie
Ziębiński przypomina jakże szczytną ideę zapoczątkowaną przez Mistrza, zwaną dolar babies. Najkrócej mówiąc, miała ona na celu wspieranie młodych twórców poprzez odsprzedawanie im praw do tekstów Kinga, na podstawie których powstawały filmy krótkometrażowe. Zliczenie wszystkich tych produkcji jest nie lada wyzwaniem nawet dla wytrawnego fana pisarza, a już tym bardziej obejrzenie ich i opisanie, co Ziębiński na szczęście sobie darował, wybierając tylko kilka tytułów. Dalej autor wraca do kolejnych mniej lub bardziej dochodowych obrazów pełnometrażowych, kierując się ku czasom, w których alkohol i narkotyki stały się dla pisarza nieodzownym elementem codzienności.

W związku z uzależnieniem Kinga tym bardziej szokuje mnie, że w tak trudnym dla niego okresie powstała tak dobra książka jak Misery, która w momencie powstania była swoistym wołaniem o pomoc (swoją drogą, wiedzieliście, że zakończenie książki miało być dużo bardziej krwawsze i dramatyczne? Nie zdradzę Wam, jak miało wyglądać, ale powiem tylko, że świnka, którą hodowała psychopatyczna fanka pisarza, miałaby małe co nieco do przekąszenia…). Podobne odczucia mam względem chyba cały czas niedocenianej u nas Dolores Claiborne, której jestem dozgonną fanką – świetna książka, świetna ekranizacja ze znów mistrzowską rolą Kathy Bates.

A wiecie może, która z książek (jak i ekranizacji) Kinga uchodzi za najgorszą? Pewnie część z Was domyśla się, że chodzi o Stukostrachy – książkę worek, do której wrzucono niemal wszystko, co można było wrzucić – z UFO na czele. Sam Mistrz uważa tę pozycję za jedną ze swoich najsłabszych, ale po trosze może to tłumaczyć fakt, iż pisana była w narkotyczno-alkoholowym transie (nie każdemu twórcy stan odmiennej świadomości może służyć).

Misery
Ziębiński – a propos omawiania wielkiego kinowego hitu, czyli Zielonej mili – zwraca na pewną jakże znaną mi a jednak nieporuszaną jak dotąd kwestię. Znacie tych „wielkich znawców” i „fanów” twórczości Kinga, którzy zapytani o to, które z jego tytułów lubią najbardziej odpowiadają, że Zieloną milę, Skazanych na Shawshank i od biedy Lśnienie a więcej tytułów nie są w stanie sobie przypomnieć? To – jak pisze autor – „niedzielni fani Kinga”. Ja do ich grona dorzuciłabym jeszcze tych jakże „wielce obeznanych”, którzy nierzadko, próbując zabłysnąć w towarzystwie znajomością prozy Króla, ochoczo rozprawiają, jak bardzo podobała im się opowieść o nawiedzonym samochodzie, pt. Carrie

Przyznam, że rozbawiła mnie wzmianka Ziębińskiego o „niedzielnych fanach Kinga” jak i wiele innych anegdotek związanych z moim ulubionym pisarzem i jego twórczością. Kiedy jednak trzeba, autor potrafi zachować powagę i odnieść się do niektórych wątków z życia Króla w sposób odpowiednio stonowany, np. do kwestii nałogu czy wypadku, po którym pisarz skazany był na długą i żmudną rehabilitację. Zrozumiałe jest także to, że Ziębiński przy każdym omawianym przez siebie tytule dodaje kilka słów własnego zdania, choć nie mogę powiedzieć, bym z większością jego wniosków czy osądów zgadzała się, bo np. osobiście jestem fanką Skazanych na Shawshank i Zielonej mili i nie byłabym w stanie tak spłaszczyć ich roli w dorobku Kinga, jak zrobił to autor. Z drugiej strony zaś popieram zdanie o wyższości Carrie De Palmy nad innymi wersjami czy znakomitości Dolores Claiborne i kiczowatości Podpalaczki 2.

Plusem książki Ziębińskiego jest lekki i niewymagający styl, a także bardzo potoczny, codzienny i niewyszukany język. Bawią niektóre powtórzenia autora (bo nie mogę powiedzieć, by mi jakoś szczególnie przeszkadzały) jak np. „ale o tym później”, na który to zwrot natknęłam się ładnych kilka razy.

Ostatecznie z lektury jestem bardzo zadowolona – dostałam to, czego po niej spodziewałam się. Cieszę się też, że autor (lub odpowiednia osoba z wydawnictwa) pamiętał o umieszczeniu spisów filmów na końcu książki, bo w razie potrzeby szybciutko można odszukać interesujący nas film.

Każdemu zainteresowanemu tematem śmiało mogę polecić książkę Stephen King. Sprzedawca strachu – jako ciekawostkę, uzupełnienie wiedzy o Kingu i wspomniany już przeze mnie niezbędnik dla każdego, kto chce zatopić się w filmowy świat opowieści Stephena Kinga.

Ocena: 5/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Replika.

piątek, 13 czerwca 2014

Pan Mercedes - Stephen King




tłumaczenie: Danuta Górska
tytuł oryginału: Mr. Mercedes
wydawnictwo: Albatros
data wydania: 4 czerwca 2014
ISBN: 9788378859369
liczba stron: 576


Wiecie, co mnie najbardziej w postrzeganiu pisarstwa Stephena Kinga w naszym kraju denerwuje? To, że niemal wszyscy, jak jeden mąż, szufladkują go jako twórcę horrorów, jakby nie zauważali albo zupełnie zapomnieli, że nurtów, którymi posługuje się, jest zdecydowanie więcej: thriller, fantasy, science fiction, dramat, komedia… Niemal każda jego książka – to swoisty miks gatunkowy. Aha, i jeszcze kryminał, którego w powieściach Kinga jest wyjątkowo dużo. Na tym gatunku zatrzymam się.

Zadziwiło mnie ogólne poruszenie i podniecenie faktem, że najnowsza powieść Mistrza pt. Pan Mercedes jest rasowym kryminałem, a konkretniej – powieścią detektywistyczną. „O jej! Jak on sobie poradzi w takim klimacie?” – krzyczały teksty z różnych stron internetowych. „A jak ma sobie poradzić? – pomyślałam wtedy. Na pewno wyśmienicie, wszak kryminał – to dla niego chleb powszedni, więc z powieścią detektywistyczną rozprawi się bez problemu!” Nie pomyliłam się, aczkolwiek muszę przyznać, że po Panu Mercedesie spodziewałam się czegoś nieco innego albo może czegoś mi w niej zabrakło…

Na pewno nie mogę nic zarzucić początkowi powieści, w którym autor serwuje nam tzw. wejście smoka. Znajdujemy się na Targach Pracy w City Center i wraz z innymi bezrobotnymi oczekujemy w chłodzie i długiej kolejce na rozpoczęcie całego wydarzenia. Ni stąd, ni zowąd na horyzoncie pojawiają się przedzierające się przez mgłę smugi świateł reflektorów samochodu. Auto jednak nie zatrzymuje się przed ludźmi – wjeżdża w nich z impetem i oprócz ryku silnika słychać tylko krzyk, płacz i chrzęst zgniatanych kości… Na skutek tego dramatu kilka osób ginie, a wiele zostaje niepełnosprawnymi do końca życia.

Z racji marki samochodu morderca zyskuje szybko przydomek Pana Mercedesa. Dzięki jego sprytowi i wrodzonej inteligencji, policji nie udaje się go schwytać. Mimo to emerytowany detektyw Bill Hodges stawia sobie za cel zdemaskowanie sprawcy masakry. Za pomocników ma dwójkę ekscentrycznych ludzi: niezrównoważoną psychicznie kobietę o imieniu Holly oraz ponadprzeciętnie inteligentnego nastolatka Jerome’a.

Kreacja bohaterów zawsze była mocna stroną Stephena Kinga. I na tym polu nic się nie zmieniło. Morderca z mercedesa jest tak ohydny i odrażający, że aż fascynuje. Niech za przykład jego chorej natury posłużą jego własne słowa:

Kiedy przeczytałem w gazecie, że jedną z moich ofiar było niemowlę, byłem zachwycony![1]

A to przecież tylko maleńka próbka bagna, które wypełnia jego umysł po brzegi… Owacje na stojąco za tego szaleńca! Autor zaskoczył mnie też postacią Billa. Na ogół w tego typu powieściach emerytowani policjanci pokazują się nam najpierw od tej gorszej strony, jako uzależnieni nieudacznicy życiowi, którzy na końcu okazują się bohaterami ratującymi uciśnionych. Bill nie jest uzależniony, ale jest – jak mi się wydaje – człowiekiem słabym, zakompleksionym, niewierzącym w siebie. W dodatku w kluczowym momencie, choć w gruncie rzeczy jest to od niego niezależne, daje tak zwanego ciała.

Mówiąc o całokształcie Pana Mercedesa, muszę też powiedzieć, że Mistrz stworzył klimat bardzo stonowany, a do tego akcja powieści jest dość mozolna – zbyt mozolna, jak dla mnie. Zabrakło mi zapierających dech w piersiach scen, w których serce bije dwa razy mocniej i z wypiekami na twarzy oczekujemy ich zwieńczenia. Jednak powolne tempo akcji ma swoje plusy, bo dzięki temu bardzo szczegółowo poznajemy głównych bohaterów, ich charaktery, styl bycia, ich codzienne życie oraz rozterki. Daje to świetne fundamenty dla pierwszego tomu trylogii (tak, powstaną jeszcze dwie opowieści z Hodgesem, Jeromem oraz Holly w rolach głównych).

Ostatecznie Pan Mercedes jest, według mnie, powieścią naprawdę dobrą, ale nie wspaniałą, nie wbijającą w fotel, jak wiele innych tytułów autorstwa Kinga. Nie miażdży, nie zostawia uczucia pustki po zakończonej lekturze. Jest tu jakby… mało Kinga w Kingu. Jednak nie zmienia to faktu, że po drugi tom trylogii, który ma ukazać się w przyszłym roku, sięgnę na pewno.

Aha, jeszcze jedno! Jestem skłonna zasugerować osobom, które twórczości Kinga jeszcze nie znają, by sięgnęły po którąś ze starszych jego powieści, bo nie wiem, czy Pan Mercedes jest dobrym wyborem na początek. Lepiej sięgnąć po któryś z tytułów, który w pełni pokazuje styl Kinga, to co w nim charakterystyczne. W Panu Mercedesie mamy Kinga w wersji demo, a w tym przypadku zdecydowanie lepiej zaczynać od pełnej wersji.

Fanom Mistrza polecać tej książki nie muszę – to oczywiste. Sama czekam z niecierpliwością na jesień, kiedy to w szeregu książek Kinga w mojej kolekcji stanie Revival.

Ocena: 4.5/6




[1] S. King, Pan Mercedes, przeł. Danuta Górska, Albatros Andrzej Kuryłowicz, Warszawa 2014, s. 37.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Albatros Andrzej Kuryłowicz.


TUTAJ możecie wziąć udział w konkursie, w którym nagrodą jest jeden egzemplarz "Pana Mercedesa". :)

piątek, 23 maja 2014

O nowym tytule w mojej kolekcji książek Stephena Kinga. :)





Dziś pragnę pochwalić się Wam nowym nabytkiem w mojej kolekcji książek Stephena Kinga. Książka ta dotarła do mnie dzięki memu M., któremu raz jeszcze pragnę za ten prezent podziękować. :)) Droga, jaką do mnie przebył ów tytuł była...dłuuuuga. Rozpoczęła się w Teksasie, zahaczyła o Irlandię, by wreszcie trafić do Polski, do mnie. :) O który tytuł chodzi? O brytyjskie wydanie "Rage" Stephena Kinga z 1983 roku - tak, to TA zakazana książka. :))) Jestem bardzo uradowana, że moja kolekcja została zasilona właśnie o ten trudny do zdobycia kąsek. :D 


Fanom Mistrza przedstawiać "Rage" raczej nie muszę, ale tych, którzy wiedzą mało lub nic na temat tego tytułu zostawiam z tekstem, który w zeszłym roku popełniłam dla Dyskusyje.


tytuł oryginału: Rage
wydawnictwo: New English Library
data wydania: 1983
ISBN: 9780450053795
liczba stron: 214

Co smakuje najlepiej? Wiadomo – owoc zakazany. Często nie ze względu na smak, a jedynie dlatego, iż jest niedozwolony. Bo z tym smakiem bywa różnie… Czasem wcale nie pieści naszych zmysłów, ale wręcz drażni, lecz pragnienie posiadania go często jest silniejsze od wszystkiego innego…

I razu pewnego nasz Mistrz kochany, Stephen King, pokazał światu pewną skromną gabarytowo książkę, pozwolił się nią przez chwilę cieszyć, by za czas jakiś obwieścić swoim fanom, że już nigdy jej nie zobaczą… To tak jak dać psu do powąchania smakowitą kość i natychmiast mu ją odebrać. Co gorsza, inne psy mogą na nią tylko z daleka popatrzeć, nawet powąchać im jej nie będzie dane… Ale wróćmy do ludzi, Kinga i osławionej książki.

„Rage”, bo o tej książce mowa, powstała dawno temu – w czasach, gdy King był bardzo młody i tak naprawdę jeszcze mało wiedział o pisaniu, mimo że już zdobywał doświadczenie w tej dziedzinie. Napisał wtedy dwa teksty. Pierwszy z nich to dobrze już fanom znany „Wielki masz” (który osobiście bardzo cenię i polecam), a drugi – „Getting it On”. Obydwie opowieści nie wzbudziły zainteresowania u wydawców, dlatego nie ujrzały prędko światła dziennego – dzielnie zbierały kurz w czeluściach szuflad pisarza… Jednak w końcu przyszedł czas chwały i uwielbienia dla Kinga. „Carrie” okazała się być niekwestionowanym hitem i to ona pozwoliła Mistrzowi na wypuszczenie na rynek (w 1977 roku) „Getting it On”, ale już pod zmienionym tytułem, tj. „Rage”, i pod pseudonimem Richard Bachman. O czym jest ten tytuł?

Jest to dość prosta jak na obecne czasy historia i takim też stylem napisana. Główną areną, na której dzieje się akcja, jest szkoła w Placerville, a najważniejszą postacią biorącą udział w zdarzeniach jest Charles Decker – nastolatek zmagający się z wszystkimi problemami człowieka dojrzewającego, jednak znajdującymi swe ujście w sytuacji, która nie powinna się była zdarzyć… Chłopiec bowiem pewnego dnia przynosi do szkoły broń, zabija dwoje nauczycieli, a uczniów jednej z klas więzi jako zakładników. Po co to robi? Nie, nie dla pieniędzy, nie dla wymuszenia lepszych stopni czy by się popisać. Robi to, aby… porozmawiać. Charles zaczyna się przed nimi otwierać, opowiada im o swoim życiu – o tym, co nie dawało mu spokoju, czego się wstydzi, uważa za swoje słabości… Sytuacja staje się dziwna – siłą rzeczy pozostali uczniowie również zaczynają się zwierzać i nagle okazuje się, że wszelkie szkolne podziały (tak mocno akcentowane w amerykańskich szkołach po dziś dzień) zacierają się… Na ten jeden jedyny moment wszyscy stają się równi, bez względu na to, czy grają w szkolnej lidze, czy są cheerleaderkami, czy zwyczajnymi uczniami. I to jest w tej książce najpiękniejsze, mimo tragicznego tła…

Sama miałam okazję czytać tylko amatorskie tłumaczenie „Rage”, więc do końca nie wiem, czy błędy, które w nim dostrzegłam, wynikały ze słabego przekładu, czy raczej popełnił je nastoletni wówczas King. Jednak ze znanych mi już opinii wynika, że w oryginale tekst posiada liczne niedociągnięcia i ewidentnie widać, że jego autorem jest człowiek niebędący profesjonalnym pisarzem. Pomimo tych zastrzeżeń na uwagę na pewno zasługuje emocjonalny wydźwięk opowieści – mocny, dosadny, bardzo pesymistyczny… Na pierwszy rzut oka daje się zauważyć, że autor wlał w nią to, co skrywał wewnątrz siebie samego – to, z czym boryka się wielu nastolatków w okresie burzy hormonów.

Nic więc dziwnego, że po „Rage” masowo sięgali inni nastolatkowie. Być może widzieli w Charlesie samych siebie, być może był on dla nich wzorem… W dniu 20 kwietnia 1999 roku w Columbine High School (Kolorado, USA) doszło do tragedii na ogromną skalę. Dwoje nastolatków zamordowało dwanaścioro uczniów szkoły, jednego nauczyciela, wiele osób zostało rannych. Napastnicy popełnili samobójstwo.
Mówi się, albo raczej krąży taka legenda, że w pokoju jednego ze sprawców podobno znaleziono egzemplarz „Rage”. Gdy King się o tym dowiedział, zadbał o wycofanie książki z obiegu i zabronił wydawania jej gdziekolwiek i kiedykolwiek. Zakaz ten najdłużej obowiązuje w USA, w innych miejscach globu krócej, dlatego tekst ten można znaleźć jeszcze w zbiorze „The Bachman Books”.

Kto czuje się w obowiązku posiadania tej książki, może próbować szczęścia na licytacjach. Pod warunkiem, że ma wolne 3-4 tysiące złotych (uwaga!, cena tyczy się wydania amerykańskiego, nie brytyjskiego), bo mniej więcej za tyle – w przeliczeniu na naszą walutę – można ją nabyć… A spodziewam się, że cena ta nadal będzie sukcesywnie wzrastać… Skoro jednak płaci się krocie za kawior czy trufle i nie jest to zakup, którym można cieszyć się długo, to dlaczego nie zafundować sobie takiego cacka, opatrzonego nazwiskiem Kinga? :) Chcielibyście mieć na swojej półce ten zakazany owoc?


piątek, 4 października 2013

"Doktor Sen" Stephen King


Jak w każdy piątek zapraszam wszystkich na Dyskusyje. Dziś z Martą porozmawiamy o kryminałach. :) LINK

********************************************



tłumaczenie: Tomasz Wilusz
tytuł oryginału: Dr. Sleep
seria/cykl wydawniczy: Lśnienie #2
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 24 września 2013
ISBN: 9788378396185
liczba stron: 656



Umysł to tablica. Gorzała to gąbka.[1]

Nie wiadomo do końca, czy powiedzenie to przylgnęło do Danny’ego Torrance’a w momencie, w którym stał się dorosłym mężczyzną i rozpoczął swoją niechlubną przygodę z alkoholem, czy kiedyś za pomocą podświadomości przekazał mu je ojciec, Jack. Nieistotne zresztą… Ważne, że Danny wkroczył w dorosłość z solidnym bagażem doświadczeń wyniesionych z feralnego pobytu w hotelu Panorama oraz z nadprzyrodzoną zdolnością, tzw. jasnością.

O traumie, którą przeżył Dan oraz jego matka we wspomnianym już hotelu, ciężko opowiadać… albo raczej strach to robić… Włos się od tego jeży na głowie, dlatego tę historię poznajcie sami. Znajdziecie ją w jednej z najlepszych powieści Stephena Kinga zatytułowanej „Lśnienie”.

Ja dziś opowiem wam o dalszych losach małego Danny’ego. Kto czytał już „Lśnienie”, ten na pewno myślał nieraz o dalszych losach tego bohatera, ale on jakby zapadł się pod ziemię… Nikt nic nie widział, nie słyszał… Nawet sam King zastanawiał się nad kolejami jego życia. Aż w końcu wpadł na pewien trop i wszystko to, czego udało mu się dowiedzieć, zawarł na kartach powieści „Doktor Sen”.

Jak już wspomniałam na początku, Danny nie miał udanego startu w dorosłość. Alkoholizm w pewnym stopniu jest dziedziczny i on o tym wiedział… Albo tak tłumaczył sobie swoje uzależnienie. Ale pewnego dnia powiedział nałogowi ostro i wyraźnie STOP!, zapisując się do AA oraz podejmując pracę w hospicjum w New Hampshire. Nasz bohater nie był tam tylko zwykłym Dannym, był tam bardzo ważną i potrzebną osobą, był Doktorem Snem, który pomagał umierającym przenieść się na drugi świat.

Gdyby tylko tak wyglądało jego życie w trzeźwości, to pewnie nie byłoby aż tak intrygujące, by warto było o nim pisać, ale… Pewnego dnia Danny odbiera telepatycznie krótką wiadomość od nieznajomej dziewczynki imieniem Abra. Jak się okazuje, Abba-Daba-Du (bo tak nazywano kiedyś Abrę), potrzebuje pomocy.

Amerykę przemierzały w swoich wozach puste diabły, na pierwszy rzut oka nie stanowiące dla nikogo zagrożenia. Jednak tak naprawdę były złem samym w sobie. Była to grupa (w większości) starszych osób, która podróżowała w poszukiwaniu pożywienia… Dziwnym trafem  w miejscach, w których się pojawiała, niektóre dzieci (obdarzone szczególnymi umiejętnościami) ginęły bez śladu… Abra należała do grona tych niezwykłych dzieci – wiedziała, co to jasność. Prawdziwy Węzeł też wiedział i ostrzył sobie na nią kły…

Danny zrobi wszystko, co w jego mocy, by pomóc dziewczynce, choć nie bez sprzeciwu jej rodziców i nie bez ryzyka utraty życia (a w najlepszym wypadku zdrowia). Brzmi jak opowieść o przestraszonej księżniczce i jej odważnym rycerzu? Jak nowa odsłona postaci supermana? Może i niektórym tak się wydawać, ale wierzcie mi, że Danny superbohaterem nie jest, a skaz w nim co niemiara… I to jeden z plusów tej powieści – kreacja pełnokrwistych i wyrazistych bohaterów. Są żywi, charakterystyczni, nie są idealni, mają wady, gorsze dni, boją się i płaczą. Abra – młodziutka, bo zaledwie kilkunastoletnia, przedstawiona jest jako niesamowicie dojrzała i odważna. Czarne charaktery na swój chory sposób również są intrygujące.

Jak z tempem akcji, ktoś zapyta? Jak to u Kinga – nie jest zawrotne, ale przyznam szczerze, że i na tym polu pisarz potrafił mnie pozytywnie zaskoczyć, bo już niemal od początku mamy sceny rodem z horroru. Tak, już na początku! Kto zna jego twórczość, ten na pewno wie, że nie zdarza się to pisarzowi często.

Klimat powieści jest niepowtarzalny i maksymalnie wciągający. Po raz kolejny całkowicie wsiąknęłam w wykreowany przez Kinga świat i gdy przyszła pora na rozstanie z literacką iluzją, ciężko było wrócić do rzeczywistości…

Jakieś „ale”? Jedno maleńkie się znajdzie. Otóż wspomniałam, że Danny jako Doktor Sen pomagał umierającym w przeniesieniu się na tamten świat. Bardzo podobały mi się sceny, w których Danny żegnał pacjentów hospicjum – miały swój przenikliwy, mroczny klimat, a zarazem bardzo melancholijny. Żałuję, że w tej dość opasłej powieści nie znalazło się dla nich więcej miejsca, ale to już moje bardzo subiektywne odczucie.

King w jednym z wywiadów stwierdził, że uważa swoją powieść „Doktor Sen” za lepszą od „Lśnienia”. Nie jestem w stanie tego potwierdzić ani temu zaprzeczyć. Obie są wspaniałe i napisane z ogromnym rozmachem. Obie mają swoją specyficzną i niepowtarzalną aurę, a jednocześnie różnią się od siebie na tyle, że nie sposób wybrać z tej dwójki lepszą.

W tym samym wywiadzie pisarz zwierzył się także, że boi się o to, jak „Doktor Sen” będzie przyjęty przez fanów „Lśnienia” – nie oszukujmy się, poprzeczka postawiona była naprawdę bardzo wysoko…
Panie King, niniejszym informuję, że nie ma się Pan czego obawiać. Spełnił Pan swoje zadanie po mistrzowsku – jak na Pana przystało. Nie zawiódł mnie Pan, a pozytywnie zaskoczył i przede wszystkim nie strzelił Pan „Lśnieniu” w przysłowiową stopę.

„Doktor Sen” to King w swoim najlepszym wydaniu!

5.5/6



[1] S. King, Doktor Sen, Prószyński i S-ka, Warszawa 2013, s. 67. 




A może tak mały konkursik z okazji premiery "Doktor Sen"? Chętni? Czy niespecjalnie?:) 


Recenzja bierze udział w wyzwaniu:


piątek, 14 czerwca 2013

"Joyland" Stephen King



tłumaczenie: Tomasz Wilusz
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 6 czerwca 2013
ISBN: 9788378395355
liczba stron: 336


Gdy po raz pierwszy moim oczom ukazała się zapowiedź najnowszej powieści Stephena Kinga, liczyłam na wiele. Nie zamierzam tu udawać potulnej fanki pisarza, która jak młody pelikan łyknie wszystko to, co ten rzuci, i nie zamarudzi ni razu. Oczekiwania moje były pokaźnych rozmiarów wobec tego dzieła ze względu na umiejscowienie akcji. Co w pierwszej chwili może przyjść na myśl wytrawnemu fanowi Kinga, gdy usłyszy hasło „wesołe miasteczko”? Pewnie klaun… a jeśli klaun, to i absolutny klasyk pt. „To”… a jeśli „To”, to na pewno przerażająco wciągająca fabuła oraz potężna doza strachu. Liczyłam w duchu, że podobne wrażenia spotkają mnie również przy lekturze  powieści „Joyland”.

Cóż to ten cały Joyland? To właśnie wcześniej wspomniane wesołe miasteczko czy też park rozrywki, jak kto woli. To tam znalazł pracę główny bohater powieści, Devin Jones. Młody (dopiero wkraczający w dorosłość) chłopak, dwudziestojednoletni student, który postanowił sobie dorobić w czasie wakacji (a raczej zarobić na koszty związane z nauką). Joyland miał zapewnić Devinowi nie tylko zarobek, ale też ukojenie dla zranionego serca, gdyż Wendy, jego pierwsza wielka miłość, nie potraktowała go zbyt dobrze i praca w tym specyficznym miejscu miała pomóc w zatarciu śladów po szkodliwej działalności dziewczyny w życiu Jonesa. O pierwszej miłości na ogół się nie zapomina, Dev też nie zapomniał, jednak wydarzenia, które rozegrały się w tym miejscu „produkującym rozrywkę” (jak mawiał jeden z tamtejszych pracowników), bez wątpienia kazały skupić mu uwagę na czymś zgoła innym… Z jednej strony napiera na niego zasłyszana historia sprzed lat o brutalnym morderstwie na terenie Joylandu i chęć rozwikłania zagadki, kto jest mordercą, z drugiej zaś – więź z pewnym małym chłopcem i jego samotną matką. 


Jak łatwo się domyślić, King przedstawił nam bardzo uczuciowego bohatera. Emocje tego młodego mężczyzny wylewają się z kart powieści wprost – że użyję takiego obrazowego określenia – do naszych oczu i umysłów. Nie znaczy to jednak, że mamy tu do czynienia ze zniewieściałym mazgajem – co to, to nie. Dev wszak jest odważnym bohaterem, co udowodnił nie raz. Jednocześnie to zwyczajny chłopak, który dopiero wchodzi w dorosłość, dojrzewa na naszych oczach. A jeśli tak wiele można powiedzieć o bohaterze danego utworu, to może oznaczać to tylko jedno – doskonałą jego kreację (jak i większości innych postaci w tej powieści). Kingowi chyba nigdy nie można było zarzucić tworzenia nudnych, banalnych czy mdłych postaci – zawsze są wyraziste i dają się lubić (nawet jeśli w toku fabuły wyrżną tuzin przypadkowych ludzi).

Sama historia jest niczego sobie – całkiem dobry pomysł okraszony tym, co dla Kinga charakterystyczne, czyli słowolejstwem, gawędziarstwem. Ja to akurat kocham, inni nienawidzą – nie ma sensu na ten temat się dłużej rozwodzić, bo zdania są w tym przypadku podzielone chyba po równo.

Mamy plus, mamy neutral, teraz przyszła pora na minus. Zaskoczeni, że jakiś w moim mniemaniu jest? Ano jest. Oprócz wątku obyczajowego ze szczyptą morderstwa mamy też i ciut fantastyki. I tutaj się King nie przyłożył – trzeba to powiedzieć otwarcie. Wygląda to trochę tak, jakby napisał całość, a ktoś z jego otoczenia to przeczytał i powiedział: „Staaary, ale gdzie strachy? Weź tu dopisz coś, co ludzi z łóżek wyrwie, bo inaczej pomyślą, że to nie ty książkę napisałeś”. I King się wziął i posłuchał… na swoje nieszczęście, bo nikogo to z łóżek nie wyrwie. Baa, nawet stare bambosze dalej będą się mocno na nogach trzymać! Wątek ten poprowadzony jest bardzo kiepsko, mam wrażenie, że na tzw. „odczep się”. Panie King, trzeba było albo się postarać, albo całkiem sobie odpuścić ten element…

I to by było na tyle, jeśli chodzi o moje wrażenia po przeczytaniu najnowszego dzieła Kinga. Nie są podobne do tych, które miałam po przeczytaniu powieści „To” – teraz nawet mi z lekka wstyd, że przed lekturą ośmieliłam się powiązać te dwa utwory. Co i tak nie zmienia mojej sympatii do twórczości jednego z moich ulubionych pisarzy. Czekam teraz z utęsknieniem na nową dawkę wrażeń, których niewątpliwie dostarczy „Doctor Sleep”.



Ocena: 4/6

Recenzja bierze udział w wyzwaniu: "Świat Stephena Kinga".

Recenzja bierze udział w wyzwaniu:


środa, 15 maja 2013

"Cztery pory roku" Stephen King


"Different Seasons" Stephen King




wydawnictwo: Albatros
data wydania: 2010
ISBN: 9788376590356
liczba stron: 512



Witam panie King… Stęskniłam się za panem i miałam do tego pełne prawo, wszak ostatnie nasze spotkanie przypadło na zimową porę tego roku. Na dworze chłód się panoszył, a we mnie wrzało! To Christine… Christine mnie rozgrzewała miłością (?) do Arniego i nienawiścią do wszystkich, którzy śmieli stanąć im na drodze do szczęścia. Ach, cóż to była za historia! Och, proszę się nie czerwienić, nie zawstydzać… Dobrze pan wie, że urzeka pan swoim piórem niejednego czytelnika. W tym – naturalnie – i mnie samą, ale o tym pan już dobrze wie.

Które to już nasze spotkanie? Nie jestem w stanie ich zliczyć, wiem jedynie, że czytałam wymyślone przez pana historie na długo przed tym, jak zdecydowałam się pisać recenzje na ich temat. I nie mam dość. I chyba nigdy nie będę miała… Dlatego sięgnęłam po kolejny tytuł z pańskiego dorobku. Czyżbym widziała błysk zaciekawienia w pańskich oczach? To pana jeszcze intryguje, po które z pańskich książek sięgają czytelnicy? A to dopiero… Dobrze, już nie przedłużam. Tym razem mój wybór padł na „Cztery pory roku”. W tym przypadku zdałam się całkowicie na intuicję. Pyta pan, czy żałuję? Panie King, panu nie przystoi zadawać takich pytań… Przejdźmy do rzeczy.





„Cztery pory roku” to zbiór czterech minipowieści: „Skazani na Shawshank”, „Zdolny uczeń”, „Ciało” oraz „Metoda oddychania”.

„Skazanych…” znam już od dawna w wersji filmowej, nawet nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy obejrzałam ekranizację tego utworu. Wstyd się przyznać, że pierwowzór w wersji papierowej poznałam dopiero w tym roku, ale… podobno lepiej późno niż wcale (tak u nas mawiają). Biorąc pod uwagę główny wątek, obie wersje się nie różnią. Andy Dufresne za podwójne morderstwo zostaje skazany na dożywocie. Pozornie ten facet ma szczęście… Ma szczęście, że w Maine nie obowiązuje kara śmierci, bo w przeciwnym wypadku nie byłoby tej historii… Andy nie załamuje się jednak pod wpływem niewoli ani okrutnej codzienności w tak odrażającym miejscu, jakim jest to więzienie. Buduje misterny i – zdaje się – doskonały plan. Aż pewnego dnia zaskakuje wszystkich, niektórych przy tym doprowadzając do białej gorączki!
Panie King… udała się panu ta historia, naprawdę… I wbrew opiniom wielu moich rodaków, którzy również poznali losy Andy’ego, twierdzę, że wersja książkowa jest znacznie lepsza od filmowej. Dlaczego? Bo jest szalenie dokładna, szczegółowa i potwornie wciągająca, a sama postać Andy’ego nakreślona została w bardzo intrygujący sposób. Pokochałam niebywałą sprawność umysłu tego bohatera – cóż to był za inteligentny człowiek! Fani kinowej wersji „Skazanych…” wyszczególnione przeze mnie zalety skwitują jednym krótkim słowem „wodolejstwo”, ale… niech sobie gadają. Ja wiem swoje.

Opowieść opatrzona tytułem „Zdolny uczeń” tkwi w mojej pamięci, tak jakbym czytała ją zaledwie wczoraj. Cóż, tu mam ochotę zakrzyknąć w pańskim kierunku: chapeau bas! Mamy tu historię dwupokoleniową: nastoletniego Todda Bowdena i starszego pana, Denkera… Młody i zafascynowany dziejami drugiej wojny światowej, Todd odkrywa, że jednym z jego sąsiadów jest zbrodniarz hitlerowski, oprawca z Auschwitz. Przy pomocy szantażu nakłania starca do drastycznych opowieści… Jak się jednak okazuje, nic nie ma za darmo. Todd będzie musiał słono zapłacić za tę specyficzną przyjaźń z obozowym ciemiężycielem.
Uff, panie King… Przyznam, że gdy tylko zorientowałam się, że historia ta dotknie tematyki nazizmu i obozów, bardzo się przestraszyłam. Nie, nie samej tematyki, tylko tego, w jaki sposób pan wykorzysta ją przy tworzeniu fikcyjnej opowieści. Zawsze się obawiam, że pisarze, sięgając po tę czarną kartę historii, wyrządzą krzywdę tym, którym szacunek i zachowanie powagi się należą. Ryzyko i w tym przypadku było duże, ale… panu udało się uniknąć zagrożenia. Mało tego! Stworzył pan niebanalną i naprawdę dobrą opowieść, ze znakomitą kreacją postaci oraz świetnym oddaniem negatywnych emocji, którym się poddają. Można bez przesady stwierdzić, że Todd i Denker mieszczą w sobie całe zło tego świata.

W „Ciele” straszy groza w czystej postaci… Grupka dzieciaków, dowiedziawszy się, że w konkretnym miejscu leżą zwłoki pewnego chłopca, postanawia je odnaleźć. Spotkanie dzieci ze śmiercią w czystej postaci musi odcisnąć na nich piętno. Ten widok lokatorów rozkładającego się ciała… Brrr… Wie pan, że nie brak u nas fanów takich drobiazgowych opisów? Prawdziwa gratka dla takich jak ja…

Za to „Metodą oddychania” mnie pan zaskoczył. Bohater opowieści, Emlyn, uczestnicząc w spotkaniach pewnego klubu, opowiada mrożącą krew w żyłach historię o tym, jak przed laty przyjął poród od pewnej tajemniczej kobiety. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że rodząca kobieta była… martwa. Choć.. nie do końca. Co też panu do głowy strzeliło przy wymyślaniu tej historii? Proszę nie odebrać moich słów jako wyrazu dezaprobaty. Co to, to nie! Po prostu jestem pod wrażeniem siły pańskiej wyobraźni, panie King…

Czy pańska fantazja ma gdzieś swoje granice? Czy kiedyś wyczerpią się panu pomysły na tworzenie tak wspaniałych opowieści? Proszę nic nie mówić. Ja chcę trwać w przekonaniu, że odpowiedź brzmi: NIE. Wierzę też, że jeszcze wielokrotnie zaskoczy pan nas – swoich czytelników. Bez względu na to, czy stworzy pan kolejną opasłą powieść, czy krótkie opowiadania, my zawsze będziemy je czytać z wypiekami na twarzy i mocno bijącym sercem.

Tymi słowami pragnę zakończyć nasze dzisiejsze spotkanie, ale niebawem nastąpi kolejne, potem następne… A gdy wszystkie pańskie książki będą mi już dobrze znane, zacznę ich lekturę od nowa… By chwała Mistrza nigdy nie minęła!


Ocena: 6/6



Recenzja bierze udział w wyzwaniu "Świat Stephena Kinga".

Recenzja bierze udział w wyzwaniu:

poniedziałek, 25 lutego 2013

"Christine" Stephen King




tłumaczenie: Arkadiusz Nakoniecznik
tytuł oryginału: Christine
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: kwiecień 2008
ISBN: 978-83-7648-023-7
liczba stron: 648


    Dawno, a nawet bardzo dawno temu, gdy byłam jeszcze młodziutkim dziewczęciem, zdarzyło mi się oglądać pewien film. Opowiadał on o niezwykłym samochodzie, który posiadał wyjątkowy kształt, kolor jesiennej czerwieni i… przejawiał niebywałą agresję w stosunku do osób, które go nie lubiły. Jedna ze scen tego filmu utkwiła mi w pamięci tak mocno, że widzę ją w myślach wyraźnie po dziś dzień. Oto rozjuszone auto dybie na czyjeś życie; zajadle oślepiając światłami i rycząc wściekle silnikiem, daje wyraz swemu niezadowoleniu. Popatrzyłam na jedną z takich sekwencji z politowaniem, przewróciłam zniesmaczona oczami i pomyślałam: „co za żenada…”. I tak wyglądało moje (chyba) pierwsze spotkanie z horrorem, który teraz spokojnie zaliczyłabym do tych z klasy B (jeśli kogoś tą klasyfikacją uraziłam, najmocniej przepraszam).

    To wspomnienie było we mnie tak mocno zakorzenione i wywarło na mnie tak silny wpływ, że przez bardzo długi czas odwlekałam lekturę powieści „Christine” autorstwa Stephena Kinga. Czy było to nierozsądne z mojej strony? Czy wiele traciłam, opóźniając swoją przygodę z „Christine”? O tym za moment, najpierw zarys fabuły.

    Arnie Cunningham jest wyjątkowo nieśmiałym i cichym siedemnastolatkiem. Z tłumu nie wyróżniałby się w zasadzie niczym, gdyby nie jego twarz usiana trądzikiem. Jak można się domyślić, nie jest przy tym duszą towarzystwa, nie ma wielu znajomych, a koledzy ze szkoły lubią mu czasem podokuczać. Nie jest jednak całkowicie osamotniony w swoim życiu, bo oprócz rodziców ma dobrego przyjaciela Dennisa. I nic nie zapowiada szczególnych zmian w jego życiu aż do pewnego dnia, gdy Arnie pada ofiarą miłości od pierwszego wejrzenia. Gdy ją zobaczył, wiedział od razu, że musi należeć do niego – był gotów zrobić dla niej wszystko, zapłacić  każdą cenę… I tak w szybkim tempie, za bardzo wygórowaną kwotę, jakiej zażądał od niego właściciel, stał się posiadaczem przestarzałego i kompletnie zaniedbanego Plymoutha fury rocznik 1958 o subtelnym imieniu Christine.

    Po tym zakupie wszystko w życiu chłopaka zaczyna się zmieniać. Mniej czasu poświęca na naukę, a dużo więcej na pracę przy Christine. Staje się znacznie pewniejszy siebie, jest uparty, z jego twarzy w czarodziejski sposób znikają szpecące wykwity. Wkrótce poznaje Leigh, będącą ucieleśnieniem marzeń i snów wielu chłopców, która właśnie z Arniem chce stworzyć związek. I tu pojawiają się problemy, bo Christine nie lubi konkurencji… To ona chce być jedyną kobietą w życiu Arniego, tą najważniejszą. Sukcesywnie dąży do tego celu, pozbawiając życia kolejne ofiary…

    Czy ta fala zbrodni będzie w końcu zatrzymana? Skąd wzięło się zło drzemiące w Christine? Jaki los „ją” czeka? Na te i wiele innych pytań, jakie nasuwają się podczas lektury, przyjdzie Wam - jej czytelnikom - trochę poczekać, bo nie jest to powieść krótka. Liczy sobie przeszło sześćset stron i - jak na Kinga przystało - akcja nie goni na oślep, raczej płynie charakterystycznym dla tego autora nieśpiesznym rytmem. Co ciekawe – nie nazwałabym takiego sposobu prowadzenia narracji gawędziarstwem, jak w przypadku wielu innych jego książek. Tu całość fabuły jest tak dobrze skonstruowana, że sposób, w jaki King szeroko nakreśla losy Arniego, prezentując je bardzo dokładnie, ani trochę nie nuży - ta warstwa opowieści wydaje mi nawet bardziej wciągająca niż sam wątek łaknącego krwi auta. Łatwo można wczuć się w sytuację głównego bohatera, a co za tym idzie - trudniej się z nim rozstać po zakończonej lekturze tym bardziej, że postać Arniego (jak i pozostałe) są bardzo dobrze i wyraziście nakreślone.

   W zdecydowanej większości narratorem powieści jest Dennis i podzielona jest ona na trzy części, tj. „Dennis - piosenki o samochodach”, „Arnie – piosenki o miłości” i „Christine – piosenki o śmierci”, a każdy rozdział rozpoczynają słowa piosenek z motywem aut, miłości do nich oraz podróży. Całość tworzy bardzo specyficzny klimat powieści, od którego trudno się uwolnić (przepadłam w nim bez reszty). Fani makabrycznych opisów i ogólnie pojętego horroru też powinni czuć się usatysfakcjonowani.

    Teraz żałuję, że zdecydowałam się poznać „Christine” tak późno – niepotrzebnie odmawiałam sobie tej przyjemności. Nie powtarzajcie mojego błędu. A jeśli chodzi Wam po głowie i lektura i jej ekranizacja, to zacznijcie - proszę - od książki, bo film znacznie spłyca wartość powieściowego pierwowzoru, co szczególnie widać na przykładzie postaci Arniego i jego przemiany (w obawie przed spoilerami nic więcej na ten temat nie zdradzę).

    I jeszcze jedna prośba, w szczególności do panów kochających nad życie swoje cztery kółka. Pamiętajcie, że auta są kobietami – one nie tolerują konkurentek, nie wybaczają zdrad i często lubią się mścić, pokazując przy tym nikomu wcześniej nieznane oblicze…

Ocena: 5/6


Recenzja bierze udział w wyzwaniach: "Pochłaniam strony, bo kocham tomy!!!!" (648 stron) oraz "Świat Stephena Kinga".

Recenzja bierze udział w wyzwaniu:


środa, 22 lutego 2012

"Zielona mila" Stephen King


Gdy wybraniec losu przemierza ten odcinek drogi, pozostaje wówczas bez wątpienia najjaśniejszą gwiazdą w zasięgu wzroku widzów. Na jego twarzy maluje się skupienie, a wyprężone ciało jest niesione na sztywnych nogach. Choć ostre oświetlenie powinno razić w oczy – zdaje się – że dla tego człowieka nie ma to najmniejszego znaczenia. Liczy się tylko fakt, że jest w centrum uwagi i kroczy ku swemu przeznaczeniu.
Czy mówię o gwiazdorze jakiejś superprodukcji filmowej, który dumnie kroczy w blasku reflektorów? Absolutnie nie, choć w obu przypadkach bohaterowie na końcu swej drogi otrzymują należną im nagrodę. I o ile w przypadku aktora można spodziewać się statuetki Oscara oraz dywanu w kolorze rażącej czerwieni, o tyle w przypadku wybrańca losu „nagrodą” jest okrutna śmierć…

Czerwonego dywanu sam nigdy nie oglądałem, za to na pamięć znam każdy milimetr Zielonej Mili – linoleum w odcieniach limonki, po którym po raz ostatni kroczyli skazani na śmierć. Nazywam się Paul Edgecomb. W latach młodości sprawowałem funkcję naczelnego strażnika bloku E więzienia stanowego w Cold Mountain. Jeśli w ogóle można oswoić się z widokiem konania człowieka na krześle elektrycznym, to myślę, że w pewnym stopniu ja tego dokonałem, choć wykonywanie wyroku zawsze odciskało piętno na mojej psychice. Jednak w pamiętnym roku 1932, gdy okoliczną ludnością wstrząsnęła historia dwóch bliźniaczych sióstr brutalnie zgwałconych i zamordowanych, nie sądziłem, że czeka mnie najgorsza egzekucja w całej mojej zawodowej karierze. Na śmierć został wówczas skazany John Coffey – zabójca tych dwóch niewinnych istot. Czarnoskóry olbrzym, napawający wszystkich ludzi przerażeniem, okazał się człowiekiem, którego prawdziwa natura chwytała ze serce, gdy tylko miało się sposobność poznania go bodaj odrobinę bliżej. Do tych szczęśliwców należałem między innymi ja – jako jeden z nielicznych wiedziałem, że ten monstrualnie wyglądający morderca, niczym dziecko bał się ciemności i zalewał się szczerymi łzami, gdy tylko czuł taką potrzebę. Jako jednemu z nielicznych było mi także dane doświadczyć jego ponadnaturalnych zdolności –  i to w momencie – gdy sądziłem, że nie ma już dla mnie żadnego ratunku. I to także ja miałem brać udział w  jego egzekucji – choć wraz ze zbliżaniem się jej daty topniało we mnie przekonanie o jego winie.

Nie będę streszczał całej tej niesamowitej historii, nie powiem też, czy John dokonał żywota na Starej Iskrówie jak nazywaliśmy nasze wysłużone już narzędzie do odbierania życia skazańcom. Kto będzie chciał dowiedzieć się, jak potoczyły się losy Johna, moich kolegów po fachu czy też mnie samego, niech sięgnie po zapiski Stephena Kinga zatytułowane „Zielona mila”.
Przed ich lekturą musicie przygotować się na to, że dobrze poznacie każdego z bohaterów tej historii – King doskonale oddał prawdziwą naturę każdego z nas, w szczególności Coffey’a.
Musicie się także nastawić na to, że od pierwszych zdań tej relacji wsiąkniecie w klimat, który nas wtedy otaczał. King postarał się, by nie uronić ani kropli z jego niepowtarzalności.
Wiedzcie też, że tempo wydarzeń jest nieśpieszne, ale im głębiej w nie wejdziecie, tym silniejsze emocje w Was wywołają. Nie powstrzymujcie łez, jeśli będą Wam się cisnąć do oczu – nie ma sensu…

Zachowajcie w sercach opowieść stuczterolatka i uchrońcie ją od niepamięci.
A ja zasnę ze słowami piosenki, którą nucił jeden z pielęgniarzy pracujących w domu starców:

Gdy odejdziesz w tę dolinę… zgasną jasne oczy twe… i zgaśnie uśmiech…*


* S. King, Zielona mila, Albatros, Poznań 2008, s. 330.

Ocena: 5,5/6

Recenzja bierze udział w wyzwaniu: