czwartek, 31 maja 2012

"Gra Endera" Orson Scott Card




Wyobraźcie sobie świat, w którym każdego dnia najważniejszym tematem jest wielka wojna w kosmosie. Państwa współpracują ze sobą i tworzą ogromną flotę statków kosmicznych w celu obrony. Do sprawowania pieczy nad przeludnionym globem zostaje wyznaczony Hegemon. Jego rządy okazują się być nad wyraz restrykcyjne i bezwzględne, czego przejawem jest choćby nakaz posiadania jedynie dwojga dzieci.

Mimo zakazu w rodzinie Jana Pawła Wieczorka (pochodzącego z Polski) rodzi się Trzeci. Chłopiec wybitnie inteligentny i obdarzony geniuszem wojskowym. I nie byłoby może w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że Trzeci wzbudził zainteresowanie władz Szkoły Bojowej już w wieku sześciu lat.
To właśnie wtedy przyszło mu podjąć jedną z najważniejszych decyzji w swoim życiu o opuszczeniu rodziny, zerwaniu z nią wszelkich kontaktów na rzecz intensywnego, i nierzadko brutalnego, szkolenia w Szkole Bojowej. Wszystko to po to, by, po kilku latach intensywnych ćwiczeń, stanąć do walki z najeźdźcami z kosmosu – robalami.

Taką wizję świata kreuje przed czytelnikiem Orson Scott Card w książce „Gra Endera”. Na jej głównego bohatera obrał sobie młodego i utalentowanego chłopca, który zostaje wrzucony na głęboką wodę brutalnego świata, w którym dzieci uczą się, jak walczyć, by zabić wroga. Dzieci, we wspomnianej Szkole za pomocą gier wojennych, codziennie odbywają symulacje walk. Młodzi rekruci podzieleni są na armie (każda ma określoną nazwę) i w Salach Treningowych staczają regularne bitwy, korzystając z różnych nadprzyrodzonych zdolności, których jednocześnie się uczą (jak na przykład zamrażanie lub poruszanie w stanie nieważkości).

Fantastyka jest jedną z wielu płaszczyzn „Gry Endera”. Mamy tu zupełnie nowy, niesamowity świat, w którym na porządku dziennym są gwiezdne walki, jego wizytówką są statki kosmiczne, wrogie istoty czyhają, zagrażając bezpieczeństwu Ziemi, możliwości komputerów są niewiarygodnie zaawansowane, jak i ludzkie umysły, które zdają się nie mieć żadnych granic. Card postarał się także o wnikliwe opisy walk dzieci podczas gier wojennych – zwolennicy takich pojedynków będą zachwyceni, tego w powieści nie brakuje. Fantastyka robi wrażenie dbałością o szczegół, ale na pewno nie wysokim stopniem zaawansowania (pod tym względem utworowi bliżej do klasyki gatunku).

Drugą, wartą uwagi, płaszczyzną tej powieści jest psychologia. Już sam fakt, że jej bohaterami są dzieci osadzone w twardym świecie wojskowych realiów robi wrażenie. Dzieci wyrwane z rodzinnych ognisk świetnie radzą sobie z brakiem najbliższych w swoim otoczeniu, choć mają chwile zwątpienia, szczególnie wtedy, gdy nikt nie widzi, jednak same stawiają sobie bezwzględny wymóg nieokazywania słabości. Kolejna rzecz, na którą warto zwrócić uwagę to sposób, w jaki podchodzą do czynienia krzywdy innym oraz zabijania – wiedzą, że to zło samo w sobie, że nie powinny tego robić, jednak im bardziej dociera to do ich umysłów, tym bardziej je owo zło pociąga, nie potrafią mu się oprzeć. Te dojrzewające dopiero osobowości muszą mierzyć się z własnymi sumieniami i wybierać między złem a dobrem. Oczywiście to nie koniec wątków psychologicznych w tej książce, jednak nie chcę i nie zamierzam Wam więcej zdradzać.

„Gra Endera” to majstersztyk klasycznej formy fantastyki (mam nadzieję, że nikt się na mnie nie obrazi za takie określenie), z którą każdy fan gatunku powinien się zaznajomić. Traktować tę powieść, jako podstawowy element na drodze poznania i fascynacji tą dziedziną literatury. Jednak, zanim osoby, które z tego typu powieściami stykają się raz na jakiś czas zaczną kręcić nosem, powiem, że choć sama nie czytuję tego typu pozycji zbyt często, to jednak tę książkę oceniam bardzo dobrze – myślę, że warto poświęcić jej dłuższą chwilę (nie polecam „rozprawiania się” z nią w krótkim czasie).

A sam autor troszkę mnie zaskoczył. Niby przyzwyczajona jestem do charakterystycznej „nierówności” w pisarstwie Stephena Kinga, więc i u innego pisarza mnie ona dziwić nie powinna, jednak do tej pory nie mogę pozbyć się uczucia zdziwienia, że spod tego samego pióra wyszła tak banalna opowiastka, jak „Szkatułka” i tak mocna powieść, jak „Gra Endera”. Cóż, to chyba świadczy tylko o tym, że drzemie w nim duży potencjał.

Ocena: 5/6

środa, 30 maja 2012

"Sprawczynie" Kathrin Kompisch


Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Kategoria: Literatura faktu, historia
ISBN: 978-83-7839-143-2
Tytuł oryginału: Täterinnen. Die Frauen im Nationalsozialismus
Data wydania: 08.05.2012
Format: 142mm x 202mm
Liczba stron: 416


"Kobiety naznaczone piętnem zła"

Sprawczyni – kobieta, która się do czegoś przyczyniła. Z prawnego punktu widzenia miano to ma zdecydowanie negatywny wydźwięk, bo oznacza osobę, która dopuściła się czynu zabronionego. Dlaczego o tym mówię, kładąc nacisk akurat na tę płeć? Ponieważ to kobiety w wyjątkowo brutalnym ujęciu stały się przedmiotem mojej kolejnej lektury. Kobiety naznaczone piętnem zła, ale czy słusznie? O tym w dalszej części.

Kathrin Kompisch, historyczka, na co dzień mieszkająca w Hamburgu, postanowiła w swej publikacji pt. „Sprawczynie” przybliżyć obraz kobiet na tle rządów Hitlera, dodam, kobiet aktywnie uczestniczących w nazistowskiej machinie. Głównym celem, jaki postawiła sobie, pisząc książkę, było sprawdzenie, czy kobiety – decydując się na wspomaganie nazistowskiej polityki – robiły to w pełni świadomie, wiedząc o efektach jej okrutnych założeń, czy też były tylko jej maleńkimi trybikami bezwolnie i bezwiednie podporządkowanymi twardym, męskim zasadom.

Aby wszystko to zobrazować, autorka w nienaganny sposób przytacza historię funkcjonowania kobiet w III Rzeszy. Zaczyna od nakreślenia wizerunku kobiety jako matki-bohaterki w czasach narodowego socjalizmu. Mowa tu m.in. o obowiązującym ustawodawstwie małżeńskim (przykładowo: Ustawa o ochronie krwi niemieckiej i niemieckiej czci z 15 września 1937 roku zakazująca – pod groźbą piętnastu lat więzienia – małżeństw mieszanych, tj. Aryjczyka z Żydówką), z którego wynikał między innymi przymus wykonywania badań w celu sprawdzenia przydatności do małżeństwa. Naturalnie, osoby które badań nie przeszły pomyślnie, były sterylizowane. Dalej mowa o słynnej Lebensborn, początkowo funkcjonującej w celu pomocy samotnym matkom, a w końcowej fazie, będącą instytucją mającą zapewnić przyrost populacji czysto aryjskiej (dzięki kontaktom seksualnym starannie wybranych kobiet z reproduktorami z SS). Kompisch nakreśla także sytuację kobiet na rynku pracy. Początkowo władze wszelkimi możliwymi sposobami starały się odwieźć je od możliwości pracy zarobkowej, by ostatecznie zmienić front i przymusić je do niej. Od tej pory coraz częściej widać przypadki kobiet udzielających się na polu politycznym, zawiązujących związki, jak choćby Narodowosocjalistyczny Związek Kobiet czy Związek Niemieckich Dziewcząt. Stąd już tylko krok dzieli je od służby w policji czy pracy zawodowej w administracji państwowej, Gestapo.

Szczególnie zainteresował mnie rozdział poświęcony kobietom w systemie opieki zdrowotnej. Historyczka opisuje tu przypadki przedstawicielek płci słabszej (z niekłamanym trudem używam tu tego określenia, bo chyba trudno o słabość u kogoś, kto jest zdolny do zabicia innego człowieka), które aktywnie uczestniczyły w akcji eutanazyjnej. Naświetla słynną akcję T4, której założeniem była eliminacja osób niepełnosprawnych fizycznie i psychicznie. Kobiety wyznaczone do tego celu bez mrugnięcia okiem prowadziły odpowiednie selekcje i wysyłały skazanych na śmierć do komór gazowych. Nic też dziwnego, że nie brakowało kobiet wśród nadzorczyń w obozach koncentracyjnych. O przypadkach tam występujących, poznanych dzięki lekturze „Sprawczyń”, naprawdę trudno mi mówić.

Zaprezentowałam w możliwie najkrótszej formie treść tego niezwykłego kompendium wiedzy o kobietach w czasach dominacji nazizmu. Oryginał zawiera znacznie więcej szczegółów dotyczących podjętej tematyki, przekazanych w bardzo klarowny i profesjonalny sposób. Widać od razu, że autorka wie, o czym pisze. Potrafi zobrazować swoją wiedzę konkretnymi przykładami czy statystykami, czyniąc tym samym „Sprawczynie” bardzo dobrą pozycją historyczną.

Na koniec pozostawiłam sobie odpowiedź na pytanie postawione we wstępie. Czy te kobiety zostały naznaczone piętnem zła słusznie, czy też nie? W każdym z nas można odnaleźć mroczną część jestestwa, jakkolwiek dobrymi z natury zdawalibyśmy się być. Podobnie wiele z kobiet, współpracujących przy nakręcaniu spirali zła – za sprawą panującego wówczas systemu – rozbudzało swoją mroczną naturę, stając się równymi kompanami u boku mężczyzn. Tak, według mnie piętno to w większości tych przypadków (choć wyjątki również są) zostało przypisane słusznie i trudno mi twierdzić inaczej po lekturze „Sprawczyń”.

Ocena: 6/6


poniedziałek, 28 maja 2012

Ogłoszenie wyników wygrywajki ("Igrzyska śmierci")


Drodzy moi, ilość Waszych zgłoszeń w wygrywajce, w której można było wygrać egzemplarz "Igrzysk śmierci" po prostu powaliła mnie na kolana! :) Zgłosiły się aż 143 osoby! I znów żałuję, że nie mam więcej nagród do rozdania. Z kolei, taka ilość chętnych na "Igrzyska..." nie powinna dziwić - nie chodzi tu wszak o pierwszą, lepszą książkę, prawda?:) Przede mną jeszcze dwie części trylogii a za mną ekranizacja pierwszej. Filmowa wersja podobała mi się bardzo, ale żałuję, że przejścia z wątku do kolejnego wątku odbywały się tak szybko. Rozumiem, że by mogło być inaczej film musiałby trwać drugie tyle czasu, ale... :) Dobrze, już nie marudzę i przechodzę do rzeczy. Zwycięzcą wygrywajki jest:

CYRYSIA

Cyrysiu, gratuluję Ci serdecznie i czekam na adres do wysyłki. Pozostałych tradycyjnie zapraszam do udziału w kolejnych zabawach organizowanych na moim blogu. :) Pozdrawiam!

piątek, 25 maja 2012

"Szkice z życia", czyli Blogerzy Książki Piszą




Ci, którzy w miarę regularnie śledzą moje recenzje, wiedzą, że nigdy nie byłam miłośniczką krótkiej formy literackiej. Jeśli już decydowałam się na lekturę opowiadania, to wyłącznie kierując się starannym wyborem. Często kierował mną jakiś silny bodziec nakazujący lekturę właśnie tego, a nie innego zbioru.

Jednakże – gdy tylko dowiedziałam się o zamyśle powstania projektu Blogerzy Książki Piszą wiedziałam, że na pewno zapoznam się z efektem końcowym: antologią opowiadań „Szkice z życia”.



Co sprawiło, że akurat tę pozycję postanowiłam zaliczyć w poczet lektur, które zasilają moją półkę oznaczoną mianem „Przeczytane”? To, mianowicie, że autorami tekstów są osoby zasilające szeregi blogosfery, osoby dla których pisanie jest nie tyle pasją i sposobem na odreagowanie trudów codzienności, co cząstką życia. Są to ludzie, którzy jak ja sama (i większość z Was) kochają czytać i udzielają się literacko (bez rozróżniania czy chodzi o recenzje książek czy twórczość typowo literacką). Czuję się z tą grupą związana grubą nicią, choć jest ona tylko wirtualna.

Zatem, gdy tylko trafiła mi się możliwość zapoznania ze „Szkicami z życia”, rozsiadłam się wygodnie i niczym klientka najlepszej restauracji zaczęłam zaznajamiać się z menu antologii. Tak samo jak i w karcie dań można wybrać sobie coś zgodnie z własnymi upodobaniami i smakiem, tak i tu – spośród dwudziestu siedmiu opowiadań – można wyłuskać te ulubione. Nie ma mowy o nudzie czy schematyczności, bowiem ile autorów, tyle pomysłów na interesujący tekst. A skoro mowa o autorach, to muszę przyznać, że pozytywnie zaskoczył mnie tak liczny udział w projekcie osób, które są mi już znane ze swojej literackiej działalności, jak Jan Antoni Homa, Piter Murphy, Victor Orwellsky, Agnieszka Gil czy koordynatorki Agnes A. Rose (krainaczytania.blox.pl) i Danuta Awolusi (ksiazkizbojeckie.blox.pl). W przedsięwzięciu biorą też udział osoby, z którymi jeszcze się nie spotkałam na arenie blogowego świata, jednakże po lekturze omawianego e-booka na pewno się to zmieni, zwłaszcza że jego koniec zwieńczają opisy sylwetek autorów, co ułatwia ich bliższe poznanie.

Tematyka zbioru, jak sam tytuł wskazuje, oscyluje wokół życia codziennego i tego wszystkiego, co się z nim wiąże. Przyznam szczerze, że nie spodziewałam się aż tak szerokiego zakresu – co naturalnie jest ogromnym atutem e-booka. Mamy tu rzecz o lękach i obawach przyszłej mamy, podane w wyjątkowo lekki i zabawny sposób; jest też historia opłakanej w skutkach, brutalnej zemsty na niewiernym mężczyźnie; jest i miłość na chwilę przed rozpoczęciem wojny. Jeśli ktoś uwielbia intrygi, tematykę obcych cywilizacji, testowania nowej i bardzo niebezpiecznej broni czy chciałby poznać świat, w którym można przeprogramować ludzki mózg – również znajdzie tu znakomity kąsek dla siebie.

A co z fanami tekstów silnie oddziałujących na emocje? Też będą pocieszeni, bo takie w antologii właśnie dominują. Poruszyła mną opowieść (jakże życiowa i aktualna w ostatnich latach) o żołnierzu przebywającym na misji w Iraku, który hen w Polsce zostawił żonę wraz z maleńkim dzieckiem. Najprawdziwsze łzy pod powiekami zbierały mi się po lekturze historii ojca, który wskutek choroby stracił swoją ukochaną córeczkę, a sam popadł w obłęd popychający go do zbrodni (nie chcę specjalnie faworyzować żadnego z opowiadań, ale to zapadnie mi w pamięć chyba już na zawsze…). Nie myślcie jednak, że podczas lektury „Szkiców z życia” będzie Wam potrzebny duży zapas chusteczek higienicznych, by co rusz ocierać łzy wzruszenia – przydadzą się także, by ocierać łzy wywołane śmiechem (sama należę do wąskiego grona osób, które często płaczą ze śmiechu). Bo jak tu się nie śmiać, gdy ktoś z uporem maniaka próbuje przekonać nas, że on jedyny nie posiada numeru PESEL albo usiłuje zrobić badania psychotropowe na wózek widłowy? Nie ma innego wyjścia, jak oddać się emocjom podczas tej lektury, które osobiście Wam gwarantuję!
Czy ktoś czuje się jeszcze nieprzekonany do lektury tego tytułu? Pewnie jedynie ci, którzy kręcą nosem na samą myśl, że jest to e-book, a nie zbiór wydany w tradycyjnej, papierowej formie. Zatem, zaręczam Wam, że będąc typową okularnicą wchłonęłam go w mgnieniu oka, sama nie wiem kiedy. Czyta się go błyskawicznie i prawie zapomina, że tekst trzeba śledzić na monitorze.

I jeśli za jakiś czas blogerzy znów wyjdą z podobną inicjatywą, to ja na pewno chętnie się z nią zapoznam bez względu na formę w jakiej będzie opublikowana. Warto wspierać takie akcje i pokazywać szerszemu gronu odbiorców, że i my blogerzy mamy talent literacki i potrafimy zrobić z niego świetny użytek!

Ocena: 5/6


środa, 23 maja 2012

"Siostra" Rosamund Lupton


"Barwy śmierci"

Zastanawiałeś się kiedyś, jakiego koloru jest śmierć? Czy można ją uchwycić, malując obraz jedynie plamami z barw? Powiesz, oczywiście, nie ma problemu – po czym chwycisz pędzel uprzednio zamoczony w czarnej farbie. Ktoś inny wtrąci, nie! Śmierć odda wyłącznie biel – to ona razi w oczy, gdy spojrzeć na postać z kosą. Czy śmierć, wypisana na ludzkiej twarzy, może być podobna?

Nie da się opisać koloru śmierci, nie ma we wzorniku numeru, który odpowiadałby barwie twojej twarzy. To było przeciwieństwo koloru, przeciwieństwo życia.[1]

Na twarzy zaledwie dwudziestojednoletniej Tess Hemming na próżno szukać barw odkąd straciła życie, choć w nim samym nigdy ich nie brakowało. Jej codzienność to nieustająca gra kolorów, która wypełniała jej ciało, umysł, a najsilniej duszę. Nawet wówczas, gdy los rzucał jej pod nogi kłody, potrafiła przez nie przejść z niekłamanym uśmiechem na twarzy, bez żadnego uszczerbku. Aż do dnia, w którym znaleziono ją z podciętymi tętnicami w jednym z zapuszczonych szaletów.
Choć przyczyna śmierci zdawała się być oczywista, bo wszystko wskazywało na popełnienie samobójstwa, jej siostra imieniem Beatrice (lub Bee jak czule nazywała ją zmarła) nie była w stanie w to uwierzyć. Nazbyt dobrze znała swą siostrę, by dać wiarę, że ktoś tak kochający życie mógł je sobie odebrać. Ale co zrobić, gdy ani policja, ani najbliżsi nie chcą przyjąć do wiadomości, że młoda dziewczyna mogła paść ofiarą mordercy? Bee nie pozostaje nic innego jak rozpocząć śledztwo na własną rękę i wytropić oprawcę. Jednak czy gra jest warta świeczki? Czy warto stawiać wszystko na jedną kartę, jeśli całe otoczenie zaczyna posądzać samozwańczą detektyw o obłęd? Czy warto tak wiele tracić na rzecz – być może błędnej –teorii?

Beatrice, będąca główną bohaterką wyżej opisanej książki autorstwa Rosamund Lupton pt. „Siostra”, jak nikt inny wie, że siostrzana miłość jest warta każdych wyrzeczeń i każdego –choćby najbardziej ryzykownego – posunięcia.
Cały tok powieści, która ma formę długiego listu pisanego przez Bee do siostry, uwidacznia moc żywionych do niej uczuć. Przyznaję, że już dawno nie czytałam książki o tak ogromnym emocjonalnym ładunku. Każda strona przepełniona jest miłością, uczuciem pustki i ogromnym bólem po stracie bliskiej osoby. Im dalej podążać w głąb fabuły, tym bardziej można doszukać się poczucia winy bohaterki. Ostatecznie stopień nasilenia i ilość emocji, jakie wręcz wylewają się z kart książki, przyćmiewa inne jej atrybuty. Po lekturze stwierdzam jednak, że był to całkiem udany zabieg Lupton. Dzięki temu akcja toczy się trybem, można by rzec, sennym, wyjątkowo mocno kojarzącym się z jej umiejscowieniem – deszczowym Londynem. Na próżno szukać w niej typowych dla thrillera silnych wrażeń czy grozy wywołującej dreszcze. Owa emocjonalność, o której wspomniałam, tak mocno zajmuje myśli czytelnika, tak go pochłania, że ten – w gruncie rzeczy – na nic innego nie zwraca już uwagi. Owszem, mnie się to udało, ale zapewne tylko dlatego, że jestem fanką silnych doznań podczas lektury, zwłaszcza thrillera. A jeśli już mowa o próbie klasyfikacji „Siostry”, to ja zdecydowanie bardziej byłabym skłonna widzieć ją w kategorii lekkiego i typowo kobiecego kryminału.

Komu więc polecę tę lekturę? Na pewno delikatnym duszom, które mimo obaw chciałyby się zmierzyć z wątkiem śmierci w literaturze; ceniącym sobie emocjonalny przekaz, ale nie czujących się na siłach, by wziąć do rąk thriller dużego kalibru.

Polecam także tym, którzy chcą odkryć swoje barwy śmierci, bowiem każdy widzi ją w innych odcieniach. Tess kochała żółć żonkili, więc może…?


Ocena: 4,5/6



[1] R. Lupton, Siostra, Świat Książki, Warszawa 2012, s. 65.


Oficjalna recenzja dla portalu lubimyczytać.pl:  http://lubimyczytac.pl/oficjalne-recenzje-ksiazek/839/barwy-smierci


poniedziałek, 21 maja 2012

WYGRYWAJKA "Igrzyska śmierci" Suzanne Collins



Kochani, tak jak napomniałam w komentarzach pod ostatnim wpisem, mam do oddania jeden egzemplarz najnowszego wydania "Igrzysk śmierci" S. Collins! Recenzja dla zainteresowanych TUTAJ. W związku z tym ogłaszam kilkudniową wygrywajkę.



ZASADY:

1. Zgłaszacie chęć udziału w zabawie w komentarzu pod tym wpisem od tej chwili do 27 maja włącznie.
2. Jeśli posiadacie bloga umieszczacie na nim baner konkursowy, którego wymiary można modyfikować. Dla leniwych zostawiam kod HTML: 

<a href="http://ksiazkowka.blogspot.com/2012/05/wygrywajka-igrzyska-smierci-suzanne.html"><img src="http://img195.imageshack.us/img195/4462/igrzyskax.jpg" width="160" height="220" /></a> 

3. Osoby, które nie posiadają bloga, proszeni są o pozostawienie adresu e-mail. 
4. Losowanie oraz ogłoszenie zwycięzcy nastąpi w dniu 28.05. 

POWODZENIA! :) 


PONIEWAŻ DO KONKURSU NADAL ZGŁASZAJĄ SIĘ OSOBY TO MOŻLIWOŚĆ KOMENTOWANIA ZOSTAŁA WYŁĄCZONA - KONKURS DAWNO SIĘ ZAKOŃCZYŁ.

czwartek, 17 maja 2012

"Igrzyska śmierci" Suzanne Collins




Witaj w nowym i okrutnym świecie. W miejscu, gdzie słowo człowiek ma najmniejszą wartość; najwyższą zaś – pieniądz, zaspokojenie głodu oraz nieludzka rozrywka panów tego świata. Jeśli nie potrafisz należycie zadbać o byt swój i swojej rodziny, po prostu giniesz i nikogo ten fakt nie interesuje. Każdy dzień życia musisz okupić własną, ciężką pracą od świtu po zmrok. Tu nic nie przychodzi łatwo, jeśli nie jesteś bogaczem. To miejsce, w którym każdego dnia musisz udowadniać, że zasługujesz na... życie.

Ten świat to państwo Panem powstałe na terenie dawnej Ameryki Północnej. Dowodzi nim Kapitol leżący w miejscu dawnych Gór Skalistych, a otacza go Trzynaście Dystryktów. W Dystrykcie Dwunastym mieszka Katniss Everdeen – młoda dziewczyna, od momentu tragicznej śmierci ojca w kopalni, pełniąca rolę głowy rodziny. Oprócz siebie ma na utrzymaniu schorowaną matkę oraz młodszą siostrę Prim. I może, gdyby życie opierało się wyłącznie na zasadach wyznaczonych przez Kapitol, nie byłoby tak źle, jednakże władza postarała się, by mieszkańcom Panem nigdy nie brakowało wrażeń. Corocznie każdy dystrykt musi wyznaczyć dwoje mieszkańców (od dwunastego do osiemnastego roku życia) do udziału w osobliwym turnieju – Głodowych Igrzyskach. Reguły są okrutne: w skrajnych warunkach na śmierć i życie walczy w sumie dwudziestu czterech uczestników, zwanych trybutami. Polem ich walki jest ogromna arena, w obrębie której są zamknięci – zawiaduje nią Kapitol. Przebieg Igrzysk transmituje telewizja, co rok w rok gromadzi rzeszę widzów. Czy Katniss spodziewała się, że tym razem to ona stanie się obiektem, na który zwrócone będą oczy milionów? Na pewno nie i z pewnością bycie jednym z trybutów to ostatnia rzecz na świecie, której pragnęła. Okoliczności sprawiły jednak, że nie miała wyboru – musiała stanąć do walki w krwawym turnieju o trofeum, którym był... własny byt.

Tak pokrótce przedstawia się fabuła bestselleru autorstwa Suzanne Collins pt. „Igrzyska śmierci”. Choć powyższy opis może wydawać się obfity w szczegóły, wierzcie mi, że to możliwie najkrótsza forma zobrazowania tego, co dzieje się w toku akcji. A ta nie daje chwili wytchnienia! Poza świetnym pomysłem na fabułę, cechą charakterystyczną są liczne i znakomite (!) zwroty akcji. W momencie, gdy obiecywałam sobie, że przeczytam jeszcze tylko ten jeden rozdział i zrobię przerwę, działo się coś tak niesamowitego, że czytałam kolejny, potem kolejny i… tak do samego końca. A bohaterowie? Dobrze nakreśleni, wyraziści, niemal jak żywi. Czy znajdzie się jeszcze jakiś atut? Oczywiście, że tak – bez wątpienia jest nim pierwszoosobowa narracja, dzięki której czytelnik dosłownie żyje w Panem, poluje wraz z Katniss i wreszcie uczestniczy w Głodowych Igrzyskach. Nie sposób nie przeżywać przygód głównej bohaterki – wraz z nią czytelnik boi się, śmieje czy wzrusza (tak, nawet mnie się zdarzyło!).
Sam pomysł brutalnego widowiska, który karmi oczy widzów, nie jest w literaturze niczym nowatorskim. Wystarczy pierwszy lepszy przykład z brzegu, jak choćby „Wielki marsz” Stephena Kinga, powstały w 1979 roku. Jednak styl, w jakim Collins zabrała się do tego tematu, mocno przyćmiewa fakt, że „to już przecież było”.

Magda (Książka w Mieście) napisała w swojej recenzji, że powieść ta zasługuje na włączenie w poczet lektur szkolnych – i ja podpisuję się pod tym obiema rękami. Gdyby kanon lektur powiększyć o dzieła Collins, to jestem przekonana, że znacznie większe grono młodzieży czytałoby książki, dodam, że byłyby to wartościowe propozycje, wspaniale oddziałujące na wyobraźnię i pobudzające ją.

Po lekturze czuję się należycie przygotowana tak do obejrzenia ekranizacji „Igrzysk śmierci”, jak i do lektury kolejnej części trylogii. Wiele osób ma już ją za sobą, ale jeśli uchowały się jeszcze jakieś wyjątki, to ja po stokroć namawiam – czytajcie trylogię Suzanne Collins!

Ocena: 6/6

Recenzja bierze udział w wyzwaniu "Czytamy polecane książki". Trylogię Suzanne Collins przeczytałam z polecenia Magdy - Książka w Mieście



wtorek, 15 maja 2012

"Mokradełko" Katarzyna Surmiak-Domańska


Jakiś czas temu przyszło mi się zmierzyć z jedną z najtrudniejszych lektur mojego życia. Mówię o „Kato-tacie. Niepamiętniku” Halszki Opfer, która opowiada o najgorszym koszmarze, jaki może przytrafić się dziecku – rodzicu bestii. Trudno nie ocenić w ten sposób dorosłego człowieka, który molestuje seksualnie swoje dziecko od jego najmłodszych lat (w przypadku Halszki koszmar rozpoczął się w czwartym roku jej życia). Pamiętam, że o ile sama tematyka tych wspomnień była nader trudna, o tyle ocena całej sytuacji była dość oczywista i nie sprawiała mi zbyt dużych problemów natury etycznej.

Potem pojawił się zapis z dorosłego życia Halszki pt. „Monidło. Życie po Kato-tacie”. Po lekturze było mi znacznie trudniej ułożyć sobie myśli w głowie. W moim skromnym odczuciu Halszka, jako osoba dorosła, kilkukrotnie podejmowała nienajlepsze decyzje, których następstwami były kolejne komplikacje życiowe. Oczywiście ani na chwilę nie zapomniałam o traumatycznych zdarzeniach z przeszłości, których doświadczyła, ale nie sposób też było pominąć fakt, że autorka mimo wszystko jest już osobą dorosłą, a więc zdolną do racjonalnego myślenia…

Dlatego z aprobatą przyjęłam zapowiedź pozycji ukazującej osobę Halszki widzianą oczyma ludzi z jej najbliższego otoczenia. Mówię o „Mokradełku” Katarzyny Surmak-Domańskiej. Reporterka wybiera się wraz z Halszką w odwiedziny do jej matki – chce nie tylko poznać ją samą, ale również zbadać, jaki wpływ na środowisko ofiary miało pojawienie się na rynku książki ze wspomnieniami Opfer. Udaje się jej porozmawiać z mężem, teściową, pasierbicą, dobrą koleżanką, bratową, sąsiadką, drugim mężem, a nawet lekarzem pierwszego kontaktu. W ogólnym wydźwięku ich zdania na temat Halszki oraz historii z nią związanej bardzo się od siebie nie różnią albo raczej nie pokazują skrajnego podejścia do osoby Opfer. Ich wypowiedzi sugerują jakoby Halszka po części grała ofiarę, pojawiają się też „zarzuty”, że bycie nią przyniosło autorce korzyści materialne. Niestety na wierzch wychodzi też typowa małomiasteczkowa zaściankowość, często totalny brak zrozumienia i stereotypowe myślenie. Co rusz na oczy ciśnie się zdanie, że „brudy pierze się we własnym domu”, nie należy obnosić się z nimi publicznie. Fakt, że takie zwierzenia mogłyby pomóc wielu innym ofiarom przemocy domowej jakoś umyka mieszkańcom, nie dostrzegają oni zbyt wielu atutów książki swojej sąsiadki; mnożą zaś  negatywy.

Jak należy zatem patrzeć na tę sprawę? Myślę, że czytelnik „Mokradełka” nigdy tak naprawdę się tego nie dowie. Może albo solidaryzować się z ofiarą, albo przyjąć chłodny (i dość ostry zarazem) stosunek do sprawy otoczenia Halszki.
Ja ostatecznie dzięki „Mokradełku” spojrzałam na tę historię w sposób dużo bardziej obiektywny niż miało to miejsce po lekturze „Monidła. Życie po Kato-tacie”, czy tym bardziej samego „Kato-taty. Niepamiętnika”. „Mokradełko” pozwala się zdystansować, ale niestety przypomina też o licznych wadach naszego społeczeństwa. Przykre jest to, że póki jakiś dramat dotyka osoby spoza naszego bliskiego otoczenia, to jesteśmy wobec niej jak najbardziej współczujący i solidaryzujący się; jeśli natomiast rzecz tyczy się kogoś, kogo dobrze znamy albo widujemy każdego dnia na podwórku i wymieniamy z nim zdawkowe „dzień dobry” – doszukujemy się w tym drugiego dna. Na siłę próbujemy udowodnić, że ktoś jest sam sobie winien własnego losu, mimo że często kompletnie nie ma na niego wpływu.

„Mokradełko” to jedna z tych książek, która długo nie pozwala o sobie zapomnieć i obok której nie sposób przejść obojętnie. Nie bierzcie jej do rąk, jeśli szukacie niezobowiązującego czytadła.
Oceny punktowej książki nie podejmuję się.

piątek, 11 maja 2012

"I więcej nic nie pamiętam" Adina Blady-Szwajger




Od dawna wychodzę z założenia, że aby odczuć siłę grozy lektury niekoniecznie trzeba uciekać się do fantazji pisarzy. Bardzo często wystarczy sięgnąć po literaturę faktu. Według mnie absolutny prym w sile oddziaływania literatury z życia wziętej wiedzie tematyka nazizmu, Holocaustu i obozów zagłady. Chcę jednak podkreślić temat, który przeraża i boli najmocniej, choć być może niektórym z Was może wydawać się dziwne takie „wyróżnianie” jednej z cząstek tzw. literatury piekła.

Mam tu na myśli rzecz o losach dzieci w okresie II wojny światowej, ich pobytu w obozach i gettach. Myślę, że nawet najtwardsze serca zmiękczyłaby relacja z cierpień, jakich doświadczały te bezbronne, małe istoty.

Pomna ostatniej lektury z tego zakresu pt. „Dzieciństwo w pasiakach” Bogdana Bartnikowskiego, wiedziałam już, czego mniej więcej mogę się spodziewać po zapisie z tego trudnego okresu życia Adiny Blady-Szwajger. Mimo hartu ducha, jaki od dawna towarzyszy mi przy tak trudnych lekturach, tej obawiałam się szczególnie mocno, do tego wręcz stopnia, że często nie korzystałam z możliwości zakupu „I więcej nic nie pamiętam”. W końcu powiedziałam sobie, że przecież muszę, choćby nie wiem jak trudno by mi było.

I było trudno, choć autorka w realia tamtego czasu wprowadza czytelnika dość ostrożnie. Zaczyna swe wspomnienia od nakreślenia początków swojej drogi edukacyjnej na studiach medycznych, które nagle przerywa wybuch wojny. Mimo strachu przed jej brutalnymi realiami, młoda, dobrze zapowiadająca się lekarka postanawia pomagać ludziom w szpitalu im. Bersonów i Baumanów w Warszawie, jak najlepiej wykorzystując swoje umiejętności. To tutaj styka się z ogromem cierpienia tych małych istot; to tu zbyt często musi bezradnie patrzeć na ich śmierć. Zdaje się jednak, że w całej tej relacji nie sam fakt utraty życia przez dzieci jest najbardziej wstrząsający. Jeszcze mocniej może przerażać ogromny przeskok w stopniu dojrzałości, obserwowanie, jak z beztroskich maluchów w mgnieniu oka przeistaczają się w „nieletnich dorosłych”.
Oto jak jedno z nich skomentowało fakt, że Adina nie odwiedziła ich na oddziale po śmierci małego pacjenta:

Pani doktor, my wiemy, dlaczego pani do nas nie przyszła. Ale nie trzeba się bać. My nie rozpaczamy. A z nami będzie przecież tak samo.[1]

Nie wyobrażam sobie, jak wielkim hartem ducha trzeba było się odznaczać, by znieść te słowa i nie dać po sobie poznać słabości, a następnie patrzeć na śmierć jednego po drugim. Działalność Adiny Blady-Szwajger wzbudziła we mnie ogromny szacunek i zapewne podobne uczucia wzbudzi w niejednym z czytelników tej relacji, choć nie we wszystkich, jak sądzę. Myślę, że niektórzy z Was mogliby może nie tyle zwątpić w nieskazitelność jej działań, co nie zgodzić się ze słusznością niektórych decyzji.

Gdy wojenne realia brutalnie przerwały możliwość niesienia pomocy dzieciom w szpitalu, autorka wspomnień wstąpiła w szeregi Żydowskiej Organizacji Bojowej. Nie minęło zbyt wiele czasu, gdy i tam musiała przypomnieć sobie o zawodowym powołaniu. Tylko, jak mówić o ratowaniu i niesieniu pomocy, gdy rzecz często tyczyła się wykonywania zabiegów aborcji? Czy mimo wszystko były to jednak morderstwa, do których przyłożyła rękę, czy też pewna forma „ratowania”? Oto jak o tym pisała, gdy o sprawie dowiedział się mężczyzna bliski jej sercu:

A co miałam mu powiedzieć? Czy miałam mu wyjaśnić, że żyjemy w czasach, w których dzieci nie mają prawa się rodzić, bo wolno je rodzić tylko dla życia, a nie dla umierania?[2]

Każdy, kto chce i ma w sobie na tyle siły, może spróbować poddać postępowanie autorki ocenie. Ja nie chcę i nie potrafię tego zrobić, zresztą, to chyba nie ma większego sensu. Najważniejsze, że historia ma na swych kartach zapis osoby, która była CZŁOWIEKIEM w tamtych nieludzkich czasach, o co – wbrew pozorom – łatwo nie było.

Czy warto przeczytać „I więcej nic nie pamiętam”? Oczywiście, że tak, ale to lektura tylko dla najsilniejszych, zwłaszcza że te wstrząsające wspomnienia są gęsto przeplatane fotografiami obrazującymi różne aspekty działalności Adiny Blady-Szwajger.
Ocenę punktową pozostawiam innym.




[1] A. Blady-Szwajger, I więcej nic nie pamiętam, Świat Książki, Warszawa 2010, s. 55.
[2] Tamże, s. 243.

środa, 9 maja 2012

oTAGowani i nie tylko :)

Ostatnimi czasy znów w blogosferze przybyło nam różnorakich zabaw. Serdecznie dziękuję za zaproszenia do nich od: Wiedźminki, Książek ZbójeckichZaczytanej w chmurach, Drrim i Alison.

Zacznę od odpowiedzi na pytania Wiedźminki i Danusi:

1. O jakiej porze czytasz ?
Różnie, różniście. ;) W zależności od wolnego czasu.

2. Gdzie czytasz ?
Wszędzie gdzie się da, ale najczęściej u siebie w domu.

3. W jakiej pozycji najchętniej czytasz ?
Najchętniej czytam w pozycji leżącej. Układam sobie poduszkę tak by służyła mi jako podpórka dla książki i mogę tak czytać godzinami. :)

4. Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej ?
Thrillery, horrory, kryminały, fantastykę, literaturę faktu z zakresu holocaustu, nazizmu, obozów koncentracyjnych. Coś niezobowiązującego od czasu do czasu również mi się zdarzy. :)

5. Jaką książkę ostatnio kupiłeś/ aś albo dostałeś/aś?
Ostatnio dotarł do mnie pakiecik z wygraną w Selkarze tj. "Mokradełko", "Igrzyska śmierci", "Rącze konie" i "Ubik".

6. Co czytałeś/ aś ostatnio ?
Jak widać po recenzji: "Bezgrzeszna" Gail Carriger.

7. Co czytasz obecnie ?
Od jakiegoś czasu na Lubimy Czytać nie umieszczam książek na półce "Teraz czytam", dlatego by kolejna recenzja na moim blogu (i na LC) była niespodzianką. W związku z tym na to pytanie nie odpowiem. :)

8. Używasz zakładek czy zaginasz ośle rogi ? Jeśli używasz zakładek, to, jakie one są ?
Jak widzę książkę z zagiętymi rogami...to robi mi się źle. To przestępstwo! Mam dwie ulubione zakładki. Jedną kupiłam sama (z motylem) a drugą dostałam od Książki w Mieście. :)

9. Ebook czy audiobook ?
Raczej ebook, choć rzadko się decyduję na tę formę lektury.

10. Jaka jest Twoja ulubiona książka z dzieciństwa ?
"Tajemniczy ogród" - magia tej książki robi na mnie wrażenie do dziś. Ekrnizację oglądam za każdym razem, gdy ktoraś ze stacji telwizyjnych ją nadaje. :)

11. Którą z postaci literackich cenisz najbardziej ?
Ciężko mi wyróznić jedną. Lubię, gdy bohaterowie są silni, nie poddają się problemom i dzielnie stawiają im czoła.

-----------------------------------------------------------------------

oTAGowani!
Zasady:
1 Każda oTAGowana osoba ma za zadanie odpowiedzieć na 11 pytań zadanych przez 'Taggera' i odpowiedzieć na nie na swoim blogu.
2. Po odpowiedzeniu na zadane pytania wybierasz nowe 11 osób do TAGowania i piszesz je w swoim w poście.
3. Tworzysz 11 nowych pytań dla osób oznaczonych w TAGu i piszesz je w swoim TAGowym poście.
4. Wymieniasz w danym poście osoby oTAGowane przez Ciebie.
5. Nie oznaczaj oTAGowanych już osób.
6. Poinformuj wypisane osoby, że zostały oTAGowane.

Pozwolicie, że wybiorę tylko te pytania, które nie powtarzają się w zabawie powyżej i, te które najbardziej przypadną mi do gustu. Zrobię także jeden duży zestaw odpowiedzi na pytania od osób, które mnie zaprosiły. :) I nie będę typować kolejnych osób do udziału w niej - kto chce niech się bawi. :)

Książka, która tak bardzo Ci się nie podobała, że ją odłożyłeś/aś.
Ciężko mówić o książce jako takiej, bo był to plik w PDF, ale jednak. Chodzi o książkę pana Michalskiego pt. "Dwie strony medalu". Mimo szczerych chęci nie podołałam jej.

Książka, o której nie mogłeś/aś przestać myśleć przez długi czas.
Wiele jest takich książek, ale dość długo rozmyślalam o "Chłopcu w pasiastej piżamie" Johna Boyne.

Najładniejszą okładkę w Twoim zbiorze ma...
Hmmm...Niech pomyślę...Chyba "Światła września" Zafona.


Na podstawie jakiej książki wg. Ciebie powinno się nakręcić film?
Zdecydowanie "Pokój" Emmy Donoghue.

Czy pilnie czytałeś/aś wszystkie lektury?
Oczywiście, że... nie. ;) Przyznaję, że niektóre czytałam po łebkach, bo ich tematyka mnie nie pociągała, ale nigdy nie korzystałam ze streszczeń lektur.

Wypożyczasz książki z biblioteki? Jak często?
Ostatni raz wypożyczyłam książkę, gdy byłam jeszcze na studiach. Teraz nie wypożyczam. Dlaczego? Po prostu kocham mieć książki na własność. :)

Należysz do portalu lubimyczytac.pl ? Jaki masz tam nick?
Naturalnie, że należę. To tam zaczęła się moja przygoda z recenzowaniem. Mój nick to: Ewa-Książkówka.

Jaką jedną książkę zabrał/a/byś na bezludną wyspę?
Nie ma takiej siły bym zabrała tylko jedną...Nie ma... ;)

Po książki jakiego autora sięgasz najczęściej?
Stephena Kinga, Neila Gaimana, Simona Becketta, Jacka Ketchuma. :)

Film, który możesz oglądać nieskończoną ilość razy to...
Jest takich wiele. Na pewno "Philadelphia", "Piękny umysł", "Requiem dla snu", "Dzień świra", "Plac zbawiciela", oj wiele ich...

Ile czasu dziennie przeznaczasz na lekturę?
Różnie - bywa, że nie mam czasu wcale a bywa, że czytam kilka godzin.

Jaką książkę polaciłabyś każdemu, niezależnie od jego preferencji czytelniczych?
"Pięć lat kacetu" Grzesiuka - tematyka niełatwa, ale osobowość autora po prostu trzeba "poznać". :)

Czy podjęłabyś się napisania własnej książki gdyby wydawnictwo to zaproponowało?
Pełna obaw i miliona rozterek, ale jednak tak. :)

Wyobraź sobie, że w ciągu 24 godzin musisz pożegnać się ze wszystkimi książkami, jakie posiadasz. Co byś z nimi zrobiła?
Jesli wcześniej nie zapłakalabym się na śmierć z powodu ich utraty to pewnie oddałabym je do biblioteki.

Kto chętny do odpytywania? Łapki w górę. :)

poniedziałek, 7 maja 2012

"Bezgrzeszna" Gail Carriger



W zeszłym tygodniu Londynem wstrząsnęła informacja o tym, że lady Maccon, dawniej Alexia Tarabotti, córka pani Loontwill, siostra Felicyty i Evylin oraz pasierbica pana Loontwilla, opuściła dom męża po powrocie ze Szkocji bez wyżej wspomnianego.[1]

Takie oto zatrważające wieści zagościły pewnego dnia na łamach szanowanej gazety. Po tak skandalicznym wydarzeniu świat dam nazwiskiem Loontwill mógł już jedynie legnąć
w gruzach, a ich życie zakończyć się w kwiecie wieku. Taki wstyd, taka hańba!

Oj, niedobrze rozpoczyna się trzecia część przygód słynnej poskramiaczki wilkołaczego zła
i właścicielki stuningowanej do granic możliwości parasolki. Jednak, jak sam tytuł książki wskazuje, Alexia zrobi wszystko, by odzyskać dobre imię i dowieść światu, że zasługuje na miano bezgrzesznej. Perypetie z poprzedniej części, których szczegółów zdradzić nie śmiem (bo jeszcze zdolna jest przybyć w moje strony z waleczną parasolką i wybić mi z głowy plotki!) zaprowadziły naszą bohaterkę na samo dno poważania u elity Londynu. Żeby cała afera skończyła się tylko na niej, byłoby znośnie, ale niestety jej mocne skutki dotknęły także lorda Maccona. Nieszczęśnik wpadł bowiem w szpony nałogu, który ani myślał go od siebie uwalniać. Formalina to ma dopiero siłę! Lord ją w pysk, a ona go gdzie?

W lochu dochodzi do siebie. Tak się schlał, że zwilczał. Musieliśmy go zamknąć.[2]

Na szczęście, jego szacowna małżonka z nadszarpniętą reputacją, postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i udowodnić, że zasługuje na jego zaufanie i poważanie wśród elity. W tym celu znów wyrusza w podróż, tym razem tropem swoich własnych rodowych korzeni – do Włoch. I już w drodze napotykają ją liczne i bardzo niebezpieczne przygody. Wręcz można by rzec, że ta część przygód lady Maccon to istna literatura sensacji!

Właśnie tym szczegółem „Bezgrzeszna” mocno wyróżnia się na tle wcześniejszych części serii. Choć w „Bezzmiennej” fani wartkiej akcji się nie nudzili, to tu jest jej zdecydowanie więcej – pościgi, pojedynki, atak rozsierdzonych mechanicznych biedronek… uff, dużo tego!
Poza tym wciąż nie brak Alexii pazura, lordowi grzesznych myśli (biorąc pod uwagę incydenty z formaliną, nawet do potęgi!), a fabule powieści specyficznego klimatu rodem z czasów wiktoriańskich oraz humoru.
Jedyne, co mam za złe Carriger w przypadku „Bezgrzesznej” to fakt, że cała historia (oczywiście mocno ją uogólniając) znów opiera się na wątku podróży i niebezpieczeństwa czyhającego na Alexię – to już przecież było w „Bezzmiennej”. Jednak, jest to tak drobny szczegół, że fani przygód tej specyficznej lady na pewno przemilczą moją drobną uwagę i każą mi nie pleść bzdur. Niniejszym już swe usta zamykam i z niecierpliwością oczekuję na kolejny zapis z jej przygód. Coś czuję, że tam dopiero będzie się działo!


Ocena: 5/6




[1] G. Carriger, Bezgrzeszna, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011, s. 12.
[2] Tamże, s. 99.

sobota, 5 maja 2012

Ostatnie losowanie + "Czytamy fantastykę"

Jako ostatnia, pierwszy nr "Coś na Progu" otrzymuje: Miłośniczka Książek. Gratuluję i oczekuję na adres do wysyłki nagrody.Jak tylko go otrzymam wyślę wydawcy wszystkie adresy jakie do tej pory zebrałam, a potem pozostanie Wam tylko cierpliwie oczekiwać na swoje prezenty. :)


Po losowaniu pragnę zaznajomić Was z bardzo dobrą inicjatywą. Mówię tu o „Czytamy fantastykę”.


Dobre pomysły rodzą się przypadkowo. Zaczęło się od rozmowy w komentarzach, w której to padło znaczące zdanie, że wśród blogów recenzenckich czyta się tak mało o fantastyce. Koalicja powstała niemal w mgnieniu oka. Zapraszamy serdecznie wszystkich, którzy chcą współtworzyć naszą bazę recenzji książek z gatunku fantastyka (w tym fantasy oraz science fiction). Jeżeli zaczytujecie się w książkach Sapkowskiego, Tolkiena lub Ziemiańskiego, przyłączcie się do nas, a z pewnością poznacie również wiele nowych interesujących tytułów!



Jakie są warunki przystąpienia do koalicji „Czytamy fantastykę”? Nic prostszego! Należy:

 1.      Napisać o akcji na swoim blogu i odpowiedzieć na trzy pytania:


Jakie są Twoje ulubione książki z gatunku fantastyka?
Jakie książki fantastyczne zrecenzowałaś/eś na swoim blogu? (tu koniecznie prosimy o umieszczenie linków)
Jakie książki fantastyczne zamierzasz niedługo przeczytać?



2.      Umieścić na swoim blogu logo akcji.


<a href="http://czytamyfantastyke.blox.pl/html"><img src="http://i39.tinypic.com/14dj3tv.jpg" border=0></a>



<a href="http://czytamyfantastyke.blox.pl/html"><img src="http://i39.tinypic.com/117w9ol.jpg" border=0></a>



<a href="http://czytamyfantastyke.blox.pl/html"><img src="http://i40.tinypic.com/14si8fa.jpg" border=0></a>

Recenzje mogą nadsyłać także ci, którzy blogów nie posiadają. W takim wypadku należy podać jedynie swoje imię i nazwisko.

Teksty lub linki do recenzji prosimy wysyłać na adres felicja79@wp.pl lub moni1994@onet.eu.

Mamy nadzieję, że członków naszej koalicji będzie coraz więcej, a co za tym idzie, ilość recenzji regularnie będzie się powiększać. Z biegiem czasu mogą pojawić się także różnego rodzaju konkursy, w których nagrodami będą oczywiście książki.

Pomóżcie nam wypromować fantastykę wśród czytelników w każdym wieku – jest to zdecydowanie niedoceniany gatunek literacki, co bardzo chciałybyśmy zmienić. 


Felicja79 [www.cowartoprzeczytac.blox.pl]

Nika [www.pergamin.blox.pl]

---------------------------------------------------------------------------------------

A teraz pozwólcie, że sama wypełnię warunki akcji. :)

1. Jakie są Twoje ulubione książki z gatunku fantastyka?

 Zasmakowałam w fantastyce dzięki niektórym książkom Stephena Kinga. Wątki fantastyczne jakie towarzyszą wielu jego tytułom pokazały mi cudowny świat magii i niesamowitych przygód. Ciężko mi wyróżnić konkretne tytuły, ale powiem, że pokochałam styl Neila Gaimana od pierwszego wejrzenia. :)

2. Jakie książki fantastyczne zrecenzowałaś/eś na swoim blogu? (tu koniecznie prosimy o umieszczenie linków)


 Jakie książki fantastyczne zamierzasz niedługo przeczytać?

W najbliższym czasie sięgnę na pewno po "Nigdziebądź" i "Księgę cmentarną" Gaimana. A potem? Cała masa innych pyszności! :)


Wyrażam zgodę na kopiowanie moich recenzji (z etykietą "Fantastyka") przez pomysłodawczynie akcji „Czytamy fantastykę”.

 
 Teraz czekam na Wasze wpisy dotyczące akcji!


piątek, 4 maja 2012

„Coś na Progu” – ogólna opinia o piśmie. Dzień V (WYGRYWAJKA!)



Jak zaznaczałam już w pierwszym wpisie, z przyjemnością przyjęłam propozycję zapoznania się z „Coś na Progu”, gdyż bardzo mnie ucieszyło wejście na nasz rynek nowego czasopisma traktującego o najbliższych mi gatunkach literatury.
Pierwszą rzeczą, obok której nie sposób przejść obojętnie przeglądając pismo, jest szata graficzna. Mocno przykuwa uwagę i budzi uznanie swoją wysoką jakością – jednym słowem okładka robi wrażenie. Po zajrzeniu do środka czekała mnie kolejna niespodzianka, a mianowicie czarno-białe strony. Zdecydowanie dodało to wysublimowanego smaku i podsyciło mroczny klimat. Mam nadzieję, że tak już zostanie i redakcja nie zdecyduje się na użycie kolorów w którymś z kolejnych numerów.

Przeglądając spis treści, od razu wiadomo, że każdy miłośnik grozy znajdzie w nim coś dla siebie. Jest tu i proza, i liryka, rzecz o muzyce, grach, a fani komiksów również mogą poczuć się usatysfakcjonowani. Nie sposób też zapomnieć o wywiadzie, który zainteresował mnie 
w sposób szczególny. Osobiście życzyłabym sobie, by rozmowy z ludźmi reprezentującymi „mroczne” zawody stały się niezmiennym punktem (lub znakiem rozpoznawczym) czasopisma „Coś na Progu”.

Niestety na polu edytorskim natknęłam się na wpadki. Przykładem niech będzie literówka w zapisie personaliów pisarza, który jest tematem numeru, ale… w końcu nie myli się tylko ten, kto nic nie robi, prawda? Oby takowych błędów w przyszłości już nie było, a one same nie zrażały Was przed lekturą. 

Liczę, że „Coś na Progu” będzie się prężnie rozwijać i jeszcze nie raz mnie (nas, czytelników) zaskoczy. Pierwsze spotkanie wypada u mnie na duży plus! 

Czekam na kolejny numer, a Was – już po raz ostatni – zapraszam do polowania na czasopismo w moim konkursie. Zgłaszajcie się pod PIERWSZYM postem dotyczącym "Coś na Progu" czyli TU (KLIK). Ważne! Kto zgłosił się już raz w poprzednim poście, nie musi powtarzać zgłoszenia jeszcze raz. Jedno zgłoszenie w zupełności wystarczy. :)

Jako przedostatnia, pierwszy numer „Coś na Progu” wygrywa: Avo_lusion. Gratuluję i proszę 
o przesłanie na mój e-mail danych adresowych do wysyłki.




czwartek, 3 maja 2012

„Coś na Progu” – „Makak” Edward Lee. Dzień IV (WYGRYWAJKA!)




Odkąd na blogach pojawiły się recenzje książki Edwarda Lee pt. „Sukkub”, wiedziałam że nadejdzie taki dzień, w którym dumnie stanie ona na mojej półce. I tak też się stało – stoi. I na tym, od długiego czasu, koniec. Dlaczego? Zwyczajnie się jej boję, bo mam wrażenie, że gdy tylko na nią spojrzę, to wymknie się ona niespostrzeżenie z półki, podpełznie do mnie i ugryzie w jakieś czułe miejsce. Wiem, że jest mocna i pewnie mnie zszokuje, dlatego – choć jestem fanką mocnych akcentów w literaturze i nie powinnam się „Sukkuba” obawiać – to jednak stale tak się dzieje.





W związku z tym bardzo ucieszył mnie fakt, że będę miała możliwość poznać twórczość tego autora poprzez znacznie krótszą formę, jaką jest opowiadanie. „Coś na Progu” zamieściło na swoich łamach tekst pt. „Makak”. W telegraficznym skrócie: opisuje wycinek ze świata narkotykowego handlu, gdzie poza oczywistym jego składnikiem dominuje seks (rodem ze „Sto dwadzieścia dni Sodomy, czyli szkoła libertynizmu”  Donatiena Alphonsa Françoisa de Sade) i przemoc. Jednak czy tylko? Na samym końcu okazuje się, że jest coś jeszcze, a mianowicie horror z bardzo mocnym akcentem. Główny bohater dowiaduje się bowiem jak gruba ryba, u której zaopatruje się w towar, przemyca go w wybrane miejsce. Co w tym może być strasznego, zapytacie? Wierzcie mi, że bardzo dużo…



Początkowo ciężko mi było oswoić się ze stylem autora, w którym aż roi się od wulgaryzmów i wyuzdanego seksu. Ich natężenie, jak na tak krótki tekst, jest wręcz ogromne i jestem pewna, że nie każdy to „udźwignie”, aczkolwiek ci czytelnicy, którzy poznali „Sukkuba”, nie powinni być specjalnie zaskoczeni. Dość trudny dla mnie początek zrekompensowało zakończenie – horror w czystej postaci, wręcz sama jego esencja. Bardzo spodobał mi się zawarty w nim wątek i chętnie zobaczyłabym go w rozbudowanej powieści.



Twórczość Edwarda Lee to zdecydowanie bardzo konkretny i ostry kawałek grozy dla odbiorców o silnych nerwach i niebojących się dużych wyzwań.



Kto będzie chciał bliżej poznać ten tekst niech czym prędzej bierze udział w moim trwającym od poniedziałku konkursie, w którym pięć osób wygrywa po egzemplarzu czasopisma
i zakładki. Zgłaszajcie się pod PIERWSZYM postem dotyczącym "Coś na Progu" czyli TU (KLIK). Ważne! Kto zgłosił się już raz w poprzednim poście, nie musi powtarzać zgłoszenia jeszcze raz. Jedno zgłoszenie w zupełności wystarczy. :)



Trzecią osobą wygrywającą jest: umad@op.pl Gratuluję i proszę o przesłanie na mój e-mail danych adresowych do wysyłki.


środa, 2 maja 2012

„Coś na Progu”: „Medyk sądowy na miejscu przestępstwa – fakty i mity”. Dzień III (WYGRYWAJKA!)




Jestem ciekawa ilu jest wśród Was fanów seriali kryminalnych? Jak wiadomo, ich sednem jest zawsze morderstwo – nierzadko w brutalnych i makabrycznych okolicznościach. Na miejscu zdarzenia pojawia się jeden lub dwoje śledczych (zazwyczaj kobieta i mężczyzna) odzianych w długie czarne płaszcze lub strój pt. „jak stałem, tak wyszedłem”. Z miejsca rozpoczynają dochodzenie i metodą niewiarygodnie szybkich kroków zmierzają ku jego rozwiązaniu. Mordercą okazuje się być najczęściej ktoś z rodziny, partner lub osoba pozostająca z ofiarą w stosunkach służbowych. A śledczy? Dumnie odnotowują kolejny sukces na swoim koncie, choć oficjalnie stwarzają wrażenie, jakby fakt rozwikłania zagadki nie robił na nich najmniejszego wrażenia. To oczywiście duże uproszczenie wielu scenariuszy takowych seriali, ale prawdą jest, że wszystkie są do siebie dość podobne.


Zastanawialiście się kiedyś, ile prawdy jest w serialach? Ile z tego typu scenariuszy znajduje odzwierciedlenie w prawdziwym dochodzeniu? Okazuje się, że to, co widzimy na ekranach telewizorów jest zaledwie maleńkim wycinkiem z rzeczywistości. Żadna z faz śledztwa nie jest tak prosta i szybka, jak w przypadku serialowej fabuły – w prawdziwym życiu to długa i żmudna praca. Doskonale tę prawdę obnaża „wywiad kryminalny” zawarty w „Coś na Progu”. Wypowiadają się w nim trzej specjaliści z zakresu medycyny sądowej, którzy odkrywają przed nami prawdziwe karty tej dziedziny wiedzy i obalają mity fałszujące rzeczywisty obraz typowego dochodzenia prowadzonego w przypadku zbrodni. Przykładem niech będą słowa dr. n. med. Łukasza Szleszkowskiego:

W realiach serialowych miejsce zbrodni to dość często luksusowa willa z basenem podświetlanym niebieskim światłem, w którym pływają zwłoki (…). Rzeczywistość jest o wiele bardziej prozaiczna. Jestem w melinie, gdzie w jednym miejscu leżą zwłoki, obok nich sterta bananów, zaś pomiędzy jednym a drugim znajdują się odchody mieszkańców. Właśnie skończyła się libacja alkoholowa, która trwała trzy dni, a denat, który tej libacji nie przeżył, jest martwy od dwóch.[1]

Kto ma ochotę na więcej szczegółów, tego odsyłam do „Coś na Progu” i kolejny raz namawiam do udziału w wygrywajce, w której zwycięzca zgarnia pierwszy nr czasopisma wraz z zakładką. Zgłaszajcie się pod PIERWSZYM postem dotyczącym "Coś na Progu" czyli TU (KLIK). Ważne! Kto zgłosił się już raz w poprzednim poście, nie musi powtarzać zgłoszenia jeszcze raz. Jedno zgłoszenie w zupełności wystarczy. :)

Drugą osobą, do której powędruje „Coś na Progu”, jest: sardegna. Gratuluję i proszę o przesłanie na mój e-mail danych adresowych do wysyłki.




[1]  S. Zakrzewski, Medyk sądowy na miejscu przestępstwa – fakty i mity, „Coś na Progu”, nr 1/2012, s. 43.

wtorek, 1 maja 2012

„Coś na Progu” – H. P. Lovecraft. Dzień II (WYGRYWAJKA!)


Z Howardem P. Lovecraftem jest obecnie trochę tak, jak z winami francuskimi Château (z małych apelacji Medoc w Bordeaux, rzecz jasna). Niby każdy słyszał o ich istnieniu i tym, że mają swoją historyczną wartość, ale kto w praktyce poznał bogactwo smaku któregoś z nich? Pewnie niewiele jest takich osób. I o ile w przypadku wina sprawa jest w znacznej mierze uzależniona od zasobności portfela, o tyle po Lovecrafta sięgnąć może każdy, jeśli tylko przyjdzie mu na to ochota. Wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach już mało kto zadaje sobie trud bliższego poznania twórczości tego autora i, jakby zapytać wyrywkowo potencjalnych miłośników książek o kilka słów na jego temat, pewnie nie każdy byłby w stanie powiedzieć o nim cokolwiek. Może więc ja spróbuję?


Howard Phillips Lovecraft urodził się 20 sierpnia 1890 roku w Providencea i tamże zmarł 15 marca 1937 roku. Obecnie uznawany jest za jednego z najważniejszych pisarzy grozy, a także wybitnego krzewiciela gatunku science fiction w literaturze. Był autorem opowieści określanych mianem mitologii Cthulhu. Istoty, których początki życia plasują się na długo przed pojawieniem się człowieka na Ziemi, posiadają naturę boską lub demoniczną. To dzięki nim Lovecraft stworzył pojęcie kosmicznego horroru, w którym człowiek mierzy się z tym, czego sam nie jest w stanie pojąć mocą swego umysłu, co wykracza ponad jego możliwości logicznego tłumaczenia rzeczy, pozostając w sferze zjawisk niezrozumiałych. Tak przedstawia się w telegraficznym skrócie jego sylwetka literacka. Na co dzień wiódł samotnicze życie i w gruncie rzeczy tak je zakończył, bo o ile w latach młodzieńczych taki styl życia był jego wyborem, o tyle później to los zadecydował o tym za niego. Ludzie, którzy byli mu bliscy albo odchodzili (żona), albo umierali (matka, przyjaciel). Sam też nie zakończył swego żywota w komfortowych warunkach – nim zmarł na raka, mierzył się z problemami finansowymi.

To dzięki swojej twórczości na stałe wpisał się do kanonu literatury grozy. Jego wiersze, opowiadania i powieści stały się inspiracją dla wielu współczesnych pisarzy. To właśnie talent, jakim się odznaczał, sprawił, że do dziś jest wspominany przez wielu, dlatego nie dziwi mnie fakt, że twórcy „Coś na Progu” postanowili uczynić jego dorobek literacki tematem przewodnim numeru i uzasadnić jego ponadczasowość (jak to robi Joanna Kułakowska w swoim artykule).

Chcecie więcej? Weźcie udział w konkursie (wygrywajce), w którym pięć osób wygrywa pierwsze numery „Coś na Progu” wraz z zakładkami. Zgłaszajcie się pod PIERWSZYM postem dotyczącym "Coś na Progu" czyli TU (KLIK). Ważne! Kto zgłosił się już raz w poprzednim poście, nie musi powtarzać zgłoszenia jeszcze raz. Jedno zgłoszenie w zupełności wystarczy. :)

Pierwszym zwycięzcą wyłonionym w losowaniu numer jeden jest: Miqa. Gratuluję i proszę o przesłanie na mój e-mail danych adresowych do wysyłki. Pozostali dalej biorą udział w kolejnych losowaniach, więc jeszcze 4 szanse przed Wami. :)