Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarna Owca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarna Owca. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 stycznia 2014

"Dziewczyna, która igrała z ogniem" Stieg Larsson





tłumaczenie: Paulina Rosińska
tytuł oryginału: Flickan som lekte med elden
seria/cykl wydawniczy: Millennium tom 2, Czarna Seria
wydawnictwo: Wydawnictwo Czarna Owca
data wydania: 11 maja 2009
ISBN: 9788375540901
liczba stron: 704


Papieros (o którym wspominałam tutaj) dokonał swego żywota trawiony ledwie żarzącym się ogniem. Moja lektura pierwszego tomu trylogii „Millennium” Stiega Larssona także. I o ile po wypalonym papierosie został tylko krótkotrwały niesmak w ustach, o którym jak najszybciej chciałam zapomnieć, to kolejnego tomu ze wspomnianej trylogii – „Dziewczyna, która igrała z ogniem” – pragnęłam mocniej niż widoku Maxime’a Chattama w samym szlafroku na środku mojego pokoju…

Jednak swoje musiałam odcierpieć i cierpliwie poczekać, nim wróciłam do najlepszych postaci literackich, jakie dane mi było poznać w minionym roku 2013. Oczywiście było warto, bowiem w życiu Mikaela Blomkvista i Lisbeth Salander znów wydarzyło się wiele.

Perypetie opisywane w powieści „Mężczyźni,którzy nienawidzą kobiet” to już przeszłość. Sprawa związana z bogaczem, Henrikiem Vangerem, została rozwikłana. Mikael i Lisbeth całkiem dobrze na tym wyszli, choć nie obyło się bez skutków ubocznych… Lisbeth nie chce mieć już więcej do czynienia ze sławnym dziennikarzem i unika go jak ognia, choć sam zainteresowany nie ma pojęcia dlaczego. Jednak koleje losu sprawią, że ich drogi znów się zejdą i to pomimo że początkowo każde z nich zajmie się „swoimi” sprawami.

Wydawnictwo Millennium dostaje ciekawą propozycję opublikowania książki, która najpewniej okaże się wielkim hitem, a przy okazji zrujnuje kariery zawodowe i zniszczy życie wielu ważnym osobom ze świata polityki, policji i dziennikarstwa. Dag Svenson i Mia Bergman wspólnymi siłami dotarli do materiałów w bezlitosny sposób obnażających mroczny świat handlu żywym towarem i seks-biznesu, w którym nierzadko uczestniczyły niepełnoletnie dziewczyny. Ujawnienie takich szokujących informacji mogłoby poważnie zaszkodzić licznym osobom i wielu z nich może zależeć na tym, by książka nigdy nie ujrzała światła dziennego. Nic więc dziwnego, że Dag i Mia szybko wpadają w poważne tarapaty.

Sporo dzieje się także u Lisbeth, bo przeszłość tej ekscentrycznej kobiety upomina się  o swoje i wraca po to, co się jej należy. Okazuje się, że Lisbeth jednak nie jest tak samotna, jak wynikało to z pierwszej części trylogii, i ma więcej wrogów, niż mogłoby się wydawać… Kto czytał pierwszy tom, ten pewnie kojarzy okoliczności, w których padają takie słowa:

Jestem sadystyczną świnią, dupkiem i gwałcicielem.

Wierzcie mi, że ich odbiorca jeszcze mocno namiesza w życiu Lisbeth, ściągając na nią kłopoty, przy których te związane z Henrikiem Vangerem to małe piwo. Tym razem naprawdę wiele się wydarzy w i tak już mocno pokręconym życiu bohaterki. Uwierzycie, że stanie się ona kimś pokroju wroga publicznego numer jeden w całym kraju? Nie? To sami się przekonajcie…

Ja dodam od siebie tylko tyle, że wszystkie nowe informacje, wypływające w toku fabuły „Dziewczyny, która igrała z ogniem”, naprawdę przyprawiają o zawrót głowy – dowiadujemy się o Lisbeth tego, czego nigdy byśmy się po niej nie spodziewali. Jej przeszłość jest jak szaleńcza przejażdżka na diabelskim młynie, a teraźniejszość to czas zmierzenia się z jej konsekwencjami. Wiele niejasności, na które napotykał czytelnik podczas lektury pierwszej części cyklu, znika, wiele elementów ze skomplikowanej układanki, czyli życia Lisbeth Salander, wskakuje na swoje miejsce. Ale… nie myślcie, że ta specyficzna kobieta odkrywa przed nami wszystkie karty – co to, to nie! Mimo że tak wiele się o niej tym razem dowiadujemy, to nadal pozostaje ona dla nas zagadką, nadal nas intryguje, wzbudza podziw swoją niesamowitą inteligencją i sprytem, nadal pociąga… Jest bohaterką idealną pod względem konstrukcji postaci literackiej (nie mam tu bynajmniej na myśli nieskazitelności jej charakteru i osobowości).

Stieg Larsson
źródło: www.lubimyczytac.pl
W pierwszej części „Millennium” tempo akcji nie było zawrotne – przez znaczną jej część wprost bardzo powolne – dopiero z czasem przyśpieszyło. W drugim tomie dzieje się dużo już od samego początku. Nie sposób się tu nudzić. Larsson dalej zaskakuje, wyprowadza czytelnika w pole i gra umiejętnie mu na nosie. Klimat może nie jest już tak chłodny  i melancholijny jak w Hedestad i w historii z Vangerem w tle, ale nadal intryguje  w znacznym stopniu. Zakończenie przyprawia o szybsze bicie serca i skoki ciśnienia, ale nie na tyle wysokie, by uniemożliwić nam poznanie trzeciego tomu. Trzeciego i ostatniego, który stworzył Larsson (choć – jak już wiem – powstał początek czwartej części, nad którą pracę przerwała nagła śmierć autora w 2004 roku).

Sama odkładam lekturę  „Zamku z piasku, który runął" na możliwie jak najpóźniej, bo wraz z jej końcem przyjdzie mi pożegnać się z tą trzytomową opowieścią. Nie będzie to rozstanie łatwe i przyjemne. Będzie boleć niczym zerwanie namiętnego i burzliwego romansu  z najlepszym kochankiem, jakiego mieliśmy szansę w życiu poznać…

Ocena: 6/6 (mogłaby być inna???)

Wyzwania: "Czytamy Polecane Książki" (z polecenia wielu blogerów) i "Kryminalne wyzwanie".

czwartek, 14 listopada 2013

"Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" Stieg Larsson





tłumaczenie: Beata Walczak-Larsson
tytuł oryginału: Män som hatar kvinnor
seria/cykl wydawniczy: Millennium tom 1, Czarna Seria
wydawnictwo: Czarna Owca
data wydania: 4 listopada 2008
ISBN: 9788375540598
liczba stron: 640


Tam, gdzie zaczyna się wieczór, tam rozpoczyna się święto dla duszy. Tam, gdzie otwiera się książkę, tam oczy mają swoją ucztę. Tam, gdzie jej fabuła wciąga nas w swój świat, tam ciało traci kontrolę nad umysłem, który nie może (i nie chce!) przerwać czytania… A gdy w końcu nadchodzi kres, gdy poznasz już treść ostatniej strony tej wyjątkowej książki, czujesz trudny do opisania żal i smutek, bo wiesz, że drugą tak dobrą opowieść będzie trudno znaleźć…

Plakat szwedzkiej adaptacji filmowej
książki z 2009 roku
Na szczęście dobre książki nie zacierają się w pamięci. Wystarczy chwila spokoju, ulubiona muzyka w tle i może lampka wina dla smaku, by bez problemu powrócić do tego z lekka sennego klimatu… Do terenów, gdzie okres zimowy potrafi pokazać swoje najgroźniejsze oblicze – do Hedestad. Do bohaterów, którzy – mimo że są rodziną – robią wrażenie zupełnie obcych dla siebie ludzi. Czego można się jednak spodziewać po rodzinie, w której rządzą pieniądze i interesy? Jednak okazuje się, że i tu są ludzie, dla których miłość i rodzinne więzy mają większe znaczenie niż wszechobecna mamona.

Senior klanu Vangerów, Henrik, jest tego żywym dowodem. Bardzo cenił pewien dowód pamięci – wnuczka jego brata, Harriet, wysyłała mu z okazji urodzin zasuszony kwiat. Gdy pewnego roku ten rytuał nie został dopełniony, dla Henrika był to sygnał, że stało się coś złego. Okazało się, że Harriet zaginęła bez śladu – nikt nie miał pojęcia, co się z nią stało. Podejrzewano morderstwo, ale nigdy nie odnaleziono zwłok młodej, bo szesnastoletniej wtedy, dziewczyny.

Henrik, który traktował Harriet jak własną córkę, której nigdy nie miał, za punkt honoru postawił sobie rozwikłanie zagadki. Całe lata zajęło mu prowadzenie prywatnego śledztwa, pod naporem zebranej dokumentacji zaczęły uginać się regały w jego domu. Na nic to się jednak zdało, bo – nie licząc maleńkich tropów – nadal nie było wiadomo, co się stało
z dziewczyną.

Wtem na horyzoncie pojawia się osoba, która, gdyby tylko zechciała, mogłaby spróbować na nowo poruszyć sprawę zaginięcia Harriet i może nawet dojść prawdy. Tą osobą jest dziennikarz Mikael Blomkvist, którego kariera zawodowa legła w gruzach po opublikowaniu artykułu na temat pewnej „grubej ryby”. Walka z panami świata interesów na ogół nie kończy się dobrze dla słabszej strony, a dla Mikaela oznaczało to nawet kilkumiesięczny pobyt w więzieniu. Zatem, co taki człowiek może zdziałać w sprawie sprzed wielu lat, która dotyczy kompletnie nieznanych mu osób? Okazuje się, że wiele, jeśli tylko wykorzysta swoje umiejętności i do współpracy zaprosi niesamowicie ekscentryczną i oryginalną osobę, jaką jest Lisbeth Salander.

"Dziewczyna z tatuażem" z 2011 roku
Ach! Zapomniałam wspomnieć, że cała ta historia to fabuła książki autorstwa ojca szwedzkiego kryminału, którym był (i nadal jest!) Stieg Larsson – czyli pierwszego tomu trylogii „Millennium” pt. „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”. Tak się poddałam opowieści, wczułam w sytuację bohaterów, że prawie zapomniałam, że to przecież tylko książka…

Zazwyczaj o atutach danego tytułu mam ochotę opowiadać na lewo i prawo, wyłuszczając dokładnie, który z elementów zasługuje na wyróżnienie. W tym przypadku również chcę to zrobić, ale jest ich tak dużo i są tak wyraziste, że zwyczajnie nie wiem, od czego zacząć…

Może od rażącego w oczy słowa „bestseller” na okładce? Tak, ta książka jest bestsellerem – sprzedała się w porażającym nakładzie, a to na ogół oznacza, że na dany tytuł jest moda i tylko dlatego jest rozchwytywany, a pod względem literackim nie ma zbyt wiele do zaoferowania czytelnikowi. I tu czeka nas pierwsza miła niespodzianka, bo okazuje się, że „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” to powieść, która sprzedała się tak dobrze nie bez powodu i na pewno nie pod wpływem wszechobecnego szału, wywołanego reklamą w mediach. Książka sprzedała się tak dobrze, bo jest jednym z najlepszych kryminałów ostatnich lat! I nie przesadzam tu ani trochę…

Mamy co prawda specyficzny nastrój w powieści, nie poraża nas zawrotne tempo akcji (przynajmniej na początku), ale za to jaki klimat (dosłownie i w przenośni) tu panuje! Chłodny (wręcz mroźny), mroczny, jaskrawy i maksymalnie wciągający.

Absolutnym atutem pierwszego tomu trylogii są bohaterowie. Śmiało można powiedzieć, że to mistrzostwo konstruowania postaci – autor daje nam możliwość poznania myśli każdej z nich i wnikliwie je przeanalizować. Jednak najbardziej wyraziste są: Henrik, Mikael i Lisbeth. O każdym z tych bohaterów mogłabym napisać osobną recenzję, ale tego już wam oszczędzę i skupię się na ostatniej wymienionej przeze mnie postaci. Lisbeth to młoda dziewczyna uznana przez społeczeństwo za aspołeczną, upośledzoną, wymagającą opieki kuratora (mówiłam o podejrzeniu, że cierpi na zespół Aspergera?). Pikanterii w jej przypadku dodaje styl życia dziewczyny, sposób ubierania się czy odnajdywania się w towarzystwie – czarne ubrania, specyficzny makijaż, tatuaże, szczupła budowa ciała, chadzanie własnymi ścieżkami, ignorowanie innych oraz zasad panujących w społeczeństwie, biseksualizm, niesamowity dryg do włamywania się do cudzych komputerów… Według niektórych to ogromna dawka inteligencji, bystrości i przenikliwości zamknięta w niemal anorektycznym ciele, a dla wielu – wyrzutek społeczeństwa. Tak specyficznej, pociągającej i intrygującej bohaterki dawno nie miałam okazji poznać…

Stieg Larsson
źródło: www.lubimyczytac.pl
Uff… Sama historia jest bardzo misternie utkananie brak jej szczegółowości i elementu zaskoczenia w momencie, gdy już wydaje nam się, że wszystko wiemy. W chwili gdy sytuacja zdaje się być jasna i podejrzewamy, że jesteśmy na finiszu całej zagadki, okazuje się, że jest jeszcze coś, co trzeba rozgryźć. I wreszcie, gdy wydaje nam się, że cała historia skończy się dobrze i „wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie”, dostajemy solidne ukłucie ostrym szpikulcem pod samo żebro. Przecież nie tak miało się to skończyć! Ale, ale… Przede mną jeszcze dwa tomy trylogii! To najwspanialsza perspektywa na moją najbliższą, czytelniczą przyszłość…

Mówi się żartobliwie, że dobry seks to taki, po którym nawet sąsiedzi wychodzą na papierosa. Parafrazując te słowa, powiem, że dobra powieść to taka, po przeczytaniu której nawet niepalący czytelnik ma ochotę po niego sięgnąć. Gdzieś tu kiedyś jeden był… samotny i zapomniany… Macie może ogień?

Ocena: 6+/6

Recenzja bierze udział w "Kryminalnym wyzwaniu" oraz "Czytamy Polecane Książki" (z polecenia wielu blogerów, m.in. Pauliny).

sobota, 26 października 2013

"Miodowa pułapka" Unni Lindell




tłumaczenie: Maria Gołębiewska-Bijak
tytuł oryginału: Honningfellen
seria/cykl wydawniczy: Cato Isaksen tom 7, Czarna Seria
wydawnictwo: Czarna Owca
data wydania: wrzesień 2013 
ISBN: 9788375546323
liczba stron: 376


W miodową pułapkę wpadłam…

Tworzenie książek wciąż w tym samym nurcie może się znudzić, przejeść. Dlatego niektórzy pisarze czasem odstępują od obranego przez siebie gatunku, którym parali się latami, i sięgają po inny. Tak też zrobiła autorka, z którą miałam do czynienia w ostatnich dniach. Unni Lindell – bo o niej mowa – to uznana norweska autorka tekstów dla młodszych czytelników, która pewnego dnia postanowiła pójść kilka kroków dalej i stworzyć powieść dla dorosłego odbiorcy, mieszczącą się w nurcie kryminału (w 1996 roku wydała powieść pt. „Slangebæreren”).

Na naszym rynku w 2004 roku ukazał się „Czerwony kapturek” jej autorstwa, a w tym roku „Miodowa pułapka” i to o tym drugim tytule dziś wam opowiem.

Kluczowymi postaciami opowiedzianej przez Lindell historii są dzieci. Pewnego dnia po zakończonych zajęciach szkolnych trójka dzieciaków wraca do domu. By skrócić sobie drogę, wybierają drogę, która wiedzie przez ogródek pewnej mało przyjaznej kobiety, Very Mattson. Niestety, niebawem okazuje się, że jedno z dzieci – chłopiec o imieniu Patrik – nie wróciło do domu. Ponadto to właśnie Vera jest osobą, która widziała je ostatnia. Poszukiwania Patrika trwają, ale w tym samym czasie ma miejsce kolejna tragedia. Ciało młodej kobiety zostaje odnalezione na jednej z ulic. Wszystko wskazuje z początku na to, że została potrącona przez samochód, jednak dalsze badania wykazują, iż ofiara miała na sobie dziwne ślady, które na pewno nie powstały na skutek wypadku drogowego.

Do żmudnej pracy nad śledztwem zabiera się komisarz Cato Isaksen, a nie jest mu łatwo, bo do jego wydziału sprowadzają „nową”, Mariane. Stosunki między obojgiem nie układają się dobrze, co utrudnia prowadzenie śledztwa…

Skoro mówię już o postaciach „Miodowej pułapki”, to od razu pokuszę się o wytknięcie największej wady tej książki. Kreacja bohaterów jest, hmm… fatalna to może za dużo powiedziane, ale na pewno słaba. Zarówno Cato, jak i Mariane są mgliści, niemal bezpłciowi – w zasadzie nie da się o nich nic powiedzieć oprócz tego, że nie przypadli sobie nawzajem do gustu. W przypadku kreacji czarnych charakterów też nie jest lepiej, a szkoda, bo tu można było zdziałać wiele. Mamy przecież bohaterkę cierpiącą na schizofrenię, mamy też bohatera o niezdrowych ciągotach seksualnych. Dwa wątki, na których można było zbudować imponujące postaci, zostały totalnie zmarnowane.

Unni Lindell
źródło: www.abcnyheter.no
Samo tempo akcji jest niezłe, ale można się o tym przekonać dopiero po przebrnięciu przez dość monotonny początek. Książka napisana jest bardzo lekko, przystępnym stylem, rozdziały są krótkie (niektóre nawet bardzo), więc dzięki temu czyta się ją w błyskawicznym tempie.

Ostatecznie „Miodowa pułapka” jest tytułem odpowiednim dla niewymagającego czytelnika, takiego, który z kryminałami spotyka się rzadko i nie ma wobec nich wielkich oczekiwań. I choć osobiście bardzo lubię i cenię „Czarną serię”, w której pojawiła się powieść Lindell, to po raz drugi przyszło mi się przekonać, że trafiają się w niej także słabsze pozycje. Ale czy powinno to dziwić? W przypadku serii nie każdy tom musi być przecież idealny.

Ocena: 3/6



Recenzja bierze udział  w wyzwaniu:


czwartek, 6 czerwca 2013

"Zamiast ciebie" Sofie Sarenbrant


"I stället för dig" Sofie Sarenbrant



tłumaczenie: Robert Kędzierski
seria/cykl wydawniczy: Agnes tom 2, Czarna Seria
wydawnictwo: Czarna Owca
data wydania: 23 stycznia 2013
ISBN: 978-83-7554-437-4
liczba stron: 320


Gdy przeszłość powraca

Jak może czuć się mężczyzna po zaginięciu swojej ciężarnej żony? Nietrudno się domyślić, że bardzo źle, a jeśli dodać do tego podejrzenia policji, iż to właśnie on stoi za tajemniczym zniknięciem współmałżonki, to sprawa jeszcze bardziej się komplikuje. A przecież miało być tak pięknie! Postanowili wybrać się na krótkie wakacje wraz z przyjaciółmi i odpocząć od codzienności. Miła rozrywka jednak w pewnym momencie przeradza się w kłótnię, a kolejnego dnia po kobiecie ginie wszelaki ślad… Z tak przykrym scenariuszem wydarzeń zapoznałam się w zeszłym roku, czytając debiut literacki szwedzkiej pisarki, Sofie Sarenbrant, pt. "36 tydzień".

Obecnie przyszła kolej na lekturę drugiej części kryminalnej serii, której akcja toczy się w miasteczku Brantevik (aktualnie autorka pracuje już nad czwartym tomem). Kontynuacja opatrzona jest tytułem „Zamiast ciebie”. Znów spotykamy w niej Tobby'ego, który szesnaście lat wcześniej musiał zmierzyć się z zaginięciem żony, Agnes. Nową, główną postacią w powieści jest ich pełnoletnia już córka, Nicole. W pierwszej chwili chciałam napisać, że to właśnie Nicole powoduje, że znów dochodzi do dramatu w rodzinie, a przeszłość wraca ze zdwojoną siłą, ale tak naprawdę winę za tę dramatyczną sytuację ponosi cała trójka. Przemilczanie prawdy z przeszłości, tajemnice i kłamstwa ostatecznie doprowadzają do tego, że Nicole, podobnie jak jej matka przed laty, ginie w tajemniczych okolicznościach, próbując na własną rękę dotrzeć do prawdziwej wersji zdarzeń sprzed szesnastu lat. Czy Nicole poznała prawdę? Czy wróciła szczęśliwie do domu?


Lektura książki Sarenbrant na pewno przyniesie wam odpowiedzi na te pytania. Ponadto, jeśli macie już za sobą pierwszą część, czyli „36 tydzień”, to szybko zorientujecie się, że pod względem rozbudowania fabuły, jak i przedstawienia głównych bohaterów wypada ona dość blado przy „Zamiast ciebie”. W najnowszej odsłonie tajemniczej opowieści więcej dowiedziałam się o bohaterach, zdecydowanie lepiej poznałam Tobby’ego oraz Agnes – ich rysy osobowościowe są bardziej wyraziste, a odczuwane przez bohaterów emocje – jeszcze bardziej wydobyte. Sposób prezentowania losów postaci spowodował, że zaczęłam wczuwać się w ich sytuację – żal było mi okłamywanej Agnes, która przez długi czas była pewna, że ma wokół siebie życzliwych ludzi. A Tobby? Okazało się, że – niestety – niczym pozytywnym się nie odznaczył, wręcz drażniło mnie jego szczeniackie zachowanie i lekkomyślność.

Sama fabuła powieści, jak już wspomniałam, jest dużo lepiej skonstruowana, akcja biegnie szybko, ciągle coś się dzieje. Ponadto mamy możliwość spojrzenia na życie bohaterów z perspektywy każdego z nich. Nie brakuje tu też retrospekcji. Co warte podkreślenia – autorce udało się tak połączyć wszystkie elementy, by czytelnik nie czuł się przytłoczony ilością wątków czy tempem akcji. W zasadzie jedyne, co nie do końca mi „zagrało” w tej książce, to brak wiarygodności niektórych opisywanych zdarzeń (a to ktoś się na coś zbyt szybko godził, a to komuś za łatwo szło dochodzenie do zamierzonego celu, ktoś inny znów był przeraźliwie łatwowierny…). Jednak to są tylko drobne – moim zdaniem – mankamenty, które nie wpływają na całościową ocenę książki.

Komu polecam oba utwory Sarenbrant? Fanom delikatniejszych thrillerów i kryminałów (nazwałabym je wersją soft). Amatorzy potoku krwi, gęsto ścielących się trupów oraz wyczuwalnego oddechu mordercy na karku niech poszukają innej lektury.


Ocena: 5/6






piątek, 5 kwietnia 2013

"Więźniowie własnych myśli" Alex Pattakos

"Prisoners of our thoughts" Alex Pattakos





tłumaczenie: Elżbieta Smoleńska
wydawnictwo: Czarna Owca
data wydania: listopad 2012
ISBN: 978-83-7554-407-7
liczba stron: 208


W poszukiwaniu tego, co najważniejsze



Gdy po raz pierwszy zetknęłam się z książką zatytułowaną „Człowiek w poszukiwaniu sensu”, autorstwa Viktora E. Frankla, która traktuje o tym, jak ważne jest odnalezienie celu życia - szczególnie w tych najtrudniejszych jego momentach, nie wiedziałam jeszcze, że będzie to dla mnie jedna z najbardziej wartościowych lektur. Tym bardziej nie spodziewałam się, że za jakiś czas przyjdzie mi poznać interesującą kontynuację myśli Frankla.

A jednak! W zeszłym roku (2012) wydawnictwo Czarna Owca pokusiło się o wypuszczenie na rynek książki pt. „Więźniowie własnych myśli”, której autorem jest Alex Pattakos, czerpiący inspirację z cennej spuścizny pozostawionej przez Frankla. Przypomnę, że ten światowej sławy psychiatra był twórcą oryginalnego systemu terapeutycznego – logoterapii. Twierdził on, że jeśli dopatrzymy się sensu w każdej chwili naszego życia, to jesteśmy w stanie podjąć odpowiedzialność za nie, mieć wpływ na własne decyzje i dostrzec wartość istnienia nawet w takich sytuacjach, gdy wydaje nam się to całkiem niemożliwe (opierał się przy tym na solidnym fundamencie - własnym doświadczeniu wyniesionym z pobytu w obozie koncentracyjnym).

Pattakos przeanalizował siedem zasad logoterapii, które mogą zmienić spojrzenie człowieka na poczucie sensu w życiu zawodowym, pomóc w pokonywaniu problemów z nim związanych oraz w odkryciu potencjału, który drzemie w każdym z nas. Najpierw, korzystając z założeń logoterapii, omawia szerzej pojęcie „wolnej woli”. Potem podejmuje kwestię „woli sensu”, by wykazać, że każdy z nas może odnaleźć wartość w swojej pracy zawodowej (dobrym przykładem jest tu jego listonoszka, która codziennie wykonuje swoje obowiązki z uśmiechem na ustach, a zapytana, skąd czerpie optymizm, odpowiada, że jej praca to nie tylko nużące roznoszenie przesyłek, lecz pomaganie ludziom w kontaktowaniu się ze sobą). Następnie wyjaśnia, czym jest sens absolutny (supersens) – dla wielu takim sensem może być miłość. Kolejny rozdział traktuje o „intencji paradoksalnej”, czyli o przesadnym koncentrowaniu się na wyniku swojej pracy, co prowadzi do autodestrukcji. Autor zwraca także uwagę na pojęcie „samoodłączenia”, które stało mi się na swój sposób bardzo bliskie; jego istotą jest spojrzenie na siebie z dystansem, wyrobienie w sobie umiejętności śmiania się z samego siebie. Pattakos podkreśla także, jak ważna jest umiejętność skupienia uwagi w momencie traumatycznego przeżycia na czymś zupełnie z nim niezwiązanym (szczerze mówiąc, jeszcze nie udało mi się w swoim życiu tego dokonać, ale może teraz osiągnę to dzięki świadomym wysiłkom?). Kończąc analizę tych siedmiu zasad, autor przybliża temat duchowego wydźwięku sensu absolutnego.

Choć „Więźniowie własnych myśli” to publikacja profesjonalna, której nie brak filozoficznego wymiaru, czyta się ją bardzo dobrze. Nie trzeba obawiać się, że jest to tytuł przeznaczony wyłącznie dla osób związanych z psychiatrią, pasjonujących się różnymi teoriami z tej dziedziny. Książka tak naprawdę adresowana jest do każdego, kto chce spojrzeć na swoje życie zawodowe i osobiste pod znacznie szerszym kątem. Wiadomo, że porażki w pracy przenoszą się na życie prywatne, dlatego rozważania Pattakosa mogą pomóc wielu osobom w walce z tym zjawiskiem (jeśli występuje nagminnie) lub w profilaktycznym uchronieniu się przed nim.

Polecam wszystkim osobom zainteresowanym psychiatrią, psychologią, ciągłym doskonaleniem się, jak i tym, którzy lekturę Frankla mają już za sobą – będzie jej doskonałym uzupełnieniem.

Ocena: 5/6






Recenzja bierze udział w wyzwaniu: "Pochłaniam strony, bo kocham tomy!!!!" (208 stron).

czwartek, 22 listopada 2012

"Plac dla dziewczynek" Lena Oskarsson





Data wydania: 5 wrzesień 2012
Tytuł oryginału: Flickornas Torg
Przekład: Zygfryd Radzki
Wydawnictwo: Czarna Owca
Ilość stron: 388
ISBN: 978-83-7554-442-8


"Z fotografią w tle"

Każdy mól książkowy ma w swoim czytelniczym dorobku takie tytuły, których nie da się inaczej określić, jak mianem kontrowersyjnych. Jednak niekoniecznie z powodu samej ich tematyki… Książka, z którą ostatnio miałam do czynienia, wzbudzała skrajne emocje chyba już nim się ukazała. Otóż pojawiły się pogłoski, jakoby jej autorka tak naprawdę… nie istniała. Na próżno też szukać informacji o niej w sieci. Aura tego tytułu zdominowana przez tajemniczość, zagadkowość i, wcześniej już wspomnianą, kontrowersyjność. Czy fabuła niesie ze sobą te same cechy?
W moim odczuciu poniekąd tak, ale po kolei. Kluczowym motywem akcji powieści pt. „Plac dla dziewczynek” autorstwa Leny Oskarsson jest brutalne morderstwo, które wstrząsa spokojnym życiem mieszkańców małej szwedzkiej miejscowości leżącej w pobliżu jeziora. W podobnych tego typu przypadkach podejrzenia padają na kogoś, kto dopiero wprowadził się w dane rejony. Zatem, czy mordercą może być światowej sławy fotograf, który mieszka w pobliżu od niedawna? Oczywiście, że może, ale czy naprawdę jest? Na to pytanie odpowiedź ma przynieść śledztwo prowadzone przez Zuzę Wolny, z pochodzenia Polkę. Nie będzie ono łatwe i nieprędko nadejdzie jego kres, zwłaszcza że w tym samym czasie może pojawić się miłość.
Jeśli spodziewacie się wartkiej akcji i szybkiego tętna podczas lektury, to możecie się zawieść. Odpowiedź na pytanie „kto jest zabójcą?” nie pada zbyt szybko. Mniej więcej do połowy książka zdawała mi się być przegadana i osobiście skróciłabym ją o dobrych kilka stron (jeśli nie kilkadziesiąt). Na konkretny rozwój akcji trzeba długo poczekać, ale w połowie książki akcja nabiera wyrazu i znużenie odpływa w siną dal. Ponadto, z początku miałam nieodparte wrażenie, że wizerunek jednej z bardzo młodych bohaterek (kilkunastoletniej) był przedstawiony w nieco… niewłaściwy sposób – nazbyt rozerotyzowany. Być może to tylko moje przewrażliwione spojrzenie na ten wątek, ale to już każdy z Was musi ocenić wedle własnego uznania.
Nie będę ukrywać, że mnie – wytrawną fankę thrillerów i kryminałów – akurat ten tytuł nie porwał, nie urzekł mnie niczym szczególnym, nawet chwilami mnie zawodził. Jednak upodobania są różne i to, co mnie nie przypadło do gustu, dla kogoś innego może być majstersztykiem. Może właśnie dla Ciebie? Najlepiej przekonać się o tym samemu.
Ocena: 2/6

Oficjalna recenzja dla portalu lubimyczytac.pl: http://lubimyczytac.pl/oficjalne-recenzje-ksiazek/1565/z-fotografia-w-tle

środa, 17 października 2012

"Krąg" Mats Strandberg, Sara B. Elfgren





Data wydania: 17 październik 2012
Wydawnictwo: Czarna Owca
Tytuł oryginału: "Cirklen"
Przekład: Patrycja Włóczyk
Wydanie: I
ISBN: 978-83-7554-397-1


"W kręgu mrocznych zagadek"


Być tam, gdzie problemy dnia codziennego nas nie dosięgają; tam, gdzie pojęcie sprawiedliwości wiedzie zasłużony prym. Potrafić coś, co przyćmi wszelkie zło i krzywdy, jakich doświadczyliśmy; potrafić coś, co zmieni świat i ludzi. Poznawać prawdę dzięki stawaniu się niewidzialnym albo samymi myślami nakłaniać innych do zrobienia wszystkiego, co nam się tylko zamarzy…

Sześć nastolatek, będących bohaterkami nowej, szwedzkiej trylogii pt. „Krąg” autorstwa Matsy Strandberg i Sary Bergmark Elfgren, nie spodziewało się, że niebawem będą stanowić zwartą grupkę osób, od której zależeć będzie tak wiele. Dziewczęta nie spodziewały się także, że tuż po samobójczej śmierci kolegi ze szkoły, zaczną odkrywać w sobie paranormalne zdolności. Nic jednak nie dzieje się bez powodu… Owe nadprzyrodzone talenty zaprowadzą je w przedziwne miejsce, o którego istnieniu nie miały zielonego pojęcia, a w którym Krąg będzie miał ogromne znaczenie. Na domiar złego istnieje także podejrzenie, że domniemanemu samobójcy ktoś pomógł w odebraniu sobie życia, a na ulicach miasteczka Engelforts pojawia się mroczna postać.

Zagadek w tym thrillerze jest bez liku! Wiele mrocznych sytuacji i momentów przyprawiających o szybsze bicie serca. Najbardziej zaś dominują emocje, które towarzyszą chyba każdemu dojrzewającemu młodemu człowiekowi – poczynając od poczucia osamotnienia, niezrozumienia, pustki po piękne pierwsze miłości oraz sercowe rozterki. Język powieści jest typowo młodzieżowy, zdarzają się w nim wulgaryzmy, ale nie rażą. Zakończenie wzbudza zainteresowanie tym, co wydarzy się w kolejnym tomie, a to chyba klucz do sukcesu całej trylogii, choć nie tylko to. Silne i dobre wrażenie robi połączenie świata fantastycznego z rzeczywistym. Uczniowie uczęszczający do szkoły w Engelforts są bardzo realni, namacalni, zmagają się z tymi samymi problemami, co wielu innych nastolatków. Nie są idealni, zdarza im się wagarować, próbować zakazanych używek czy zwyczajnie w mocny sposób akcentować swoją indywidualność. Jednak wszystko, co złe i całe ich cierpienie, rekompensują nadprzyrodzone zdolności, które dają im siłę, wiarę oraz nadzieję na lepsze jutro. Połączenie tych dwóch światów tworzy ciekawy efekt końcowy, choć w mojej opinii motyw paranormalny jest dość płytko nakreślony, brak w nim dokładniejszych i bardziej sugestywnych opisów.

Komu polecam „Krąg”? Przede wszystkim młodzieży. Jestem więcej niż pewna, że wiele młodych osób odnajdzie cząstkę siebie w którymś z bohaterów, a może nawet coś więcej? Polecam ją także starszej młodzieży, która tak jak ja za szczenięcych lat marzyła o tym, by być choć przez chwilę niewidzialnym albo móc czytać komuś w myślach… To były czasy!


Książka w wersji przed redakcją i korektą jest do zgarnięcia w październikowym Kuferku. :)


Ocena: 4/6


Oficjalna recenzja dla portalu lubimyczytac.pl: 



środa, 8 sierpnia 2012

"Człowiek w poszukiwaniu sensu" Viktor E. Frankl



Pozycji traktujących o ogólnym obrazie egzystencji w obozach koncentracyjnych, jak i ich fizycznych następstwach, powstało już bardzo wiele. Choć są one niebywale cennymi dokumentami (może znajdzie się kilka tytułów o wątpliwej wartości historycznej, ale nie o tym chcę mówić), to często brakowało im gruntownej analizy psychiki więźnia obozu zagłady. I chyba trudno się temu dziwić, bo nie ma w tej chwili zbyt dużej ilości publikacji na naszym rynku, które dotykałyby tej tematyki. Zatem, gdy tylko dowiedziałam się o istnieniu „Człowiek w poszukiwaniu sensu” autorstwa Viktora E. Frankla, wiedziałam, że prędzej czy później wykład ten przeczytam.

Mimo iż wcześniej spotkałam się z kilkoma pochlebnymi recenzjami na jego temat, to nie spodziewałam się, że w moje ręce trafi prawdziwa „perełka”, która otworzy mi oczy na istotne kwestie związane z psychologicznym podłożem pobytu w tak okrutnych miejscach, jakimi były obozy. Mało tego, okazało się, że niemal wszystko co zawiera ta lektura można odnieść do własnego życia, wiele zrozumieć, nabrać szacunku i pokory do tego, co mamy, a także pomóc sobie w trudniejszych chwilach. 
Jednak owoce z tego spotkania zbiera się dopiero na końcu. Z początku autor stara się przybliżyć czytelnikowi fazy, w jakich znajduje się psychika więźnia obozu:

- faza następująca tuż po przybyciu;
- stadium głębokiego wejścia w rutynę życia obozowego oraz
- okres następujący po wyzwoleniu z obozu[1].

W pierwszej z nich dominuje szok i niedowierzanie, że w tym miejscu jest naprawdę tak źle.  Więźniowie często łudzili się, że jak wybudzenie ze złego snu przyjdzie nagle wybawienie z opresji; że to, co złego zobaczyli, było tylko chwilowe i w żadnym wypadku nie zdąży ich dotknąć, a wraz z docieraniem prawdy dało się odczuć wśród nich narastające przygnębienie (często skutkujące próbami samobójczymi).
Potem, gdy egzystencja w tym ponurym miejscu staje się już tylko smutną rzeczywistością, przychodzi pora na apatię, zobojętnienie na wszystko wokół (także na tak często opisywany w wielu pozycjach brak skrajnych emocji na widok czyjejś śmierci; na tym etapie staje się ona czymś normalnym i niewzbudzającym szczególnych emocji).
Na koniec pobytu w obozie, gdy przychodzi moment zdobycia upragnionej wolności, niekoniecznie należy spodziewać się niepohamowanej radości i euforii wśród więźniów. Okazuje się bowiem, że pobyt w tym miejscu, jak i wszelkie jego następstwa, jest tak głęboko zakorzeniony w umysłach i duszach tych ludzi, że początkowo nie są oni w stanie cieszyć się brakiem ograniczeń. Świetnie obrazuje to Frankl słowami:


W końcu doszliśmy na łąkę pełną kwiatów. Widzieliśmy je i zdawaliśmy sobie sprawę z ich fizycznego istnienia, ale nie potrafiliśmy wykrzesać z siebie w związku z tym żadnych uczuć. Pierwszej iskierki radości dostarczył nam widok koguta o wielobarwnym ogonie. Wciąż jednak była to zaledwie iskierka – nadal nie należeliśmy jeszcze do tego nowego świata.[2]

Jak bumerang wróciła do mnie w tym momencie historia Króla z powieści Jamesa Clavella pt. „Król szczurów”. Gdy opuścił on obóz jeniecki, okazało się, że jako wolny człowiek nie potrafi wrócić do rytmu normalnego życia. W niewoli był Królem, był KIMŚ, kogo wszyscy szanowali, a na wolności był zwykłym człowiekiem, jakich wiele, który wyrwany z dotychczasowych realiów nie potrafi sobie poradzić z otaczającym go światem. Ostatecznie przyszło mu się uczyć życia na nowo. Podobnie jest z więźniami obozów zagłady, którzy mimo tego, że wiedli w nich życie różne od Króla z powieści Clavella, to także doświadczyli utraty wolności, na co dzień obcowali z brutalną i bezwzględną rzeczywistością, przyszło im się zmagać z podobnymi duchowymi rozterkami. I jedni i drudzy tracili coś, co było dla nich pewnego rodzaju normą, coś do czego przywykli i z czym poniekąd chyba zgodzili się już żyć.

A co było kluczem do przeżycia tych trudnych warunków w obydwu przedstawionych przeze mnie przypadkach (poza oczywistymi czynnikami fizjologicznymi czy zdrowotnymi)? Sens życia albo inaczej – jego cel. Okazuje się, że człowiek pozbawiony celu, dla którego żyje, traci jednocześnie sens egzystencji i jeśli w obozowych realiach tracił z serca, marzeń czy wiary wizję wyzwolenia, wolności – to często tracił także życie. Teraz już rozumiem, dlaczego w przypadku ciężkich chorób tak ważna jest wiara w wyzdrowienie i wola walki…

Bardzo daleko zabrnęłam w swoich rozważaniach na temat tej książki i z pewnością mogłabym posunąć się jeszcze dalej, ale nie chce nikomu odbierać możliwości w pełni subiektywnej (tak, tak! nie obiektywnej) analizy tej pozycji. Liczy ona ledwie 223 strony tekstu, a zawiera w sobie esencję tego, co powinien wiedzieć zarówno każdy zainteresowany tematyką, jak i ten, który nadal poszukuje sensu w swoim życiu…

Chyba każdy na którymś z etapów swojego życia powinien przeczytać tę książkę. Może ona wnieść w nie zaskakująco dużo, nawet jeśli uważacie się za ludzi w pełni szczęśliwych.

Ocena: absolutne 6/6




[1] V. E. Frankl, Człowiek w poszukiwaniu sensu, Czarna Owca, Warszawa 2011, s. 29-30.
[2] Tamże, s. 139.

środa, 1 sierpnia 2012

"Ani żadnej rzeczy..." PM Nowak



Chyba większość z nas ma jakieś noworoczne postanowienia, prawda? Ja też je mam, a tych dotyczących planów czytelniczych na rok bieżący miałam całe mnóstwo. Między innymi postanowiłam, by wbrew własnemu przekonaniu, iż mało jest naszych rodzimych pisarzy, którzy potrafią mnie pozytywnie zaskoczyć swoimi dokonaniami, czytać jak najwięcej polskiej literatury spod znaku kryminału, thrillera czy horroru. Niniejszym słowa dotrzymuję.

W ostatnim czasie w moje ręce miała przyjemność trafić pozycja PM Nowaka pod tytułem „Ani żadnej rzeczy…”, będąca jednocześnie debiutem autora. Przyznacie chyba, że sam pisarz jak i tytuł książki są wyjątkowo tajemniczy, prawda? Ogólny zarys fabuły również nie zdradza zbyt wiele, bo oto dowiadujemy się, że w posiadłości położonej w Podkowie Leśnej nieopodal Warszawy w wyniku rany postrzałowej ginie niespełna trzydziestodziewięcioletnia kobieta. Komisarz Jacek Zakrzeński, zajmujący się sprawą tego tajemniczego morderstwa, dość szybko trafia na tropy potencjalnych zabójców denatki. Jednak ten, który miał rzekomo najwięcej korzyści ze śmierci kobiety ma najmocniejsze alibi – mowa o jej mężu nazwiskiem Cebulski. Następnie podejrzenia padają na eks-męża Cebulskiej, a także na siostrzeńca ostatniego z mężów. W oczach komisarza każdy z nich mógł mieć powody, by pozbyć się kobiety, ale czy rzeczywiście jest pośród nich morderca? Tego musicie się już dowiedzieć sami.

Zanim jednak przystąpicie do lektury, poznajcie charakterystyczne dla tego tytułu cechy. Pamiętacie kryminały z dawnych lat, których wizytówką było z lekka ospałe tempo akcji naznaczone smugą dymu z cygara (może fajki) i pieczołowicie ukryta pod długim płaszczem i rondem kapelusza postać detektywa zajmującego się daną sprawą? Kryminał PM Nowaka ma w sobie właśnie to coś rodem z czarno-białych ekranów. Akcja toczy się wyjątkowo wolno, każdy szczegół śledztwa omawiany jest niezwykle dokładnie, powiedziałabym nawet, że każdy szczegół wszystkiego, o czym mowa w toku fabuły jest wnikliwie opisywany przez autora – nie zawsze potrzebnie. Niektóre fragmenty miałam ochotę zwyczajnie z lektury wykreślić. 
Sam pomysł na fabułę nie poraża nadzwyczajną oryginalnością – morderstwo, podejrzani, śledztwo… Jak na mój gust za mało w „Ani żadnej rzeczy…” zwrotów akcji, dynamizmu, jednakże ogólnie pojęte założenia kryminału książka ta spełnia dobrze.

Komu zatem polecam debiut PM Nowaka? Fanom kryminałów w starszej odsłonie, lubiącym zagłębić się w nieśpieszny tok akcji i tym, dla których szczegółowość to nieodzowny element każdej dobrej lektury.

Ocena: 4/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi Zbrodnia w Bibliotece oraz jej autorowi PM Nowakowi.

sobota, 28 lipca 2012

"36 tydzień" Sofie Sarenbrant



"Kryminał z morałem"

„Kochanie, gdybym tylko wiedział, że ten wieczór skończy się w taki sposób, to za żadne skarby świata nie pozwoliłbym Ci odejść samej od naszego stolika. Gdybym tylko wiedział, że za chwilę znikniesz, a kilkanaście godzin później będziesz poszukiwana przez policję, wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej. Jestem głupcem, któremu alkohol odebrał chwilowo rozum i oderwał uwagę od tego, co liczy się w moim życiu najbardziej – od Ciebie i naszego, mającego na dniach się narodzić, dziecka...”

Właśnie tak mogłyby wyglądać myśli Tobby’ego, jednego z bohaterów książki Sofie Sarenbrant pt. „36 tydzień”, w chwili, gdy zaginięcie jego żony Agnes stało się ponurym faktem. Nie tak miał się zakończyć ich wakacyjny wypoczynek, na który wybrali się wraz z parą najlepszych przyjaciół (Johanną, również będącą w ciąży, i Erykiem), ale przecież nikt nie spodziewał się takiego obrotu wydarzeń. Najpierw sprzeczka Tobby’ego i Agnes, potem brak kontroli mężczyzny nad ilością spożywanego alkoholu i ostatecznie rezygnacja Agnes ze wspólnej zabawy. Następnego dnia rano Tobby z przerażaniem stwierdza, że jego żona zniknęła. Ponadto wszczęte dochodzenie w sprawie wskazuje, jakby on sam miał coś wspólnego z całym incydentem. Czy tok śledztwa biegnie w odpowiednim kierunku?

O tym każdy z Was może się przekonać na końcu tej trzymającej w napięciu lektury. Autorka długo każe czekać na jakiekolwiek wieści o stanie, w jakim znajduje się Agnes. Gdy już decyduje się na uchylenie rąbka tajemnicy, robi to w sposób bardzo niespodziewany. Od tego momentu nie sposób oderwać się od książki, bo chęć poznania trudnych losów bohaterki jest wprost niepohamowana. O tak, trzeba przyznać, że Sofie Sarenbrant potrafi budować napięcie; początkowo jest ono delikatne, a im dalej wchodzimy w głąb fabuły, tym mocniej przybiera na sile.

Koniecznie muszę też przyznać autorce ogromnego plusa za kreację emocji męża Agnes – są wyraziste, namacalne i bardzo prawdziwe, nie ma w nich krzty przesady czy ckliwości i przesłodzenia, bardzo dobrze oddają to, co może czuć zakochany mężczyzna, gdy miłość jego życia ginie w tajemniczych okolicznościach. Świetnie ukazuje jego zmagania z samym sobą, walkę z bezsilnością oraz przyznanie się do popełnianych błędów.

A zakończenie? Robi wrażenie! Jedna z ostatnich scen poruszyła mnie szczególnie, wywołując dreszcze na ciele. Sarenbrant pokazała, że wcale nie trzeba przyprawiać czytelnika o szybsze bicie serca już na starcie lektury. Można dawkować mocne doznania tak, by na koniec pozostawić najsilniejszą dawkę i sprawić, że odbiorca ma chęć na jeszcze.

Zazwyczaj po zakończonej lekturze sugeruję, kto powinien ją przeczytać, ale tym razem wskażę, kto nie powinien brać jej do rąk. Myślę o młodych mamach i tych kobietach, które dopiero nimi zostaną. Zdecydowanie to lektura zbyt ostra i brutalna (przypominam, że obie bohaterki są w ostatniej fazie ciąży), niektóre z opisanych tu scen mogłyby źle odbić się na samopoczuciu, zatem te panie proszę o odłożenie tej książki na późniejszy czas.

Polecam zaś „36 tydzień” osobom o mocnych nerwach i tym, którzy także w beletrystyce lubią doszukiwać się morałów. Jaki wypływa z tej pozycji? Nie żegnaj się z bliskimi Ci osobami w atmosferze złości i nie przyczyniaj się do czyjegoś smutku w sercu, bo może się nagle okazać, że nie będzie ci dane tego naprawić...

Ocena: 5/6