niedziela, 30 sierpnia 2015

Informacja






Informuję, że blog KSIĄŻKÓWKA.PL już niebawem będzie dostępny tylko i wyłącznie pod starym adresem, czyli ksiazkowka.blogspot.com. Domena: ksiazkowka.pl nie będzie aktywna.



poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Pożegnanie Książkówki





Witam się już trzeci raz w ciągu ostatnich trzech dni, ale tym razem ostatni. Minęły już ponad cztery lata odkąd bloguję – do pewnego momentu myślałam, że będę to robić baaardzo długo, jeśli nie zawsze. :) Jednak ostatnich kilka miesięcy pokazało mi, że będzie inaczej. Kochani, informuję, że na blogu ksiazkowka.pl nie będą się już pojawiać nowe recenzje. Przyszedł czas na zmiany w moim życiu, które tyczą się także tego, jak spędzam czas wolny. Oczywiście, czytać będę dalej – z tego nałogu wyleczyć się nie potrafię i nie chcę, bo i po co? :) Jednak nie będę wrzucać tutaj już nowych tekstów.

Nie znaczy to, że już nigdzie nie można będzie się na nie natknąć. Póki co, nie rezygnuję ze współpracy z Lubimy Czytać (od tej internetowej biblioteczki zaczęła się moja przygoda z pisaniem), więc zapraszam do obserwowania mojego profilu na tym portalu. Co jakiś czas, sporadycznie, pojawiać się tam będą recenzje mojego autorstwa.

Mój profil na Lubimy CzytaćTUTAJ.

Fanpage Książkówki również będzie nadal aktywny, ale nie tak intensywnie jak do tej pory. Fanów Kuferka Książkówki odsyłam na ten FP, ponieważ sporadycznie będą się tam pojawiać konkursy. Dzielenie się z Wami książkami tak mocno weszło mi w krew, że po prostu muszę robić to dalej, choć rzadziej. :)

FP KsiążkówkiTUTAJ.

Tyle informacyjnie. Teraz pragnę Wam gorąco podziękować za ciepłe przyjęcie mnie w gronie blogerów książkowych i umożliwienie mi rozwijania mojej pasji. Przyjęliście mnie z otwartymi ramionami, choć wcale nie musieliście. :) Choć w ostatnim czasie afera goni aferę na blogowym poletku, to i tak uważam, że jest jednym z najfajniejszych „działów” świata wirtualnego. Dzięki niemu poznałam wielu wspaniałych ludzi, którzy dali mi mnóstwo dobrego. Doprawdy, to był wspaniały i wartościowy czas!
Dziękuję także za Waszą aktywność na moim blogu. W ciągu tych kilku lat…

- pod 453 postami,
- zostawiliście 25 259 (!) komentarzy i
- wyklikaliście 787 177 odsłon bloga.

Pragnę też podziękować gorąco wszystkim wydawnictwom, które obdarzyły mnie zaufaniem i decydowały się na przesyłanie mi swoich książek do recenzji. Jeszcze goręcej dziękuję Autorom, którzy chcieli bym dzieliła się wrażeniami po przeczytaniu ich powieści – ten rodzaj współpracy ceniłam najmocniej. :)


Dziękuję Wam wszystkim raz jeszcze i życzę powodzenia, szczęścia, wielu powodów do uśmiechów, zdrówka i mnóstwa wspaniałych lektur! Mam też nadzieję, że szukanie radości w waszych życiach tak mocno się u Was zakorzeniło, że będziecie to robić nadal, mimo że Kuferek Książkówki już Was do tego nie motywuje. Trzymajcie się cieplutko. :)

niedziela, 2 sierpnia 2015

Zabierz książkę na wakacje - rozwiązanie konkursu



Dzień dobry! To już dziś! Już za chwilę okaże się, kto jest tym szczęśliwcem, do którego pofrunie pakiet aż sześciu książek w ramach nagrody za udział w konkursie „Zabierz książkę na wakacje”. W konkursie wzięło udział aż 113 osób! Wszystkie odpowiedzi były prawidłowe. :) A cytat, którego poszukiwaliśmy w Poradniku to: „Pozwól poprowadzić się własnej historii, zaufaj jej, a sama zabierze cię tam, dokąd trzeba.”



Przypominam, że konkurs związany był z pojawieniem się w sieci Poradnika pomagającego w doborze wakacyjnych lektur, czyli „30 tytułów nawakacje 2015”. Mimo że konkurs dobiegł końca, to plik PDF z Poradnikiem nadal możecie pobrać w tym miejscu:


Sami sprawdźcie, które tytuły polecają Wam topowi blogerzy książkowi. :) A ja serdecznie dziękuję wszystkim za ogrom ciepłych słów i wyrazów uznania względem Poradnika – bardzo cieszy mnie fakt, że pomysł Wam się spodobał. Dziękuję raz jeszcze w imieniu swoim, jak i wszystkich blogerów, którzy podzielili się z Wami swoimi typami wakacyjnych lektur.

Do rzeczy jednak…The winner is…



Gratuluję serdecznie! Czekaj cierpliwie na wiadomość ode mnie z prośbą o podanie adresu do wysyłki.


Udanej niedzieli, kochani!

sobota, 1 sierpnia 2015

Zamknięcie Kuferka Książkówki





Witam serdecznie w ten sierpniowy poranek. Poranek niestety związany z pożegnaniem, ale okraszony nagrodami książkowymi dla niektórych z Was. :) Informuję, że edycja lipcowa mojej zabawy była tą ostatnią – Kuferek Książkówki z dniem dzisiejszym zostaje zamknięty.
Pragnę podziękować wszystkim za udział w zabawie, cieszę się, że zawsze byliście chętni, by…czytać. :) I że moje książki znalazły nowe i przyjazne im domy. :) A było ich niemało. :)

W ciągu ponad trzech lat:
- nagrodziłam łącznie 67 osób,
- rozesłałam po Polsce w sumie 111 książek.
Wszystkie dotarły szczęśliwie na miejsce, żadna z nich nie zaginęła. :)

Tyle jeśli chodzi o statystyki. Teraz przyjemniejsza część dzisiejszego wpisu. Które osoby będą tymi, które zamkną wieko Kuferka?

Patrycja Sudoł i pech 13



Gratuluję! Za chwilę otrzymacie ode mnie e-mail.
Informuję, że rozwiązanie konkursu „Zabierz książkę na wakacje” nastąpi w dniu jutrzejszym – już jutro dowiecie się do kogo pofrunie pakiet aż sześciu książek. :)

środa, 15 lipca 2015

Sherlock Holmes. Tom 3 - Arthur Conan Doyle





tłumaczenie: Jerzy Łoziński
tytuł oryginału: The Return of Sherlock Holmes. His Last Bow. The Case-Book of Sherlock Holmes
data wydania: 2015
ISBN: 9788377855751
liczba stron: 896


Czułam, wręcz wiedziałam, że ten dzień nadejdzie. Że pewnego dnia znów usłyszę pukanie do drzwi w najmniej sprzyjającej witaniu gości porze. Że tym razem spotkać się mi przyjdzie z personą wielkiego formatu. Że będzie to ktoś znakomitszy niż doktor Watson, a nawet sir Arthur Conan Doyle. Wiedziałam, że wkrótce poznam kogoś, bez kogo klasyka literatury detektywistycznej byłaby uboższa o przygody człowieka specyficznego, wyróżniającego się, ale też władającego ogromną siłą dedukcji i intelektu.

I oto moje podejrzenia nabrały realnych kształtów i przyjęły postać Sherlocka Holmesa, który właśnie niedawno postanowił uraczyć mnie swoją wizytą. Jak wyglądał? Opisy Arthura Conana Doyle’a okazały się być w stu procentach prawdziwe – był to szczupły, wysoki mężczyzna z orlim nosem i nieodłączną fajką. Gdy już spoczął na moim fotelu i pokręcił z niezadowoleniem głową, gdy powiedziałam mu, że nie posiadam w domu kokainy, morfiny a nawet tytoniu, szybko przeszłam do zadawania pytań.

Najważniejszym pytaniem było to, co on właściwie u mnie robi. Jak to możliwe, że… jest? Wszak zakończenie poprzedniego tomu (Sherlock Holmes. Tom 2) jego przygód, które zreferował mi doktor Watson, pozbawiło mnie złudzeń. A tymczasem sam Holmes, we własnej osobie, mościł się na mym fotelu. Detektyw, jak to miał w zwyczaju, opowiedział mi historię mrożącą krew w żyłach z najdrobniejszymi detalami. Okazało się, że pamiętne spotkanie z profesorem Moriatym nie zakończyło się tak, jak spodziewali się tego wszyscy. Na Boga! Sam Watson żył w nieświadomości!

Pomyślałam, że po tak ekstremalnych przygodach Sherlock powie mi, że zamarzyły mu się emerytura i błogi (oraz w pełni zasłużony) odpoczynek, ale nic z tego. Usłyszałam kolejne opowieści, które zapierały mi dech w piersi. A to o gorączce sumatrzańskiej, a to o poszukiwaniu pewnego klejnotu, a nawet padła historia z wampirycznym wątkiem.

Sherlock, zmęczony swoim długim, ale dla mnie szalenie intrygującym wywodem, zapytał mnie, jak na kartach książki prezentuje się jego detektywistyczna działalność. Szybciutko przyniosłam pozostałe dwa tomy (SherlockHolmes. Tom 1 i 3) i pokazałam mu całość. Jak ja docenił ich piękne i solidne wydanie, z dobrej jakości papierem i cieszącą oko czcionką. Studiując w ciszy po rozdziale z każdego tomu, stwierdził, że i treści niczego nie brakuje – wszystko opisane jest tak, jakby tego sobie życzył, z należycie oddanym stylem językowym i klimatem miejsc zdarzeń. Naprawdę widać było zadowolenie wypisane na jego twarzy.

Podobnie moja twarz zdradzała ogromną radość. Oczywiście, nie tylko z faktu posiadania tak pięknego wydania przygód mojego gościa, co z faktu tej osobliwej wizyty, którą bez wątpienia zapamiętam do końca swoich dni. Holmes, wychodząc, powiedział, że bardzo cieszy go fakt, że mimo upływu tylu lat polscy czytelnicy nadal o nim pamiętają. Z lekka zdziwiona wyznaniem odparłam, że pamiętają i nie zanosi się na to, by mieli zapomnieć kiedykolwiek. Wszak przed nami kolejne pokolenia książkożerców, którzy właśnie dzięki zapisom Arthura Conana Doyle’a będą pielęgnować w sobie miłość do lektur. Dzięki tak oryginalnym i wyjątkowym postaciom jak Sherlock i jego przyjaciel, doktor Watson. Dzięki pięknemu i barwnemu językowi, który coraz to mocniej odróżnia się od współczesnej paplaniny.

Wspaniale panie Holmes, że był pan z nami, i że jest. Zapewniam, że będzie pan już zawsze bez względu na okoliczności. Wszak, o drugą tak charakterystyczną, intrygującą i biegłą w dziedzinie dedukcji postać ciężko we współczesnej literaturze. Do miłego zobaczenia, do przeczytania!

Ocena: 6/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


sobota, 11 lipca 2015

Piąty beatles - Mariusz Czubaj





data wydania: 6 maja 2015
ISBN: 9788328015135
liczba stron: 320


Ciężko jednoznacznie stwierdzić, czy świat był lepszy kiedyś, czy może jest taki dziś. Obserwując to, co się dzieje, dość łatwo wydajemy osąd, że dziś jest znacznie gorzej. Czy tak naprawdę jest? To już temat na głębszą dyskusję. Jedno, co jest pewne to to, że muzyka kiedyś miała się znacznie lepiej… Na scenach królowały prawdziwe talenty wokalne, świetna muzyka i wartościowe teksty – wszystko zgoła inne od sieczki, jaką słyszymy teraz w stacjach radiowych.

Bohater nowej powieści Mariusza Czubaja, pt. Piąty beatles, wie o tym bardzo dobrze. Rudolf Heinz, policjant i topowy profiler, jest niczym dinozaur, który jakimś cudem zdołał przetrwać do współczesnych czasów. Jak bardzo nie pasuje do teraźniejszości, przekonuje się, gdy ginie syn ważnego biznesmena, a on rozpoczyna wędrówkę tropem sprawcy. Zbrodnia ta może by specjalnie nie wyróżniała się na tle innych, gdyby nie jej niespodziewany, muzyczny akcent na miejscu odnalezienia zwłok – pamiętne zdjęcie członków The Beatles przechodzących przez pasy, zdobiące okładkę płyty Abbey Road. Czyżby mordercą mógłby być zagorzały fan Beatlesów?

Rozwiązanie tej zagadki nie jest rzeczą łatwą, a fakt znalezienia zdjęcia w miejscu morderstwa niczego nie ułatwia, wręcz przeciwnie. Śledztwo wlecze się niemiłosiernie, przełożeni cisną, podobnie jak media. Fakt, że ojciec zamordowanego ma ambitne plany polityczne, dodatkowo sprawę komplikuje. Jednak Heinz nie wydaje się być mocno tym przejęty. Choć poświęca się sprawie jak należy, to nie robi tego za wszelką cenę. Jego natura lekkoducha i rockmana nie daje o sobie zapomnieć. I to w tej postaci podoba mi się najbardziej. To, że Rudolf cały czas jest sobą, nikogo nie udaje i ma swój specyficzny charakter.

A styl Czubaja? Bardzo zbliżony do postaci profilera. Luźny, z tzw. jajem, ale i profesjonalny, gdy trzeba. Oprócz muzycznego tła powieści (dodam, że rozdziały zostały opatrzone tytułami piosenek ze wspomnianego już krążka Beatlesów), mile zaskoczyło mnie dość szczegółowe odwzorowanie pracy policjantów nad śledztwem, jak i sporadyczne (ale zawsze) wzmianki o seryjnych mordercach (T. Bundy czy R. Kuklinski ps. The Iceman), które dodały powieści realizmu. Podobało mi się też poczucie humoru Rudolfa – z lekka sarkastyczne, takie jak lubię.

Powieść Czubaja może nie powaliła mnie na kolana licznym suspensem czy gnającą na oślep akcją, ale zdecydowanie ma swój klimat i bardzo dobrze czyta się ją w letnie wieczory. To odpowiednia pozycja dla fanów pisarza, fanów kryminałów, jak i tych dinozaurów, którym tęskno do lat, w których chłopaki z Liverpoolu rządzili na scenie muzycznej i robili to wyśmienicie.

Piąty beatles to swego rodzaju podróż w czasie —starszym czytelnikom gwarantuje powrót do lat szczenięcych, a młodym pozwala poznać czasy, w których może niekoniecznie na co dzień działo się lepiej (bo i wówczas istniało wiele problemów), ale na scenie muzycznej — zdecydowanie już tak. Pamiętajcie o tym, gdy hitem tego lata znów stanie się kawałek z do znudzenia powtarzającym się „oh jeje, oh uu uu” i rozebraną lalunią w teledysku.

Ocena: 4.5/6

Oficjalna recenzja dla Lubimy Czytać - LINK.
Wyzwania: Polacy nie gęsi.

wtorek, 7 lipca 2015

Próżna - Sylwia Zientek





data wydania: 3 czerwca 2015
ISBN: 9788377589762
liczba stron: 384


Kluczem w dążeniu do szczęścia jest zrozumienie tego, czego naprawdę się pragnie.

To proste zdanie z okładki książki Sylwii Zientek pt. „Próżna”, mówi o czymś z pozoru banalnym, ale jednocześnie szalenie trudnym. O czymś, co dotyka każdego z nas, choć w różnych momentach życia. Bo tak naprawdę rzadko kiedy jesteśmy w stu procentach pewni tego, czego pragniemy. Tego, czego od życia, innych i siebie samych wymagamy. Tego, co ma nam przynieść spełnienie i pełne zadowolenie z życia oraz poczucie jego sensu.

Jak bardzo jest to skomplikowane, autorka książki ukazuje na przykładzie młodych kobiet ‒ Diany i Penelopy (Penny) ‒ energicznych prawniczek, którym przyszło robić karierę w jednej z uznanych kancelarii. Diana łaknie sukcesów zawodowych, z uporem dąży do upragnionego celu, nierzadko kosztem własnej rodziny. Penny zaś nie czuje się najlepiej w świecie rasowych prawników, w którym liczą się duże sprawy zapewniające potężny zysk i uznanie w środowisku. Żyje lekko, nie myśląc o ustatkowaniu się, dzieciach. Nie odmawia sobie za to przygodnego seksu. Jednak życie jest nieprzewidywalne i w przypadku tych młodych dam pokazało to dobitnie, wywracając ich codzienność do góry nogami.

W uporządkowanej codzienności jednej zagości totalny chaos i brak stabilizacji, u drugiej pojawią się dawno niewidziane zobowiązania i odpowiedzialność. Ich losy pokażą im to, czego doświadczamy wszyscy – nieprzewidywalność. Między innymi o tym opowiada powieść Sylwii Zientek – tak naprawdę nigdy nie możemy być niczego pewni. Nie powinniśmy uznawać, że coś, co jest dla nas codziennością od dawna, będzie nią zawsze. Życie to kalejdoskop.

„Próżna” mile zaskoczyła mnie także obrazem prawniczego świata, bowiem zazwyczaj ukazywany jest z tej gorszej strony, jako taki, w którym liczy się tylko zysk i pięcie się po drabinie kariery. Tutaj również można dostrzec ten aspekt, ale nie rzuca się on w oczy aż tak bardzo. Bohaterowie mają swoje życie intymne, zainteresowania, chodzą do opery, teatru. Słuchają dobrej gatunkowo muzyki, czytają wartościową literaturę i interesują się sztuką. Nie są ukazani jako bezduszne maszynki do zarabiania pieniędzy. Są zwyczajnie ludzcy.

Całość historii opowiedziana jest w sposób dość charakterystyczny. Styl pisarki jest wyjątkowo stonowany, z niewieloma dialogami, ale bardzo bogaty w detale, począwszy od opisów ubioru bohaterów, a skończywszy na zarysowaniu miejsc, w których toczy się akcja (wiele z nich zostało opisanych w sposób bardzo klimatyczny i realistyczny). Fani dynamicznej akcji, która podnosi ciśnienie, raczej nie będą zachwyceni „Próżną”, ale ci, którzy szukają powieści idealnej na sezon urlopowy, w której można się zanurzyć na dłużej, a dodatkowo to i owo dzięki niej przemyśleć… Będą bez wątpienia zauroczeni.

Sama mile będę wspominać śledzenie losów Diany i Penny oraz liczę, że Sylwia Zientek jeszcze nie raz uraczy mnie równie klimatyczną i dystyngowaną powieścią, bo właśnie to czyni autorkę rozpoznawalną na naszym wydawniczym rynku.

Ocena: 5/6


Oficjalna recenzja dla Lubimy Czytać - LINK.
Wyzwania: "Polacy nie gęsi".

niedziela, 5 lipca 2015

Blogosfera czyta! 30 tytułów na wakacje 2015 + KONKURS!






Tłi dip tłi di ti bum di
Tłi dip tłi di ti bum di
Czas relaksu, relaksu, to czas...

Już teraz wszyscy możemy zawtórować refrenowi piosenki Andrzeja i Elizy, bowiem nastał okres letnich wypoczynków oraz wakacyjnych wojaży! Oprócz dobrych nastrojów powinniśmy się wyposażyć na ten czas w to, co najpotrzebniejsze, czyli: stroje kąpielowe, słomkowe kapelusze, okulary przeciwsłoneczne i…solidny zapas lektur do czytania. I tu może pojawić się problem, bo co wybrać, jeśli nasze walizki nie są zbyt pojemne i możemy pozwolić sobie tylko na kilka tytułów?
Właśnie tym osobom przychodzimy z pomocą! Poprosiliśmy wybranych przez nas dwudziestu dziewięciu blogerów o wskazanie tytułu, których ich zdaniem jest pozycją obowiązkową na okres wakacyjny w roku 2015. 

Tak oto powstał poradnik „30 książek na wakacje”.

Plik w formacie PDF możecie pobrać tutaj:

Ale to nie wszystko! Przygotowałyśmy dla Was specjalny konkurs, w którym każdy z Was będzie miał szansę na wygranie pakietu 6 książek! 

NAGRODA KONKURSOWA


Gdy już zapoznacie się z Poradnikiem, zachęcam do wnikliwego przeczytania Regulaminu Konkursu „Zabierz książkę na wakacje”

REGULAMI KONKURSU „Zabierz książkę na wakacje”


ROZWIĄZANIE KONKURSU W DNIU 02.08.2015.



ZASADY KONKURSU

Zadanie konkursowe:

Z Poradnika „30 tytułów na wakacje 2015” wybrałyśmy jeden cytat. Zrobiłyśmy z niego rozsypankę, poszczególne wyrazy zaznaczyłyśmy kolorem pomarańczowym i ukryłyśmy w recenzjach. Twoim zadaniem jest odnalezienie wszystkich wyrazów i ułożenie z nich konkursowego cytatu.

Konkurs trwa od momentu publikacji niniejszego posta do 31.07.2015r.

1. Aby wziąć udział w konkursie należy podać swoje imię, nazwisko oraz odpowiedź drogą mailową na adres blogosferaczyta@gmail.com. W tytule e-maila wpisujemy: „Zabierz książkę na wakacje”.
2. Jedna osoba wygrywa pakiet 6 (słownie: sześciu) książek. 
3. Jeśli okaże się, że prawidłowych odpowiedzi jest więcej niż jedna, to zwycięzca zostanie wyłoniony drogą losowania.
4. Rozstrzygnięcie konkursu nastąpi w pierwszych dniach sierpnia 2015 roku.
5. Wyniki zostaną opublikowane na blogach współtworzących poradnik „30 tytułów na wakacje”.
6. Aby odebrać nagrodę, zwycięzca jest zobowiązany do wskazania Organizatorowi konkursu danych adresowych (na terenie Polski), na które zostanie wysłana nagroda konkursowa.

NAGRODY
Nagrodami w konkursie są książki ufundowane przez Partnerów Konkursu.
 „Psy gończe” Jørn Lier Horst - ufundowana przez Smak Słowa.
„Anatomia pewnej nocy” Anna Kim - ufundowana przez Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego.
„Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” Stieg Larsson - ufundowana przez Wydawnictwo Czarna Owca.
„Gdyby nie ona” Joyce Maynard - ufundowana przez Wydawnictwo Muza.
„Próżna” Sylwia Zientek – ufundowana przez autorki projektu.
„Dworek Longbourn” Jo Baker – ufundowana przez autorki projektu.

1. Nagroda zostanie wysłana w ciągu 14 dni od dnia dostarczenia danych niezbędnych do wysyłki. 
2. Nagroda nie podlegają wymianie na gotówkę ani na inne pozycje.
3. Nagroda, ze względu na niską wartość kosztową, nie podlega opodatkowaniu.

POSTANOWIENIA KOŃCOWE
1. Przystąpienie do udziału w Konkursie jest jednoznaczne z przyjęciem warunków niniejszego Regulaminu.
2. W konkursie nie mogą wziąć udziału Blogerzy, współtworzący Poradnik „30 tytułów na wakacje 2015”.
3. W sprawach nieuregulowanych niniejszym Regulaminem zastosowanie mają odpowiednie przepisy kodeksu cywilnego.

środa, 1 lipca 2015

Oddam książki w dobre ręce





Witam wszystkich wakacyjnie! Jak mijają wam te pierwsze dni laby? Macie co czytać? Jeśli nie, to ja i mój Kuferek przychodzimy wam z pomocą. :) Tutaj (klik) zobaczycie co nowego do niego wpadło i zaznajomicie się z zasadami zabawy.

Kto zgarnia książki w edycji czerwcowej? Dwie panie:


Violetta Bocian


oraz

Sylwia Węgielewska.



Gratuluję! Czekajcie na wiadomość ode mnie i podajcie mi swój adres do wysyłki nagród w ciągu najbliższego tygodnia. :)

wtorek, 23 czerwca 2015

Pustułka - Katarzyna Berenika Miszczuk






data wydania: 3 czerwca 2015
ISBN: 9788328020627
liczba stron: 384


Jakie jest dobre miejsce na zbrodnię? Czy musi to być cicha uliczka pozbawiona świateł latarni w centrum szarego miasta?

Na takie pytania możemy natknąć się w blurbie nowej książki Katarzyny Bereniki Miszczuk pt. Pustułka – debiucie autorki w nurcie literackiego kryminału, która postanowiła zdecydowanym ruchem zerwać z najczęściej obieranymi przez pisarzy tłami dla fabuły z morderstwem w tle. Nie przemierzamy tutaj ciasnych i dusznych uliczek małego miasta ani nie tropimy złoczyńcy w jednej z małych wsi gdzieś w Polsce. Tym razem trafiamy na wyspę…

Wyspę nie byle jaką, bo będącą idealnym środowiskiem naturalnym pustułek, ptaków wywodzących się z rodziny sokołów, stworzeń bezwzględnych i drapieżnych. Nic więc dziwnego, że w rejon ich zamieszkania pewnego dnia przybywają tacyż sami ludzie… Rodzina Spyropoulos to bogacze, którzy dorobili się pokaźnego majątku, w tym Wyspy Ptaków. Właściciel biznesu właśnie spędza tam czas (oficjalnie pracując, a nieoficjalnie – romansując), gdy na miejsce przybywa jego córka, żona, syn ze świeżo poślubioną małżonką oraz ciotka z nowym narzeczonym. To doborowe grono łączy chciwość i chęć położenia łapy na choćby jak najmniejszej części majątku, co daje się odczuć już niemal od pierwszych stron powieści, a z każdą stroną wrażenie to przybiera na sile. W powietrzu zaczyna unosić się duszny klimat, który jest zwiastunem nie tylko nadchodzącej nawałnicy. To zwiastun zbrodni… Na Wyspie Ptaków w niewyjaśnionych okolicznościach ginie ofiara i – jak się dość szybko okaże – nie będzie jedyną.

Przyznam, że choć pomysł na umiejscowienie akcji może nie jest specjalnie innowacyjny, to budził moje duże nadzieje na dobrą powieść z dreszczykiem – wszak szukanie mordercy na zamkniętym terenie, z którego nie można się wydostać, to całkiem niezła zabawa dla czytelnika. Niezła, jeśli czarny charakter jest trudny do namierzenia, a w przypadku Pustułki niestety tak nie jest. Uprzedzam więc nałogowych pożeraczy kryminałów, że ten wątek będzie dla was przewidywalny. Wytrawni smakosze gatunku nie będą także zadowoleni z klimatu powieści: niby mamy tu wyspę, wielu potencjalnych morderców (wszak większość postaci nie charakteryzuje się świętością), ale o uczucie napięcia tu raczej trudno. Sami bohaterowie zdają się słabo przeżywać śmierć współtowarzyszy wypadu. Fakt, to rodzina, którą w dużej mierze obchodzą tylko pieniądze, ale… to nadal rodzina. Przez znaczną część fabuły nie mogłam się też wyzbyć wrażenia, że nie czytam kryminału, ale papierową wersję telenoweli brazylijskiej.

Czy zatem Pustułka nie zasługuje na chwilę czasu z nią spędzoną? Zasługuje, ale nie przez każdego. Powieść polecam zarówno fanom pisarki, którzy cenią jej styl, jak i czytelnikom, którzy z jakichś względów po kryminały sięgają rzadko. Prostota i niewymagający styl sprawdzą się też jako przerywnik w momencie, gdy czujemy przesyt lekturami ambitniejszymi. W sam raz na letnie wieczory.


Ocena: 3/6

Oficjalna recenzja dla Lubimy Czytać - LINK.
Wyzwania: "Polacy nie gęsi".

sobota, 20 czerwca 2015

Chce się żyć reż. Maciej Pieprzyca



Jakiś czas temu ktoś zapytał mnie o tytuł filmu godnego poświęcenia mu cennych dwóch godzin, które na ogół trwają kinowe produkcje. Odesłałam tę osobę na wybrane blogi recenzenckie podejmujące się tematu, bo sama ze smutkiem stwierdziłam, że już dawno takiego filmu nie widziałam. Niedługo później przypadek sprawił, że nie tyle obejrzałam film godny polecenia, co zobaczyłam jeden z najważniejszych w mym życiu obrazów. Tak, najważniejszych, dlatego proszę Cię, mój drogi czytelniku, byś mój tekst przeczytał od deski do deski lub… nie czytał go wcale.


Mateusz to zwykły młody chłopak. Interesują go gwiazdy i wszechświat. Ma rodzeństwo i wspaniałych rodziców, którzy są dla niego wzorem (zwłaszcza ojciec). Jest szczęśliwy, często się śmieje, a gdy nikt nie widzi, ocenia, za pomocą samodzielnie dobranej skali, kobiece biusty. Normalne życie dorastającego chłopaka? W zasadzie tak, nie licząc jednego szczegółu – Mateusz nie jest w stanie wymówić ani jednego słowa. Od urodzenia cierpi na chorobę, która uniemożliwia mu wyartykułowanie choćby jednego słowa, chodzenie (porusza się na wózku inwalidzkim) czy posługiwanie się rękoma (w tym samodzielne jedzenie, kąpiel i inne podstawowe czynności) – chłopak jest według lekarzy rośliną.

Jak bardzo lekarze się mylili, przekonujemy się szybko. Mateusz nie tylko rozumie otaczającą go rzeczywistość, nie tylko racjonalnie myśli, ale też przeżywa i czuje – daleko mu do wspomnianej rośliny. Na drodze swojego burzliwego życia poznaje wiele osób. Ci, którzy teoretycznie powinni wiedzieć o jego chorobie najwięcej, tak naprawdę nie wiedzą nic lub bardzo mało. Najwięcej człowieka w Mateuszu dostrzegają osoby nijak związane z medycyną, to one pokazują mu świat i życie takim, jakim sami przeżywamy je na co dzień. Pojawia się też kobieta, która trwale odmieni rzeczywistość chłopaka. Odmieni ją, bo nie tylko ma odpowiednią ku temu wiedzę, nie tylko słucha swej intuicji, ale przede wszystkim posiada wiarę. Wiarę, dzięki której zobaczyła w Mateuszu to, czego nie widzieli inni.

http://www.filmweb.pl/
Doprawdy, bladego pojęcia nie mam, dlaczego obejrzałam ten film dopiero teraz – tak późno. Dlaczego nie wybrałam się na seans tuż po premierze i niezwłocznie nie opowiedziałam Wam o nim. Być może (oglądając uprzednio zapowiedzi tego filmu) obawiałam się kolejnej ckliwej opowiastki o niepełnosprawnym, któremu życie dokopuje, ale i tak wszystko kończy się przesłodzonym happy endem. Oj, jakże się pomyliłam…

Nie było ckliwości, nie było skrajności i nie było marnie wykreowanych ról. Był tylko i wyłącznie porażający realizm i świetne, profesjonalne aktorstwo. Pamiętam, że gdy po raz pierwszy widziałam zapowiedź Chce się żyć w reżyserii Macieja Pieprzycy, nie rozpoznałam od razu odtwórcy głównej roli, czyli Dawida Ogrodnika (kojarzyć go możemy z kreacji „Rahima” w Jesteś Bogiem). Ten młody aktor był na tyle autentyczny, że byłam przekonana, iż patrzę na człowieka, który faktycznie na co dzień zmaga się z poważną chorobą. Dopiero seans przyniósł mi totalne zaskoczenie i stu procentowe uznanie dla zdolności Ogrodnika. Do tej pory za wzór aktorski dla ról, w których ktoś odgrywał osobę niepełnosprawną, służyli mi Dustin Hoffman za rolę w Rain Manie oraz Leonardo DiCaprio za Co gryzie Gilberta Grape’a. Teraz do tej dwójki, w sposób w pełni zasłużony, dołącza Dawid Ogrodnik – młody człowiek, który ma niebywały talent i wróżę mu jeszcze wiele sukcesów na polu zawodowym.

Jak już wspomniałam, przed seansem obawiałam się, że Chce się żyć to kolejna opowiastka, która uraczy widza skrajną wizją życia z niepełnosprawną osobą. Opcja pierwsza: całość będzie stanowić przejaskrawioną i przesłodzoną historyjkę o „biednym dziecku”, do którego los się uśmiechnął. Opcja druga: obraz pokaże codzienność niepełnosprawnego (i jego najbliższych) tak, jak na ogół lubią to serwować media, czyli istną gehennę, krzyż, który Bóg zesłał w gorzkim postanowieniu testowania wiary swoich „owieczek”, koszmar niemal równy naturalnemu kataklizmowi. W obrazie Pieprzycy nie ma ani jednego, ani drugiego. Nie ma słodkiej opowiastki, bo nie brak tu gorzkich i do bólu autentycznych scen wyjętych z prawdziwego życia osób zmagających się z chorobami. Nie ma tu idealnych rodziców, którzy wbrew wszystkiemu walczą – to ludzie bardzo kochający swojego syna, ale nadal tylko ludzie… nie istoty bez wad, odporne na wszystko i wykazujące się ponadludzką wytrzymałością. Jednocześnie nie są to też osoby, które ból istnienia mają wypisany na twarzy i sprawiają wrażenia, jakoby spotkała ich kara najgorsza z możliwych. Są to najzwyklejsi rodzice, którzy żyją z Mateuszem tak normalnie, jak to tylko możliwe. Rodzice szczęśliwi ze swojego rodzicielstwa mimo przeciwności losu.

http://www.filmweb.pl/
I to jest w tym filmie najpiękniejsze. To jest to, co każe mi Wam powiedzieć: proszę, obejrzycie go wszyscy, bez wyjątku! Jeśli chcecie zobaczyć prawdziwy obraz osób niepełnosprawnych, jak i najbliższych, którzy z nimi żyją, to koniecznie się z nim zapoznajcie! Chce się żyć mianuję dla Was pozycją obowiązkową. Dzięki Pieprzycy i aktorom w filmie występującym (zwłaszcza dzięki Ogrodnikowi) ujrzycie niepełnosprawnych jako ludzi – takich samych jak Wy. Nie kosmitów z innej planety, nie istoty, które już na starcie trzeba spisać na straty. Przestaniecie traktować każdego niepełnosprawnego tak samo, przestaniecie każdego z nich mierzyć jedną miarą, już nigdy więcej nie spojrzycie na osobę chorą fizycznie, jak na niepełnosprawną umysłowo (bo wyobraźcie sobie, że te dwie dysfunkcje wcale nie muszą iść w parze, o czym wielu zdrowych notorycznie zapomina albo zwyczajnie nie wie).

Ten film to przede wszystkim szansa dla osób niepełnosprawnych, że ci, którzy nie mają na co dzień większych problemów ze zdrowiem, wreszcie spojrzą na te osoby tak, jak należy – jak na pełnoprawnych ludzi, którzy mają takie same szanse na normalne życie jak każdy inny. Na zdobywanie wykształcenia, na pracę, na rozwijanie pasji, na miłość. Kurcze, nawet na seks (bo seks dotyczy także niepełnosprawnych – że tak pozwolę sobie zasiać nutkę zgorszenia w waszych umysłach).

W życiu niepełnosprawnych wiele się zmieniło – na lepsze. Nie tylko dzięki zmianom w systemie, ustawodawstwie itd., które to i owo im ułatwiły, ale i ze strony samych niepełnosprawnych, w ich postrzeganiu świata oraz siebie samych. Te osoby już nie boją się panicznie wyjścia do ludzi, jak to kiedyś miało miejsce, nie boją się rozwijać, nie boją się walczyć i pokazywać, że zasługują na wszystko to, co najlepsze. Zatem, skoro oni zrobili milowy krok na przód, to pora także na Ciebie, Ciebie i Ciebie – na Was wszystkich. Na zmianę waszego sposobu postrzegania tych osób. Na to byście w nich uwierzyli, tak jak uwierzono w Mateusza. Czy warto? Już oni wam udowodnią, że warto.

Jeśli kiedyś, jakimś wspaniałym zbiegiem okoliczności, zdarzy się, że pan Maciej Pieprzyca przeczyta mój wpis, to pragnę mu z tego miejsca gorąco podziękować za ten film. Wiele dobrego Pan zrobił, tworząc ten obraz – nie wiem, czy zdaje sobie Pan sprawę z tego, jak wiele. Kawał dobrej roboty! Gratuluję!

A Wam wszystkim gorąco polecam ten film. To kawał porządnej i wartościowej lekcji dla każdego. Dla tych, którzy widzą w niepełnosprawnych tylko to, co złe. Dla tych, którzy się ich boją. Dla tych, którzy boją się życia z nimi. Dla tych, którzy nie chcą w nich uwierzyć. Obejrzyjcie – dla siebie i dla nich. Po stokroć – warto!


wtorek, 9 czerwca 2015

Znalezione nie kradzione - Stephen King





cykl: Bill Hodges (tom 2)
tłumaczenie: Rafał Lisowski
tytuł oryginału: Finders keepers
data wydania: 5 i 10 czerwca 2015
ISBN: 9788378855996
liczba stron: 480


W zeszłym roku sięgałam po Pana Mercedesa, pierwszą część trylogii Stephena Kinga, z dużą dozą nieufności, ale jednocześnie z zaciekawieniem. Wszak King postanowił uraczyć nas czymś nowym i zmienić nieco tor swojego pisarskiego pociągu: pokusił się o stworzenie powieści detektywistycznej. Choć z całokształtu byłam względnie zadowolona, do dziś mam wrażenie, że nie dość, że mało było w niej detektywistycznych klimatów, to i samego Kinga jeszcze mniej. Widać, że Mistrz znalazł się w nowej sytuacji i nie miał w niej jeszcze zbyt dużego rozeznania – jakby czuł się nieco niepewnie na tym polu. Nie spodziewałam się, by miało się coś zmienić w przypadku tomu drugiego, tj. Znalezione nie kradzione. I co? Po raz kolejny okazało się, że nie da darmo mówi się o tym pisarzu Mistrz – ale o tym za chwilę. Przystępując do tej lektury, ciekawa byłam, jak pisarz powiąże pierwszą część z drugą, wszak możliwości miał wiele. Którą wybrał?


Peter Saubers jest synem jednej z ofiar tragedii, która rozegrała się podczas pamiętnych targów pracy w City Center, gdy szaleniec wjechał w tłum ludzi, pozbawiając niektórych życia, a w najlepszym wypadku czyniąc im poważne uszczerbki na zdrowiu. Sytuacja finansowa rodziny z dnia na dzień staje się coraz gorsza: matka chłopca jest jedynym żywicielem rodziny, a ojciec nadal boryka się z problemami zdrowotnymi. Wszystko odmienia dzień, w którym Pete znajduje kufer wypełniony pieniędzmi oraz rękopisami słynnego pisarza Johna Rothsteina, który został zamordowany w 1978 roku we własnym domu przez psychopatycznego fana. O ile pieniądze stają się powodem do szczęścia dla Pete’a i jego rodziny, o tyle notesy wręcz przeciwnie. Życie chłopca jest zagrożone. W próbie wyciągnięcia go z opresji bierze udział detektyw Bill Hodges, znany z pierwszego tomu trylogii. A to nie jedyne zmartwienie, które będzie zaprzątać mu głowę…

Sam Stephen King zadbał solidnie o to, by emerytowanemu detektywowi się nie nudziło. Podobnie z bohaterami książki, a co za tym idzie – z Tobą, drogi czytelniku. Dzieje się tu sporo, choć może nie ma tak brawurowych scen zapadających w pamięć jak w przypadku powieści otwierającej cykl. Akcja nadal jest stonowana (za wyjątkiem zakończenia, co logiczne), jednak tym razem Kingowi udało się stworzyć należyty klimat: wypełniony tajemnicą, delikatnym suspensem i chwilami grozy (choć nie ma ona nic wspólnego z tą, którą można spotkać we flagowych powieściach Mistrza; to nie ten jej rodzaj, uprzedzam). Duża w tym też zasługa retrospekcji, o którą pokusił się King – mam wrażenie, że swoiste podróże w czasie chyba zawsze działają na korzyść powieści. Znów świetnie wypadli bohaterowie, którym nie brak wyrazistości – zwłaszcza jeśli chodzi o Pete’a. Tym razem daje się odczuć, że King oswoił się z nowym polem i czuję się na nim pewniej, co zaowocowało naprawdę udaną częścią trylogii, według mnie zdecydowanie lepszą od pierwszej. Zastanawia mnie jednak sam wątek pisarza w opałach, który staje w oko w oko z mrocznym umysłem psychofana (znanym w twórczości Mistrza z kultowej już Misery). Skąd ta powtórka? Można by powiedzieć, że Królowi Grozy kończą się pomysły, ale ja w to zwyczajnie nie wierzę. Nie wierzę, by wyobraźnia Kinga miała jakiekolwiek granice. Zatem o co chodzi?

Kto interesował się nieco biografią pisarza, ten na pewno pamięta jego stwierdzenie, że swoje powieści tworzy dzięki własnym lękom, które towarzyszą mu na co dzień. Może to ustabilizowane życie, które teraz prowadzi, sprawia, że nie dopadają go już nowe fobie? Może koło się już zamknęło i czas zrobić nową rundkę, wybierając co ciekawsze motywy i tworząc na ich kanwie zupełnie nowe historie? Dla każdego z fanów twórczości Kinga taka możliwość pewnie nie brzmi zbyt optymistycznie i intrygująco, ale dla samego Mistrza to może być zapowiedź spokojnej jesieni życia, na którą bez wątpienia solidnie zapracował.

Niepokoi mnie też tak gęsto spotykany w jego ostatnich powieściach motyw śmierci i tego, co z nią związane. W Doktorze Śnie autor uczynił Danny’ego przewodnikiem, który pomagał umierającym w przejściu na tamten (ponoć lepszy) świat. W Przebudzeniu zastanawiał się, co tam może nas spotkać. A w Znalezione nie kradzione… sami sprawdźcie. W każdym razie odnoszę wrażenie, że nasz Staruszek bardzo mocno odczuwa piętno swojego wieku, boi się tego, co nieuniknione, i jednocześnie oswaja nas z tym, że pewnego dnia go zabraknie. I tym mało optymistycznym akcentem zakończę mój przydługi wywód, uświadomiwszy sobie, że coś mnie jednak z Mistrzem łączy – jest to lęk. Lęk przed utratą ulubionego pisarza. Jakoś nie potrafię przyjąć do wiadomości, że ten dzień kiedyś nadejdzie, choć to naturalna kolej rzeczy. Nie chcę go i boję się. A może w ramach oswajania fobii napiszę o tym książkę? Skoro Mistrzowi to pomaga…

Ocena: 5,5/6


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Albatros Andrzej Kuryłowicz

wtorek, 2 czerwca 2015

Cierpliwość diabła - Maxime Chattam





tłumaczenie: Krystyna Szeżyńska-Maćkowiak
tytuł oryginału: La Patience du diable
wydawnictwo: Sonia Draga
data wydania: 20 maja 2015
ISBN: 9788379992904
liczba stron: 448




Nie czytajcie najnowszej powieści Maxime’a Chattama! Tak, dobrze widzicie, nie przecierajcie oczu. Nie czytajcie Cierpliwości diabła, jeśli w nocy chcecie spać spokojnie i śnić o tym, co przyjemne – chyba że lubicie koszmary… Nie czytajcie tej książki, jeśli dania mięsne są stałym elementem waszego menu – chyba że już do końca swych dni chcecie zastanawiać się, czy mięso, które właśnie wkładacie do ust, na pewno pochodzi od zwierzęcia… Nie czytajcie jej, jeśli lubicie rzeczy wykonane z prawdziwej skóry – chyba że nie przeraża was myśl o tym, że wasze najwygodniejsze buty mogą być wykonane ze skóry człowieka, który zaginął kilka dni temu w tajemniczych okolicznościach…

Wybór zasadniczo należy do was i jakoś nie wątpię w to, że mimo mojego ostrzeżenia znajdzie się wielu chętnych na poznanie nowej, bardzo mrocznej historii, o którą pokusił się Maxime Chattam. Całość zaczyna się dość niewinnie, a już na początku witamy dobrą znajomą z poprzedniej powieści autora (Plugawy spisek): porucznik Ludivine Vancker. Kobieta uczestniczy w zorganizowanej akcji, która ma na celu ujęcie handlarzy narkotyków. Po złapaniu jednego z nich i sprawdzeniu torby, którą miał przy sobie, szybko okazuje się, że dealerzy nie będą w najbliższym czasie jedynym zmartwieniem dla francuskich stróżów prawa. W środku bowiem – zamiast środków odurzających – znajdują się worki z ludzką skórą.

Śledztwo, które rusza z kopyta i nadaje ogromnego tempa życiu pani porucznik, wiedzie policję w odległe rejony Paryża: w miejsca, w które zapuszczają się tylko najodważniejsi. Do świata, w którym zło nie zna granic i gdzie ma ono swoje korzenie. Do świata pełnego bezwzględnych i nad wyraz brutalnych psychopatów, którzy zrobią wszystko, by zadowolić swojego pana: diabła…

Z kolei sam Chattam nie cofnie się przed niczym, by porządnie przestraszyć, zniesmaczyć i przyprawić o mdłości czytelników Cierpliwości diabła. Posługuje się do tego wyjątkowo wyrazistymi, obrazowymi i przede wszystkim bardzo brutalnymi opisami kluczowych scen tej powieści – bez względu na to, czy tyczą się ludzi, czy zwierząt. Dlatego osoby wyjątkowo wrażliwe powinny dwa razy zastanowić się, czy na pewno chcą ryzykować spokój ducha i poznać tę książkę.

Jego twarz dziwnie się poruszała, jakby każda jej cząstka drżała z osobna. Potem Ludivine zrozumiała, że te, jak jej się wydawało, pieprzyki, wcale nie są pieprzykami. Muchy. Wielkie, tłuste muchy. I to nie mięśnie drgały tuż pod skórą, ale masa pełzających robaków[1].

Ryzyko duże, ale czy naprawdę warto je podejmować? Według mnie tak, choć najnowsza powieść Francuza nie zasila grona jego najmocniejszych tytułów. Autor tak mocno skupił się na samym wątku zła drzemiącego w ludziach, na jego korzeniach czy granicach zasięgu oraz wspomnianych już przeze mnie makabrycznych opisach, że straciła na tym nieco kreacja bohaterów i zwroty akcji, których jest tu niewiele (a przecież Chattam nazywany jest „złotym dzieckiem suspensu”). Mimo to sama fabuła jest na tyle intrygująca, że te niedociągnięcia nie wysuwają się na pierwszy plan podczas lektury – dalej czyta się ją z zapartym tchem.

Cieszy mnie też fakt, że autor dał radę mnie zaskoczyć. Nie spodziewałam się po nim tak dużej dawki makabrycznych scen. Przyznaję: Chattam bywał ostry i dosadny w swoich opowieściach, ale tym razem przeszedł samego siebie. Cierpliwość diabła to zdecydowanie najmocniejsza odsłona pisarza, ale nie dla każdego czytelnika – tylko dla najwytrwalszych i wytrzymałych. Sama jestem za pan brat z tego typu tytułami, lecz przyznaję, że od momentu, w którym odłożyłam przeczytaną już powieść Chattama, z niepokojem myślę o skórzanych wyrobach, a mięsny obiad smakuje mi już nieco inaczej…

Jesteście gotowi na wyjątkowo mocno ociekającą krwią odsłonę twórczości Chattama? To przeczytajcie Cierpliwość diabła – ale pamiętajcie, że robicie to na własną odpowiedzialność.


Ocena: 5/6




[1] M. Chattam, Cierpliwość diabła, Sonia Draga, Katowice 2015, s. 135–136.


Oficjalna recenzja dla Lubimy Czytać - LINK.

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Wygrywaj książki! Kuferek Książkówki





Słoneczne DZIEŃ DOBRY w to piękne, czerwcowe przedpołudnie. :) Korzystając z okazji, że mamy dziś tak zacne święto pragnę złożyć wszystkim dzieciakom, tym małym i tym nieco większym, najserdeczniejsze życzenia. :) Mnóstwa uśmiechów na twarzach i radości w sercu. :) Najlepszości także dla panów, do których to święto również należy. ;)

Do rzeczy! Moje kuferkowe rozdawnictwo ma się dobrze i z tego tytułu, w tym miesiącu również pofruną do kogoś książki. Do kogo?

Agnieszka


oraz

Snafu


Gratuluję! Wypatrujcie ode mnie e-maila. A co nowego w Kuferku? Sprawdźcie TU i tu też się zgłoście, po zaznajomieniu z regulaminem udziału w zabawie. :) 

wtorek, 26 maja 2015

"Cejrowski bez nogi", czyli cuda-wianki z wyszukiwarki i inne





Tak smętnego maja pod względem pogody nie widziałam już dawno, przyznaję. Jednak nie ma tego złego...Przynajmniej bezkarnie można zatracić się w lekturze, dlatego dziś recenzji nie będzie. Nie chcę zabierać wam (i sobie samej) tego cennego czasu. Zostawię wam tylko kilka cudeniek z wyszukiwarki, po których jak po nitce trafialiście na mój blog. Co my tam mamy?


O matko, od kiedy??!! A tak poważnie, to pan Cejrowski chyba nie byłby zachwycony, gdyby to zobaczył. ;)


Spokojnie! Już rysuję! Jest się tym monterem elektronikiem...<rzekła_dumnie_z_błyskiem_w_oku>


O żeż Ty, człowieku! Tak mrocznego umysłu jak mój to na pewno nie widziałeś!


Głębokie...


Myślę, że nie...Podchodzi do Ciebie taki policjant z tzw. przyczajki, mizia Cię tym i owym (tak, pochłaniaczem :)) i gotowe! A Ty nawet nie wiesz, że jesteś uboższy o ten właśnie ślad zapachowy...


Przyznaję, że to sprawiło mi fizyczny ból...I boli do teraz...

O! I jeszcze coś! Przeglądając słowa kluczowe miałam okazję prześledzić, których autorów książek szukacie u mnie najczęściej. :) Zacne grono się uzbierało. Sami zobaczcie. :)

Mam nadzieję, że dopasowanie twarzy do nazwisk nie jest dla was żadnym problemem. :)

czwartek, 21 maja 2015

Koronkowa robota - Pierre Lemaitre





tłumaczenie: Joanna Polachowska
tytuł oryginału: Travail soigné
wydawnictwo: Muza
data wydania: 20 maja 2015
ISBN: 9788377589960
liczba stron: 416


Kto na co dzień obcuje z literaturą, ten na pewno ma pełną świadomość jej niebywałej mocy. Książki, po które sięgamy, nierzadko wywracają nasz światopogląd do góry nogami, wprowadzają roszady w systemie wartości, działają antystresowo i antydepresyjnie. Są też głęboką studnią, z której całymi wiadrami można czerpać inspiracje – jednak czy zawsze do tego, co pożyteczne i dobre? Czy książki mogą pchnąć do czynów destrukcyjnych?

Camille Verhoeven, charakterystyczny z racji swojego niskiego wzrostu, bohater powieści Pierre’a Lemaitre’a pt. Koronkowa robota, będzie miał okazję się przekonać o tym na własnej skórze. Umożliwi mu to prowadzone przez niego śledztwo w sprawie makabrycznych morderstw dokonywanych przez miłośnika literatury kryminalnej. Zabójca, inspirując się topowymi powieściami z tego kręgu, bestialsko morduje kolejne ofiary i robi to na kształt zbrodni opisanych m.in. w Czarnej Dalii czy American Psycho. Mimo że Camille jest bardzo doświadczonym policjantem i niejedno widział w toku swojej kariery zawodowej, to czyny psychopaty robią na nim ogromne wrażenie, odciskając piętno na życiu prywatnym. Bo kim nie wstrząsnęłyby rozczłonkowane zwłoki przybite do ściany?

Jakby tego było mało, całe śledztwo długo zdaje się stać w martwym punkcie, a życie osobiste komisarza wywraca się do góry nogami. Wkrótce będzie musiał sprawdzić się w nowej, nieznanej mu wcześniej roli, do której nie czuje się zbytnio przygotowany i z którą już teraz nie do końca sobie radzi. Istne tornado zarówno na polu prywatnym, jak i zawodowym skończyć się może katastrofą. Czy tak będzie? Czy ten niewielki wzrostem, ale wielki duchem funkcjonariusz paryskiej policji podoła wyzwaniom?

Zdradzę jedynie, że nie będzie mu w tym wszystkim łatwo. Sprawa miłośnika literatury, który jest jednocześnie mordercą, to bez wątpienia jedna z najtrudniejszych w życiu komisarza Verhoevena, dlatego wcale nie zdziwiło mnie, że Lemaitre opisał ją bardzo skrupulatnie – właściwie żaden moment śledztwa nie został pominięty. Są tu szczegółowe opisy z miejsca zbrodni (uczulam na nie co wrażliwszych czytelników), analiza modus operandi mordercy, charakterystyka ofiar oraz próba odpowiedzenia na pytanie o to, jak daleko zajść może ludzkie okrucieństwo. Nie brakło także bardzo dobrze skonstruowanych postaci (również tych, które grają tu drugie skrzypce).

Zatem: czy jest to powieść wyśmienita w swoim gatunku i czy dorównuje Alex, poprzedniej książce autora, którą miałam okazję czytać? Niestety nie, nie ma tu bowiem dynamicznej akcji i piętrzącego się suspensu, czego poprzedniczce nie brakowało w żadnym momencie. Co gorsza, Lemaitre tym razem udziela czytelnikowi na tyle wyrazistych wskazówek, że bardzo łatwo domyślić się przebiegu pewnych zdarzeń w toku fabuły Koronkowej roboty. Jednak Lemaitre chyba nie byłby sobą, gdyby choć raz nie zafundował czytelnikom wrażeń przyprawiających o mocne uderzenia serca. Moi drodzy, zakończenie tej powieści wgniotło mnie w fotel i nie dlatego, że było dla mnie zaskoczeniem, lecz dlatego, że do końca wierzyłam, iż sprawa zakończy się zgoła inaczej: nie tak, jak to wcześniej było sugerowane. Niewielu pisarzy powieści kryminalnych decyduje się na zwieńczenie, które wybrał ten francuski pisarz – i za to mu chwała.

Mimo że tym razem Pierre Lemaitre nie zafundował mi takich emocji jak przy lekturze Alex, utwierdziłam się w przekonaniu, że jest to człowiek, który robi to, co powinien robić, i któremu wychodzi to wyśmienicie. Według mnie jest to jeden z najlepszych pisarzy literatury kryminalnej, który śmiało może stanąć w szranki z Maximem Chattamem, a ich walka na pióra byłaby (a może już jest?) prawdziwą ucztą dla fanów gatunku.

Wraz z Zygmuntem Miłoszewskim zachęcam: czytajcie Lemaitre!

Ocena: 5/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Muza.

środa, 13 maja 2015

Psy gończe - Jørn Lier Horst





tłumaczenie: Milena Skoczko
tytuł oryginału: Jakthundene
wydawnictwo: Smak Słowa
data wydania: 4 maja 2015
ISBN: 9788364846151
liczba stron: 388


Gdy natrafią na trop tego, czego szukają, nic nie jest w stanie ich powstrzymać. Ni głód, ni zmęczenie, ni czyhające na nich niebezpieczeństwo. Gdy już obiorą właściwą drogę, która wskaże im choćby najmniejszy ślad tego, co odnaleźć muszą, nic nie zatrzyma ich szaleńczego pędu, dopóki nie znajdą wroga i nie wymierzą należącej się mu kary. To policjanci – niczym sfora psów gnająca za czworonożnym nieprzyjacielem i rozszarpująca mu gardło, gdy ten tylko wpadnie w ich łapy, niczym psy gończe, nieodpuszczające, póki nie dopną swego…

Może nie wszyscy policjanci, może nie wszyscy rodem z Polski, ale ci z nowej powieści Jørna Liera Horsta pt. Psy gończe zdecydowanie tak. Szczególnie tyczy się to starego policyjnego wyjadacza, Williama Wistinga, który nigdy nie odpuszcza, nawet gdy sam jest w opałach, które zafundowała mu mroczna sprawa sprzed lat. Skomplikowane tory, którymi biegło tamto śledztwo, sprawiło, że obecnie Wisting jest posądzany o fabrykowanie dowodów. Fakt, to mocny zarzut, który na dobrą sprawę może zakończyć jego karierę w policji, jednak William zrobi wszystko, by do tego nie dopuścić. Pomoże mu w tym jego córka dziennikarka – Line. Jednak życie tych dwojga lubi kłaść im kłody pod nogi, a jakby jeszcze problemów było mało, okolicą wstrząsa wieść o zaginięciu młodej dziewczyny. Szybko okazuje się, że sprawa jest łudząco podobna do tej, z którą Wisting mierzył się przed laty. Czyżby to ten sam sprawca? A może jego naśladowca? Jedyne, co jest pewne, to to, że właśnie rozpoczął się wyścig z czasem, w którym stawką jest życie zaginionej oraz reputacja i kariera policjanta.

Przyznam szczerze, że Horst tym razem zaskoczył mnie drogą, którą wybrał przy tworzeniu swojej nowej powieści. Nie spodziewałam się, że na pierwszy plan wysunie się tu zarówno dochodzenie w sprawie fabrykowania dowodów przez policjanta, jak i on sam jako kluczowa postać powieści. Nie jest nim zaginiona, zaś motyw związany z mordercą wydaje się tu być dodany na doczepkę. I co z takiego zabiegu wyniknęło? Ano tyle, że zabrakło w niej mrocznego, owianego tajemnicą klimatu, a żmudnego śledztwa mamy w nadmiarze.

Przypomnę, że w poprzedniej powieści autora (Jaskiniowiec) element grozy i tajemnicy był wyczuwalny już od samego początku, co też przekonało mnie do jego stylu. Miałam dużą nadzieję, że i tym razem pisarz zdecyduje się na podobny zabieg – na próżno. Choć powieść jest poprawnie zbudowana i od strony technicznej nie można jej niczego zarzucić, to jednak stanowczo za mało, by miała zyskać miano kultowej.

Na plus powieści przemawia skrupulatność autora, dokładność w opisywaniu całego śledztwa, analiza dokumentacji sprawy włącznie z rysem osobowościowym domniemanego sprawcy. Szkoda tylko, że dla wzmocnienia emocji Horst nie zdecydował się na wprowadzenie większej ilości scen z podejrzanym – niewątpliwie dodałoby to Psom gończym dreszczyku emocji, który co prawda w książce występuje, ale tylko sporadycznie.

Zatem: czy definitywnie odradzam wam nową powieść tego norweskiego pisarza? Nie, bo warto też poznać jego styl od nieco innej strony – według mnie tej słabszej, ale nie na tyle, by nie było warto poświęcić mu czasu. Nie spodziewajcie się jednak powtórki z Jaskiniowca, bo to nie ten klimat. Psy gończe to dobre kryminalne czytadło w sam raz na wiosenne wieczory.


Ocena: 4/6


Za możliwość przeczytania książki dziękuje wydawnictwu Smak Słowa.

środa, 6 maja 2015

Pokłosie - P.J. Król, J. Turowski, M. Zychla, J. Wojciechowicz, K. Kotulak





wydawnictwo: GMORK
data wydania: 30 marca 2015
ISBN: 9788394100025
liczba stron: 358


Tak, jestem zagorzałą fanką Stephena Kinga i nie boję się o tym mówić otwarcie. Zagorzałą, ale na szczęście nie zaślepioną bezkrytyczną miłością do jego twórczości – co słabsze powieści bez najmniejszych oporów jestem mu w stanie wytknąć. Jednak te sporadyczne przypadki nie wpływają na stopień mojego uwielbienia względem jego twórczości: kocham jego nieokiełznany słowotok przeobrażający się często w wodolejstwo, kocham cudowne postacie, mimo że te często nie stronią od żądzy mordu, kocham ten duszny klimat małych miejscowości, który kreuje, kocham wszystkie jego lęki, które z impetem lądują w stworzonych przez niego fabułach… Kocham go za całokształt i nie odważę się zejść z ziemskiego padołu, nie przeczytawszy uprzednio wszystkich napisanych przez niego tytułów.

Jednak czy można w tym całym uwielbieniu zrobić dla Mistrza coś więcej prócz czytania jego literackich płodów wyobraźni? A pewnie, że można! Na przykład zebrać grupę takich samych rozkochanych w nim zapaleńców, „wyłudzić” od nich jeden lub dwa teksty i stworzyć antologię opowiadań dedykowaną Mistrzowi Grozy rodem z Bangor.

Na taki właśnie pomysł wpadła piątka początkujących na polu wydawniczym autorów: Paulina J. Król (jedyna kobieta w męskim gronie), Kacper Kotulak, Jarosław Turowski, Juliusz Wojciechowicz i Marek Zychla. Zafascynowani twórczością Stephena Kinga postanowili opublikować zbiór opowiadań pt. Pokłosie i oddać mu tym samym hołd. Czy antologia ta według mnie jest godna nazwiska King na okładce? Czy autorzy potrafią zaintrygować wykreowaną przez siebie rzeczywistością na miarę Mistrza? Tak, choć nie każdy z autorów w takim samym stopniu, ale w przypadku antologii to rzecz chyba zupełnie normalna – tak przynajmniej wynika z mojego doświadczenia.

Wśród opowiadań, które po pierwszym czytaniu słabo przypadły mi do gustu, tj. Death metal z pewną gitarą o mrocznej naturze w roli głównej (które wypadłoby nieco lepiej, gdyby je mocniej rozwinąć), czy Chyba, które sprawia wrażenie nieco przekombinowanego i chaotycznego, znajdują się też naprawdę dobre i mocne teksty, które w świecie polskiej literatury grozy bez problemu mogą się wybronić i zostać zapamiętane przez czytelników. O których mowa?

Po pierwsze, o Świniaku Juliusza Wojciechowicza, które jest bez wątpienia czarnym koniem zbioru – nie tylko ze względu na wspaniałe nawiązanie do twórczości Kinga (przypomnijcie sobie, który tekst Mistrza opowiadał o grupie małoletnich przyjaciół odkrywającej pewnego dnia coś przerażającego) i nie tylko za pomysł na opowieść, lecz także za dający się zauważyć dobry warsztat autora, bo pod względem technicznym tekst jest wyśmienity. Pan Wojciechowicz naprawdę potrafi pisać: chętnie sprawdziłabym jego talent w dłuższej formie niż opowiadanie.

Po drugie, o To nie TO! Kacpra Kotulaka. Tutaj całe opowiadanie należy do czarnego charakteru: do klauna (tak, nawiązanie do Kinga jest chyba bardziej niż oczywiste, prawda?). Zatem autorowi udało się w tym przypadku po trosze zastosować trik, który u Kinga jest bardzo często spotykany, mianowicie wzbudza on większe zainteresowanie czytelnika postacią negatywną niż pozytywną. Co prawda klaun Kotulaka może nie budzi takiej sympatii, jak robi to np. bohater Blaze Kinga, ale bez wątpienia należą się młodemu autorowi za to pochwały. Rintincurry (to właśnie wspomniany klaun) jest zdecydowanie mroczniejszy i dużo bardziej przerażający od tego klauna, którego znamy z powieści Mistrza. Jest też nie tyle postacią stricte fantastyczną, żywcem wyjętą z horroru, ile pewnym symbolem.

Nie potrafił zrozumieć jednego. Dlaczego suma najgłębiej skrywanych, paranoicznych lęków ludzi musi wyglądać jak klaun. Tak, właśnie klaun[i].

A po trzecie? O Status Quo Pauliny J. Król. Przyznam szczerze, że pojęcia nie miałam, czego się spodziewać po tym opowiadaniu – w przeciwieństwie do pozostałych, to stosunkowo późno odkryło przede mną swoje karty. Tekst Pauliny Król klimatycznie odbiega od pozostałych, ale wychodzi mu to zdecydowanie na plus. Czym mnie urzekło? Pomysłem, pomysłem i jeszcze raz jego przesłaniami (w liczbie mnogiej, bo każda z części tekstu daje do myślenia). Ot, dwójka głównych bohaterów codziennie budzi się w innej, nieznanej sobie wcześniej alternatywnej rzeczywistości… Niektóre fakty łączą się z ich życiem „właściwym”, niektóre nie. Ci, którzy byli obecni w ich poprzednim życiu, nagle znikali albo pojawiali się ci, którzy dawno odeszli…

A teraz siedzę tutaj, ja, prawie trzydziestoletni mężczyzna w młodzieżowym pokoju i zamierzam iść wypić kawę, którą przygotowała mi zmartwychwstała matka[ii].

Opowiadanie jest bardzo życiowe, stawia swoich bohaterów w różnych, często niewygodnych sytuacjach, w których nie zawsze to, co przykre i bolesne, ostatecznie takim właśnie jest – i na odwrót.

Graficznie antologia prezentuje się bardzo dobrze, o co zadbał Dariusz Kocurek, który ma pieczę także nad graficzną stroną polskich wydań powieści Kinga. Natomiast całość zbioru poprzedza wstęp uznanego polskiego pisarza Stefana Dardy, który pochlebnie wyraża się o tekstach – i nie jest to reklama na wyrost. Podobnie jak pan Darda widzę w młodych pisarzach potencjał, który każdy z nich powinien pielęgnować i rozwijać. Fakt, że zbiór im się udał, nie oznacza, że powinni osiąść na laurach i jedynie zbierać pochwały – co to, to nie. Do pracy, drodzy państwo!

A czy Wam polecam lekturę zbioru? Jak najbardziej, mimo że daje się w nim zauważyć jakościową nierówność. Nie zmienia to jednak faktu, że na naszych oczach rodzą się nowi zdolni pisarze o pokaźnej wyobraźni i talencie. Aby mogli i jedno i drugie rozwijać, potrzebny jest im warsztat, który wyćwiczą tak naprawdę dzięki nam, czytelnikom. Oni piszą – my czytamy. I może za jakiś czas to w Polsce znajdzie się prawdziwy następca Stephena Kinga, który w pełni zasłuży na to miano? Może właśnie wśród tej piątki? Kto wie…

Ocena: 4,5/6




[i] K. Kotulak, P.J. Król, J. Turowski, J. Wojciechowicz, M. Zychla, Pokłosie, Wydawnictwo GMORK, Wrocław 2015, s. 61.
[ii] Tamże, s. 199.


Za możliwość przeczytania antologii dziękuję wydawnictwu GMORK.
Wyzwania: Polacy nie gęsi.