Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rebis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rebis. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 lutego 2015

Duchy wiatru - Mons Kallentoft





tłumaczenie: Anna Krochmal, Robert Kędzierski
tytuł oryginału: Vindsjälar
wydawnictwo: Rebis
data wydania: 27 stycznia 2015
ISBN: 9788378185871
liczba stron: 304


Przy okazji ostatnio czytanej przeze mnie lektury zaczęłam zastanawiać się: jaki obraz ludzi w starszym wieku funkcjonuje w naszym społeczeństwie? Czy widzimy ich jako wesołych i pełnych życia staruszków, którzy nie dają się upływowi czasu? Czy raczej jako niedołężnych starców z cierpieniem wypisanym na twarzach? Ostatecznie doszłam do wniosku, że byłby to obraz słodko-gorzki, zdecydowanie z przewagą tego drugiego…

Mons Kallentoft
Nie lepszy obraz ludzi w podeszłym wieku zamieszkujących jeden z domów starców w Linköping wyziera z kart powieści Monsa Kallentofta pt. „Duchy wiatru”, która jest kolejną częścią cyklu z komisarz M.F. w roli głównej. Keruben to miejsce z pozoru przyjazne ludziom w jesieni życia. Zdaje się, że są tu szczęśliwi, mimo że rodziny wolały ulokować ich w takim miejscu niż zająć się nimi osobiście. Mają tu zapewnioną opiekę, wikt, rozrywkę i spokój na stare lata. Teoretycznie niczego pensjonariuszom domu nie brakuje. Skoro tak, to dlaczego pewnego dnia jeden z mieszkańców ośrodka zostaje znaleziony martwy w swoim pokoju? Komisarz Malin Fors w pierwszej chwili podejrzewa, że było to samobójstwo, jednak głębsze dochodzenie wyciąga na światło dzienne wiele ciekawych faktów, które sugerują, że do śmierci pensjonariusza ktoś mógł się przyczynić.

Śledztwo obnaża brutalne realia związane z funkcjonowaniem tego rodzaju ośrodków: przemęczeni pracownicy, których wciąż jest za mało, koszmarne wyżywienie, wieczne oszczędzanie na wszystkim, nawet na środkach opatrunkowych czy pieluchach (zaniedbani staruszkowie godzinami tkwiący we własnych odchodach – to, jak się okazuje, wcale nieodosobnione przypadki).

Mimo że Malin w swojej pracy zawodowej widziała już wiele, to owo śledztwo zaskoczy ją nieraz i odsłoni przed nią nowe, niezbadane wcześniej rejony ludzkiej psychiki – te najciemniejsze, te, które sprawiają, że człowiek jest w stanie posunąć się do wszystkiego, by osiągnąć to, czego pragnie.

Oczywiście nie tylko na postaci samej komisarz opiera się cała powieść Kallentofta. Zaskoczyło mnie to, że autor zdołał zmieścić tak wielu bohaterów w dość krótkiej historii i zrobił to tak, że nie ma się poczucia, iż jest ich za dużo. Formą i stylem „Duchy wiatru” do złudzenia przypominają poprzedni tom serii, „Wodne anioły”. Tu też mamy przeplatankę narracyjną (raz narracja pierwszoosobowa, a raz trzecioosobowa) i tu też zmarli przemawiają do czytelnika zza światów. Widać wyraźnie, ze autor bardzo starał się, by jego powieść wyróżniała się w natłoku innych kryminałów i to po raz kolejny udało mu się. Jednak w całej tej opowieści brakuje napięcia, uczucia zaintrygowania tym, co za chwilę może się wydarzyć – książkę czyta się szybko, ale bez większego zaangażowania. Osobiście twierdzę też, że pisarz nie wycisnął z pomysłu osadzenia części akcji w domu starców tego, co niewątpliwie mógłby wycisnąć – nie wykorzystał w pełni jego potencjału, a szkoda, bo na tej bazie mógłby powstać naprawdę emocjonujący dreszczowiec.

Ostatecznie jednak powieść wypada dobrze i poziomem dorównuje „Wodnym aniołom”. Nie jest od poprzedniczki gorsza, a to już bez wątpienia jest plus. Wierzę, że fani Kallentofta nie przejdą wobec jego nowej pozycji obojętnie i myślę, że nie będą czuć się rozczarowani, choć do zachwytu może być im daleko. Dla nałogowych pożeraczy kryminałów skandynawskich – to naturalnie pozycja obowiązkowa.

Ocena: 4/6


Oficjalna recenzja dla Lubimy Czytać - LINK.

środa, 8 października 2014

Szept cyprysów - Yvette Manessis Corporon





tłumaczenie: Agnieszka Jacewicz
tytuł oryginału: When the Cypress Whispers
wydawnictwo: Rebis
data wydania: 29 lipca 2014
ISBN: 9788378186182
liczba stron: 352


Jesieni nadszedł czas i choć w tym roku jest to czas typowo polskiej, bo złoto-czerwonej jesieni, to jednak momentami stosunkowo chłodnej. A ze mnie zmarzluch przeokrutny, więc ratuję się, jak mogę i rozgrzewam ciało za pomocą gorących napojów i umysł – za pomocą książek, które zabierają mnie tam, gdzie słońce nagrzewa powietrze do moich ulubionych temperatur. Gdzieś daleko, gdzie łatwo zapomnieć o otaczającej mnie rzeczywistości i gdzie ludzie zachwycają swoją odmiennością pod względem kulturowym, mentalnym czy pod względem siły temperamentu.

Yvette Manessis Corporon
Zgadniecie, gdzie tym razem wybrałam się w podróż literacką? Nie musicie, bo chętnie sama Wam opowiem. Swoje piękne i urzekające podwoje otwarła przede mną Grecja i jej wyspa – Erikusa – w książce Yvette Manessis Corporon pt. Szept cyprysów. Za sprawą głównej bohaterki o imieniu Daphne początkowo zderzają się tu dwa światy, tj. nowoczesny, zatłoczony i głośny Nowy Jork oraz malownicza, klimatyczna i urzekająca swoim pięknem Grecja. Daphne po wielu latach nieobecności w swojej ojczyźnie powraca na jej łono, by odwiedzić tak dawno niewidzianych krewnych oraz przedstawić im swoją córkę. Kobieta po traumatycznych przeżyciach (jej mąż zginął w tragicznych okolicznościach) stara się na nowo ułożyć swoje życie. Po okresie niepowodzeń dostaje od losu szansę – otwiera własną grecką restaurację i zaręcza się z bogatym mężczyzną. Tymczasem powrót na rodzinne tereny przynosi nowe doświadczenia, nowe uczucia i mnóstwo rozterek, z którymi przyjdzie się zmierzyć Daphne.

Opisy codzienności życia kobiety na wyspie przeplatają się z magicznymi opowieściami babci Evangelii, która nie używając specjalnie kwiecistego czy wymyślnego języka, oczarowuje czytelnika pięknem Grecji. To zdecydowanie największy atut Szeptu cyprysów i choćby tylko z tego względu warto spędzić chwilę z tą książką – klimat tego miejsca jest niemal namacalny, ciepło wdziera się do domu z kart powieści, słońce rozgrzewa, a szum tytułowych cyprysów rozpieszcza uszy. Evangelia bardzo interesująco opowiada też o historii wyspy, związanych z nią legendach, mentalności mieszkańców, ich tradycjach, przyzwyczajeniach czy specyficznych zachowaniach.

I szkoda, że w gruncie rzeczy zalety książki na tym się kończą. O postaciach, które niczym nie urzekają (nie licząc gawędziarstwa Evangelii), nic dobrego powiedzieć się nie da. Sama opowieść jest infantylna i sprawia wrażenie bajki dla wiecznie rozmarzonych i bujających w obłokach fanek powieści obyczajowych – oto bowiem biedny i poszkodowany kopciuszek wygrywa życiowy los na loterii i poznaje księcia, który się w niej natychmiast zakochuje i zapewnia o szczęśliwym oraz dostatnim życiu u jego boku. Jakoś to wszystko niezwykle proste, banalne i zwyczajnie nierealne.

Kto lubi powieści proste, niewymagające, lekkie i będące właśnie swoistymi bajkami dla dorosłych, ten Szeptami cyprysów będzie zachwycony, zwłaszcza że klimat miejsca, w którym osadzona jest powieść, robi dobre wrażenie. Dla mnie to jednak zbyt mało. Oczekuję od powieści zdecydowanie więcej niż ładnie ujętego miejsca akcji. Dla mnie powieść musi mieć moc, dostarczać mocnych wrażeń, a według mnie autorka tej książki kompletnie się o to nie postarała.


Ocena: 2.5/6


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Rebis.

piątek, 10 stycznia 2014

"Jasper Jones" Craig Silvey





tłumaczenie: Katarzyna Waller-Pach
tytuł oryginału: Jasper Jones
seria/cykl wydawniczy: Salamandra
wydawnictwo: Rebis
data wydania: 4 maja 2011
ISBN: 978-83-7510-702-9
liczba stron: 400


Młodzieńcze lata na ogół wzbudzają w nas sentyment i tęsknotę za beztroską, luzem oraz znikomą ilością obowiązków. Były czasem wypełnionym zabawą, pierwszymi miłościami i codziennością szkolnej rzeczywistości. Większość z nas chętnie wróciłaby do nich… Z wyjątkiem małego odsetka osób niepoddających się tej „niepisanej” regule. Są przecież tacy, którzy w latach młodzieńczych przeżywali dramaty, zmagali się z troskami, urządzali prowizoryczne pochówki koleżankom ze szkoły… Wróć! Jakie pochówki?!

Przyznaję, odrobinę się zapędziłam, kreśląc tę smutniejszą wersję historii ze szczenięcych lat, ale co poradzić, gdy ostatnio przeczytana książka nie dość, że utrzymana jest w takim właśnie klimacie, to jeszcze tak mocno wbija się w umysł, że nie daje o sobie zapomnieć ani na chwilę? Już mówię, o co chodzi.

Charlie Bucktin jest młodym chłopcem (ma trzynaście lat) i zamieszkuje niewielkie australijskie miasteczko, Corrigan. Jest jednym z najlepiej radzących sobie w szkole uczniów i co za tym idzie, nie posiadającym w swoim kręgu dużej liczby kolegów i koleżanek.
W zasadzie ma tylko jednego, z pochodzenia Wietnamczyka – Jeffrey’a Lu. Pewnego dnia zaprzyjaźnia się z miejscowym łobuzem (za takiego uchodzi on w oczach mieszkańców miasteczka), Jasperem Jonesem. Charlie pod jego namową pewnego wieczoru wymyka się przez okno z domu i podąża z nowym kolegą w miejsce, które ten bardzo chce mu pokazać. Gdy już tam docierają, ich oczom ukazuje się dramatyczny widok – znana Charliemu z nieprzeciętnej inteligencji dziewczynka nie żyje, a jej zwłoki bezwładnie zwisają z drzewa umocowane na linie.

Pierwszym pomysłem Charliego jest to, by czym prędzej udać się na policję i zgłosić morderstwo. Tak, morderstwo, bo obaj są święcie przekonani, że nie było to samobójstwo, ale brutalne zabójstwo – wskazuje na to wiele poszlak… Jednak Jasper, dobrze znając swoją nie najlepszą opinię krążącą wśród mieszkańców Corrigan, stanowczo sprzeciwia się zgłoszeniu sprawy władzom w obawie, że to właśnie on zostanie posądzony o pozbawienie życia koleżanki.

Tak pokrótce przedstawia się fabuła książki nieznanego mi wcześniej pisarza Craiga Silveya, zatytułowanej „Jasper Jones”. Co ciekawe – to nie wydarzenia związane z morderstwem są tu kluczowym jej elementem! Zaskoczeni? Ja też byłam. Autor na bazie tragicznych zdarzeń opiera cały sens powieści i robi to tak zgrabnie, że szybko się wyczuwa, co jest tu najważniejsze. A chodzi tak naprawdę o opis niewielkiej społeczności zamieszkującej małe miasteczko, w którym górę bierze zaściankowość, nietolerancja i rasizm, o uwypuklenie hipokryzji niektórych bohaterów i złego przykładu, jaki dają swoim zachowaniem młodzieży. Autor pokazuje, do czego prowadzi obojętność i przemilczanie kwestii niewygodnych…

Kluczowymi postaciami są Charlie, Jasper i Jeffrey – każdy z nich jest szalenie charakterystyczny i wyrazisty. Charlie, który z jednej strony zastanawia się, co zrobić ze zwłokami odnalezionymi w lesie, a z drugiej panicznie boi się owadów (nawet muszki owocówki). Jasper – dzieciak, który w swym krótkim życiu poznał już wiele jego ciemnych stron, tj. biedę, nietolerancję, ludzką obojętność. Nie ma matki, jego ojciec jest pijaczyną – musi więc radzić sobie sam. Nierzadko wspomaga się przy tym alkoholem i papierosami.
A Jeffrey, jako Wietnamczyk, z racji swojego pochodzenia cierpi niemal co dzień – rasizm  w miasteczku jest wszechobecny… Aczkolwiek ten chłopiec bardzo ujmuje czytelnika swoim hartem ducha i uporem. Na tle dramatycznych wydarzeń, w trudnym środowisku przyszło im dojrzewać, doświadczać pierwszych miłości, walczyć o uznanie w szkole i brać z życia możliwie jak najwięcej.

Craig Silvey
źródło: www.lubimyczytac.pl
Pozornie to powieść łatwa i nieskomplikowana, ale tak naprawdę skrywająca w sobie głębszy sens, wielowątkowa i szalenie realistyczna (mam tu na myśli prezentację społeczności miasteczka). Powieść obyczajowa, współczesna, bardzo spokojna, jeśli chodzi o styl, ale z kryminalnym wątkiem. Powieść bardzo dobra, mimo że chwilami przegadana. Niektóre z dialogów można byłoby skrócić (tj. spór Jeffrey’a i Charliego o to, kto jest lepszy: Batman czy Superman), a i tak powieść by na tym nie straciła.

Komu książkę polecam? Miłośnikom powieści wielowątkowych, które mają nam coś do przekazania i dają do myślenia…

Ocena: 4.5/6







wtorek, 8 października 2013

"Wodne anioły" Mons Kallentoft




tłumaczenie: Anna Krochmal, Robert Kędzierski
tytuł oryginału: Vattenänglar
seria/cykl wydawniczy: Malin Fors tom 6
wydawnictwo: Rebis
data wydania: 10 września 2013
ISBN: 9788378184270
liczba stron: 432


Na spotkaniu z kolejnym królem kryminału


Wiecie, jakie wyrażenie totalnie mi zbrzydło i odpycha mnie bardziej niż zapach znienawidzonego octu? Nie? Już Wam mówię: „skandynawski król/mistrz kryminału”. Bo ilu ich już było? Stieg Larsson, Jo Nesbø, Yrsa Sigurddardóttir czy też Åsa Larsson. Co jeden, to ponoć lepszy… I choć wydawało mi się, że w najbliższym czasie nowego króla czy królowej już nie uświadczę, to przyszło mi się srodze pomylić. Jest kolejny i to naprawdę nie byle kto, bo – jak sugeruje okładka – lepszy od samego Stiega Larssona…

Taka właśnie informacja pojawia się na okładce „Wodnych aniołów” Monsa Kallentofta. Nazwisko autora znałam już ze słyszenia i licznych recenzji poprzednich jego książek – dość zróżnicowanych, od pochwalnych po bardzo krytyczne. Dlatego ucieszyłam się, gdy pojawiła się przede mną możliwość dokonania samodzielnej oceny umiejętności kolejnego króla kryminału. Do jakich wniosków doszłam? O tym za kilka chwil. Najpierw – by tradycji stało się zadość – zarys fabuły.

Pewnego dnia w domu położonym w Szwecji, w dzielnicy Linköpingu zostają odnalezione zwłoki małżeństwa, Cecilii oraz Patricka Andergrenów. Oboje zostali zastrzeleni z bliskiej odległości podczas kąpieli w ekskluzywnym jacuzzi. Okazało się, że małżonkowie nie narzekali na brak pieniędzy, z racji popłatnej pracy Patricka, a odkąd adoptowali Ellę, ich życie rodzinne nie należało do specjalnie skomplikowanych. Mimo to stracili życie. 

Jednak komisarz Malin Fors ma do rozwikłania nie tylko zagadkę, kto jest mordercą pary, ponieważ w momencie zbrodni zniknęła pięcioletnia córka Andergrenów. Nie ma po niej najmniejszego śladu, sąsiedzi nic nie wiedzą, siostra zamordowanej również nie widziała dziewczynki, podobnie jak najbliższa przyjaciółka Cecylii.

Dodatkowo coraz to nowe poszlaki pojawiające się w śledztwie uruchamiają w pani komisarz lawinę przemyśleń odnośnie jej własnego życia i postępowania. Znów musi zmagać się z demonami przeszłości i walczyć z przeciwnościami losu, które są dla niej wyjątkowo bolesne…

Całość fabuły nie dość, że zawiera liczne opisy bliskich spotkań z przybyszami z zaświatów – kiedy to duchy zmarłych osób przemawiają do żyjących i pomagają w odnalezieniu prawidłowego toru śledztwa, a także motywują do działania – to dodatkowo konstruowana jest przy użyciu dość specyficznego stylu. Narracja trzecioosobowa często przeplatana jest z pierwszoosobową, kiedy to poznajemy najskrytsze myśli bohaterów, zmagamy się z ich problemami, troskami, złościmy się i smucimy wraz z nimi. Te swoistego rodzaju „przeskoki” nie są notoryczne, ale na tyle częste, że do samego końca lektury nie mogłam wyzbyć się wrażenia, iż ciągle „siedziałam” w umysłach bohaterów.

Co jeszcze rzuca się w oczy? To, że pisarz wyjątkowo dużo uwagi – w porównaniu z wątkiem morderstwa i zaginięcia dziewczynki – poświęca życiu komisarz Malin Fors. Szczerze powiem, że niektórym z Was pewnie się to nie spodoba. Sama wolałabym, by czysto kryminalnego elementu powieści było więcej.

Ostatecznie nowa seria kryminałów o komisarz Fors, inspirowana czterema żywiołami (poprzednia seria dotyczyła pór roku), wypada całkiem dobrze i główna zasługa w tym specyficznego stylu, który wyróżnia Kallentofta. Taki sposób pisania świadczy o tym, że autor niewątpliwie posiada talent literacki. Jednak wątek kryminalny pozostawia po sobie pewien niedosyt… 

Oczywiście, co ja odbieram jako wadę, dla kogoś innego może być największą zaletą niniejszej książki, dlatego lekturę „Wodnych aniołów” mogę śmiało polecić każdemu.

5/6



Recenzja bierze udział w wyzwaniu:

środa, 22 maja 2013

"Krąg" Bernard Minier


"Le Cercle" Bernard Minier




tłumaczenie: Monika Osiecka
wydawnictwo: Rebis
data wydania: 7 maja 2013
ISBN: 9788378184195
liczba stron: 544



W kręgu tajemniczych zgonów


Wtedy zauważyłem lalki: unosiły się na wodzie plecami do góry, jak Iris, jak ona martwe. Jak martwe małe dziewczynki.[1]


Uważnym czytelnikom mojego bloga ów cytat może wydawać się znajomy, nawet jeśli nie zerkną poniżej na przypis… A temu, komu te słowa nic nie mówią, śpieszę z informacją, że pochodzą one z książki A. Hilla pt. „Lato martwych zabawek”. Pamiętam, że ten cytat mnie urzekł… Ma w sobie wzbudzającą strach magię… Kończąc tamtą lekturę, w żadnym wypadku nie spodziewałam się, że niemal identyczna scena, z lalkami pływającymi w przydomowym basenie, jeszcze do mnie powróci. A jednak!

Pojawia się ona w powieści Barnarda Miniera, noszącej tytuł „Krąg”, z tą różnicą, że tu pozycja lalek jest  inna – z szeroko otwartymi oczami patrzą na ciemniejące z każdą minutą niebo. Zupełnie jakby czuły i nie dowierzały, że ich właścicielki już nie ma. A była nią Claire Diemar – trzydziestodwuletnia wykładowczyni w Marsac. Martwą kobietę w przerażających okolicznościach odnajduje jej uczeń. Nikogo więc nie dziwi, że to właśnie on zostaje głównym podejrzanym w sprawie…
Mija kilka dni od tego tragicznego wydarzenia, a miejscowość obiega informacja o tragicznej śmierci hodowcy psów, który posłużył za pożywienie swoim wygłodniałym podopiecznym… Czy te dwie tragedie coś łączy? Sprawę bada komendant Martin Servaz. Jednak to śledztwo będzie jednym z trudniejszych w karierze stróża prawa – nie tylko ze względu na okoliczności morderstwa, ale także życie osobiste Servaza.


Jak ujawnia to powyższy zarys fabuły, raczej nie sposób się nudzić podczas tej lektury, ale czy na pewno? Mamy tutaj dwie ofiary i nader tajemnicze okoliczności zgonów. Na starcie pojawia się jeden podejrzany, potem dołącza kolejny, a zakończenie wywraca wszystko do góry nogami. Nasze podejrzenia okazują się bezpodstawne, a finał sprawy wprawia nas w niemałe osłupienie. Tak, zakończenie jest najmocniejszą stroną tej książki, ale nie jedyną. Przypadli mi do gustu jej bohaterowie – są konkretni, nieprzerysowani, mają swoje słabości tak jak inni, są po prostu ludzcy.

Sama konstrukcja powieści jest solidna, fabuła zbudowana w przemyślany sposób. Wydarzenia opisywane na początku powieści zostały naprawdę umiejętnie połączone przez autora z końcowymi – wszystko tworzy spójną i logiczną całość (dodatkowo bardzo zaskakującą!).
Bardzo podobają mi się też kluczowe wydarzenia – są świetnie zaprezentowane, podnoszą ciśnienie i sprawiają, że czytelnik, śledząc losy powieściowych postaci, ma wrażenie, że ogląda na ekranie mocny thriller i to jednego z najlepszych reżyserów.

Z przykrością jednak muszę stwierdzić, że moim zdaniem niemal idealna powieść Miniera ma skazę. Podkreślam: „moim zdaniem”, bo wiem, że dla niektórych może to być kolejna zaleta książki. O co chodzi? O to, że powieść jest pisana w nieco rozwlekły sposób. Gdyby ją znacznie skrócić, to wcale nie straciłaby na swej wartości, a mielibyśmy żywsze tempo akcji.

Oczywiście nie odbieram „Kręgowi” miana wyrazistej powieści kryminalnej. Siła oddziaływania historii opowiedzianej przez Miniera jest duża. Niejeden  czytelnik nabierze ochoty na sięgnięcie po kolejne tytuły tego autora – ten wcześniejszy, tj. „Bielszy odcień śmierci”, jak i te, które dopiero pojawią się w przyszłości.






[1] A. Hill, Lato martwych zabawek, Albatros, Warszawa 2012, s. 266.


Ocena: 4.5/6




sobota, 26 listopada 2011

"Szrapnel" William Wharton


Williama Whartona miałam okazję poznać pierwszy raz dzięki jego (najbardziej znanej) książce pt. „Ptasiek”. Doskonale pamiętam jak dobre wrażenie wywarł on na mnie swoim dziełem, dlatego zaraz po skończonej lekturze wiedziałam już, że niedługo do niego powrócę. I tak weszłam w posiadanie „Wieści”. Zasugerowano mi jednak odłożenie tej lektury na czas okołoświąteczny (czyli już tuż, tuż). By nie musieć czekać tak długo na kolejne spotkanie z Whartonem zdecydowałam się na korzystną wymianę i tak oto przeczytałam „Szrapnela”.

Kto nie orientuje się w wojskowej terminologii niech wie, że za tytuł tej książki Whartona posłużyła nazwa pocisku wyposażonego w materiał wybuchowy. Nie trudno się zatem domyśleć, że autor tym razem postanowił podzielić się z czytelnikami opowieściami dotykającymi wojskowych realiów. Tym razem jednak nie posłużył się fikcją literacką, a historią pisaną na papierze jego własnego życia.

Już w „Ptaśku” autor pozwolił sobie na przemycenie do treści książki osobistych poglądów na temat wojny i tego, co z nią się wiąże. „Szrapnel” także dał Whartonowi ogromną możliwość wyrażenia tego, co myśli o służbie wojskowej, przymusie zabijania, radzeniu sobie z koszarową rzeczywistością i współtowarzyszach niedoli. Aby to wszystko dobrze zobrazować, autor przytacza wiele krótkich opowieści. Wspólnie stają się relacją przeżyć doświadczonych przez Whartona w bardzo młodym wieku osiemnastu lat. Choć we wspomnieniach nie brak humoru, przezabawnych sytuacji i dowcipnie scharakteryzowanych bohaterów (przykładem może być opowieść o żydowskim żołnierzu nazwiskiem Birnbaum – fajtłapa jakiej jeszcze żadne wojsko nie widziało, człowiek, któremu potrafiło się nie udać dosłownie wszystko, nawet ścielenie pryczy, mimo że usiłował zrobić to z zegarmistrzowską starannością), to jednocześnie pełne są tragizmu i smutku - w końcu opowiadania dotyczą czasu wojny, kiedy to nieustannie stykamy się ze śmiercią. Dla kontrastu jednak, Wharton opowiada także o miłości do Fiołka (sprzedawczyni o ciemnych włosach i fiołkowych oczach).

„Szrapnel” przesycony jest kontrastami, ale nie jest to w żadnym wypadku cecha negatywna tego tytułu. W moim odczuciu jest wręcz odwrotnie - dzięki temu, książka nie jest zbiorem nudnych i monotematycznych opowieści o życiu młodego żołnierza. Mam wrażenie, że wręcz mogę dotknąć fragmentu życia Whartona, życia lekko ociekającego krwią, pulsującego, o swoim własnym zapachu… fiołków oczywiście.

Nie decyduję się na jedną z najwyższych not dla tej pozycji, bo tematyka wojskowa nie jest mi aż tak bliska, by czuć ją całą sobą, ale nie jestem w stanie powiedzieć, że Wharton zasługuje na notę poniżej „dobrej” . Nie sposób chyba ocenić nisko książki autorstwa człowieka tak szczerego i autentycznego w swoim pisarstwie. Kto zna i ceni Whartona na pewno kiedyś sięgnie po „Szrapnela”. Ja tymczasem już powoli przygotowuję się mentalnie na „Wieści”, a zatem…do rychłego zobaczenia panie Williamie.

Ocena: 4,5/6