środa, 2 stycznia 2013

"Zapiski z wielkiego kraju" Bill Bryson




Data wydania: lipiec 2010
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 404
ISBN: 978-83-7506-519-0



Jak wiele zamierzonych (lub nie) zadań można wykonać nie mając czasu? Zapewne zdecydowana część Was odrzekłaby, że w zasadzie niewiele albo nawet i nic. I jestem 
w tym momencie skłonna się z tą częścią zgodzić, jednakże są na tym ziemskim padole jeszcze chlubne wyjątki od tej smutnej reguły. Bowiem jest taki człowiek, któremu tak czasu brakowało (w sposób chroniczny i nieustający), że aż z tego wszystkiego napisał siedemdziesiąt osiem felietonów.


Ten zatrważający incydent przydarzył się na przełomie lat 1996-1998 podróżnikowi posiadającemu literackie zapędy nazwiskiem Bryson, Bill Bryson. Kto czytał którąkolwiek 
z jego książek, ten już wie, ale kto widzi to nazwisko po raz pierwszy, ten dopiero się dowie, że człowiek ten słynie z niezwykle ujmującego poczucia humoru, w którym dominuje autoironia. A po wpleceniu go w mnogość jego podróżniczych przygód, relacji czy wniosków ukazuje się nam twór wysoce szczegółowy (może nawet chwilami drobiazgowy), marudny, czepliwy i przekomiczny. Skąd to wiem? A stąd, że z próbką jego możliwości (całkiem pokaźnych rozmiarów) miałam już do czynienia w „Śniadaniu z kangurami”, gdzie autor opisywał swoje bliskie spotkanie z Australią (link do recenzji). Tak mnie swą relacją ujął, tak w sobie rozkochał, że obiecałam sobie powrót do jego rozweselającej twórczości, co niniejszym czynię.


Jak już wspomniałam, pokusił się on o napisanie niemal osiemdziesięciu felietonów dla magazynu „Mail on Sunday’s Night & Day” o Ameryce. Pisał w nich o wszystkim, co amerykańskie, co kojarzy się z tym krajem, co dla niego charakterystyczne, o wadach i zaletach, a nawet napisał swoją wersję scenariusza ostatniej nocy na Titanicu tuż przed katastrofą.

Rzadko przystępuję do lektury książek podróżniczych lub okołopodróżniczych, ale gdy już to robię, to zawsze z nadzieją, że ich autor choćby w minimalnym stopniu pokusi się o próbę zerwania z utartymi schematami na temat danej narodowości. Nie kryję, że podobne oczekiwania miałam wobec felietonów Brysona. A jaki obowiązuje flagowy stereotyp tyczący się Amerykanów? Mianowicie taki, że to wyjątkowo… głupi naród, niegrzeszący wysokim poziomem ilorazu inteligencji. Czy Bill Bryson spróbował utrzeć nosa tej wszechobecnej teorii?? Ależ oczywiście… że nie. Znaczna ilość tych tekstów zdaje się potwierdzać to uogólnienie na wszelkie możliwe sposoby. A to przez przywołanie różnych wypadków przydarzających się Amerykanom, które przybrały nadzwyczaj głupią formę (przykładowo, atak brutalnych kołder i poduszek czy bezlitosne sufity i panele czyhające na życie Amerykanów), a to przytaczając statystyki dotyczące poziomu wiedzy uczniów szkół średnich (ponoć 42 procent uczniów nie potrafi wymienić żadnego państwa położonego w Azji). Nie zapomina też o dosłownym przytoczeniu słów niektórych bardziej lub mniej sławnych osób (np. Broke Shields czy Mariah Carey). Tu przykład wypowiedzi Miss Alabamy, która zapytana, czy wybrałaby życie wieczne, odpowiedziała:

Nie będę żyła wiecznie, bo nie powinniśmy żyć wiecznie. Bo gdybyśmy mieli żyć wiecznie, to byśmy żyli wiecznie, ale nie możemy żyć wiecznie i dlatego nie będę żyła wiecznie.[1]

Choć cały czas po głowie kołacze się myśl, że przecież większość wniosków autora zdominowana jest przez ironię, to jednak nie sposób nie zauważyć, że jest on bardzo sugestywny. Może oni naprawdę tacy są??

Przy tym wszystkim, na szczęście, Bryson nie stawia siebie na piedestale najmądrzejszych ludzi świata. Nabija się z siebie do oporu. Nie kryje przed czytelnikami ani sobą samym, że jest komputerowym łamagą i daje temu wyraz w swych felietonach kilkukrotnie. Pisze także poradnik użytkownika dla komputerowych łamag, wskazując kilka porad, co zrobić, gdy komputer odmówi posłuszeństwa, dla przykładu:

Problem: Wygląda na to, że moja klawiatura nie ma klawiszy.
Rozwiązanie: Odwróć klawiaturę na drugą stronę, tam, gdzie są klawisze.

Albo

Problem: Moja mysz nie chce pić wody ani biegać po obrotowej drabince.
Rozwiązanie: Spróbuj diety wysokoproteinowej, zadzwoń do pogotowia weterynaryjnego.[2]

Ponadto podróżnik często zaskakuje licznymi ciekawostkami, jednak równie często nie odkrywa – nomen omen – Ameryki, pisząc o tym, że reklamy kłamią. No też mi odkrycie…

Reasumując, felietony Billa Brysona to tak naprawdę odkrywanie przez niego Ameryki na nowo – jest bowiem ona jego ojczyzną, do której powrócił po wielu latach zamieszkiwania w Wielkiej Brytanii. Choć czuje się ze Stanami mentalnie związany, to jednak na nowo musi się ich uczyć, nie żałując sobie przy tym wielu ironicznych uwag czy – jak mówi jego żona – zwyczajnego zrzędzenia.

Jednak to już taki typ człowieka – taki się urodził i inny nie będzie. I mam szczerą nadzieję, że nawet nie będzie próbował już tego nigdy zmieniać, bo inaczej przestanę czytać jego książki. O!

A komu tytuł polecam? Wszystkim tym, którzy chcą się zaznajomić z Ameryką poprzez dobry humor i bardziej z przymrużeniem oka niż zupełnie na serio.

Ocena: 4/6





[1] B. Bryson, Zapiski z wielkiego kraju, Zysk i S-ka, Poznań 2004, 2010, s. 365.
[2] Tamże, s. 310.



Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.



62 komentarze:

  1. Chyba sobie jednak odpuszczę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem warto zaryzykować i przeczytać to czego normalnie nie czytamy. :)

      Usuń
  2. Jakiś czas temu czytałam "Śniadanie z kangurami" i "Zapiski z małej wyspy" tegoż autora, a choć ta pierwsza podobała mi się bardziej, i drugą wspominam bardzo miło. Uwielbiam poczucie humoru tego faceta. :) Po pozostałe książki z pewnością sięgnę, a tę o Ameryce chyba będę musiała dorwać jako pierwszą. Zapowiada się kolejna świetna lektura!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie "Śniadanie z kangurami" też podobało się bardziej, ale "Zapiski..." też są dobre. :) Fakt, ten człowiek jest nieprzeciętny... ;)

      Usuń
  3. Zdecydowanie nie dla mnie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A może jednak warto spróbować?:)

      Usuń
  4. Powiem szczerze że raczej nie ciągnie mnie do książek podróżniczych, ale są wyjątki, powiem że zaciekawiłaś mnie, kto wie, jak spotkam może się skuszę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też do nich nie ciągnie, ale Bryson to wyjątek przez duże "W". :)

      Usuń
  5. O, pamiętam Twoją recenzję książki "Śniadania z kangurami" i obiecałam sobie, że ją przeczytam - jak na razie obietnicy nie zrealizowałam, a Ty wyskakujesz z kolejną książką tego autora! Tak jak tę pierwszą książkę nadal mam wielką ochotę poznać, tak w przypadku "Zapisków z wielkiego kraju" nie odczuwam takiej ciągoty. Ameryka nie jest tym, co mnie interesuje, aczkolwiek... ten atak brutalnych kołder jest bardzo intrygujący ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heh...Żeby tylko kołder... ;) Bryson i tej książce porządnie bawi, wierz mi. :)

      Usuń
  6. Ameryka - na wesoło czy na poważnie, ale zawsze kusi. Chciałabym kiedyś pojechać...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też...Może razem się wybierzemy? ;)

      Usuń
  7. Jakoś tak Ameryka mnie nie do końca przekonuje, raczej nie dla mnie tym razem temat.

    OdpowiedzUsuń
  8. A ja w ogóle nie czytam podróżniczych książek, ale moja siostra za to je uwielbia i ma całe półki Pawlikowskiej, Wojciechowskiej i nie wiem, kogo tam jeszcze. W każdym razie ja spasuje, ale jej polecę ową pozycje.

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie jestem jakoś szczególnie proamerykańska, ale takie felietony z przyjemnością bym przeczytała. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I słusznie, dla zabawy choćby. :)

      Usuń
  10. Ja mam mega smaka na Brysona i na pewno poczytam jego felietony. Nie wiem tylko kiedy. Mam nadzieję na dużą dawkę ironii i humoru.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I to dostaniesz na pewno, to gwarantowane. :)

      Usuń
  11. Do tej jego Ameryki jakoś mnie nie korci, ale po Twoje "Śniadanie z kangurami" sięgnę na pewno! Wydaje mi się, że australijskie felietony zebrały lepsze recenzje:)
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak "Śniadanie..." jest jednak ciut lepsze, ale Ameryka na wesoło też bawi. :) Pozdrawiam!

      Usuń
  12. Słyszałam o tym autorze i chętnie przeczytam coś spod jego pióra, może akurat tą pozycję :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Tak popatruję od dłuższego czasu na książki jego autorstwa w Empiku. Jednak warto! A określeniem "autoironia" kupiłaś mnie do reszty :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oooo w tym Bryson jest mistrzem! :) Polecam!

      Usuń
  14. Z humorem i przymrużeniem oka ? Coś dla mnie! Mam teraz na nią ochotę, porozglądam się za nią :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Jak ja zazdroszczę Amerykanom luzu. Dlaczego Polacy tak nie potrafią??? Spójrzmy chociażby na polityków. Nasi są sztywni jakby kij połknęli, a oni wyluzowani z uśmiechem na ustach. Mnie się ten kraj generalnie podoba, tylko przeraża mnie liczba szaleńców dokonujących masakr.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, to co się tam dzieje...Te strzelaniny...Brrr...Ciarki po plecach przechodzą. No ale tam jest zbyt łatwy dostęp do broni, gdyby to zaostrzyć może byłoby lepiej.

      Usuń
  16. Tym razem jakoś nie ciągnie mnie do tej książki, więc spasuję;)
    Pozdrawiam!!

    OdpowiedzUsuń
  17. Na pewno jest to ciekawa i wartościowa książka, ale na razie nie mam ochoty na takie lektury, wolę coś lekkiego, przy czym się odprężę przed uczelnią...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wierz mi, że to bardzo odpowiednia lektura by się odprężyć. :)

      Usuń
  18. na pewno sięgnę, gdy bende miła choć trochę wolnego czasu :) ale na szczęście ferie się zbliżają to raczej ten czas będzie :D

    OdpowiedzUsuń
  19. Chociaż pozytywnie się o tej pozycji wypowiadasz, ja jakoś nie czuję się zachęcona do jej przeczytania. Robi wrażenie, ale chyba jeszcze nie takie, abym po nią sięgnęła.
    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic dziwnego, bo "Śniadanie z kangurami" robi zdecydowanie mocniejsze wrażenie. :)

      Usuń
  20. Amerykanie głupi? No, proszę... ;) Krwiożercze sufity to pikuś w porównaniu z tym, ze nawet na gumie do żucia pojawiają się instrukcje obsługi ;) Amerykanie lubią się sądzić i zwykle wygrywają (patrz afera z McDonalds - kobieta przytyła, pozwała, wygrała, a teraz na opakowaniach fast foodów mamy wartości kaloryczne... bazinga!). Ja lubię Amerykę i dlatego chętnie sięgnę po tę pozycję. Wiem, że to głupi naród z własnego doświadczenia - byłam w Nowym Jorku w 2003 roku. Rozmawiałam z jakimś tam, i ten na wieść, że jestem z Polski, zapytał, czy to miasto w Rosji... ;) Niemniej lubię ich, cholera, za ich wyluzowanie, za ich głupotę, za ich afirmację życia... Nie brakuje im dystansu do siebie, jak widać z Twojej recenzji, a Mariah Carey i jej teksty to już klasyka :) Na pewno mnie zachęciłaś, dzięki za to. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heh, tak słyną z tych swoich "przypałów" na temat Polski. ;) Ja słyszałam, że pewien Amerykanin zdziwił się, że mamy w kraju prąd, bo myślał, że jesteśmy Państwem Trzeciego Świata. :) Fakt, ten naród ma w sobie coś co da się lubić. :) Jest specyficzny, ale jednak bez nich to nie byłoby to samo. :) Przynajmniej ma kto rozbawiać świat. :D Pozdrawiam ciepło! :)

      Usuń
  21. Hahaha no to dobre... ;) Zobacz sobie to: http://www.youtube.com/watch?v=Cey35bBWXls
    No po prostu żenada :D Ładna dziołcha, ale niestety, nic ponadto ;)
    Rozbawiają świat, dokładnie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heh...cóż za popis... ;) ale i u nas takich talentów nie brakuje. :) Z tą różnica, że Amerykanie w ogóle się takimi wpadkami nie przejmują. :) To się nazywa luźne podejście do wszystkiego. :)

      Usuń
  22. Mam podobnie jak Ty - też szukam w takich książkach zerwania z utartymi schematami na temat danej narodowości. A z racji tego, że uwielbiam felietony, to jak najbardziej lektura dla mnie :)

    OdpowiedzUsuń
  23. Moim zdaniem felietony charakteryzują się tym, że albo są dobrze napisane albo nie. Z tego co przeczytałem Ewo jesteś oczarowana tym autorem co sprawia, że to książka także dla mnie. Uwielbiam autoironię , a że sam autor Amerykanin nabija się z stereotypu Amerykanina sprawia, że tym bardziej przekonuję mnie to do zainteresowania się tą pozycją. Recenzja był mnie urzekła i wprowadziła w klimat tematu tej książki. Pozdrawiam serdecznie;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te są napisane wyśmienicie, na szczęście. :) Bryson jest naprawdę dobry, więc polecam Ci jego książki. :) Pozdrawiam. :)

      Usuń
  24. Odpowiedzi
    1. To już, wsiadaj w samolot... ;)

      Usuń
  25. Specjalnie mnie do niej nie ciągnie, ale czasami może dobrze przeczytać coś innego? ;p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie, że dobrze, potwierdzam. :)

      Usuń
  26. Może kiedyś. Choć nie jestem do końca przekonana. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W wolnej chwili możesz się skusić. :)

      Usuń
  27. Naprawdę potrafisz poprawić humor! Ubawiłam się czytając Twoją (kapitalną) recenzję. Pasjami lubię książki pisane z takim humorem, osobiście interesuje mnie "odkrywanie Ameryki", więc pozycję zapamiętam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki a Brysona polecam zawsze i każdemu. On dopiero potrafi bawić. :)

      Usuń
  28. Bardzo podobały mi się zaprezentowane przez Ciebie cytaty z książki. Uwielbiam autoironię i humor tego typu, wydaje się, ze autor jest naprawdę kapitalnym człowiekiem. I wcale nie szkodzi, ze nie odszedł od schematów i stereotypów, przecież czasem właśnie one są najzabawniejsze. Trzeba też pamiętać że takie uogólnienia są naciągane, nie mniej jednak na pewno poszukam tej książki.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to bez wątpienia jest kapitalny człowiek. Jego książki wyraźnie na to wskazują. :) Chciałabym mieć kiedyś możliwość poznania go. :) Pozdrawiam!

      Usuń
  29. Według mnie ciekawie się zapowiada i pomysł fajny ;)

    OdpowiedzUsuń
  30. zakupiłam tą książkę parę lat temu. jest naprawdę przezabawna, polecam:)

    OdpowiedzUsuń

SPAM, reklamy, wulgaryzmy oraz komentarze niezwiązane z tematyką wpisu bezwzględnie usuwam.